27 grudnia 2010

9. Skrzacie tajemnice


Pierwszy raz ucieszyłam się na falę wczesnogrudniowych sprawdzianów i prac domowych. Doskonały pretekst, żeby nie widywać się z Crouchem. Skupienie się na znajomych czynnościach pomogło mi odzyskać równowagę, choć nadal czułam się niesamowicie głupio na myśl o tym, że znów miałabym znaleźć się z nim sam na sam i, nie daj Boże, wrócić do tematu moich rodziców. A przecież zdawałam sobie sprawę, że prędzej czy później to nastąpi. No i musiałam oddać skrzeloziele.

Momentami sama nie wiedziałam, o co mi chodziło. Wtedy dobrze było wrócić do nauki. 

Szkocja nigdy nie kazała czekać na pierwszy śnieg. Brzydota późnej jesieni została ukryta pod białą, zimową pelerynką. Temperatura spadła i uparcie trwała poniżej zera, ale to wcale nie przeszkadzało roślinom rosnąć. Wystarczyło odgarnąć śnieg i zmrożoną ściółkę, żeby odkryć skarby, jakie skrywała w sobie ziemia. Ogródek, który urządziłam w tajemnicy za szkołą, również tętnił życiem — jakby na pożegnanie ostatniego grudnia, który miałam spędzić w Hogwarcie. Gilówki rozkwitły przepięknie krwistą czerwienią, błękitne listki przepiórczycy wyciągały się chciwie do zimnych promieni słońca, a siny mech połyskiwał na skałach niczym morze drobniutkich szafirów. Gdyby nie praca, jakiej na co dzień wymagały, mogłabym tylko stać i na nie patrzeć. Ale ja właśnie chciałam tej pracy. W chwilach, kiedy Hogwart opanowywała przedświąteczno-egzaminowa gorączka, tylko tam odpoczywałam. A w tym roku — o zgrozo — zaczynały krążyć plotki o jakimś bożonarodzeniowym balu. 

Zima sprzyjała tajemnym imprezom w pokojach wspólnych, a co za tym idzie — zakradaniu się do kuchni. Byłam jedną z tych nielicznych osób, które wiedziały, jak dostać się do środka, przy czym Weasleyowie i Roger Davies wykradali stamtąd słodycze i piwo kremowe, a ja pęta kiełbasy. 

Jeden tenebris silvarum pochłaniała cztery funty na trzy dni, czasami nawet pięć, kiedy noce były wyjątkowo mroźne, a mój ogród liczył ich sobie aż dwanaście sztuk. 

Kuchnia miała rozmiary Wielkiej Sali, ale znacznie niższe sklepienie i sprawiała wrażenie dużo mniejszej z powodu tysięcy garnków zawieszonych pod sufitem, wypchanych szafek, regałów i uwijających się wciąż przy blatach skrzatów domowych. Jedynymi powierzchniami wolnymi od składników, utensyliów kuchennych i magicznych stworzeń było pięć długich stołów — bliźniaczo podobnych do tych, przy których nauczyciele i uczniowie czterech domów jedli posiłki. Mimo panującego tu ruchu lubiłam zaglądać do kuchni. Podobała mi się przytulność, jaką tworzyły wiszące wszędzie zioła, beczki i słoje pełne orzechów i przypraw, zapachy dobywające się z olbrzymiego kotła nad paleniskiem, a najbardziej prosta uprzejmość skrzatów. Niektóre znałam i uwielbiałam z nimi rozmawiać, zwłaszcza że dysponowały wiedzą o zielarstwie, do jakiej nie miałam dostępu w bibliotece ani na zajęciach z profesor Sprout. I zawsze częstowały eklerkami. 

Korzystając w wtorkowego okienka między lekcjami, też wybrałam się do kuchni. Gęste, prawie czarne chmury zapowiadały śnieżycę i liczyłam, że uda mi się jeszcze nakarmić i zabezpieczyć wszystkie tenebrisy. Wyjątkowo odmówiłam eklerka. 

— Pieprzuch jest strasznie ciekawy, jak tam oni na tym statku będą siedzieć w tej kurzawie — mruczał przez nos, pakując w kolorową ścierkę cztery wielkie pęta kiełbasy. Wcale nie brzmiał na zafrasowanego losem delegacji z Durmstrangu. — A tamte Francuzy już pewno całkiem zasypane, co? Ale ich tam musiało wczoraj umrozić! 

— Wcale nie, oni tam mają podobno całkiem przytulnie — odpowiedziałam szybko, bo nad blatem stołu odpowiadającego stołowi Puchonów pojawiła się druga znajoma skrzacia głowa z wyliniałym koczkiem siwych włosów i kolczykami z muszelek, a mnie zostało niecałe pół godziny do transmutacji. — Tylko tych koni szkoda. 

— Ano, Pieprzuch zapomniał, że panienka ma przecież koleżankę z tych Beauxbatonsów. 

— A wie panienka — Bobula dała nurka pod stół i raz-dwa była już przy nas — co profesor Dumbledore kazał przyrządzić na bal? Ślimaki! Takie w skorupach! 

Trąciła długim palcem jeden ze swoich kolczyków i przycisnęła ręce do ust, żeby zamaskować śmiech. Pieprzuch zarechotał bez skrępowania, aż zatrzęsła mu się broda — identycznie siwa i przerzedzona, co włosy Bobuli. 

— Panienko, a tyle roboty będzie! — dodał z zachwytem. — I tyle strojenia! Pieprzuch by poopowiadał, ale profesor Dumbledore zastrzegł, że to ma być niespodzianka. 

Uśmiechnęłam się kwaśno na wspomnienie ostatniej niespodzianki ze smokami, którą zrobił mi Crouch. A na wspomnienie Croucha uśmiech zbladł. Zabrałam od skrzata zgrabny pakunek i zaczęłam wciskać go do torby między książki, podczas gdy Bobula nie przestawała pytlować: 

— Wszystkie się śmiejemy ze ślimaków, ale żeby panienka widziała, ile to zabawy z takimi nowymi przepisami. Profesor Dumbledore przyszedł na wakacjach, może sobie panienka wyobrazić… a profesor Dumbledore nigdy nie odwiedza kuchni w lato… przyniósł książki i powiedział: póki co to wielka tajemnica, ale w tym roku Hogwart ugości wielkich czarodziejów i wielkie czarownice z zagranicy, oni mają inne zwyczaje i inaczej jedzą, a naszym zadaniem będzie im usłużyć tak, żeby czuli się u nas jak w domu. No i my czytali te książki o ślimakach, o pieczonych ogonach wywern, o różnych mięsach, żeby jak goście przyjadą, zostały ugoszczone tak, jak profesor Dumbledore rozka… — urwała i skrzywiła się, bo po drugiej stronie stołu w okolicy kominka rozległ się huk przypominający dziecko, które upadło na podłogę, a zaraz potem bełkot i serię szybkich czknięć. — Panienka Macy nie patrzy, Bobula prosi, to okropny widok… okropny… 

Sześć skrzatek, które nieopodal sterowały obieraczkami nad stosem kartofli, jak na komendę rzuciły wszystko i podbiegły do siódmej — tej, która narobiła hałasu, spadając ze stołka — i zaczęły zawijać ją w coś, co przypominało stary obrus. Przestałam na moment pakować kiełbasę, zaintrygowana tą dziwaczną sceną. 

— Ona… och, ona zemdlała! Może trzeba ją zabrać do skrzydła szpitalnego? — zapytałam z bijącym sercem. Dopiero gdy Bobula znów się skrzywiła, przeszło mi przez myśl, że może lepszym pomysłem byłoby pójście po Hagrida. 

Ale Pieprzuch tylko machnął ręką i zaczął sprawnie zawijać kiełbasę w pętelki, a minę przy tym miał taką, jakby dopiero co obserwował kogoś wymiotującego. 

— Niepotrzebnie, panienko — mruknęła Bobula. — Profesor Dumbledore w swojej łaskawości zgodził się przyjąć do pracy dwa nowe skrzaty domowe. I te skrzaty się nie odnajdują. Mrużka nadal rozpacza za swoim panem Crouchem, pije, a Zgredek… chyba nie ma co opowiadać, bo straszny wstyd, ale Bobula opowie… Zgredek zażyczył sobie zapłaty za pracę…! 

— Zaraz… co ty powiedziałaś? — wyszeptałam, stając na palcach, ale skrzatki odpowiadające za struganie ziemniaków już zniknęły z obrusową mumią w jednym ze składzików. 

— Bobula się zgadza, żeby płacić skrzatowi za pracę…! Bobula nigdy o czymś podobnym nie słysza… 

— Nie, nie — przerwałam jej niecierpliwie. Serce waliło mi w piersi z taką siłą, jakby próbowało przebić się przez żebra i wyskoczyć. — Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego tamta… Mrużka, tak? Dlaczego ona sobie nie radzi? 

Zamilkła na moment, kręcąc sobie luźno zwisający lok na końcu palca — wyraźnie zawiedziona, że nie mogła kontynuować opowieści o Zgredku i jego wypłacie. 

— Mrużka nie posłuchała się swojego pana i pan zwolnił Mrużkę, zwykła historia, panienko. 

— Dobrze, ale powiedziałaś, że panem Mrużki był pan Crouch? Bartemiusz Crouch? 

— Ten sam, a że pan Crouch odwiedza profesora Dumbledore’a z powodu turnieju, to Mrużka zadręcza się, pije, nie dba o ubranie… Bobula jej powtarza, Mrużko, pracuj, bądź jak przyzwoity skrzat, nie pij piwa, załóż strój skrzata, zobaczysz, zrobi ci się lepiej, ale nie. 

— Może to jest jej sposób na to, żeby poradzić sobie z żałobą? 

— Skrzaty nie mają czasu na żałobę, panienko — wtrącił Pieprzuch, którego ten temat wyraźnie irytował. 

— A dlaczego pan Crouch ją zwolnił? 

— Mrużka nie posłuchała swojego pana i tyle. 

— A kiedy to było? 

Tylko wzruszył ramionami. Oboje nie wyglądali na zainteresowanych ciągnięciem rozmowy ani o Mrużce, ani o powodach jej utraty pracy, więc podziękowałam tylko za kiełbasę, raz jeszcze odmówiłam eklerka i na drżących nogach opuściłam kuchnię. Na zewnątrz byłam zupełnie spokojna. Opatuliłam się szczelnie grubym płaszczem, wcisnęłam włosy pod czapkę i wyszłam prosto w mrok, ale w środku wszystko we mnie buzowało. Gdyby nie zaspy i śnieg, którego z minuty na minutę przybywało, pewnie puściłabym się pędem do ogrodu, żeby jak najszybciej załatwić sprawę karmienia tenebrisów i udać się prosto do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią, ale lodowaty wiatr ostudził podniecenie. 

Pół godziny później — jak przystało na poukładaną Macy — pomaszerowałam prosto na transmutację, obiad i zaklęcia, lecz w głowie bez przerwy dudniło echo rozmowy z Pieprzuchem i Bobulą. Nie widziałam skrzatów domowych poza Hogwartem. Wszystkie rodziny, z którymi ciotka i wujek utrzymywali kontakt, były zupełnie zwyczajnymi rodzinami mieszkającymi wśród mugoli, na co dzień ubierające swoje dzieci w mugolskie ubrania i robiące zakupy w mugolskich sklepach osiedlowych. Ci, którzy mogli pozwolić sobie na domowego skrzata, znajdowali się daleko poza zasięgiem Montgomerych, ale teraz — zamiast słuchać Flitwicka na zaklęciach — kiedy poukładałam sobie w głowie wszystko to, co mówił Barty, skrzat domowy zupełnie dobrze pasował do domu szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. 

Tylko co zrobiła tamta skrzatka, że pan Crouch postanowił się jej pozbyć? I dlaczego jego syn do tej pory milczał w tym temacie jak zaklęty? 

A co, jeśli sam nie wiedział? 

