Po
tym, co pokazała mu w Clovy i w Cliffe Woods, spodziewał się, że jednak nie
będzie aż tak dociekliwa. Z początku wszystko go w niej krępowało i poniekąd
cieszył się, że zawsze, gdy z nią rozmawiał, znajdował się w skórze
Moody’ego.
Jakby
cofnął się do czasów szkolnych. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczął się
jąkać.
Dało
się wyczuć, że była na swojej przestrzeni. Zwłaszcza w Zakazanym Lesie, gdzie
kilkakrotnie zaskoczyła go doskonałą orientacją w terenie i znajomością
zarośniętych ścieżek. Z tego, co mówiła, a mógł w to uwierzyć (zwłaszcza po
sprawdzeniu całej kartoteki i pustego spisu szlabanów), Hagrid nigdy jej tam
nie złapał i Crouch szybko się przekonał, z czego to wynikało. Mimo tych
niesamowicie hipnotyzujących oczu w kolorze lodowatego błękitu, elfiej twarzy i
burzy rudych, falowanych włosów, roztaczała wokół siebie aurę dziwnej
obojętności, tak, że momentami czuł się przy niej bardziej niewidzialny niż pod
peleryną-niewidką. Jeszcze nie był do końca pewien, z czego to wynikało — ze
wzroku wiecznie wlepionego w dal albo pod nogi, zgarbionych pleców czy tego, że
zawsze zdawała się… przemykać. Jedno wiedział na pewno — Czarny Pan
jak zwykle wykazał się doskonałą nieomylnością.
Poza
tym mówiła zaskakująco dużo. Jej spojrzenie przewiercało na wylot, ale tylko
jego, jakby Barty okazał się jedyną żywą osobą, na którą warto było patrzeć. Nie
znajdował w tym jednak żadnej arogancji czy pychy. Neutralność zakrawająca
momentami o nieśmiałość, kiedy pytał o coś, co dotyczyło jej, budziła w nim
napędzającą się ciekawość.
Nigdy
nie spotkał osoby o tak dziwacznym, niepasującym do siebie zestawie cech.
Delikatność, bezpośredniość, błyskotliwość i onieśmielający chłód. Wydawała się
całkowicie świadoma zamiarów Croucha, jednocześnie po raz setny potykając się o
ten sam róg chodnika jak ostatnia ciamajda. Szybko odkrył, że tak, jak on,
pasjonowała się zielarstwem. Temat jako jeden z nielicznych łagodził
stanowczość w oczach Macy, a kiedy zaczynała się nakręcać, śmiertelnie dorosła
powaga ustępowała miejsca dziecięcej radości. Łapał się na tym, że obserwował
ją wtedy z dużą przyjemnością.
Zbyt
dużą na jak powód, który go tu przyprowadził.
Nie
rozmowy o leśnych znaleziskach, a Dumbledore i Turniej Trójmagiczny.
*
Do przyjazdu
delegacji zostały dwa tygodnie. Nie żeby się denerwował. Rozpisał sobie w
głowie plan i to wystarczyło. Po wydostaniu się z Azkabanu miał wystarczająco
dużo czasu, żeby to wszystko przemyśleć i doszedł do wniosku, że niczego, co
dyktowały emocje, nie dało się kontrolować, a co za tym idzie — nie
dało się oczekiwać ustalonych rezultatów. Działały tylko dobrze nadzorowane
plany. Porwanie Longbottomów było podyktowane silnymi emocjami — głównie
emocjami Bellatriks — i dlatego skończyli w więzieniu. Nie miał o to
pretensji do nikogo prócz siebie, tak, jak nie miał pretensji do ojca, że tak
długo udawało mu się go sobie podporządkowywać. Wystarczyło kilka pochopnych,
podszytym strachem ruchów wobec Berty Jorkins i kilka miesięcy później wszystko
runęło.
Plan
Czarnego Pana był doskonały. Tak, jak Macy na Millennium Bridge nie dopytywała,
nie dopytywał i on. W pełni zaufał swemu panu i może właśnie dlatego wszystko
do tej pory wydawało się takie proste. Crouch odczuwał nawet przy tym jakąś
perwersyjną satysfakcję.
We
środę podobnie jak wczoraj otworzył wieko kufra na całą szerokość i pierwsze,
co go uderzyło, to smród niemytego ciał. Nie bez trudu opuścił się na dno,
gdzie w niewielkiej plamie mdłego światła odległej lampy leżał nieprzytomny
mężczyzna. Masa tłustych, szarych włosów opadała mu na tę część twarzy, gdzie
ział czernią oczodół — obecnie pusty, pozbawiony czarodziejskiego
oka. Drugie — zdrowe — było niedokładnie przymknięte, dało
się dostrzec cienką linię między powiekami. Moody leżał oparty o wewnętrzną ścianę
kufra, z głową opadniętą na własne ramię. Bose stopy podkurczone w niewygodnej
pozycji upodabniały eks-aurora do przerośniętego dziecka, które zasnęło złe i
zmęczone wielogodzinnym płaczem o zabawkę, której nie dostało. Skóra pod
bliznami zżółkła i sflaczała, znaczną część podbródka pokrył gęsty, prawie
biały zarost.
Wyglądał
jak starzec.
W
pierwszej chwili można byłoby pomyśleć, że spał snem niemożliwym do przerwania,
ale gdy Crouch szturchnął go jego własną różdżkę i wypowiedział zaklęcie, Moody
wyprostował się jak nakręcany pajacyk. Powieki rozwarły się, włosy opadły na
ramiona, odsłaniając ciemny oczodół, rozchylone wargi prezentujące niekompletne
uzębienie zamknęły się i mężczyzna patrzył na swego oprawcę w zupełnie trzeźwy,
wyraźnie pogardliwy sposób.
— Kolacja — rzucił
krótko Crouch, kładąc bezpośrednio na podłodze kilka zimnych pieczonych udek i
garść frytek. Szalonooki nie poruszył się, choć Imperius pozwalał mu swobodnie
jeść. — Musisz mi wybaczyć spóźnienie. Wracam właśnie z herbatki z
twoim starym kumplem. Jutro pewnie też się spóźnię, bo zamierzam odwiedzić
twojego drugiego starego kumpla. Zgadniesz którego?
Lustrowali
się przez moment w ciszy — Crouch rozbawiony, Moody wściekły i
sparaliżowany. Był twardy, tak, jak Barty przewidywał. I wciąż nie zaakceptował
swego losu, pokazując to w najprostszy znany im obojgu sposób — poprzez
głodówkę.
— Myślałem,
że mamy to już za sobą.
— Sram
na to, co myślisz.
Crouch
zacmokał karcąco, kręcąc głową. Raz jeszcze uniósł różdżkę i tym razem
niewerbalnie zmusił go do jedzenia.
— Spodziewałem
się po tobie czegoś bardziej wyrafinowanego — dodał, obserwując, jak
brudne dłonie eks-aurora zaczęły mechanicznie odrywać płaty mięsa od kości. — Wczoraj
skończyliśmy na uprawnieniach, jakie Barty Crouch senior wydał między 1972 i
1981 rokiem?
Moody
uśmiechnął się koślawo. Pod wpływem krwi, która miejscami zarumieniła mu czoło
i policzki, jego twarz wyglądała jak mielonka.
— To
cię najbardziej interesuje, co? — wychrypiał pomiędzy kęsami.
— Właśnie
tak.