Ostatnie minuty przed dzwonkiem to była istna tortura. Nie mogłam się powstrzymać przed zerkaniem na zegarek i chyba pierwszy raz nie zapisałam sobie terminu ostatniego w tym semestrze kolokwium, ale gdy tylko ciszę zakłócił ostry, metaliczny dźwięk, jako pierwsza zgarnęłam książki do torby i wypadłam na korytarz. Emocje zakotłowały mi się w żołądku, jakby dopiero co dostały na to zgodę. Klasa zaklęć znajdowała się jedynie piętro niżej i dopiero gdy zatrzymałam się przed drzwiami gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią, dotarło do mnie, że Moody mógł wciąż prowadzić lekcje albo przebywać w pokoju nauczycielskim. 

Ta świadomość była jak kubeł zimnej wody, lecz zanim zdążyłam zdecydować, co robić dalej, usłyszałam znajomy stukot drewnianej protezy o kamienną podłogę. Widok znajomej twarzy ostatnio w innym miejscu niż Wielka Sala i klasa na trzecim piętrze spowodował, że wnętrzności ścisnęły mi się boleśnie, ale zignorowałam to i sama bez zaproszenia wcisnęłam się do środka. 

— Mrużka… skrzatka… skrzatka Mrużka… — wydyszałam, chwytając się za brzuch i sapiąc jak lokomotywa. — Byłam w kuchni i widziałam skrza… skrzatkę, pijaną skrzatkę… Inne skrzaty mówiły, że… że służyła u Croucha, a on… wyrzucił ją za nieposłuszeństwo… 

Pokój pełen niesprawnych wykrywaczy czarnej magii zawirował mi przed oczami i musiałam usiąść, obserwowana pilnie przez oboje oczu eks-aurora. Obszedł biurko, ale nie opadł na fotel zaraz za nim. Oparł się o blat, ani trochę zaniepokojony rewelacjami, którymi żyłam przez ostatnie cztery godziny, choć zdążyłam zauważyć, że i on z czymś walczył.

— Wiem — rzucił, podczas gdy ja nadal próbowałam złapać jeden spokojny oddech. — Dumbledore sam mi powiedział, że zatrudnił ostatnio dwa skrzaty domowe. Skrzata Malfoyów i skrzata Barty’ego Croucha. 

— Czy on o tym wie? — zapytałam cicho. — Wie, że jego skrzatka tu jest? 

— Nie. I lepiej, żeby tak pozostało. Mrużka wiedziała o wielu rzeczach, o których on wolałby, żeby nigdy nie doszły do obcych uszu. Zwłaszcza do uszu Dumbledore’a. Ale nie martw się. Wszystko jest pod kontrolą — odparł, a zrobił to tak szybko, że natychmiast się wyprostowałam. Moje serce przyśpieszyło nieprzyjemnie, kiedy gwałtownie chwycił mnie za rękę. — Ja też mam ci coś do powiedzenia. Nasz pan chce nas widzieć. 

— Nasz… kto? 

Poczułam, jak wnętrzności ściśnięte jeszcze sekundę temu czymś na kształt rękawicy z metalu, zrobiły się dziwnie lekkie i wiotkie. Nie byłam w stanie wyrwać dłoni z jego mocnego uścisku, ale drugą przycisnęłam sobie automatycznie do mostka. Serce przestało galopować. Teraz waliło mocno i powoli, echo tych uderzeń przenikało do krwi i teraz słyszałam je w uszach, czułam w całym ciele — od zdrętwiałych palców u stóp po czubek głowy. 

— Nasz pan. — Ochrypły szept Moody’ego dochodził do mnie z oddali. — Ciebie i mnie. Dziś w nocy. 

Nagle wszystkie te myśli i emocje związane z Mrużką i panem Crouchem wydały mi się śmiesznie błahe. Jak mogłam przeżywać coś takiego, kiedy Czarny Pan chciał nas zobaczyć. Zdałam sobie sprawę, że naprawdę w głębi serca wierzyłam Barty’emu i Glizdogonowi, co być może czyniło mnie trzecim z szaleńców, lecz nie dbałam o to, dopóki świadczyło to o mojej lojalności. Tak chciałam o tym myśleć.

Musiałam odetchnąć i Crouch chyba też, bo oboje tkwiliśmy tak przez dłuższą chwilę w ciszy, każde wpatrzone w jakiś nieokreślony punkt. Próbowałam określić, co czułam w związku z tą informacją. Wszystkie wnętrzności bez wyjątku ścisnęły się jak przed piekielnie trudnym egzaminem, ale towarzyszyła temu radość, jakiś dziki dreszcz ekscytacji pomieszany ze strachem i tremą — jakbym tej nocy miała postawić na szali moje największe pragnienia. 

— Wiesz coś więcej? — zapytałam nareszcie, ważąc każde słowo. — Jak to ma wyglądać? 

Podniosłam na niego wzrok i zauważyłam, że i on na mnie spojrzał. Do Croucha chyba też dotarło, co na nas czekało, bo napięcie zeszło z twarzy Moody’ego, policzki stały się sflaczałe, a brwi ciężkie, jakby tylko obecność oczu powstrzymywała je przed opadnięciem. 

— Spotkamy się tutaj, przyjdź po północy, wszyscy powinni już spać. Masz. — Sięgnął do najbliższej szafki, pogrzebał i wyciągnął z niej to samo srebrnoszare kłębowisko, z którym przywitał mnie w domu swojego ojca. — Peleryna-niewidka. Nie obraziłbym się, gdybyś po drodze nie wyłapała swojego pierwszego szlabanu. Czego się spodziewać? Nie mam pojęcia. Musisz mu zaufać. 

Przełknęłam nerwowo. 

— Wiem. 

Jeszcze godzinę wcześniej obawiałam się tej wizyty, a teraz bardzo nie chciałam stąd wychodzić. Pierwszy raz poczułam, że w tym emocjonalnym przytłoczeniu byłoby mi lepiej, gdybym została z kimś, kto to rozumiał, ale bez słowa spakowałam zwinięty w kulkę płaszcz i opuściłam gabinet. Na korytarzu nie zastałam nikogo — dzwonek musiał już zadzwonić na ostatnie lekcje przed kolacją, ale ja nieszczęśliwie skończyłam tego dnia wszystkie zajęcia. Wyjątkowo wolałabym siedzieć w klasie jak najdłużej, żeby zająć czymś głowę. Nawet przysłuchiwaniem się durnym rozmowom o balu, ale jak na złość pokój wspólny Krukonów prawie całkowicie się wyludnił. Wszyscy walczyli z czasem w bibliotece, zakuwając i pisząc spóźnione wypracowania. 

Co za głupota — żałować, że nie ma się żadnych zaległości. 

Liczyłam na spotkanie z Nelly podczas kolacji w Wielkiej Sali, ale jej krzesło zastałam puste, a od Gastona dowiedziałam się tylko tyle, że leżała z gorączką w powozie. Spędziłam więc pełną napięcia i niezręczności godzinę w towarzystwie Moulina, rozpaczliwie usiłując podtrzymać dyskusję na temat egzaminów semestralnych w Hogwarcie i Beauxbatons. Szczęśliwie nie tylko ja wychodziłam z siebie, żeby ta rozmowa się kleiła. 

Jako obserwatorka zawsze czułam się nieco surrealistycznie, ale dziś to wrażenie przekroczyło wszelkie granice intensywności. Siedząc w ciemnym kącie salonu, a później ukryta za zasłonami łóżka w sypialni dla siódmoklasistek, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że moja naturalna niewidzialność osiągnęła swój maksymalny poziom, choć i tak wymykając się po ciemku za dziesięć dwunasta, zarzuciłam na siebie pelerynę-niewidkę. Była uszyta z bardzo śliskiego, wiotkiego materiału przypominającego wyglądem wodę albo bardzo gęstą mgłę. Mijając wysokie lustro w opustoszałym pokoju wspólnym, przystanęłam na moment. Wyjątkowe doświadczenie — zobaczyć nic we własnym odbiciu. Gdyby nie wskazówki ciągnące uparcie w kierunku północy, mogłabym tak stać, wyciągać i wkładać rękę pod pelerynę w nieskończoność, ale wykręcające się ze stresu jelita skutecznie zakłócały dobrą zabawę. 

Spacerowanie szkolnymi korytarzami po zmroku w celu zakradnięcia się do kuchni czy wymknięcia się przed świtem do Zakazanego Lasu wydały mi się nagle dziecięcą zabawą. Zwłaszcza kiedy drzwi do gabinetu otworzył mi Crouch we własnej osobie. 

Przeżyłam mały wstrząs, widząc jego bladą, szczupłą twarz oświetloną od dołu zimnym blaskiem różdżki. Okrągłe, mocno podkrążone oczy odznaczały się niepokojąco pod jasnymi łukami brwi jak dwa blade księżyce. Zdejmując pelerynę-niewidkę, poczułam na plecach nieprzyjemne mrowienie. Teraz, kiedy jego usta pozostawały lodowato nieruchome, śmiało można byłoby uwierzyć we wszystko, co słyszy się o niebezpiecznych szaleńcach zamykanych w psychiatrykach o wzmocnionym rygorze. Zapadnięte policzki pokryte cieniem jasnego, prawie przezroczystego zarostu nadawały jego twarzy upiornego charakteru, włosy miał znacznie dłuższe, sięgały mu już poza ramiona, a sposób, w jaki na mnie patrzył… 

Jakby próbował przewiercić się spojrzeniem do wnętrza czaszki. 

Kolejna głupota — tęsknić za obliczem starego potwora, mając przed sobą tak ładne i młode. 

Bez słowa wciągnął mnie do środka, nie opuszczając różdżki. Idąc tu, nie byłam pewna, czego się po nim spodziewać. Że jak mi otworzy? Uradowany? Podekscytowany? Że co, że będzie podskakiwał jak ośmiolatek w drodze do aquaparku? A może zestresowany, wycierający mokre od potu ręce o boki szaty? Ja sama właśnie tak się czułam — serce w gardle, gardło wysuszone na wiór, nogi jak z drewna, zimne stopy w wilgotnych skarpetkach. Miałam nadzieję, że podzieli ze mną jakiekolwiek emocje — cokolwiek, chociażby samą ich obecność, ale to nieprawdopodobne skupienie wydało mi się złowieszcze. 

A skoro Barty tak mnie przeraził, co się wydarzy, kiedy spotkam jego

Odchrząknęłam nerwowo, choć i tak nie zamierzałam się odzywać. Obserwowałam tylko, jak naprędce zakładał zimowy płaszcz i wciągał rękawiczki. Wszystko, co posiadał, wyglądało na trochę za duże i staromodne — coś, co bez skrępowania założyłby wuj Irving, gdyby nie wydatny brzuch. 

On albo pan Crouch. 

— Nosisz ubrania swojego ojca? — zapytałam cicho. 

A miałam się nie odzywać… 

Spodziewałam się piorunującego spojrzenia, syknięcia, którym przywołuje się do porządku niegrzeczne dzieci, ale on nawet się nie skrzywił. 

— Tak — odparł krótko. — Nie mam tu nic swojego. Użyjemy tajnego przejścia. 

Serce zabiło mi mocniej, kiedy podszedł bliżej, żeby narzucić na nas pelerynę-niewidkę. 

Bliżej — zdecydowanie dużo, dużo za blisko. Gdybym była wierząca, dziękowałabym Bogu za zgaszenie różdżki, ale w momencie, gdy zapadła całkowita ciemność, mogłam podziękować co najwyżej Merlinowi. 

Albo jego gaciom. 

Choć nasze kroki tonęły w chrapaniu wiszących wszędzie portretów, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie iść na palcach. Na karku wciąż czułam mrowienie, jakby ktoś inny w drugiej pelerynie-niewidce śledził nas przez całe trzecie piętro do samego posągu jednookiej wiedźmy. Nie zapytałam Croucha, skąd znał tajne przejście i dokąd prowadziło — wystarczyło, że nieprzyjemne dreszcze ustały, kiedy garb czarownicy zamknął się za nami i Barty wystawił spod peleryny rękę z różdżką. 

Znaleźliśmy się tuż przed krótką zjeżdżalnią z kamienia prowadzącą do ciasnego, zimnego korytarza. Nie wiedziałam, czy to wina strachu, magicznego płaszcza, milczenia Croucha, czy wszystkich trzech na raz, ale poczułam się całkowicie uwięziona we własnej głowie. Odliczałam w myślach pęknięcia w podłodze i ślizgałam się na wilgotnych kamieniach, chociaż bez przerwy patrzyłam pod nogi. Zimne światło różdżki nie ułatwiało, skacząc po całym tunelu pod wpływem szybkich kroków Barty’ego. Prawie się przewróciłam, gdy nagle przystanął. 

— Tu będzie dobrze — mruknął chyba bardziej do siebie, rozglądając się po ścianach. 

Nie miałam pojęcia, co na nich zobaczył. Dla mnie ta część korytarza nie różniła się niczym od tej sprzed kilku minut. A jednak Crouch musiał coś wypatrzyć, bo wyciągnął rękę jak Glizdogon na Millennium Bridge i już wiedziałam, co zaraz nastąpi. 

Teleportował nas, kiedy tylko go dotknęłam. Spodziewałam się, że wylądujemy na skraju polany tonącej w świetle księżyca — jasnej i przysypanej gładkimi połaciami śniegu — ale na końcu podróży czekała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Zamiast rozległych pól przykrytych połyskującą srebrem zimową kołderką i czarnego baldachimu wyszywanego w gwiazdy na miejscu zastałam kompletną ciemność. Było też znacznie cieplej i mniej wietrznie, prawie tak, jak w głębi Zakazanego Lasu. Zaczęłam się rozglądać i wytrzeszczać oczy — jakby to coś miało pomóc. Dopiero gdy Crouch powtórnie zapalił różdżkę, zorientowałam się, że faktycznie aportowaliśmy się w lesie, ale z całą pewnością nie był to Zakazany Las. Nie znałam żadnych ścieżek biegnących przez takie gęstwiny, a tu między drzewami wiodła słabo przysypana śniegiem droga, dosyć szeroka, by mógł przejechać tędy samochód. 

No tak, oświeciło mnie. Czarny Pan nie ukrywałby się w domu urzędnika. 

Potykając się o ukryte pod śniegiem korzenie, starałam się dotrzymać Crouchowi kroku, ale miał o wiele dłuższe nogi i po kilku minutach walki z zamrożoną ściółką i dyszenia pod peleryną-niewidką nabawiłam się palącego bólu w płucach i kłucia w boku. Tymczasem Barty w ogóle nie zdradzał żadnych oznak zmęczenia. Był jak w transie. 

— Gdzie my… gdzie my jesteśmy…? — wyrzuciłam z siebie, ale nie odpowiedział. 

Nie musiał. W tym samym momencie zwolnił i zsunął z nas płaszcz, a moim oczom ukazał się fragment podwórka z nieczynną fontanną i nietknięty, przykryty grubą warstwą śniegu podjazd. Crouch uniósł wyżej różdżkę i światło padło na pogrążoną w ciemności posiadłość z mrocznym, strzelistym dachem i zwietrzałymi ornamentami wokół gzymsów. Posesję otaczał mur bardzo wysokich, grubych drzew. Sam widok martwych okien sprawił, że po plecach przebiegł mi dreszcz — zaskakująco lodowaty jak na dziesięć minut szybkiego, rozgrzewającego marszu. Nigdy nie bałam się historii o duchach, ale osobliwa cisza połączona z wyłaniającym się z mroku zamczyskiem uruchomiła te rejony wyobraźni, które do tej pory pozostawały nietknięte przez strach. 

Crouch przystanął i spojrzał na mnie z dzikim błyskiem w oczach. Wargi miał zaciśnięte, ramiona lekko uniesione i spięte, ale nie wyglądał na przerażonego. Przypominał raczej debiutującego aktora na minutę przed wejściem na scenę — stremowanego, ale i podekscytowanego. Skinął głową i oboje ruszyliśmy wolno ku wejściu. 

Serce trzepotało się w klatce piersiowej jak ptak wrzucony do klatki, a cisza mrocznego, przestronnego holu tylko potęgowała to wrażenie. Bladolice postacie w starych, ozdobnych ramach otworzyły oczy na dźwięk skrzypiących zawiasów i miałam wrażenie, jakby śledziły każdy nasz krok, dopóki nie zniknęliśmy na piętrze. Choć w zimnym świetle różdżki kręte poręcze, kolekcje antycznych bibelotów, ciężkie i drewniane konsole wyglądały na porządnie wyczyszczone, dworzyszcze sprawiało wrażenie niezamieszkałego. Nie miałam pojęcia, czy to przez echo naszych kroków, czy ogrom pustych powierzchni, ale poczułam się tu jednocześnie potwornie mała i na widoku. Zupełnie inaczej niż w Hogwarcie, choć przecież był o wiele większy. 

— To jego dom? — zapytałam. 

Bałam się wydać z siebie dźwięk głośniejszy od szeptu.

— Nie. Mój. — Znów na niego spojrzałam. Nie wyglądał, jakby czuł się pewnie wśród tej ciężkiej elegancji — w odróżnieniu od domku, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy. — Zaczekaj tu. 

Zatrzymałam się na środku długiego korytarza przed jednymi z podobnych do siebie drzwi i patrzyłam, jak Crouch wsuwał się powoli przez szparę do pomieszczenia tonącego w blasku przypominającym światło ognia z kominka. Nie pomyślałam, żeby zapalić różdżkę i stałam tak w zupełnej ciemności — spocona ze strachu, z lodowatymi stopami i zaciśniętą szczęką. Byłam zbyt zesztywniała, żeby się poruszyć — ze strachu? Z zimna? Z oszołomienia? 

Chyba ze wszystkiego po trochu. Niewiarygodne, że jeszcze kilka godzin wcześniej rozkładałam na czynniki pierwsze jakieś skrzacie problemy. 

Napięta do granic możliwości łowiłam uchem każdy najlżejszy dźwięk, ale dom zdawał się pochłaniać wszystkie naturalne odgłosy. Żadnego tykania zegara gdzieś w głębi korytarza, żadnej pracy drewnianej podłogi czy odgłosu wiatru z zewnątrz. Dopiero po piekielnie długiej, zdawałoby się, trwającej wieczność chwili z wnętrza pomieszczenia dobiegły mnie znajome kroki Croucha. Gdy stanął w drzwiach, na tle pomarańczowego półmroku był wyłącznie czarną sylwetką w za dużej szacie. 

— Oczekuje cię — oznajmił cicho niezwykle podniosłym tonem, a do mnie dotarło, że przez całą drogę tajnym przejściem i ścieżką przez las nie zapytałam, jak miałam się zachować. Jak odpowiadać, czy się ukłonić, czy patrzeć… 

Czy miałam na co patrzeć, przemknęło mi przez myśl. 

Ale nie było już czasu. 

Próg przekroczyłam cała w nerwach. Idąc na spotkanie z Glizdogonem, czułam się jak bajce. Podobnie podczas ataku na Moody’ego — to wszystko wydawało mi się snem albo historią wyczytaną z cudzego pamiętnika, ale dziś świadomość tego, co zaraz miało się wydarzyć, silnie osadziła mnie we własnej głowie. Jedynym źródłem światła w tym pokoju istotnie był kominek prawie w całości zasłonięty wysokim oparciem fotela. W pierwszej chwili odruchowo zmrużyłam oczy, oślepiona tym łagodnym blaskiem. Rozejrzałam się prędko, choć w głębi serca przeczuwałam, że wszystko kręciło się właśnie wokół tego fotela. Ciemny zarys ciężkich mebli, zaciągniętych zasłon i wykwintnego łoża z baldachimem wydawał mi się jedynie tłem — na pierwszym planie rysował się jedynie ten prosty fotel. Odszukałam wzrokiem Barty’ego, który tylko skinął zachęcająco głową, więc postąpiłam naprzód… najpierw jedna stopa, druga… jaki ten dywan śliski… 

Tylko się nie potknij, modliłam się w duchu. 

Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, więc i ja przystanęłam jakoś nieforemnie pochylona na środku pokoju — dokładnie między fotelem i Crouchem. Jak posłaniec na ziemi niczyjej. Coś powstrzymywało mnie przed przekroczeniem tej niewidocznej bariery, jakby jakaś podświadomie wyczuwalna aura, której nikt nie powinien zaburzać. 

I w tym samym momencie ciszę przeciął dźwięczny, wysoki głos — jak dobrze naostrzony nóż. 

— Macy Rosier — rozległo się zza oparcia. — Podejdź tu. Chcę cię obejrzeć. 

Poczułam się tak, jakby na dno żołądka opadł mi wielki głaz. Z gardłem zawiązanym w supeł zbliżyłam się do kominka i tylko szok, jakiego doznałam po zobaczeniu tego, co siedziało w fotelu, powstrzymał mnie od odskoczenia do tyłu. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. 

Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, ale po nieśmiałych rozmowach z Crouchem oczekiwałam czegoś podobnego do zjawy. Jakiejś półprzezroczystej postaci podobnej do duchów w Hogwarcie albo Yody z szóstej części Gwiezdnych Wojen, ale z całą pewnością nie TEGO. 

Humanoidalne stworzenie przywodzące na myśl zniekształcone, przeraźliwie chude dziecko opatulone w kawał czarnej tkaniny wyglądało jak wyciągnięte z horroru klasy C, ale ani trochę nie bawiło. Wręcz przeciwnie. Ciemnoczerwona skóra przypominała spaloną, prawie zwęgloną, ale na płaskiej, deformowanej twarzy nie było ani śladu bólu. Olbrzymie czerwone oczy z pionowymi szparkami zamiast źrenic zmrużyły się nieco, z wyraźną przyjemnością chłonąc moje przerażenie — a wpatrywały się z taką intensywnością, że za nic w świecie nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Jedyne pałające życiem w tej wstrętnej sylwetce. Siła przyciągania pochłaniała jak czarna dziura. Zachłannie, przerażająco, bez możliwości ucieczki, jakby pożerał moje myśli, wertował je jak książkę. To coś — inaczej nie potrafiłam tego określić — posiadało jakąś ludzką mimikę, bo po chwili uśmiechnęło się z lubością, chyba z aprobatą, lecz oczy pozostawały nadal tak samo zimne i nieruchome jak u smoka lub u węża. 

Cisza zdawała się pulsować, dopóki stworzenie nie wydało z siebie jakiegoś wysokiego, wibrującego odgłosu. Odgłosu łudząco podobnego do śmiechu. 

— Jesteś dobra, ale musisz jeszcze poćwiczyć — oznajmiło z prześmiewczą nutą. — Rozpraszają cię emocje. Jesteś wstrząśnięta tym, co widzisz? Spodziewałaś się ducha z bajki? Przykro mi, że musiałem cię rozczarować. 

Nie byłam pewna, czy to ten osobliwy, nieludzki głos, czy bijąca od niego moc, ale świadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba — to był on. Okaleczony, przeklęty, wyrwany z własnego ciała, zniszczony, ale jednak on. Czarny Pan, którego obawiałam się nazywać nawet we własnych myślach. Przytłoczona tym faktem wbiłam wzrok w podłogę i padłam na kolana, tłukąc je sobie boleśnie na kamiennym fragmencie podłogi przed kominkiem. 

Dotarła do mnie powaga tego wszystkiego. 

A on znów zarechotał tym upiornym, nieludzkim śmiechem. 

— Złożyłaś Przysięgę Wieczystą — kontynuował. — Tak bardzo pragnęłaś powrotu Lorda Voldemorta, że postawiłaś na szali własne życie, zaufałaś dwóm obcym czarodziejom. Dlaczego? 