Może
i nienawidził Croucha, ale było widać, że te opowieści i jemu sprawiały
przyjemność — jakby tylko to mógł kontrolować albo to one trzymały go
przy zdrowych zmysłach. Albo przy tym, co z nich pozostało. Być może właśnie
dlatego Szalonooki tak dobrze znosił niewolę na dnie własnego kufra.
Nie
mógł stracić czegoś, czego nie miał od tylu lat.
— Mój
ojciec dał wam zgodę na zabijanie — ponaglił go, po raz trzeci
szturchając różdżką w pierś.
— Zgadza
się, ale nie wszyscy na to poszli — odpowiedział tonem ociekającym
satysfakcją. — Nie myśl sobie, że wszyscy potrzebują zgód i zakazów,
żeby postępować jak na człowieka przystało. To nas od siebie różni, Crouch. Ty
zabijałeś, chociaż nie musiałeś. Ja nigdy nie zabiłem, choć wielokrotnie bardzo
tego pragnąłem. Nigdy nikogo nie zabiłem, jeśli nie musiałem.
Nie poczuł
nic w związku z tym, co powiedział Moody. Crouch oparł się o przeciwległą
ścianę walizki i wyciągnął przed siebie nogi jak zaciekawiony słuchacz.
— Ale
zabiłeś. Śmierć to śmierć. Rezultat jest taki sam — nie żyjesz — odparł
z obojętnością. — To ty zabiłeś Rosiera, zgadza się?
Patrzył
w napięciu, jak tamten się ociągał, przeżuwając frytki. Zalążek pełnego
wyższości uśmiechu pojawił się w kącikach jego poszatkowanych warg, kiedy
wytarł ręce o przód szaty i skrzyżował je na piersi.
— Przeskoczyłeś
część historii.
Crouch
parsknął śmiechem.
— Jeden
mały spoiler. Nie daj się prosić.
Dał
Moody’emu tę namiastkę kontroli, chociaż wiedział, że nie będzie w stanie go
tym przejednać. Ich codzienne wieczorne rozmowy odkrywały przed Crouchem nie
tylko całe połacie szaleństwa byłego aurora, ale wzbudzały również coraz
bardziej złożoną mieszankę nienawiści i przywiązania.
Momentami
doświadczał nieprzyjemnego wrażenia, że kryło się w tym coś ojcowskiego.
Ostatecznie
jednego i drugiego nienawidził.
— A
to jest zabawne, bo chociaż wiele razy przyszło mi się z Rosierem zetrzeć,
wiele razy się pojedynkowaliśmy, czego pamiątkę noszę ze sobą do dziś — wskazał
paluchem spory brakujący fragment swojego nosa — to ostatecznie nie
ja go zabiłem. Nie tak, jak twój prymitywny, zwyrodniały umysł śmierciożercy to
rozumie.
— A
jak rozumie to czysty i szlachetny umysł aurora? — zapytał z drwiącą
nutą.
Szalonooki
wzruszył ramionami.
— Wcale.
Tu — przesunął palec od nosa do skroni i uderzył się w nią
kilkakrotnie — mieści się świadomość niepojmowania pewnych rzeczy,
pewnych… rodzajów magii. Pokora, której żaden z was nie zna. Rosiera zabiła
eksplozja, którą on sam wywołał. Niezła to była zasadzka, muszę się zgodzić. W
każdym razie nie spotkałem śmierciożercy, który by ryzykował swoim własnym
domem… zwłaszcza że niewiele z niego potem zostało. Ale każdy z was ma swoje
dziwactwa, co, Crouch? Azkaban przenika głęboko, wypiera duszę, nawet jeśli nie
ucałuje cię dementor.
— Zgadza
się — przytaknął bez cienia emocji.
Chyba
przecenił tę resztkę zdrowych zmysłów. Jedyne oko Moody’ego — teraz
wytrzeszczone i okrągłe niczym to zaczarowane — błyszczało jak
czarny, wypolerowany guzik na środku starej, zrujnowanej kamizelki. Nie było
tam niczego poza szaleństwem.
Może
i mógł iść z tym dalej, powęszyć, wypytać Dumbledore’a, ale szybko przywołał
się do porządku. Śmierć to śmierć. Emocje to emocje, a on miał iść za
planem.
— 1972
rok, zgoda na uśmiercanie śmierciożerców podczas walki — dodał tym
samym monotonnym tonem. — Wiem, że Matt Yaxley zginął jako pierwszy,
zaraz po tym, jak ustawa została zatwierdzona przez Wizengamot. Któryś z twojej
grupy go zabił. Informacje są niejasne…
*
Gdybym
miała wiedzieć, to byście mi powiedzieli.
Mówiąc
to, z ciekawości prawie wyłaziłam ze skóry, a kiedy już się dowiedziałam, nie
byłam pewna, czy chciałam wszystko wiedzieć. I wcale nie ze względu na obawy,
że mogłam coś chlapnąć.
Zaangażowanie
Harry’ego Pottera w Turniej Trójmagiczny i przeprowadzenie go przez wszystkie
trzy zadania wydało mi się nie tylko skomplikowanym, ale i niebezpiecznym
planem. Leżałam wieczorami w łóżku i gapiłam się we wnętrze baldachimu,
zastanawiając się, jak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. O samym Potterze nie
myślałam. Gdzieś intencjonalnie zdawałam sobie sprawę, że powrót Czarnego Pana nierozerwalnie
wiązał się z unicestwieniem przyczyny jego upadku i od samego początku
postrzegałam go właśnie w ten sposób. To dziwne, bo choć cierpienie każdego
innego dziecka dogłębnie mnie poruszało, Harry Potter istniał w mojej głowie
jako całkowicie odczłowieczony byt. Punkt na mapie prowadzącej do celu, jakim
był Czarny Pan. Nie nienawidziłam chłopaka tak, jak nienawidziłam Alastora
Moody’ego czy nie przepadałam za głośnymi, wiecznie kłócącymi się chłopakami
Weasleyów.
Harry
Potter wywoływał we mnie dosłownie NIC.
Chodząc
po lesie, obserwowałam powolny proces zapadania natury w zimowy sen. Jesień
barwiła korony drzew na dostojną czerwień, brąz, ostrą żółć i pomarańcz,
pierwsze nocne przymrozki uśmiercały resztki letnich kwiatów, ale ja nie
przestawałam spacerować z mocno pochyloną głową. Ściółka zawsze kryła w sobie
życie i wiele tajemnic, bez względu na ilość błota czy śniegu, który ją
pokrywał. Październik w tym roku udał się wyjątkowo mało deszczowy, zachęcając
do rozmyślania i nielegalnych wycieczek. Zdarzało się, że zapędzałam się zbyt
daleko — drzewa zaczynały rosnąć coraz gęstsze i grubsze, a ja
zastanawiałam się, dlaczego Crouch nie mógł jak gdyby nigdy nic porwać Pottera
po którejś z lekcji obrony przed czarną magią. Nikt nie potrzebowałby tego
całego przedsięwzięcia z konfundowaniem Czary Ognia. Szybko odpędzałam te
myśli, powtarzając sobie, że przecież Czarny Pan z całą pewnością już dawno na
to wpadł.
To
skomplikowane przedsięwzięcie musiało mieć jakieś drugie dno, którego nie
musiałam i prawdopodobnie nie miałam pojąć.
Gdybym
miała wiedzieć, to by mi powiedzieli.
Skupiłam
się więc na czekaniu i udawaniu, że żyłam zwyczajnym życiem uczennicy
ostatniego roku w Hogwarcie. Nie było to trudne, bo im bliżej końca
października, tym mocniej zamek ogarniała gorączka dzikich przygotowań. Dla
Krukonów stałam się jeszcze bardziej przezroczysta i pierwszy raz widziałam w
tym same plusy. Koleżanki z dormitorium mniej niż zwykle interesowały się moimi
porannymi zniknięciami, zwłaszcza że same przesiadywały do późnych godzin
nocnych, rozmawiając już prawie wyłącznie o delegacjach i turnieju. Ja robiłam
to samo, ale o wschodzie słońca i w coraz bardziej ciemnych, wilgotnych
zakątkach Zakazanego Lasu.
Nie
tylko Ravenclaw żył przyjazdem delegacji z Durmstrangu i Beauxbatons, choć
miałam wrażenie, że ekscytowali się tym mniej niż cała reszta. Hope wypisywała
przynajmniej cztery razy w tygodniu z każdą nowiną, którą udało jej się
wyciągnąć z Morrisa, a Lynn, która wśród Krukonów nie miała zbyt wielu
znajomych, zaczepiała mnie zawsze w niedzielę po śniadaniu, domagając się
wymiany informacji. Choć Crouch o to nie prosił, dostrzegłam w tym okazję, by
zdobyć trochę informacji o Harrym Potterze. Gryfon zdawał się tego nie słyszeć,
ale w całej szkole aż huczało od plotek na jego temat i trudno było się temu
dziwić — od kiedy pojawił się w szkole, żadne niebezpieczne
przedsięwzięcie nie mogło obyć się bez jego udziału.
I to
nie miało skończyć się inaczej.
*
W
dzień przybycia delegacji profesor Sprout wypuściła nas z cieplarni pół godziny
przed końcem lekcji. Nie padało, ale po niebie snuły się ciężkie, burzowe
chmury podobne do tych, które powitały moją klasę na naszej ceremonii
przydziału. Z delikatnym supłem w żołądku ustawiłam się wraz z resztą na placu
przed szkołą. Opiekunowie podzielili nas według domów — z przodu
Gryfoni i Ślizgoni, z tyłu Puchoni i Krukoni. Jako siódmoklasistka o mocno
przeciętnym wzroście utonęłam w samym środku grupy, dokładnie tam, gdzie
ustawiła mnie McGonagall, ale reszta moich koleżanek z pokoju bardzo szybko
ulotniła się na tyły na szczycie łagodnego wzniesienia, by móc lepiej widzieć
czoło komitetu powitalnego. Nudząc się i raz po raz zerkając na zegarek,
zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie trzech piątoklasistek.
— Ciekawe,
gdzie będą siedzieć. W Wielkiej Sali nie ma żadnego nowego stołu.
— Może
przy stole nauczycielskim…?
— Głupiaś!
Przecież tam jest strasznie mało miejsca, a z delegacją przyjadą pewnie wszyscy
pełnoletni uczniowie. Widziałam, jak Filch wynosił z lochów krzesła. Pewnie
rozdzielą ich przy wszystkich stołach.
— Jak
myślicie, ile ich przyjedzie? Czytałam, że w Durmstrangu nie mają domów, po
prostu dzielą się na klasy.
— Serio?
Musi ich być strasznie dużo, Durmstrang przypada chyba na całą Europę
Wschodnią, co?
— To
nieistotne ilu. Ciekawa jestem, czym przyjadą. Może pociągiem albo…?
Nie
zdążyła dokończyć, bo kilka osób z przodu krzyknęło, a tłum zafalował pod
wpływem emocji. Powędrowałam wzrokiem za palcem dziewczyny o ciemnych,
kędzierzawych włosach i spostrzegłam, że nie celowała w szkolną bramę, a w
niebo. Na granatowym, bezgwiezdnym sklepieniu dało się dostrzec powoli
powiększającą się kropkę, która z sekundy na sekundę coraz bardziej
przypominała dom ciągnięty w powietrzu przez stado smoków. Pod wpływem emocji
otaczających mnie uczniów zaczerpnęłam gwałtownie powietrza, ale gdy gigantyczny
powóz był już wystarczająco nisko, w równie wielkich, przerażających potworach
rozpoznałam tuzin majestatycznych skrzydlatych koni. Gdy kareta huknęła o
ziemię i potoczyła się na wielkich kołach w naszą stronę, pierwsze rzędy
uczniów cofnęły się w panice, powietrze zafalowało ze strachu i ekscytacji, bo
pegazy zatrzymały się w plamie światła wypadającego przez otwarte drzwi.
Wszyscy
zastygliśmy w oczekiwaniu.
Wciśnięta
za plecy dwóch rosłych osiłków, spodziewałam się zobaczyć zupełne nic, ale ku mojemu
zdziwieniu spostrzegłam wysoki, ostro zakończony kapelusz osadzony na ładnej,
kobiecej głowie. Zdumiona uniosłam się nieco na palcach i dostrzegłam, że
czarownica wyraźnie górowała nie tylko nad tłumem, ale i nad powozem, z którego
wysiadła. Miała dość mocne rysy i potężny nos, a w ciepłym świetle lamp z holu
jej oliwkowa karnacja wydawała się jeszcze ciemniejsza. Przez tyły grupy
powitalnej natychmiast przebiegły szepty, z których wyłowiłam nazwisko Hagrida
i coś, co brzmiało jak „Maxime”.
— Ale
wielka baba — usłyszałam przed sobą i Krukoni zachichotali, kiedy
delegacja z Beauxbatons ruszyła szybkim krokiem w stronę zamku.
Poza
imponującą dyrektorką francuskiej szkoły nie udało mi się zobaczyć nic więcej. Zauważyłam,
jak Puchoni po drugiej stronie przejścia też wyciągali szyje, żeby lepiej
widzieć, ale Francuzi już zniknęli w świetle u szczytu schodów.
— Zobaczycie,
Durmstrang już na sto procent przyleci na smokach — skomentowała
piątoklasistka o kręconych włosach, kiedy wszyscy na powrót ucichli.
Zaczęło
robić się coraz zimniej, w oddali — uwydatniona przez świetliste
refleksy — znaczyła siadać mgła ciągnąca od jeziora do samego lasu.
Wilgoć przeszywała na wskroś. Chłopcy przede mną kiwali się i podrygiwali w
rękami wciśniętymi w kieszenie, niektórzy nie tłumili już szczękania zębami.
Drżąc niekontrolowanie, poczułam silną potrzebę wytarcia nosa, ale w momencie,
kiedy w coraz bardziej natarczywych szeptach dało się usłyszeć pierwsze
narzekania — prawie jak na komendę — z oddali znów dobiegł
nas szum. Większość — w tym i ja — automatycznie spojrzała
w niebo, ale tym razem dźwięk nadchodził znad wody.
Drugi
kształt wydał mi się znacznie bardziej intuicyjny, choć nie pamiętałam, bym
kiedykolwiek widziała statek na żywo. W ciemności dało się wyłapać zaledwie
jego zarys, znacznie lepiej widoczna była grupa wysiadających na ląd pasażerów,
w szczególności jeden odziany w długi, biały płaszcz upodabniający go w
ciemności do ducha. Przybysze zbliżyli się i natychmiast zniknęli mi z oczu,
ale gdy po chwili — jak delegacja z Beauxbatons — ruszyli
przejściem między mieszkańcami Hogwartu, wychwyciłam wyrazisty, znajomy profil
mężczyzny w futrze. Zmrużyłam oczy, usiłując sobie przypomnieć pelerynę
długich, srebrnych włosów i ostro zakończony nos, ale czarodziej już zniknął na
schodach, otoczony tuzinem uczniów w ciężkich, brązowych futrach. Dopiero po
chwili zdałam sobie sprawę, że ekscytacja, która podniosła się na widok gości z
Durmstrangu, nabrała jakichś dzikich, nieopanowanych konotacji — zwłaszcza
wśród dziewcząt.