— Dowiedziałam się o moich rodzicach… lata temu — wydukałam. W głowie miałam zupełną pustkę, ale kiedy nareszcie zaczęłam mówić, dobrze wiedziałam, co chciałam powiedzieć. — Służyli swojemu panu i zginęli dla niego… zabił ich Alastor Moody i teraz ja chcę… pragnę, żeby ich pan był teraz moim panem. 

— I zemsta. Pragniesz zemsty, Macy Rosier. 

— Nie. Tylko sprawiedliwości. 

Milczał przez chwilę, słyszałam tylko szmer oddechu Barty’ego i trzask palącego się drewna. Ja wstrzymałam swój oddech. Mogłam jedynie klęczeć i czekać na wyrok — cokolwiek by to nie było. 

— Twój anioł stróż opowiedział mi o tobie, Macy Rosier — przemówił w końcu. — O twoich marzeniach, o przygotowaniach, jakie czyniłaś, kiedy twój pan nareszcie cię odnajdzie i da ci twoją upragnioną zemstę… i pozycję po twoim ojcu i matce. To, zdaje się, łączy cię z moim drogim Bartemiuszem, zgadza się? Rosierowie byli tak samo zawzięci i ta zawziętość przyniosła im przekleństwo śmierci. Zginęli w imię swojego pana, zdradzeni przez jednego z przyjaciół. 

— Mój panie… anioł stróż? — wydukałam, nie rozumiejąc. 

— Och, mówię o twoim małym, tchórzliwym aniele stróżu Glizdogonie. Wszyscy chcielibyśmy, żeby czuwał nad nami wielki Michał, Gabriel albo Rafał, ale taki Glizdogon też może okazać się przydatny — ciągnął. Gdy ośmieliłam się na niego zerknąć, nie przestawał się uśmiechać. Różdżka w jego nienaturalnie wielkiej, przypominającej trupią dłoni tańczyła lekko. — Dostaniesz swoją zemstę, Macy. A teraz odejdź, zobaczyłem już dość. Zostaw mnie z Bartemiuszem. 

Wstanie okazało się trudniejsze niż przekroczenie granicy za fotelem, ale zanim zmusiłam swoje zdrętwiałe nogi do ruchu, czyjeś dłonie podźwignęły mnie delikatnie za ramiona. Wzrok Croucha — nadzwyczaj łagodny — sugestywnie omiótł drzwi, więc tam się skierowałam. Czułam się dziwnie bezwładna i bardzo, bardzo zmęczona. Właśnie tak wyobrażałam sobie stan pod wpływem Imperiusa. 

Ciemność na korytarzu okazała się niesamowicie pokrzepiająca i odarta ze wszelkich upiornych konotacji. Odzyskawszy czucie w stopach, zapaliłam różdżkę i ruszyłam wolno wzdłuż korytarza, zatrzymując się na chwilę przy gobelinach i obrazach zawieszonych między kolejnymi drzwiami. 

Minęła cała wieczność, aż się ze mną zrównał. A może tak mi się tylko zdawało? Zatrzymałam się przy jednym z okien, przyglądając się słabo zarysowanym stawom na tyłach domu. Na parterze musiał być ktoś jeszcze, chyba Glizdogon, bo fragment zaśnieżonego podwórka rozświetlił mdły, żółtawy blask świec zakłócany co chwilę przez cień jakiejś pochylonej sylwetki. 

— Potrzebowałam trochę… ochłonąć — mruknęłam, choć widok na smętny krajobraz nie dodawał ani odrobiny otuchy. 

Stanął bardzo blisko. Tak blisko, że miejsce na ramieniu, które dotknęło jego ramię, zaczęło mrowić, ale nie było to nieprzyjemne mrowienie. W tej sytuacji wszystko, co choć odrobinę znajome, dawało jakąś namiastkę równowagi. 

— Tu tego nie dostaniesz. Chodź. 

Z ulgą opuściłam dziwnie uśpione mury Crouchwood Hall — jak wyczytałam ze szczytu któregoś z ozdobnych gobelinów. Nie miałam pojęcia, czy to wrażenie po spotkaniu tej przerażającej istoty z fotela, czy mroczna aura samego domu, ale nie miałam najmniejszej ochoty tam wracać. Nawet się nie obejrzałam, kiedy Crouch wyciągnął ku mnie rękę. Teleportował nas do miejsca, które wyobrażałam sobie zobaczyć na samym początku — łagodne, przysypane śniegiem pagórki rozciągające się po sam horyzont, jedna jedyna droga prowadząca do miasteczka, a nad tym wszystkim księżyc niczym samotna srebrna bombka, którą ktoś pominął podczas rozbierania choinki. W oddali dało się zauważyć czarny kształt budynku górującego nad łąkami niczym skała wystająca z oceanu. 

Tak. Tu zdecydowanie można było odetchnąć. 

— Tamten dwór w lesie… to twój rodzinny dom? — zapytałam nieśmiało. 

— W pewnym sensie. To jest rodzinna posiadłość Crouchów. Matka nie mogła go znieść, więc przenieśliśmy się tutaj. Ojciec kupił niewielką działkę niedaleko terenów, które od lat należą do jego rodziny. 

— Po tym, jak trafiłeś do Azkabanu? 

Zaśmiał się tym dzikim, perlistym śmiechem, ale nie dało się w nim usłyszeć krztyny humoru. 

— Nie. Chodziłem jeszcze do szkoły, jakoś między czwartym i piątym rokiem, o ile dobrze pamiętam. Matka miała dość tego, że wciąż się mijamy, zresztą… ona była jak piwonia. Nie mogła znieść tamtego miejsca. Tej wilgoci, tych stawów, pustych korytarzy, tej wiecznej ciemności, tego, że wszystko, co posadziła, natychmiast zdychało… 

— Wcale się nie dziwię — mruknęłam pod nosem i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, jak to zabrzmiało, ale Barty nie wydawał się dotknięty. Nadal szedł przed siebie z rękami głęboko w kieszeniach, wpatrując się w zmrożone iskierki mieniące się na śniegu pod stopami. Oczy szkliły mu się jak w transie. 

— Rodzina mojej matki miała całkiem spore gospodarstwo nad morzem — kontynuował. — Masa otwartej przestrzeni, wielkie białe klify, wiatr w płucach… Nigdy się nie skarżyła, ale wszyscy widzieliśmy, że tu więdnie. Zresztą wszyscy więdliśmy, wszyscy poza Wielkim Nieobecnym. Ale w końcu sam wyszedł z propozycją przeniesienia się gdzieś bliżej ludzi. Oczywiście nie za blisko, nie zniósłby, gdyby świat mógł ją mieć. On był zdolny do domyślania się, ale tylko wtedy, kiedy chodziło o nią. 

Była w tym nutka goryczy, lecz nie miałam pojęcia, jak z nim o tym rozmawiać. Czy w ogóle to robić. Czułam, że temat matki wciąż pozostawał w nim tkliwy jak świeża rana, a ja nigdy nikogo nie pocieszałam. Nie miałam pojęcia, jakich słów użyć, żeby to nie wydawało się nieszczere, więc zazwyczaj nie mówiłam nic.

Szliśmy przez chwilę w milczeniu. Śnieg skrzypiał pod naszymi butami, iskrzył się w srebrnym blasku księżyca ja stałam się nagle zupełnie nieczuła na piękno tych czarownych wzgórz. Wydały mi się teraz puste i martwe. 

— A po Azkabanie? — zapytałam w końcu. 

— Po Azkabanie popadł w jeszcze większą paranoję. Bez matki mógł mnie nienawidzić z czystym sumieniem, zresztą ze wzajemnością. A kiedy wyrzucił Mrużkę, byłem pewien, że prędzej czy później jeden zabije drugiego. Że to kwestia czasu, tym bardziej, że coraz częściej miewałem przebłyski świadomości. 

— Dlaczego ją wyrzucił? 

To pytanie kręciło mi się po głowie, od kiedy opuściłam kuchnię, a i on musiał to podejrzewać, bo parsknął cicho pod nosem. 

— Ten Mroczny Znak na niebie podczas Mistrzostw Świata Quidditcha — zaczął ironicznie, a jak natychmiast pokiwałam głową. Akurat to jedno wydarzenie śledziłam z ciekawością. — Mrużka wypraszała na ojcu, żeby od czasu do czasu fundował mi jakieś rozrywki. Żeby miał coś życia. Za czasów szkolnych grałem w drużynie i Mrużka zaczęła przekonywać ojca, by zabrał mnie na mecz w ramach nagrody za dobre sprawowanie. Oczywiście w pierwszej chwili odmówił, ale ona błagała go miesiącami i w końcu się zgodził. Wszystko przygotował. Zaprowadził nas do loży honorowej jeszcze przed otwarciem bramek, ja byłem pod peleryną-niewidką, a Mrużka miała powtarzać, że trzyma ojcu miejsce. Oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, co się wokół mnie działo, ale w pewnym momencie przebudziłem się i zdałem sobie sprawę, gdzie jestem. Ukradłem różdżkę chłopakowi, który siedział za mną… co ciekawe, wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak los postanowił skrzyżować nasze ścieżki, bo tym chłopakiem okazał się być Harry Potter. W pierwszej chwili planowałem użyć tej różdżki, żeby zaatakować ojca, wtedy Imperius i wszystkie inne zaklęcia, za pomocą których mnie kontrolował, przestałyby działać, ale wieczorem w namiocie usłyszałem tych zdrajców, jak się bawili. 

— Zdrajców? 

Jego twarz się zmieniła. W miękkim, zimnym świetle okalającym ją z góry wyglądała jak twarz anioła — idealna we wszystkim, bez żadnej zmarszczki, ale emanująca jakąś niepokojącą, powodującą ciarki energią. Pod maską niewinnych, jasnych oczu i łagodnego czoła czaił się mrok, którego nie dało się przegapić. Mrok poruszający w moim sercu jakąś nieznaną dotąd strunę.

— Lucjusz Malfoy, Nott, Crabbe, Goyle, Yaxley… zdrajcy, którzy złotem i łgarstwami wywinęli się od kary, kiedy nasz pan zaginął. I zamiast go odnaleźć, wrócili na swoje ciepłe posadki w ministerstwie, Świętym Mungu i zagranicznych firmach jak Karkarow, udając za niebyłe wszystko to, co zrobił dla nich Czarny Pan. Jak wyniósł ich ponad wszystkich, przyjmując do grona swoich elitarnych popleczników. Coś mnie wtedy opętało, uznałem, że muszę ich ukarać — mówił z coraz silniejszą emocją w głosie, choć wcale nie brzmiał na rozwścieczonego. Wyglądał, jakby ogarnął go ułamek tego, co czuł wtedy na polu namiotowym, a ja słuchałam, wpatrując się w niego jak zaczarowana. — Ojciec poleciał ratować tych mugoli, z którymi się zabawiali. Chciałem pędzić za nim, ale Mrużka zobaczyła mnie w tym stanie. Przeraziła się. Postanowiła mnie odciągnąć, użyła do tego swoich zaklęć, zaciągnęła mnie do lasu z dala od tych wszystkich zamieszek, ale wciąż miałem różdżkę. Wystrzeliłem z niej Mroczny Znak. Tyle, ile mogłem zrobić. Możesz myśleć, że to szalone, ale w tamtym momencie byłem zdesperowany, owładnięty czymś… jakimś poczuciem niesprawiedliwości… nie jestem pewien, ale kolejny raz sobie udowodniłem, że działanie pod wpływem impulsu było nieopłacalne. Pod Mrocznym Znakiem pojawili się ludzie z ministerstwa, zaczęli strzelać zaklęciami na oślep i tak trafili mnie i Mrużkę. Ktoś ją odnalazł i ojciec zrozumiał, że i ja też tu jestem. Pozbył się Mrużki, bo pozwoliła mi uciec… bo znów powiązano go ze śmierciożercami. Jak wtedy, kiedy mnie złapali. Wszystko w nim odżyło. 