— To
on, to on! — szeptał gorączkowo ktoś za moimi plecami, gdy
wracaliśmy zziębnięci i głodni do zamku.
— Ale
kto? Ja nic nie widziałam…
— To
on, Wiktor Krum!
— Wiktor
Krum? Ten szukający?! Gdzie?
— Tam,
tam!
— Nie
widzę… o nie, siadają ze Ślizgonami…
Rozkoszne
ciepło zmieszane z zapachem gorących potraw uderzyło mnie jeszcze przed
wejściem do Wielkiej Sali i szybko zaczęło rozchodzić się po całym ciele.
Dłonie i twarz mrowiły od stania na zimnie, woda wciąż zbierała się w nosie,
bez względu na to, ile razy bym nie sięgała po chusteczkę. W pierwszej chwili
nie zauważyłam, że delegaci z Beauxbatons i Durmstrangu już zaczynali zajmować
miejsca przy stołach, tak byłam skupiona na rozglądaniu się po komnacie.
Skrzaty domowe przystroiły ją jeszcze piękniej niż na rozpoczęcie roku
szkolnego. Tysiące unoszących się pod sufitem świec wspaniale prezentowały się
na tle burzowego, prawie czarnego nieba, szary kamień ścian ukrył się pod
proporczykami Hogwartu i czterech domów, a za podium nauczycielskim wisiał dumnie
olbrzymi gobelin z literą H i zwierzętami założycieli: wężem, borsukiem, orłem
i lew. Na blaty wszystkich pięciu stołów — jak zwykle na ważne okazje — narzucono
śnieżnobiałe obrusy i przygotowano złotą zastawę.
Przysiadłam
na brzegu jednego z wolnych krzeseł — jak najdalej od grupy Gryfonek
ze starszych klas, które robiły ogromne zamieszanie przy swojej części stołu.
Choć w Wielkiej Sali nie przybyło tak wielu uczniów, jak początkowo mogłoby się
wydawać, komnata wyglądała na dużo bardziej zatłoczoną — trudno
powiedzieć, czy to ze względu na te wszystkie dekoracje, czy natężenie kolorów
szat, bowiem pod obszernymi futrami uczniów z Durmstrangu kryły się
krwistoczerwone mundurki, a dziewczęta i chłopcy z Beauxbatons mieli na sobie
ubrania z jakiegoś cieniutkiego, zwiewnego materiału barwy paryskiego błękitu.
Niektórzy owinęli głowy i ramiona chustami, ale wciąż dygotali z zimna.
— Ale
dziwaki, co nie, Macy? — zagaił jakiś chłopak i zajął krzesło
dokładnie naprzeciwko. Borys Sullivan chodził z Lynn ponad rok temu i chociaż
rozstali się w niezbyt miłej atmosferze, wciąż do mnie zagadywał, ilekroć
widywaliśmy się w Wielkiej Sali. Moją kuzynkę mijał z wyniosłym milczeniem. — Ale
w porównaniu do naszych dziewczyn… bajka. Ej, chłopaki, patrzcie na tę
blondynę! Ale laska!
Wzruszyłam
ramionami, zajęta lustrowaniem nauczycielskiego stołu. Tam też było gęsto.
Filch dostawił co prawda tylko cztery krzesła — po dwa po każdej
stronie dyrektorskiego fotela — ale z powodu wielkich gabarytów
madame Maxime, jej wytwornych szat i klejnotów miało się wrażenie, jakby
dosiadło się przynajmniej z pół tuzina Dumbledore’ów. On też nie szczędził
dzisiaj na stroju. W ciemnopurpurowej szacie wyszywanej srebrem w kolczaste
pędy dzikich róż i pasującej do tego tiary przywodził na myśl kardynała. Dyskutował
o czymś z dyrektorką Beauxbatons, a mężczyzna o białych włosach i ostrych
rysach spijał chciwie każde jego słowo, uśmiechając się w bardzo oleisty
sposób. Teraz, gdy widziałam go en face, byłam już prawie pewna, że
musiałam go gdzieś zobaczyć i nie miało to związku z niczym przyjemnym. On
również pozbył się futra, ale pod spodem w czarnej, zanadto wymyślnie zdobionej
szacie nie prezentował się już tak dostojnie. Wyjątkowo chude, zbyt długie ręce
o żółtych palcach przywodziły na myśl groteskową kukiełkę, twarz wydawała się
niezdrowa i woskowa nawet w ciepłym blasku świec, a z zimnych, paciorkowatych
oczu wylewał się cynizm. Nie byłam w stanie uwierzyć, że Dumbledore tego nie
wiedział, a przecież uśmiechał się uprzejmie tak do niego, jak i do madame
Maxime.
— Nie
siedzi tu nikt, oui?
Ktoś
szturchnął mnie mocno w ramię i nie czekając na odpowiedź, usiadł na krześle
tuż obok. Wytrącona z obserwacyjnego transu, spojrzałam nieprzyjaźnie na tego
kogoś i natychmiast poczułam kleszcze zaciskające się wokół moich wnętrzności.
Francuzka — jedna z tych w chustkach na głowach — trącała
właśnie swoją koleżankę w błękicie, żeby zrobiła miejsce dla wysokiego,
opalonego bruneta. Cała trójka trajkotała ze sobą w szybkiej, niechlujnej
francuszczyźnie, wyraźnie nie przejmując się otaczającymi ich hogwartczykami,
jakby stanowili co najwyżej tło dla ich intensywnej obecności.
Znakomicie.
Rzuciłam
tęskne spojrzenie na część stołu w bliskiej odległości od głośnych Gryfonek.
One przynajmniej pytlowały w znanym mi języku. Wciąż nie przestawały podnosić
się i zezować w kierunku Ślizgonów, z którymi usiadła delegacja z
Durmstrangu.
Tymczasem
Dumbledore wstał, rozkładając szeroko ramiona.
— Nim
zacznie się uczta, pragnę powitać naszych wspaniałych gości. Turniej zostanie
ogłoszony pod jej koniec, a teraz zachęcam: jedzcie, pijcie i czujcie się jak u
siebie w domu!
Wielką
Salą wstrząsnęły głośne, trochę niecierpliwe oklaski, a stoły jak na komendę
ugięły się pod ciężarem aromatycznych potraw. Powietrze w mig nasyciło się
wspaniałym zapachem znajomych potraw, ale w wazach i półmiskach zauważyłam
mnóstwo niewidzianych dotąd różności — głównie rybne zupy i
skorupiaki w sosach. Ignorując olbrzymie naczynie owoców morza, które
zmaterializowało się dokładnie przed moim talerzem, sięgnęłam po ulubioną
zapiekankę z wołowiną i pieczarkami. Dość nowości na dziś.
— Podasz
mi, z łaski swojej, moules marinières?
Znów
poczułam szturchnięcie i zerknęłam przez ramię na dziewczynę, która chwilę temu
pytała o krzesło. Na widok uśmiechu rozciągającego jej pełne usta znów poczułam
się zbita z tropu, zwłaszcza że miska, na którą zerkała, leżała tuż przede mną,
prawie bezpośrednio w zasięgu jej ręki.
— Możesz
wziąć sama — odpowiedziałam i po wyrazie jej błyszczących,
szaroniebieskich oczu zorientowałam się, że mogłam zabrzmieć
niegrzecznie.
— Oui,
c’est exact, ale wtedy bym nie zagadała. — Po angielsku mówiła
znakomicie. — A chyba po to ten turniej, co? Mieliśmy nawiązywać
przyjaźnie. Nelly Dubois, a to mój chłopak Gaston Moulin.
— Jak
Gaston z Pięknej i bestii — wtrąciłam. Nawet wyglądał
podobnie. Francuzka i opalony brunet zmarszczyli brwi, a ja poczułam rosnące
gorąco, bo już wiedziałam, że znów palnęłam głupotę. Po kilku ciężkich,
przeciągających się sekundach twarz Nelly drugi raz w ciągu tej niezręcznej
minuty rozjaśnił swobodny uśmiech. — Macy Savour.
Nie
bez trudu uścisnęliśmy sobie ręce, starając się nie poprzewracać zastawy. Cudem
uniknęłam potrącenia dzbanka z lemoniadą, ale zamoczyłam rękaw w pucharku
Nelly. Dziewczyna wspaniałomyślnie udała, że tego nie zauważyła.
— No
więc… dobrze mówisz po angielsku — bąknęłam, ślizgając się wzrokiem
po jej mlecznobiałym czole. W żołądku wciąż czułam efekty tamtego
nieprzemyślanego komentarza.
Teraz,
kiedy Nelly Dubois zdjęła chustę, okazało się, że pod spodem miała dość długie,
bardzo proste i bardzo jasne włosy, które doskonale współgrały z jasną, prawie
białą oprawą oczu. Nigdy nie widziałam na żywo żadnej rodowitej Francuzki, ale
wyobrażałam je sobie jako niezbyt blade, z wyrazistymi brwiami, ostrymi rysami
i prostą, prawie chłopięcą sylwetką, tymczasem ja miałam przed sobą wręcz
stereotypową skandynawską piękność — filigranową i delikatną jak
porcelanowa laleczka, lecz z jakimś figlarnym błyskiem, który przełamywał chłód
jej urody.
— A,
tak, mam rodzinę w Anglii — przyznała, machając ręką. — Mówię
płynnie od dziecka. Tak właściwie to była konieczność, żeby mieć szansę załapać
się na delegację… no, to i wyniki w nauce, ale w Beauxbatons mniej osób mówi po
angielsku, niż ma wybitny z obrony przed czarną magią, ha, ha, ha!
Parsknęłam
bez przekonania, chociaż Nelly nie powiedziała nic śmiesznego, lecz sposób, w
jaki nawijała, w jaki się śmiała i gestykulowała, wywoływał przyjemne ciepło.
— Madame
Maxime uważa, że skoro tym razem turniej ma odbyć się w Hogwarcie, w dobrym
tonie jest rozmawiać w języku tych, którzy nas goszczą — dodała,
zerkając z uwielbieniem w kierunku stołu nauczycielskiego. — Macie
jeszcze pięć lat, żeby podszkolić się z francuskiego, bo Beauxbatons jest
następne w kolejce.
— Całe
szczęście nie będzie mnie już wtedy w Hogwarcie. Nie jestem dobra z
języków.
— O,
a który rocznik?
— Ostatni…
siódmy.
— Och,
czyli co, jesteśmy potencjalnymi przeciwniczkami! — zapiała, choć
wcale nie wyglądała na niezadowoloną. Wręcz przeciwnie. Nawet zaklaskała z
radości. — Nie mogę się doczekać, kocham rywalizację.
— Nie,
ja się nie zgłaszam — wyjaśniłam szybko. Na samą myśl o wrzuceniu
swojego nazwiska do Czary Ognia poczułam gorąco za kołnierzem. — Blask
fleszy, wywiady, te wszystkie oczy, które cię obserwują… no i najgorsze — rywalizacja.
To brzmi jak piekło.
— To
brzmi jak NIEBO! — wykrzyknęła zachwycona, a Gaston dodał:
— Nie
zapomnij o tysiąc galeoni.
— Akurat
złoto w tym przedsięwzięciu najmniej mnie kręci — oznajmiła z
lekceważeniem.
— Mów…
ee… przez się, ja bim tam tysiąc galeoni nie wzgardził — oznajmił
Gaston. Francuski akcent nadawał mu zaskakująco miękkiego brzmienia, które
jeszcze dziwniej kontrastowało z jego potężnymi ramionami i kwadratową szczęką.
Jedyne, co świetnie zgrywało się z tym delikatnym głosem, to okrągłe, chłopięce
oczy barwy chabrów. — Ale jak dla ciebie tyli złota to nic, to może
mi dać.
— Dostaniesz
galeona za każde poprawne wypowiedzenie „Turniej Trójmagiczny”. Za każde błędne
galeon dla mnie, może być?
Nelly
zrobiła minę i oboje się zaśmiali, jakby takie przekomarzanie się było u nich
na porządku dziennym. Ja sama tylko uśmiechnęłam się nieśmiało, trochę
zawstydzona, że na to patrzyłam, a trochę dlatego, że oni w ogóle się sobą nie
krępowali. Gaston zaczął ją łaskotać, a ona próbowała odbijać jego ręce,
powodując we mnie jeszcze większą burzę zażenowania. Czułam się tak za każdym
razem, kiedy Borys Sullivan wołał Lynn, żeby ta siadała mu przy śniadaniu na
kolanach. Nie miałam pojęcia, gdzie schować oczy.
— A
co, jeśli któreś z was zostanie reprezentantem? — zapytałam nieco
głośniej z nadzieją, że przestaną hałasować, bo niektórzy zaczynali rozglądać
się za źródłem niekontrolowanych pisków i chichotów, które wydawała z siebie
Nelly.
Popatrzyli
po sobie czule, a chłopak objął ją i pocałował.
— Nic — odparła,
nie przestając się uśmiechać. Jakim cudem nie bolały jej od tego usta? — Kochamy
się i będziemy sobie kibicować.
Moulin
zdążył tylko przytaknąć, bo resztki deserów zniknęły ze stołu, talerze zalśniły
złotem, a profesor Dumbledore wstał, by obwieścić początek Turnieju
Trójmagicznego. Atmosfera zgęstniała jak schłodzona galaretka. Wszyscy zamarli,
wpatrując się w dyrektora jak w kogoś, kto miał oznajmić datę końca świata.
Nawet ja, choć w teorii już dobrze ją znałam.
*
Od rana
cała szkoła żyła wyborem reprezentantów. Choć w soboty zwykle cały pokój
wspólny wstawał później, nie byłam zaskoczona, kiedy wychodząc rano z łazienki,
zobaczyłam wszystkie moje cztery współlokatorki ustawione w ogonku pod
drzwiami.
Czarę
Ognia — proste, drewniane naczynie, które miało wyłonić szczęśliwą
trójkę — ustawiono w sali wejściowej, by każdy mógł swobodnie wrzucić
do środka swoje nazwisko. Chociaż Dumbledore wyraźnie zaznaczył, że regulamin
dopuszczał do turnieju wyłącznie pełnoletnich uczniów, nie zabrakło chojraków,
którym wydawało się, że mogli podstępem przekroczyć narysowaną przez dyrektora
linię wieku otaczającą podest z czarą.