Mściwa satysfakcja zapłonęła mu w oczach, wykrzywiła wargi, czyniąc jego twarz nieludzką. Piękną, ale nieludzką jak twarz Czarnego Pana w tamtym fotelu przed kominkiem. Płonęła identycznym ogniem, choć jedynym światłem był lodowaty blask księżyca. Coś ścisnęło mnie za serce. W pierwszej chwili myślałam, że to strach, ale było w tym coś jeszcze. 

Podziw. 

Nigdy dotąd nie czułam się dostatecznie swobodnie, by pytać o Azkaban i o to, co wydarzyło się po nim, choć przecież Crouch okazał się pierwszą osobą, przy której mogłam doświadczyć jakiejkolwiek swobody związanej z obcowaniem z drugim człowiekiem. Bałam się tajemnicy, która się pod tym kryła, ale teraz zaczynałam rozumieć tę jego zapalczywość, ten płomień, który rozświetlał go od środka, kiedy mówił o Czarnym Panu. Tylko to trzymało Bartemiusza przy życiu. Sprawiło, że przetrwał Azkaban, terror w domu ojca, niebezpieczeństwo związane z podszywaniem się od Moody’ego — lojalność wobec jego pana. 

Zapragnęłam tego samego ognia — jak niczego innego do tej pory. 

— Jesteś jego najlepszym żołnierzem — powiedziałam cicho. Ze ściśniętym gardłem obserwowałam, jak mrok w jego oczach powoli rozpraszało jakieś wewnętrzne światło. — Chciałabym mieć takie zacięcie… i taką odporność, żeby znosić to wszystko. 

— Masz to wszystko — odparł i zrobiło mi się nagle bardzo ciepło, choć wiatr tańczył na otwartej przestrzeni, nie robiąc sobie nic z mojego zimowego płaszcza, czapki i rękawiczek. — Dzieci rzadko kiedy są tak wytrwałe w swoich postanowieniach, a ty poświęciłaś całe dzieciństwo, żeby znaleźć się tu, gdzie jesteś. Myślę, że oboje jesteśmy tymi, których Czarny Pan potrzebował w takim momencie. 

Poczułam uśmiech narastający w kącikach ust i natychmiast spuściłam głowę. Mimo przyjemnej błogości w brzuchu nie potrafiłam przyjąć tych słów ot tak, jakby naprawdę mi się należały. 

— Dlaczego on tak wygląda? — zagaiłam, żeby zmienić temat. — Myślałam, że będzie… no nie wiem… duchem albo czymś… 

W powietrzu zawisło pewne niedopowiedzenie, bo on chyba też się nad tym zastanawiał. Przez chwilę znów słychać było tylko skrzypienie śniegu pod butami i dwa szybkie oddechy. Samotny dom zaczął maleć i stał się wyłącznie niewyraźną ciemną plamą majaczącą daleko od drogi. 

— Nie wiem — odrzekł po minucie czy dwóch, nie kryjąc wahania. — Czarny Pan zgłębił tajniki czarnej magii, o jakich nam się nie śniło. Myślę… myślę, że tylko dzięki niej przeżył tamtą noc, a teraz dzięki nam odzyska dawne ciało… dawną potęgę. I im dłużej pozostanie w cieniu, tym dla nas wszystkich lepiej. 

— A… — Tym razem to ja się zawahałam. — A co miał na myśli, mówiąc, że Glizdogon był moim aniołem stróżem? Nie mam nic do Glizdogona, ale wydaje mi się trochę… hmm… śliski? Albo czegoś nie zrozumiałam…? 

Urwałam, kiedy parsknął śmiechem i ta podniosła atmosfera poufałej rozmowy prysła jak bańka mydlana. Spojrzałam na niego z rosnącym wyrzutem, a on nie przestawał rechotać.

— Ach, bo ty nie wiesz… i zrozumiałe, że nie wiesz, ponieważ Pettigrew raczej się z tym nie obnosi — powiedział, a wszelkie ślady po surowym, przerażającym Crouch zniknął. — Glizdogon jest animagiem, zmienia się w szczura. To taka jego „zdolność specjalna”. Przez ostatnie lata ukrywał się u pewnej rodziny jako zwierzątko domowe. U rodziny, która bardzo często odwiedzała twoją ciotkę… 

— U Weasleyów! — wpadłam mu w słowo. 

W historii Pettigrew od początku nie kleiło mi się, jak ktoś taki miałby przetrwać tyle lat w ukryciu, mając jednocześnie tyle wiedzy z pierwszej ręki, ale uznałam, że mógł po prostu otrzymać w spadku pelerynę-niewidkę. Albo talenty magiczne, o które Crouch go nie podejrzewał. 

— Zgadza się. Glizdogon słuchał wynurzeń twojej ciotki, jej obaw co do ciebie i twoich rodziców, a później zaczął myszkować. 

Nie powiedział tego, ale po uśmiechu w mig zrozumiałam, co miał na myśli. Gorąco rozlało mi się po policzkach — tym razem niezbyt przyjemne. Na myśl, że tamten człowiek o lepkim spojrzeniu biegał sobie po mojej sypialni, czytał pamiętnik dorastającej dziewczynki, być może przeglądał jakieś dokumenty, szukał ukrytego dna w szufladzie z bielizną ciotki, spłynęło na mnie wrażenie całkowitego odarcia z prywatności. Z drugiej strony tylko dzięki temu znalazłam się w miejscu, w którym teraz byłam. 

Zagryzłam spierzchnięte wargi. 

— Od teraz rzucam zaklęcie demaskujące na każdego szczura, którego spotkam, przysięgam — mruknęłam buntowniczo, choć czułam, że złość szybko zaczęła się ulatniać. 

Pojawiło się coś jeszcze. Bliskość, której doświadczałam przy Nelly — jakbyśmy z Crouchem dopiero teraz stali do siebie twarzą w twarz, a nie tylko obok siebie. Przełknęłam ślinę, bijąc się z narastającym stresem. 

Tak się… odsłonić? Pierwszy raz? I to przed kimś, kto wciąż pozostawał nieodkrytą mapą? 

— Ja… przepraszam za tamto. No wiesz. — Odchrząknęłam. — Za to po Pierwszym Zadaniu. Przyzwyczaiłam się, że muszę dużo kłamać. Ciotka i wujek nie wiedzą, że ja znam historię moich rodziców… jak zginęli i czym się zajmowali. Poza tobą, Glizdogonem i nim nikt nie wie. 

Nie wyglądał na zaskoczonego. 

Co za niespodzianka. 

— Wiem, Macy — odparł lekko. — To dobry odruch — nie mówić wszystkiego od razu. 


___________
To ostatni rozdział w tym roku kalendarzowym. Mam nadzieję, że się podobał. Chciałabym pisać częściej, ale utrzymanie czterech blogów nie jest łatwe. No i musiałam też skupić się na pisaniu pracy na konkurs, plus moje tragiczne oceny z chemii… Jednym słowem, brak czasu. Szablon jest świąteczny, dobrze się składa, u Macy też zbliża się Boże Narodzenie. U nas jest akurat tuż po, ale póki co, pasuje. Dedykacja dla Sheirany :*

* pod gwiazdką znajduje się link do bohatera. 

11 grudnia 2010

8. Smoki i kłamstwa


Choć dobrze znałam cały plan Harry’ego Pottera na jego smoka, podniecenie całej szkoły we wtorkowe przedpołudnie udzieliło się i mnie. Obiad praktycznie w siebie wmusiłam, zerkając na bladozieloną Fleur Delacour siedzącą kilka krzeseł dalej w otoczeniu swoich kolegów i koleżanek z Beauxbatons. Ze zdziwieniem odkryłam, że w odróżnieniu od Cedrika Diggory’ego i Wiktora Kruma — ku uciesze Nelly — nikt jej nie pocieszał, nie zagadywał, żeby odwrócić uwagę od tego, że za godzinę stanie twarzą w twarz z ziejącą ogniem bestią. I może gdyby nie historia, którą usłyszałam od Gastona, zrobiłoby mi się żal Francuzki. Przyglądałam się ukradkiem, jak madame Maxime wyprowadzała ją z Wielkiej Sali, zapewne po to, żeby reprezentanci mogli się przygotować. Profesor McGonagall robiła to samo z Potterem, a Sprout z Cedrikiem Diggorym. Po Wiktorze Krumie i Karkarowie nie było już śladu. 

— Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałam — mruknęłam, gdy kwadrans później razem z Dubois i Moulinem maszerowaliśmy gdzieś w środku pochodu Krukonów przez zatłoczony hol. — Dyrektora Durmstrangu. 

— Pewnie w jakiejś gazecie — odparła niefrasobliwie Nelly, próbując dojrzeć ponad tłumem to, co majaczyło przez otwarte na oścież drzwi. — Dyrektorzy szkół są całkiem popularni, w naszych gazetach nie ma miesiąca, żeby nie pisali o Dumbledorze. 

— Problem w tym, że ja nie bardzo czytam gazety. 

Wyszliśmy na zewnątrz i ze szczytu schodów od razu dało się widzieć olbrzymi ciemnozielony namiot prawie przyklejony do skraju Zakazanego Lasu i ciągnące się za nim wysokie, solidne ogrodzenie, a w dużej odległości od płotu w półkolu ustawiono trybuny podobne do tych otaczających boisko do quidditcha. Nelly zaczerpnęła gwałtownie powietrza. 

— Chodźcie szybciej! — ponagliła nas, machając rękami. — Bo pozajmują najlepsze miejsca! Szybko! 

Przecisnęła się między Krukonami, żeby wydostać się poza ścieżkę i puściła się pędem ku czarnym, drewnianym wieżyczkom, a my, chcąc nie chcąc, podążyliśmy za nią. Trawa, po której biegliśmy, była mokra i śliska od padającego w nocy deszczu, ale Dubois to nie powstrzymało. Dopadła do wejścia jako pierwsza i przyglądała się, szczerząc zęby, jak ostrożnie parliśmy naprzód, żeby nie upaść i zjechać na tyłkach ze wzgórza. 

— Nie mogę się doczekać! — zawołała, kiedy jako jedni z pierwszych zajmowaliśmy miejsca na ławie przy samej balustradzie. — Podobno mają z kimś walczyć, chociaż wczoraj widziałam, jak Delacour ćwiczyła na naszych koniach jakieś zaklęcia wprowadzające w trans czy coś takiego… 

Nie tylko Nelly miała swoje hipotezy dotyczące tajemniczego zadania. Już w dormitorium obiło mi się o uszy coś o losowaniu przeciwników, z którymi uczestnicy mieli się pojedynkować, a widok olbrzymiej areny w kształcie elipsy tylko utwierdzał w tym przekonaniu. Inni uważali to za zupełnie poroniony pomysł i forsowali teorię o łapaniu jakiegoś dzikiego magicznego stworzenia („W końcu w którymś tam roku trzeba było złapać żmijoptaka”), a obecność w Hogsmeade kilkunastu pracowników z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami znakomicie się z tym łączyła. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś miejsca dla sędziów, ale w tym samym momencie na arenie pojawili się ubrani w identyczne kombinezony ze smoczej skóry mężczyźni — każdy uzbrojony w różdżkę i coś przypominającego długi, gruby metalowy pręt. Jeden  z pracowników ustawił na ziemi drewnianą skrzynię i zaczął wyciągać z niej olbrzymie, przypominające strusie jaja. Choć wiedziałam, co za chwilę zobaczę, poczułam skurcz tremy w żołądku. 

— Och! — wyrwało się Nelly, gdy zza namiotu wyłonił się kolejny tuzin czarodziejów ciągnących za gruby łańcuch gigantycznego smoka o srebrno-niebieskich łuskach. 

— Putain! — rzucił pod nosem Gaston. 