Akurat
wychodziłam ze śniadania, kiedy zderzyłam się z eksplozją śmiechu i sporą grupą
Gryfonów z Fredem i George’em w centrum zamieszania. Obaj bliźniacy mieli
identyczne długie, siwe brody i właśnie umykali po schodach — zapewne
do pani Pomfrey. Prześlizgnęłam się zgrabnie między ludźmi kręcącymi się wokół
czary i ruszyłam znaną sobie drogą w kierunku Zakazanego Lasu. Zaopatrzona w
grube rajstopy pod spodniami, wełniany płaszcz, czapkę i rękawiczki czułam się
znacznie pewniej niż wczorajszego wieczora, brnąc przez wilgotną trawę. Siąpiła
tylko lekka mżawka, sprawiając, że moje i tak wiecznie spuszone włosy
przynajmniej trzykrotnie powiększyły swoją objętość, ale pogoda nie sprzyjała
spacerom. Na błoniach nie było żywego ducha.
Dopiero
kiedy zrównałam się z jeziorem, gdzieś w okolicy chatki Hagrida kątem oka
wyłapałam jakiś ruch. Między czarnymi, bezlistnymi koronami drzew zauważyłam
kobietę w sobolach wyłaniającą się z błękitnego powozu, a zaraz za nią ponad
tuzin ubranych w cieniutkie płaszczyki uczniów Beauxbatons. Zatrzymałam się,
śledząc wzrokiem ten nadmiernie pompatyczny pochód. Kilka osób zerknęło na mnie
przelotnie, ale tylko jedna — drobna, jasnowłosa i uśmiechnięta — uniosła
rękę i pomachała energicznie. Odmachałam jej, czując się przy tym bardzo
dziwnie nie na miejscu, choć przecież to Nelly Dubois była tu gościem, nie ja.
Odprowadziłam
ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła na szczycie schodów wraz z resztą swoich
kolegów i koleżanek. Oni wszyscy mieli jeszcze szansę, podobnie ci ze statku,
ale cała reszta oczekiwała w podnieceniu na wyniki, nieświadoma, że
reprezentant Hogwartu był już wybrany. Nie miałam zielonego pojęcia, jak Crouch
chciał tego dokonać, ale spokój w głosie, jakim o tym opowiadał, pozwolił mi
uwierzyć w skuteczność planu. Początkowo uważałam to za głupie, ale z czasem
wnioski pojawiły się zupełnie naturalnie, jakby ktoś wtłoczył je do mojej głowy
zaklęciem: trudniej wytłumaczyć porwanie i śmierć zwykłego ucznia od śmierci
uczestnika Turnieju Trójmagicznego. Zwłaszcza czternastoletniego
uczestnika.
Minęło
może pół godziny, kiedy gdzieś w oddali dobiegł mnie dźwięk walki z gałęziami.
Dobrze znałam sposób poruszania się Hagrida, Moody’ego i tych starszych
uczniów, którzy jak ja upodobali sobie nielegalne wypady do lasu, ale kroki nie
należały do żadnego z nich. Natychmiast przylgnęłam plecami do grubego pnia,
starając się spłycić oddech, chociaż serce galopowało mi w piersi jak szalone.
Przytknęłam sobie rękawiczkę do ust, żeby zagłuszyć oddech, lecz szybko się
okazało, że osoba, która szarpała się z zaroślami, wcale nie próbowała się
skradać. Wyjrzałam ostrożnie i od razu rzucił mi się w oczy jaskrawy błękit
Beauxbatons.
Nelly
Dubois narzuciła na płaszczyk kardigan z granatowej włóczki, w którym wyglądała
jak sześciolatka w swetrze ojca. Kolczaste pnącza zaczepiały się o dużo za
długie rękawy, zaciągały cieniutkie rajstopy, ale dziewczyna brnęła dzielnie do
przodu, wyraźnie czegoś szukając.
— Twoja
pani dyrektor nie powiedziała ci, że nie wolno wchodzić do lasu? — odezwałam
się, a Nelly odskoczyła tak gwałtownie, że znalazła się w samym środku wielkiego
kłębowiska gałęzi.
— A
tobie… tobie nie…? — wyrzuciła z siebie na rwanym oddechu,
przyciskając obie ręce do piersi. Po ładnym, różowym rumieńcu na jej
porcelanowych policzkach nie został nawet ślad.
— Ja
nie słucham twojej pani dyrektor, ale wy chyba aż za bardzo — odparłam. — Jeszcze
nie widziałam, żeby ktoś stawał na baczność na widok Dumbledore’a.
Podeszłam,
żeby pomóc jej wydostać się z objęć leszczyny i wciągnąć bezpiecznie na
wydeptaną ścieżkę.
— Widziałam,
jak wchodzisz do lasu. Naprawdę nie wolno tu wchodzić? — zapytała, a
kiedy przytaknęłam, rozejrzała się zdumiona. — Dlaczego? Tak tu
ładnie.
— Teraz
to nic. Musiałabyś zobaczyć na początku października. Nie znam tylu ludzi, ile
obeszłam lasów i musisz mi uwierzyć, że Zakazany Las jest najpiękniejszy.
Uczniom nie wolno tu wchodzić bez zgody nauczyciela, bo mieszkają tu centaury i
masa innych czarodziejskich stworzeń. — Zwolniłam nieco, by zajrzeć
jej głęboko w oczy. — Niektórzy mówią, że w sercu Zakazanego Lasu
mieszka wilkołak.
Skomentowała
to śmiechem, chociaż kolory, które nieśmiało wracały na jej twarz, ponownie
zbladły.
— Wilkołak…? — wybąkała. — To
w Wielkiej Brytanii w ogóle legalne? No wiesz… żeby wilkołak mieszkał przy
szkole. My mamy tylko elfy i nimfy…
— Więcej
niż legalne — przyznałam ze śmiertelną powagą. — W zeszłym
roku obrony przed czarną magią uczył wilkołak. Co by o nim nie powiedzieć, był
dość kompetentnym nauczycielem… w każdym razie w porównaniu do tego, który
uczył nas obrony przed czarną magią, kiedy moja klasa zdawała SUM-y. I nikogo
nie zaatakował, więc nie było tak źle.
Odniosłam
wrażenie, że Nelly nie wiedziała, czy znów się zaśmiać, czy potraktować
poważnie to, co powiedziałam, ale w końcu chyba uznała to za żart, bo
zachichotała — tym razem dużo swobodniej — i zawinęła sobie
końce rękawów do środka, tak, by ograniczyć dostęp chłodnego powietrza.
— Ale
chyba najważniejsze, żeby uczył, c’est ça? Ten wasz Dumbledore chyba nie
zwraca uwagi na to, jak kto się prezentuje… w każdym razie ten facet z
okiem…
Wstrząsnęła
się malowniczo, jakby zrzucała z siebie wielkiego pająka.
— Chyba
tak, chociaż z drugiej strony nie jest łatwo znaleźć kogoś na stałe do
nauczania tego przedmiotu — mruknęłam. — Z jakiegoś powodu
co roku jest nowy nauczyciel. Jeszcze chwila i skończą się wykwalifikowani
czarodzieje.
— Co
roku? To jest tylu czarodziejów w Anglii? — zaśmiała się.
— Pomyślmy.
Pierwsza odeszła na rodzicielski, po wakacjach nie wróciła. Druga zwolniona po
przyłapaniu na romansie z uczniem, trzeci po prostu zrezygnował. Czwarty zmarł
w dziwnych okolicznościach, piąty stracił pamięć i wylądował w Świętym Mungu,
szósty to wcześniej wspomniany wilkołak, siódmy — emerytowany
auror-paranoik — zerwał się na rok z emerytury na prośbę
Dumbledore’a. Może następny zostanie na dłużej, ale to już nie będzie moim
zmartwieniem. Choć patrząc na historię nauczycieli obrony przed czarną magią,
nie zanosi się…
— Dziwny
ten wasz Hogwart — przyznała z zaciekawieniem Nelly. — A na
jakiej zasadzie działają podziały na domy? Skąd wiadomo, że jeden będzie w tym…
jak mu tam, Ravenie, a drugi gdzieś indziej?
— W
Ravenclawie. Mamy cztery domy: Ravenclaw, Hufflepuff, Gryffindor i Slytherin — wyjaśniłam.
Wzmógł się wiatr i woda, która zebrała się na gałęziach, zaczęła spadać nam na
głowy, więc skręciłam z powrotem w stronę jeziora. — Od nazwisk
czterech założycieli. Każdy z nich hołduje jakimś cechom, na przykład w
Ravenclawie są to inteligencja, pragnienie zdobywania wiedzy, kreatywność i
indywidualizm, Gryffindor to odwaga, szczerość, zaangażowanie, honor i tak
dalej. Każdy pierwszoroczniak musi przejść ceremonię przydziału, którego
dokonuje tiara. Podobno należała do Godryka Gryffindora i została zaczarowana
tak, żeby rozpoznawać te cechy i przydzielać tam, gdzie uczeń najlepiej się
sprawdzi.
Nelly
znów wydała z siebie krótki, głośny śmiech — dużo za głośny jak na
spacerowanie po Zakazanym Lesie, ale nie miałam śmiałości jej uciszać.
— Ale
to trochę bez sensu, nie uważasz? — zapytała. — Przecież
ludzie się zmieniają, zwłaszcza w tym wieku. A wątpię, żeby tiara potrafiła
przewidywać przyszłość. Poza tym sądzę, że coś takiego nie działa dobrze na
dzieci. No wiesz, sprzyja podziałom, tworzy bańki… W Beauxbatons są normalne
klasy i takie duże oddzielne dormitoria, osobno dla dziewczyn i chłopców, a w
środku też są podzielone ze względu na wiek, można zmieniać pokoje, jeśli jest
jakiś konflikt albo zaprzyjaźnisz się z kimś z innej klasy, tylko wychowawca
musi się zgodzić.
Choć
szybko zauważyłam, że Nelly chętniej mówiła, niż słuchała, ja słuchałam bardzo
chętnie. Po lekturze poświęconej zagranicznym szkołom magii podejrzewałam, że
madame Maxime nie byłaby zachwycona, wiedząc, z jakim zapamiętaniem jej
uczennica zdradzała wszystkie ciekawostki dotyczące Beauxbatons. Lodowy
pancerz, który zawsze na sobie miałam, szybko topniał pod wpływem ciepłej
wesołości Francuzki. Miała w sobie coś z Lynn, ale bez tej złośliwej
zaczepności, która nakazywała ciągłą gotowość do odparcia ataku. Nie była też
męcząca, choć opowiadała długo i głośno, wstawiając od czasu do czasu coś po
francusku, choć byłam pewna, że znała angielski odpowiednik. I nawet się nie
zorientowałam, kiedy wybiło południe. Dopiero gdy rozpadało się na dobre i
Nelly zaczęła niekontrolowanie dygotać, rozeszłyśmy się pod niebieskim powozem.
Wracając do zamku, czułam się przyjemnie rozgrzana, chociaż zimny wiatr ostro
poczynał sobie z moimi włosami i szalikiem.
Właśnie
doświadczyłam tej słynnej adopcji introwertyka przez ekstrawertyka i było mi z
tym zaskakująco dobrze.
*
Od
kiedy Crouch przedstawił mi cały plan na początek Turnieju Trójmagicznego, nie
spodziewałam się, że będę szła na ceremonię wyboru reprezentantów z żołądkiem
ściśniętym w węzeł.
A
jednak.
Schodząc
z resztą Krukonów do Wielkiej Sali, czułam się tak, jakbym to ja wrzuciła swoje
nazwisko do czary, ale gdy zobaczyłam uczniów z Beauxbatons zajmujących miejsca
przy naszym stole, już wiedziałam, że denerwowałam się za Nelly. Natychmiast
wyłowiła mnie wzrokiem i pomachała, wskazując na krzesło, które dla mnie
zajęła.
Trema
urosła do rozmiarów jednej z wydrążonych dyń unoszących się pod sufitem.
Jeszcze
nikt nigdy nie zajął dla mnie krzesła.
— I
jak? — zapytała przez zaciśnięte zęby, gdy resztki potraw z uczty
zniknęły i w Wielkiej Sali zrobiło się nienaturalnie cicho.
— Dobrze — skłamałam. — Ja
się nie zgłaszałam, więc…
— To
dobrze, że dobrze. Ja chyba się zaraz posikam. Niech już będzie po wszystkim,
niech już będzie po wszystkim…
Dłonie
zacisnęła w piąstki tak mocno, że kłykcie jej pobielały. Wymieniliśmy z
Gastonem spojrzenia. On nie wydawał się aż tak przerażony, choć szczękę miał
zarysowaną jeszcze mocniej niż zwykle, a nozdrza drgały mu kompulsywnie. Cała
delegacja z Beauxbatons wpatrywała się uporczywie w stół nauczycielski, więc i
ja tam zerknęłam. Jaskrawoniebieskie płomienie falowały spokojnie w drewnianej
czarze na stole tuż przed miejscem dyrektora. W otoczeniu wspaniałej złotej
zastawy wydawała się jeszcze bardziej skromna, ale to ona skupiała na sobie
większość spojrzeń.
— Czara
jest już prawie gotowa — oznajmił Dumbledore, wstając. — Kiedy
odczytam nazwisko reprezentanta, proszę, by podszedł i wszedł do tej komnaty,
gdzie po ceremonii otrzyma pierwsze instrukcje.
Machnął
różdżką i wszystkie świece pogasły, został tylko oślepiający blask czary i
pomarańczowe, stłumione światło w dyniach. Czułam, jak ramię Nelly przyciśnięte
do mojego drżało. Byłam rozdarta między zastygnięciem a chwyceniem ją za rękę,
lecz zanim przełamałam się, by coś zrobić, błękitne płomienie zabarwiły się na
czerwono, zaczęły buzować, aż w końcu wystrzeliły w powietrze, wyrzucając z
siebie coś, co wyglądało na maleńki świstek pergaminu. Dumbledore złapał go w
locie i odczytał:
— Reprezentantem
Durmstrangu zostaje Wiktor Krum!
Wielka
Sala eksplodowała entuzjazmem, choć bez większego zaskoczenia. Ktoś przy stole
Gryfonów wrzasnął „Żadna niespodzianka!”, a w części Ślizgonów dało się słyszeć
głośne tupanie i buczenie — Wiktor Krum wstał i ruszył w kierunku
wskazanej komnaty. Jak na największą gwiazdę quidditcha wyglądał dość
niepozornie jak zwykły, niezbyt popularny żylasty chłopak. Poruszał się też
jakoś pokracznie, kaczkowato, jakby był zmuszony założyć za duże buty. Zniknął
za drzwiami w ciemności i atmosfera znów błyskawicznie zgęstniała. Poczułam
gulę w gardle. Nie musiałam już chwytać Nelly za rękę — ona zrobiła
to za mnie. Jej lodowate, wilgotne palce wpiły się w wierzch mojej dłoni i
jedyne, co mogłam zrobić, to odwzajemnić ten niespodziewany uścisk.