Skórzaste skrzydła, które gad miał stulone przy bokach, wystrzeliły w górę, gdy tylko czerwone ślepia wypatrzyły kupkę jaj ułożonych na ziemi pod ogrodzeniem. Jednym susem przeskoczył jakieś trzysta stóp, lądując miękko na jego szczycie, a pierwsze rzędy w trybunach (wraz ze mną) odchyliły się gwałtownie do tyłu. Przełknęłam z trudem, starając się opanować serce cisnące się do gardła. 

— Dokładnie tak, proszę państwa! — zagrzmiał magicznie wzmocniony głos Ludona Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci będą musieli wykazać się odwagą i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się! Każdy z uczestników ma tylko przejść obok swojego smoka i zdobyć złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się wskazówka dotycząca Drugiego Zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem wspaniały szwedzki krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego! Cedrik, zapraszam do nas! Przetrzyj szlaki pozostałym! 

Pierwszy szok błyskawicznie zmienił się w ekscytację i trybuny eksplodowały brawami porównywalnymi do tych, które rozbrzmiały przy stole Puchonów podczas wyboru reprezentantów. W wejściu do namiotu pojawił się Diggory. Nawet z tej odległości dało się zauważyć potworną bladość jego przystojnej twarzy. Na arenie został tylko on i gad. Obaj nie wyglądali na zaskoczonych tym spotkaniem, przy czym bestia rozłożyła skrzydła jeszcze szerzej, jakby spodziewała się, co chłopak miał zamiar zrobić. Stali przez chwilę, wpatrując się w siebie, aż Cedrik uniósł różdżkę, wycelował nią w jeden z kamieni leżących u stóp smoka i… 

— Co on wyprawia? — syknęła Nelly, gdy w miejscu skały pojawił się biszkoptowy labrador. 

— Chiba… dekoncentrui go — bąknął Gaston, mrużąc ciemne oczy. 

Miał rację. 

Przez jakiś czas czaił się prawie w bezruchu, sterując psem tak długo, aż wielkie, czerwone ślepia podążyły za nim. Labrador to podbiegał, to uciekał, czołgał się na ugiętych łapach w stronę jaj, to nagle odskakiwał, aż z przepastnej smoczej gardzieli dało się słyszeć głuche bulgotanie. Pierwsze rzygnięcie ogniem wywołało we wszystkich dzikie podniecenie, Nelly poderwała się na nogi i wychyliła mocno za balustradę, żeby zobaczyć, czy Cedrik uszedł z życiem. 

— Ooooch, prawie go trafił! — ryczał Bagman. Jego żywiołowe komentarze jeszcze bardziej podgrzały atmosferę. — Ledwo, ledwo… oj, to bardzo ryzykowne, baaardzo ryzykowne… I znów prawie go trafił! 

Jeszcze jedna fontanna ognia wystrzeliła w stronę psa, który puścił się pędem w stronę namiotu. Smok wyciągnął daleko głowę, zamachał skrzydłami i w tym samym momencie Diggory — pochylony jak jego własny labrador — ruszył śmiało w kierunku błękitnych jaj. Wśród nich wyraźnie odznaczało się jedno — złote i o wiele większe. Widownia zastygła w oczekiwaniu, Nelly wstrzymała oddech, ja zamarłam z palcami zaciśniętymi na barierce, aż rogaty łeb obrócił się z powrotem w kierunku gniazda i w momencie, gdy ręka Puchona sięgała po jajo, pysk rozwarł się, wypuszczając trzeci snop ognia. 

— I jest! — zawołał komentator, nie zważając na płomienie trawiące rękaw chłopaka. — Ma złote jajo! A teraz oceny sędziów!

Czarodzieje w kombinezonach, którzy nie wiadomo kiedy pojawili się przy ogrodzeniu, natychmiast wskoczyli na arenę, by okiełznać smoka. Jeden z mężczyzn pomógł Cedrikowi ugasić palącą się szatę. Gdy na przedramieniu mignęło coś czerwonego, poczułam na karku nieprzyjemny dreszcz. 

— Zut… ci smoki to naprawdę nie żarty — westchnął Gaston, ocierając sobie rękawem czoło, podczas gdy w drzwiach namiotu pojawiła się właśnie zapowiedziana Fleur Delacour. 

Nelly nawet nie próbowała ukryć mściwego uśmieszku, gdy tamta zrobiła pierwszy nieśmiały kroczek — naprawdę malutki, byle odległość dzieląca ją i smoka pozostała jak największa. O ile Diggory przynajmniej próbował zachować fasadę spokoju, Francuzka nie potrafiła opanować nerwów. Dygotała na całym ciele, choć jej walijski zielony — szczupły, mocno przypominający jaszczurkę ze skrzydłami — sprawiał wrażenie o połowę mniejszego od tego, z którym miał zmierzyć się Cedrik. 

A jednak mimo słabo wyglądających nóg i niemożliwego do opanowania dygotania uniosła różdżkę, wymamrotała jakieś zaklęcie, wpatrując się bez mrugnięcia w okrągłe, pełne zaciekawienia oczy otoczone jasnozieloną łuską i… coś się zaczęło dziać. 

Stworzenie najpierw tylko wpatrywało się uważnie we Fleur, przechylając łeb to w jedną, to w drugą stronę, po minucie czy dwóch zaczęło łagodnie się kiwać… 

Inaczej niż w przypadku Diggory’ego nikt na trybunach nie odważył się wydać z siebie dźwięku. Nawet Bagman zdawał się rozumieć, co robiła Fleur, bo poza smoczym dyszeniem dało się słyszeć tylko jego własne — wciąż magicznie zwielokrotnione. 

— Hipnotyzuje go czy co? — wyszeptał jakiś chłopak siedzący tuż obok. 

Tak chyba w istocie było, ponieważ wąski, przypominający wężowy łeb opadł i ten moment wykorzystała Fleur. Podobnie jak Cedrik ruszyła na drżących nogach do gniazda. Twarz błyszczała jej od potu jak srebrna połówka księżyca, ale parła naprzód krok za krokiem, stopa za stopą, podczas gdy trybuny wstrzymały oddech. Ja również, choć wcale jej nie kibicowałam.

Zerknęłam na Nelly. 

Siedziała napięta jak kot czający się do skoku, wargi miała zaciśnięte, brwi zmarszczone — nie wiedziałam, czy ze strachu o powodzenie, czy o życie byłej przyjaciółki. 

I znów przez tłum na trybunach przeszła fala podniecenia, ale — drugi raz jak w przypadku Diggory’ego — o ułamek sekundy za wcześnie. W momencie, gdy Delacour wyciągnęła rękę po złote jajo, smok drgnął, zacharczał jak wybudzony ze snu i zanim dziewczyna zdążyła zareagować, rzygnął strumieniem ognia. Dubois zerwała się na równe nogi i krzyknęła niemo, zagłuszona przez wrzeszczących ludzi. 

— Oj, to chyba nie było za mądre…! Och, o włos, musnął ją o włos… NIE! Trafił, trafił, ale całe szczęście umknęła w ostatniej chwili! Na gacie Merlina, myślałem, że już po niej! 

W tym samym momencie spod kłębowiska czerwonych płomieni wybiegła Fleur — przerażona, cała pokryta sadzą i z resztką dogasającego rękawa, ale i ze złotym jajem przyciśniętym do piersi jak małe dziecko, które właśnie ocaliła z pożaru. Pędziła, ile sił w nogach, podczas gdy mężczyźni w kombinezonach już pojawili się, żeby poskromić smoka. 

Oklaski potoczyły się przez błonia z intensywnością wystrzału armat i trwały, dopóki dziewczyna nie zniknęła za namiotem, otrzymawszy od sędziów trzydzieści sześć punktów.

— Póki co prowadzicie — zagadnęła mnie Nelly, obserwując, jak czarodzieje szarpali się z nowymi łańcuchami. Nie brzmiała na zawiedzioną, choć po zejściu Fleur oddech wciąż miała rwany. 

— Wydaje mi się, że Krum to też mocny zawodnik. 

Jak do tej pory jako jedyny z całej trójki nie okazał strachu na widok swojego smoka, choć ten prezentował się naprawdę groźnie. Chiński ogniomiot — jak zapowiedział Bagman — był znacznie większy od walijskiego zielonego, ale gładka, czerwona łuska, złote kolce ciągnące się wzdłuż grzbietu i zdobiące cały pysk upodabniały go do bestii z piekła rodem. Na widok Bułgara natychmiast strzelił w niego wąskim pióropuszem ognia, tak, że Krum musiał ratować się ucieczką. Kompletnie nie znałam się na lataniu, a jeszcze mnie na quidditchu, ale nawet ja doceniłam refleks, jakim się wykazał, a bycie najlepszym zawodnikiem ostatniego roku z całą pewnością dużo mu pomogło. 

Bagman był w swoim żywiole. 

— Jak ten chłopak się rusza! Tak! Widać, że krew ścigającego daje o sobie znać! Uuu, to było śmiałe! Ryzykowne… Ajajajaj! 

Przeraźliwy ryk zagłuszył resztę komentarza i oklaski widzów, a Krum wykonał bardzo szybki obrót, rzucił się na ziemię i przeturlał się tak, by umknąć przed jeszcze jednym podmuchem ognia. Na trybunach zrobiło się nagle niesamowicie ciepło. Poczułam bardzo wyraźnie zapach siarki — dużo mocniej niż przy dwóch poprzednich uczestnikach, a kiedy smok dźwignął się na tylne łapy i zamachał skrzydłami, strach poważnie ścisnął mi żołądek. Owszem, łańcuch trzymający bestię przykutą do ziemi wyglądał solidnie, ale umięśnione nogi, ostre pazury i paszcza naszpikowana długimi zębami również… 

Całe szczęście chiński ogniomiot nie dostał więcej okazji na wyplucie z siebie kolejnej ognistej strugi, bo Krum nagle poderwał się na nogi, machnął różdżką jak z bicza i zaklęcie uderzyło smoka prosto w oczy. Gad zaryczał przeraźliwie i w tym samym momencie Bułgar rzucił się w kierunku złotego błysku. 

W ostatniej chwili. 

Wszyscy zamarli jak wtedy, gdy Fleur zniknęła pod kurtyną śmiercionośnych płomieni — w miejscu, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej pojawił się chłopak, grzmotnęła ogromna smocza łapa, miażdżąc połowę purpurowych jaj. 

— Iiii… mamy to! Brawa dla pana Kruma! — wrzeszczał ile sił w płucach Bagman jeszcze długo po tym, jak Bułgar zniknął w namiocie. — Tak! To był najbardziej ekscytujący jak do tej pory występ! A teraz zobaczymy, co zaprezentuje nam Harry Potter! Wisienka na torcie z emocji, moi drodzy! Naszemu najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa bestia, jaką udostępniło nam Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę państwa, przed nami rogogon węgierski! To jeden z największych, najniebezpieczniejszych smoków, nad którym czarodziejska różdżka była w stanie zapanować. Rogogon zieje na odległość pięćdziesięciu stóp, ale to i tak nie ma znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo, trzeba podejść praktycznie pod same łapy, a samice tego gatunku są piekielnie terytorialne, tak więc uważaj, Harry! Zapraszamy cię! 

Im dłużej Bagman mówił, w tym ciaśniejszy supeł wiązały się moje wnętrzności. Tym razem nie tuzin, a przynajmniej dwudziestu mężczyzn wprowadziło na scenę olbrzymiego, pokrytego kolcami gada i pierwszy raz przez widownię przebiegł szmer westchnień. Rogaty łeb pokrywała błyszcząca niczym smoła czarna łuska, podobnie całą resztę ciała i długi, ruchliwy ogon. Pozwolił łaskawie wycofać się ludziom z ministerstwa, wydając z siebie ostrzegawcze gulgotanie. Żółte, kocie ślepia śledziły pilnie każdy ruch na arenie. 

W tym ruch u samego wejścia do namiotu. 