W
tym samym momencie czara znów wypełniła się szkarłatnym ogniem, wyrzucając z
siebie drugie nazwisko.
— Reprezentantką
Beauxbaton jest… Fleur Delacour!
Poczułam
się jak na rollercoasterze. Wagonik powoli wspinał się na szczyt, by rzucić się
w dół w momencie największego napięcia. Zdenerwowanie wybuchło mi w brzuchu i
nie zostawiło nic poza rozczarowaniem. Brawa po słowach Dumbledore’a,
zagłuszyły okrzyk, który wyrwał się z piersi Nelly. Prawie natychmiast się
opanowała i ukryła twarz w dłoniach, by ukryć łzy, ale kiedy odwróciłam się, by
ją pocieszyć, zobaczyłam dwie inne uczennice w błękitnych mundurkach
szlochające głośno w swoich ramionach.
— Przykro
mi — mruknęłam zupełnie rozbita.
Myśli
rozpędziły się w dzikiej gonitwie, rozbijając się o wnętrze czaszki. I te
oklaski, wszędzie wkoło okrzyki, ludzie stający na krzesłach, żeby zobaczyć
tamtą Fleur Delacour…
Odszukałam
wzrokiem oczy Gastona, ale i on nie wiedział, co powiedzieć. Poklepywał tylko
swoją dziewczynę po plecach, wyraźnie bardziej przejęty jej reakcją niż własnym
niepowodzeniem.
W
tej całej panice i chaosie nie zauważyłam, kiedy płomienie w czarze
zaczerwieniły się po raz trzeci i byłam w stanie usłyszeć tylko ciszę, a zaraz
potem:
— Reprezentantem
Hogwartu jest… Cedrik Diggory!
Automatycznie
chwyciłam się za uszy, ale nawet dłonie nie były w stanie zagłuszyć eksplozji
radości, jaka miał miejsce przy stole Puchonów. Odsunęłam się od Nelly, choć
wciąż trzęsła się z twarzą ukrytą we włosach. Musiałam odnaleźć Moody’ego, ale
niebieskie płomienie oświetlały wyłącznie Dumbledore’a, nikogo więcej. Stół
nauczycielski był czarną plamą z niewyraźnymi zarysami postaci.
A
przecież Crouch był taki pewny… taki pewny…
Zdałam
sobie sprawę, że rozglądałam się na wpół stojąco. Opadłam na krzesło. Serce
waliło mi jak oszalałe, ręce przyciśnięte do uszu wzmagały ten efekt i teraz
poza wiwatami Puchonów słyszałam, jak wybijało coraz szybszy rytm. Uparcie
mrugałam, próbując zgadnąć, która z tych statecznych postaci była Szalonookim
Moodym.
Musiałam
się uspokoić.
Przełknęłam
z trudem i opuściłam ręce, kiedy Wielka Sala znów pogrążyła się w ciszy. Nie
była to jednak to cisza pełna napięcia i oczekiwania, wwiercająca się w
czaszkę, a cisza lekka i swobodna. Dumbledore wyszedł na środek. Zimny blask
płomieni za nim nadawał mu wygląd świętego albo wielkiego mędrca.
— Doskonale! — zawołał,
rozkładając szeroko ramiona. — Mamy już wszystkich trzech
reprezentantów! Liczę, że wszyscy spotkają się z szacunkiem i wsparciem, bez
względu na szkołę, do której…
Urwał
i w tym samym momencie wydarzyło się na raz kilka rzeczy. Niebieska poświata za
nim zrobiła się purpurowa, w naczyniu zasyczało, trzasnęły płomienie, po
Wielkiej Sali poniosły się echem pojedyncze nie do końca stłumione okrzyki, a w
powietrze wystrzelił czwarty kawałek pergaminu. Z sercem bijącym w gardle
obserwowałam, jak dyrektor rozwijał karteczkę i na wyciągniętym ramieniu czytał
w ciszy.
Sekundy
zdawały się dłużyć w nieskończoność, aż w końcu Dumbledore ogłosił głośno i
wyraźnie:
— Harry
Potter.
Padło
to, co miało paść.
Przez
chwilę wydawało mi się, że nie będę w stanie zaczerpnąć powietrza, ale na
dźwięk imienia chłopaka bicie serca naturalnie się wyrównało i ogarnął mnie
spokój podobny do nocnej ciemności. Ot tak, jakby ktoś zgasił świecę. Dopiero w
tym momencie zdałam sobie sprawę, że Nelly już nie płakała. Śledziła razem z
innymi każdy krok Harry’ego Pottera zbliżającego się powoli w kierunku
nauczycielskiego podium. Rodzaj ciszy, jaki towarzyszył ten wędrówce, znów się
zmienił. Utracił zupełnie całą swą frywolność, znów stał się napięty,
niecierpliwy, ale pojawiło się coś jeszcze. Złość.
Narastająca
złość, ciężka jak lodowate powietrze snujące się powoli nad wszystkimi czterema
stołami.
— Ça
veut dire quot? — szeptała do siebie Nelly.
Nikt
nie zaklaskał. Nikt nie przerwał tego milczenia żadnym okrzykiem, aplauzem, rósł
jedynie szum. Ludzie zaczęli wychylać się do swoich kolegów, szepcząc,
odsuwając krzesła, wychylając się, żeby zobaczyć samotnego, oszołomionego
chłopca podążającego jak w transie w kierunku drzwi do pomieszczenia za stołem
nauczycielskim.
Przy
stole za Czarą Ognia zrobiło się zamieszanie, cztery wysokie postacie (w tym
jedna wyraźnie górująca nad wszystkimi) poderwały się z krzeseł i zaczęły
przepychać się w stronę komnaty. Zapłonęły świece i w pierwszym odruchy
zmrużyłam oczy, ale zanim trzasnęły drzwi, spostrzegłam plecy madame Maxime,
Karkarowa, profesor McGonagall i Snape’a znikające w ciemnym pokoju.
Tymczasem
Flitwick i Sprout usiłowali zapanować nad resztą.
— No
dobrze, już dobrze… a teraz wszyscy do łóżek…
— Moi
drodzy, ale naprawdę… możemy omówić to KAŻDY W SWOIM DORMITORIUM. No już,
Puchoni, raz-dwa, żebym nie musiała was prosić… Gryfoni tak samo…
Wstałam.
Sama byłam jak w transie, choć przecież wszystko potoczyło się tak, jak miało
się potoczyć.
No,
prawie wszystko.
Odnalazłam
wzrokiem Nelly, która ocierała ukradkiem zaczerwienione oczy. Wciąż wyglądała
bardzo ładnie, nawet próbowała się uśmiechnąć, ale nawet ja — nie
znając jej prawie wcale — nie uwierzyłabym w szczerość tego
uśmiechu.
— Przykro
mi — powtórzyłam chyba po raz setny, tym razem szczerze.
— Trudno,
nie potrzebuję udziału w Turnieju Trójmagicznym, żeby wiedzieć, że jestem
lepsza od tej krowy — odpowiedziała. Głos miała miękki i stłumiony,
jakby mówiła przez nos. — Tylko dziwne, że Hogwart będzie miał dwóch
reprezentantów. Takie są zasady czy coś pominęłam?
Gaston
tylko wzruszył ramionami, ja zrobiłam to samo. Idąc za tłumem w kierunku drzwi
wyjściowych, jeszcze raz obejrzałam się w stronę stołu nauczycielskiego.
Podczas gdy Flitwick i Sprout walczyli z ciekawskimi, Szalonooki Moody zniknął
w pokoju obok.