Serce ścisnęło mi się na ten widok. Harry Potter — chudy, niski jak na czternaście lat, z różdżką wycelowaną w trawę — wyglądał jeszcze bardziej żałośnie niż telepiąca się ze strachu Fleur. Wyszedł co prawda tym samym spokojnym krokiem co Krum, ale nie powitały go żadne oklaski. Wszyscy śledzili każdy jego krok. 

Wszyscy łącznie z rogogonem. 

Chłopak uniósł powoli różdżkę, wargi wypowiedziały bezgłośnie jakieś zaklęcie i… 

Nic się nie stało. 

Czując po swojej prawej stronie wyprężoną w napięciu Nelly, sama nie byłam w stanie się poruszyć. Zamiast obserwować to, co działo się na terenie ogrodzenia, przeczesałam wzrokiem przeciwległe trybuny, ale były tak daleko, tak zapchane kolorowymi czapkami i płaszczami, że odnalezienie wśród nich tego jednego graniczyło z cudem. 

Crouch nie chciał mi zdradzić sposobu, jaki podrzucił chłopakowi na rozwiązanie jego smoczego problemu. 

Będziesz mieć niespodziankę, powiedział wczoraj wieczorem i odszedł żwawo w kierunku zamku. 

Niespodzianka po zbóju. Zaklęcie, które nawet nie zadziałało. 

Napięcie narastało, ludzie zaczynali się kręcić, patrzeć po sobie, nachylać się do swoich sąsiadów i szeptać. Niektórzy uśmiechali się złośliwie. Potter musiał to widzieć, bo opuścił różdżkę i stał tak w bezruchu z coraz bardziej głupią, rozpaczliwą miną, aż nagle rozległ się odległy świst, Nelly spojrzała w niebo, chłopak po mojej lewej stronie uniósł się na ławce i pokazał palcem na ciemny, podłużny kształt, który niczym rzucona zapałka zbliżał się w kierunku Pottera. 

— Też to widzisz? — rzuciłam szybko do koleżanki i szturchnęłam ją mocno w ramię. 

— Zaraz… to miotła? 

Nie odpowiedziałam, bo sama nie byłam pewna, dopóki przedmiot nie zaczął zbliżać się do Pottera niczym metalowa igła przyciągana przez magnes. Smok z zainteresowaniem przyglądał się tej nietypowej scenie, przechyliwszy łeb na bok, dopóki chłopak nie wskoczył na miotłę z taką szybkością, że stał się tylko czarną smugą. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dopingowany przez ryczący tłum. 

— Oooch, spójrzcie na to! — zawołał Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i bulgot wzburzonego smoka. — Tylko na to spójrzcie! 

Odleciał wysoko, bardzo wysoko, tak, że przez moment był jedynie ciemną kropką na tle szarych, rozmazanych chmur. Nabrałam gwałtownie powietrza, widząc, jak w następnej chwili zaczął spadać, kierując miotłę prosto na smoka. Jaszczur śledził go przez chwilę, coraz energiczniej potrząsając łbem, jakby oganiał się od muchy. 

A ta mucha okazała się wyjątkowo natrętna. 

Harry Potter nurkował, podrywał miotłę, to okręcał się z nią w powietrzu, jakby nie krępowała mu ruchów. Jakby zasady fizyki go nie dotyczyły. Błyskawicznie rozwścieczył smoka, który zionął ogniem raz i drugi, ale kiedy mucha wciąż niebezpiecznie to zbliżała się, to oddalała od jaj, zaczął wymachiwać ogonem jak naszpikowaną kolcami maczugą. Kilka razy było naprawdę blisko — aż poderwałam się na nogi, zakrywając usta rękami, lecz rogogon zdołał co najwyżej musnąć jednym ze szpikulców ramię Gryfona. 

— Co za talent! Patrzcie, jak ten chłopak lata! — Bagman był szczodry w swoich pochwałach przy każdym z zawodników, ale nad Harrym wprost się rozpływał. — Panie Krum, widział to pan? Chyba rośnie panu konkurencja! O taak! 

Tłumem wstrząsnęła kolejna eksplozja oklasków, bo Potter znów wzbił się wysoko ponad teren Pierwszego Zadania, zrobił nad głową smoka kilka okrążeń, aż tamten stanął na tylnych łapach. Zamachał skrzydłami, jakby sam miał zamiar wzbić się w powietrze, ale w momencie, gdy otworzył pysk, charcząc wściekle, w tej samej sekundzie ciemny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy jego nogami i złotego jaja już nie było. 

Potter zniknął, ale tylko na moment. Pojawił się nad trybunami, szybując bezpiecznie tuż ponad naszymi głowami. Wśród narastających braw i okrzyków, które wyraźnie uformowały się w słowo „Potter! Potter!”, Bagman wrzeszczał ochryple jak opętany: 

— Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! Tak, pan Potter ma szansę na wygraną! Co za zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy, jakie noty! 

Gryfon wylądował miękko na trawie i na drżących nogach pomaszerował z powrotem do namiotu, podczas gdy strażnicy usiłowali okiełznać wściekłego smoka. Obejrzałam się na Nelly, która z błyszczącymi oczami patrzyła jeszcze na miotającego się w łańcuchach rogogona, a ja zdałam sobie sprawę, że również stałam przy barierce i z całej siły trzymałam kciuki. Serce łomotało mi w piersi jak szalone. Odetchnęłam głęboko i aż zakręciło mi się w głowie, jakbym przez ostatnie minuty to moją szyję faceci w kombinezonach okręcili łańcuchem. 

— No… trzeba mu przyznać, pomysł miał dobry — powiedziała w końcu, gdy usiadłyśmy, żeby obejrzeć oceny sędziów. — Z początku myślałam, że to niesprawiedliwe, że zgodzili się zaakceptować to oszustwo, ale teraz, kiedy tak na to patrzę… Potter chyba nie wiedział, na co się pisał, co nie? 

Przytaknęłam, nie chcą wdawać się z nią w dłuższą dyskusję na jego temat. Myślami już byłam na rozmowie z Crouchem i liczyłam, że może i on chociaż trochę chciał omówić ze mną to zadanie. 

— Ach, oczywiście — syknęła Nelly, ale nie bez żalu, gdy na ciemniejącym szybko niebie pojawiły się fioletowe liczby, dając ostatecznie ocenę w postaci czterdziestu punktów. — Chłopiec, Który Przeżył jak zwykle na topie. 

Nie wiedzieć czemu, poczułam jakieś nieprzyjemne ukłucie niepokoju. 

— Co to znaczy? — zapytałam automatycznie, klaszcząc uprzejmie, dopóki wstęgi nie zniknęły. 

— Nic, po prostu dowiedziałam się o nim od różnych ludzi i ciągle mu się coś przytrafia. Pewnie nie może żyć bez uwagi… musi mieć niezłe ego, nawet ja nie ryzykowałabym życiem dla sławy. Nie w tym wieku… 

— Nie wiem, może — mruknęłam, nie wiedząc, co mogłabym więcej powiedzieć. 

Całe szczęście rozmowa o Potterze naturalnie się urwała, ponieważ ludzie zaczęli wstawać i przeciskać się do wyjścia, chcąc jak najszybciej znaleźć się na dole. Byłam przekonana, że przynajmniej połowa miała nadzieję spotkać któregoś z uczestników. Wiktor Krum i lot Gryfona nadal nie schodziły z ust. 

Schodząc w dół ciasną klatką schodową, czułam się rozdarta. Z jednej strony miałam nadzieję, że te dwie godziny, które zostały do kolacji, spędzę z Nelly i Gastonem w zamku, z drugiej przyłapałam się na tym, że w tłumie na błoniach wzrokiem szukałam topornej sylwetki Moody’ego. Z przymusu wyboru uwolniła mnie madame Maxime. Z niezmiennym wyrazem chłodnej obojętności wezwała wszystkich swoich uczniów, ustawiła w rzędzie i z Fleur po swojej prawicy pomaszerowała w kierunku powozu, zatem do szkoły wróciłam zupełnie sama. 

Nie udałam się jednak do wieży razem z resztą podekscytowanych Krukonów. 

Wmieszałam się w koszmarnie głośny tłum Gryfonów i oddzieliłam się dopiero przy schodach prowadzących na drugie piętro. Kiedy skręciłam w korytarz zdominowany przez klasy i składziki na miotły, hałasy ustały, jedynie echo niewyraźnych okrzyków i rozmów niosło się jeszcze przez chwilę, dopóki nie zatrzymałam się pod gabinetem nauczyciela obrony przed czarną magią. Tu panowała prawie grobowa cisza. 

Rozejrzałam się niepewnie w poszukiwaniu niechcianych oczu, ale nawet obrazy wiszące na ścianach w przerwie między drzwiami przedstawiały wyłącznie szkockie krajobrazy i tamtejszą magiczną faunę. 

Unosząc rękę do pukania, zawahałam się. Nie bywałam w gabinetach nauczycieli. Nigdy nie odrabiałam szlabanu, nigdy nie uczestniczyłam w żadnych konkursach ani nie miewałam problemów wymagających takich odwiedzin. Samo to wywoływało we mnie bolesne kurczenie się wnętrzności, a kiedy pomyślałam sobie, że prawdopodobnie gdzieś tam za drzwiami znajdował się prawdziwy Alastor Moody… 

Przedłużający się brak odpowiedzi coraz bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że przyszłam zbyt wcześnie, ale w końcu z głębi pomieszczenia dało się słyszeć głośne sapanie i narastający stukot drewna o kamień.

Wpuścił mnie do środka, lustrując magicznym okiem przestrzeń za mną. Twarz miał zaczerwienioną, całą w plamach i dziwnie ożywioną. Z sercem dudniącym w okolicy przełyku przystanęłam na moment, rozglądając się po pomieszczeniu tak bardzo zawalonym przeróżnymi uszkodzonymi magicznymi przedmiotami, że nawet gdybym miała dwoje dodatkowych czarodziejskich oczu Moody’ego, nie byłabym w stanie wszystkiego ogarnąć. Niektóre przedmioty rozpoznałam. Potrzaskane fałszoskopy o różnych kształtach i rozmiarach oraz czujniki tajności widziałam kiedyś u wuja Irvinga, ale Szalonooki posiadał w swojej kolekcji jeszcze olbrzymie pęknięte lustro z poruszającymi się w niej nieustannie czarnymi kształtami postaci, coś, co przypominało żyrandol ozdobiony mnóstwem szklanych gałek ocznych, kolekcja złotych prętów, klatkę pełną agresywnych książek oplecionych dodatkowo łańcuchami… 

Crouch trącił mnie sugestywnie końcem laski w plecy i gdyby nie to, pewnie nadal chłonęłabym wzrokiem te wszystkie cuda. 

Zaprowadził mnie do pokoju za drzwiami, których w pierwszej chwili nie zauważyłam między dwoma regałami uginającymi się pod ciężarem słojów i fiolek z eliksirami. Sypialnia drastycznie różniła się od pierwszej części gabinetu. Żadnych prywatnych akcentów, żadnych zdjęć czy bibelotów, ani jednego wykrywacza czarnej magii, jedynie kurz zalegający na pustych półkach. W centralnym miejscu stało wielkie łóżko z czterema kolumienkami — bardzo podobne do naszych, ale znacznie większe i bardziej wykwintnie zdobione. Poza samotnym kawowym stolikiem i przyciśniętym do niego staromodnym fotelem pokój prezentował się wyjątkowo pusto i smutno. Wypłowiały gobelin przykrywający całą kamienną ścianę nie wnosił tu ani ziarnka przytulności i nawet temperatura wydawała się niższa niż w reszcie zamku, choć w kominku buzował ogień. 

Przysiadłam sztywno na brzeżku fotela, który wskazał Crouch, a on wyczarował sobie krzesło i opadł na nie z cichym stęknięciem.

— Jedno z głowy — westchnął. Wyglądał na zmęczonego, jakby nie spał dobrze przez kilka ostatnich nocy, ale koślawe wargi wciąż wykrzywiał mu lekki uśmiech. — Jeszcze dwa. 

— To ty podrzuciłeś mu pomysł z miotłą? Tak myślałam — mruknęłam, gdy kiwnął głową. — Nie boisz się, że ktoś może podejrzewać, że nie on na to wpadł? 

— Nie bardziej niż w przypadku Kruma, Diggory’ego i tej księżniczki Delacour — odparł z nutką pogardy. — Karkarow i Maxime regularnie pracują ze swoimi uczniami, wyłażą ze skóry, żeby strącić Dumbledore’a z piedestału… ale cokolwiek by o Potterze nie powiedzieć, znakomicie lata, tylko potrzebował, żeby go lekko popchnąć. Ale z następnym zadaniem nie pójdzie już tak łatwo. 

Wsunęłam się głębiej w fotel, czując narastające podekscytowanie. 

— Na czym będzie polegało? — zapytałam. — Bagman wspominał, że złote jaja zawierają jakieś wskazówki. 

— Tak, tylko to nie jest takie proste, bo wskazówki trzeba rozszyfrować. I o to martwię się najbardziej. 

— Dlaczego?

Wydał mi się w tej chwili lekko rozdrażniony. Pochylił się i odczepił od kikuta protezę zakończoną stopą z długimi, podobnymi do wilczych pazurami. Przez grzbiet przeszedł mi dreszcz.

— Żeby rozszyfrować wskazówkę, trzeba wpaść na to, że skrzeki, które po otwarciu wydaje jajo, to tekst zaśpiewany w języku trytońskim, a już zdążyłem się zorientować, że ani Lupin, ani Hagrid nie przerabiali z klasą Pottera trytonów. 

— Nie możesz mu znów tego podpowiedzieć? 

— Nie. Maxima i Karkarow, zwłaszcza Karkarow, węszą wokół ludzi Dumbledore’a, więc taka bezpośrednia rozmowa z Potterem to był jeden strzał. Karkarow z wiadomych przyczyn unika oka Moody’ego, ale bez przerwy kręci się tam, gdzie Moody akurat przebywa. Kręci się, podsłuchuje… zresztą nie tylko on. Ty też uważaj na tę dziewczynę z Beauxbatons. Jak znam życie, już pewnie się dowiedziała, że jesteś spokrewniona z Lynn, z jej rodzina dobrze się zna z rodziną Weasleyów. 

— To trochę opera mydlana, nie sądzisz? — wpadłam mu w słowo, kiedy tylko udało mi się wstrzelić w krótką pauzę. Bardzo nie chciałam rozmawiać z nim o Nelly, bo za każdym razem, kiedy padało jej imię, robił się nadmiernie podejrzliwy — nawet jak na mieszankę zbiegłego więźnia z paranoicznym eks-aurorem. — I jak to, Karkarow z wiadomych przyczyn unika Moody’ego? Co to za przyczyny? 

Zamknął usta, przyglądając mi się przez moment, a miał przy tym taką minę, jakby nie był pewien, czy żartowałam, czy nie. 

— Karkarow był śmierciożercą. Niedługo po upadku Czarnego Pana Moody złapał go i umieścił w Azkabanie — wyjaśnił. — Nie przesiedział miesiąca, prawie od razu poszedł na współpracę z ministerstwem i wsypał kilku czynnych śmierciożerców. Kiedy tylko go wypuścili, prysnął za granicę i odbudował się jak gdyby nigdy nic. Stary tchórz. Jeden z pierwszych na mojej liście do odstrzału. 

Poczułam się tak, jakbym trafiła butem na fałszywy stopień — coś tak znajomego, a jednak nadal niemożliwe do przyzwyczajenia się. Teraz wszystko było jasne. Każda komórka mojego ciała krzyczała, gdy Karkarow pojawiał się w polu widzenia. Tak, on wyglądał na takiego. Jego zimne, rybie oczy miały w sobie coś z tchórza. Momentami przypominały oczy Glizdogona — zwłaszcza wtedy, kiedy w okolicy nie było Dumbledore’a. Wszystko, żeby przetrwać. Zamienić się w szczura, wmanewrować w morderstwo dawnego przyjaciela, uciec za granicę, wydać wiernych popleczników Czarnego Pana… 

Może to Moody zabił moich rodziców, ale kto ich wydał? Czy ktokolwiek? 

Nigdy o tym nie myślałam. 

Musiałam cała się spiąć, by udać, że ta informacja niczego we mnie nie wyzwoliła. 

— Trytony — mruknęłam, wpatrując się w swoje ręce na podołku. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak mocno zaciskały się na obszyciu swetra. — No dobrze, a co mówi wskazówka? 

— To jest właściwie zagadka. — Głos Moody’ego wydał mi się jakiś odległy. — Sugeruje, że w wiosce trytonów na dnie jeziora znajdują się zakładnicy, których reprezentanci mają za zadanie uwolnić. Muszą to zrobić w godzinę. 

— Będą musieli walczyć z trytonami?

— Nie. Trytony nie będą ich atakować. W tym zadaniu największą trudnością jest przetrwanie pod wodą. 

Spróbowałam się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miałam jak zamrożona plastelina. Zupełnie nie chciały współpracować. 

— Paradoksalnie chyba wolałabym smoka — mruknęłam. — Nie potrafię pływać. A Potter? Jak myślisz? 

Crouch wydął posiekane usta Moody’ego. 

— Sierota wychowany przez zatwardziałych mugoli znęcających się nad nim na każdym kroku? — Pokręcił z powątpiewaniem głową. — Wątpię, żeby posyłali go na lekcje pływania ze swoim wypieszczonym synkiem. Dlatego wszystko, co wymaga jego ludzkiej formy, odpada. 

I ja wydęłam usta. 

— Szkoda. Pomyślałam o Zaklęciu Bąblogłowy. Nie jest takie trudne do opanowania… 

— Tia. Pozostaje niepełna transmutacja albo to. — Machnął różdżką w stronę drzwi, przez które z gabinetu przyleciał słoiczek pełen szarozielonego kłębowiska przypominającego żelki-węże albo splecione ze sobą szczurze ogony. — Umieściłem w jego dormitorium książkę o roślinach wodnych, dałem ją jednemu z jego kolegów z klasy. Myślę, że jak zacznie mu się palić siedzenie, w końcu na nią trafi. 

Poderwałam się, żeby złapać sunący w powietrzu słój i podsunęłam sobie pod oczy. 

— Skrzeloziele nie tak łatwo zdobyć. Skąd je masz? 

— Zwędziłem Snape’owi, co dla Pottera i jego przyjaciół też nie jest obce. 

Przez moment patrzyłam, jak korzenie leciutko pulsowały, a moje myśli same puściły się pędem przed siebie jak stado psów spuszczonych ze smyczy. Gnały znajomymi alejkami pełnymi dobrze znanych mi roślin i bez trudu wywąchały nie tylko skrzeloziele, ale i filodendron pospolity. 

— Gdyby te nieszczęsne umiejętności pływania, dobrze sprawdziłoby się żucie liści filodendronu — powiedziałam cicho. — Są dostępne w aptece na Pokątnej. Ale teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzi do mnie, że faktycznie czarodzieje więcej uwagi poświęcili zgłębieniu tajników latania niż przetrwania pod wodą. Jeżeli chcesz, mogę za kilka dni spróbować podpytać Lynn, jak Potterowi idzie. 

— Wolałbym nie. Im mniej masz z tym coś wspólnego, tym lepiej. 

Uśmiech, którym go obdarzyłam, wydał mi się dużo bardziej naturalny niż wcześniej. 

— Bez obaw. Skonfunfuję ją, jeśli chcesz. Zapomni, że z nią o tym rozmawiałam. 

Sposób, w jaki na mnie po tym spojrzał, wywołał dziwny, choć przyjemny ucisk w żołądku — zupełnie abstrahując od faktu, że wyraz podziwu pojawił się na tej znienawidzonej, odpychającej gębie Alastora Moody’ego. 

— Skonfundujesz? — spytał cicho. — Proszę, proszę. Jeżeli to zadziała, to Glizdogon nie mylił się co do ciebie. Co właściwie jeszcze potrafisz? 

Nie byłam pewna, czy rekomendacja ze strony Pettigrew była czymś, co mogło połechtać moje ego, ale uznanie z ust Croucha — zwłaszcza po tym, co wymyślił w temacie dwóch pierwszych zadań — coś we mnie zbudowało. Jakąś pewność, że moje starania naprawdę coś znaczyły. 

— Znam oklumencję, teleportację, opanowałam cały dział zielarstwa ze szkolnej biblioteki, przyswoiłam w teorii wiele czarnomagicznych zaklęć i przeciwzaklęć, potrafię warzyć trucizny i antidota, o ile nie będziesz ode mnie wymagał odtworzenia z pamięci receptury. 

Skrzyżował ręce na piersiach, a kąciki warg znów drgnęły mu zaczepnie — w zupełnie komiczny, niepasujący do Moody’ego sposób. 

— Sporo jak na siedemnastolatkę. 

Odpowiedziałam mu tym samym. 

— Jak mówiłam, jestem całkiem bystra — odparłam. — I naprawdę od lat przygotowywałam się do tego. Może to ci się wydawać naiwne… albo dziwne, ale szczerze w to wierzyłam. Kiedy miałam sześć lat i później, w wieku jedenastu, czternastu, siedemnastu… Czułam, że w końcu znajdzie mnie ktoś taki jak ty. 

— Rozumiem cię. Kto jak kto, ale ja rozumiem cię we wszystkim, co mówisz — rzekł. — I nadajesz się do tego, Macy Rosier. 

Serce, które jeszcze sekundę wcześniej drżało mi w piersi jak wielka guma, zamarło. Atmosfera w pokoju zmieniła się. Stała się gęsta i ciężka, zdawała się oblepiać każdy cal skóry jak zimna, listopadowa wilgoć poranka. Poczułam, jak kąciki ust opadły mi jak pod wpływem ciężarków przyczepionych na haczykach, a on wciąż się uśmiechał. Nie mogłam tego zrozumieć. Ten uśmiech wydał mi się nagle jakimś karykaturalnym grymasem — nawet jak na twarz Moody’ego. 

Otworzyłam usta, nie wiedząc po co. Chcąc się wytłumaczyć, przeprosić, domagać się wyjaśnień… 

W głowie huczało mi od pytań, ale nie byłam w stanie żadnego zadać. 

Nie mogłam więcej na niego patrzeć. Wybełkotałam coś, sama nie byłam w stanie siebie zrozumieć. Nogi miałam jak z drewna, ale jakimś cudem cofnęłam się najpierw o krok, później o drugi i za chwilę byłam już za drzwiami. W następnej chwili pędziłam opustoszałym ciemnym korytarzem na oślep przed siebie. 

Dopiero na ruchomych schodach zdałam sobie sprawę, że wciąż ściskałam w dłoniach słoik ze skrzelozielem. 

Kiedy to odkrył? Zmusił swojego ojca, żeby ten wyniósł jakieś dokumenty z ministerstwa? A może wiedział od początku? Spodziewałam się, że w końcu pozna prawdę, ale i tak miałam wrażenie, jakby jakieś fundamenty runęły. Paliło mnie w gardle — nie miałam pojęcia dlaczego. 

Pierwszy raz poczułam się naprawdę nieswojo z własnym kłamstwem. 

___________
Widzicie, dopóki krępuje mnie fabuła czwartej części Pottera, za dużo akcji tu nie wplotę niestety. Ale staram się jak mogę. Dlatego może wszystko dzieje się dość szybko. Muszę chyba nadrobić trochę na Czwórce, bo bardzo zaniedbałam nie tylko tego bloga, ale i opowiadanie.

Miałam ten rozdział publikować wczoraj, ale tata mi Internet wyłączył, było już dość późno. No cóż, mam nadzieję, że się podobało, choć mogłam trochę zanudzić. W końcu dziesięć kartek w Wordzie to trochę jest. Dedykacja dla Florence. :*