27 października 2010

6. Przyjaciele z Beauxbatons


Po tym, co pokazała mu w Clovy i w Cliffe Woods, spodziewał się, że jednak nie będzie aż tak dociekliwa. Z początku wszystko go w niej krępowało i poniekąd cieszył się, że zawsze, gdy z nią rozmawiał, znajdował się w skórze Moody’ego. 

Jakby cofnął się do czasów szkolnych. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczął się jąkać. 

Dało się wyczuć, że była na swojej przestrzeni. Zwłaszcza w Zakazanym Lesie, gdzie kilkakrotnie zaskoczyła go doskonałą orientacją w terenie i znajomością zarośniętych ścieżek. Z tego, co mówiła, a mógł w to uwierzyć (zwłaszcza po sprawdzeniu całej kartoteki i pustego spisu szlabanów), Hagrid nigdy jej tam nie złapał i Crouch szybko się przekonał, z czego to wynikało. Mimo tych niesamowicie hipnotyzujących oczu w kolorze lodowatego błękitu, elfiej twarzy i burzy rudych, falowanych włosów, roztaczała wokół siebie aurę dziwnej obojętności, tak, że momentami czuł się przy niej bardziej niewidzialny niż pod peleryną-niewidką. Jeszcze nie był do końca pewien, z czego to wynikało — ze wzroku wiecznie wlepionego w dal albo pod nogi, zgarbionych pleców czy tego, że zawsze zdawała się… przemykać. Jedno wiedział na pewno — Czarny Pan jak zwykle wykazał się doskonałą nieomylnością.  

Poza tym mówiła zaskakująco dużo. Jej spojrzenie przewiercało na wylot, ale tylko jego, jakby Barty okazał się jedyną żywą osobą, na którą warto było patrzeć. Nie znajdował w tym jednak żadnej arogancji czy pychy. Neutralność zakrawająca momentami o nieśmiałość, kiedy pytał o coś, co dotyczyło jej, budziła w nim napędzającą się ciekawość. 

Nigdy nie spotkał osoby o tak dziwacznym, niepasującym do siebie zestawie cech. Delikatność, bezpośredniość, błyskotliwość i onieśmielający chłód. Wydawała się całkowicie świadoma zamiarów Croucha, jednocześnie po raz setny potykając się o ten sam róg chodnika jak ostatnia ciamajda. Szybko odkrył, że tak, jak on, pasjonowała się zielarstwem. Temat jako jeden z nielicznych łagodził stanowczość w oczach Macy, a kiedy zaczynała się nakręcać, śmiertelnie dorosła powaga ustępowała miejsca dziecięcej radości. Łapał się na tym, że obserwował ją wtedy z dużą przyjemnością. 

Zbyt dużą na jak powód, który go tu przyprowadził. 

Nie rozmowy o leśnych znaleziskach, a Dumbledore i Turniej Trójmagiczny. 

 

*

 

Do przyjazdu delegacji zostały dwa tygodnie. Nie żeby się denerwował. Rozpisał sobie w głowie plan i to wystarczyło. Po wydostaniu się z Azkabanu miał wystarczająco dużo czasu, żeby to wszystko przemyśleć i doszedł do wniosku, że niczego, co dyktowały emocje, nie dało się kontrolować, a co za tym idzie — nie dało się oczekiwać ustalonych rezultatów. Działały tylko dobrze nadzorowane plany. Porwanie Longbottomów było podyktowane silnymi emocjami — głównie emocjami Bellatriks — i dlatego skończyli w więzieniu. Nie miał o to pretensji do nikogo prócz siebie, tak, jak nie miał pretensji do ojca, że tak długo udawało mu się go sobie podporządkowywać. Wystarczyło kilka pochopnych, podszytym strachem ruchów wobec Berty Jorkins i kilka miesięcy później wszystko runęło. 

Plan Czarnego Pana był doskonały. Tak, jak Macy na Millennium Bridge nie dopytywała, nie dopytywał i on. W pełni zaufał swemu panu i może właśnie dlatego wszystko do tej pory wydawało się takie proste. Crouch odczuwał nawet przy tym jakąś perwersyjną satysfakcję. 

We środę podobnie jak wczoraj otworzył wieko kufra na całą szerokość i pierwsze, co go uderzyło, to smród niemytego ciał. Nie bez trudu opuścił się na dno, gdzie w niewielkiej plamie mdłego światła odległej lampy leżał nieprzytomny mężczyzna. Masa tłustych, szarych włosów opadała mu na tę część twarzy, gdzie ział czernią oczodół — obecnie pusty, pozbawiony czarodziejskiego oka. Drugie — zdrowe — było niedokładnie przymknięte, dało się dostrzec cienką linię między powiekami. Moody leżał oparty o wewnętrzną ścianę kufra, z głową opadniętą na własne ramię. Bose stopy podkurczone w niewygodnej pozycji upodabniały eks-aurora do przerośniętego dziecka, które zasnęło złe i zmęczone wielogodzinnym płaczem o zabawkę, której nie dostało. Skóra pod bliznami zżółkła i sflaczała, znaczną część podbródka pokrył gęsty, prawie biały zarost. 

Wyglądał jak starzec. 

W pierwszej chwili można byłoby pomyśleć, że spał snem niemożliwym do przerwania, ale gdy Crouch szturchnął go jego własną różdżkę i wypowiedział zaklęcie, Moody wyprostował się jak nakręcany pajacyk. Powieki rozwarły się, włosy opadły na ramiona, odsłaniając ciemny oczodół, rozchylone wargi prezentujące niekompletne uzębienie zamknęły się i mężczyzna patrzył na swego oprawcę w zupełnie trzeźwy, wyraźnie pogardliwy sposób. 

— Kolacja — rzucił krótko Crouch, kładąc bezpośrednio na podłodze kilka zimnych pieczonych udek i garść frytek. Szalonooki nie poruszył się, choć Imperius pozwalał mu swobodnie jeść. — Musisz mi wybaczyć spóźnienie. Wracam właśnie z herbatki z twoim starym kumplem. Jutro pewnie też się spóźnię, bo zamierzam odwiedzić twojego drugiego starego kumpla. Zgadniesz którego? 

Lustrowali się przez moment w ciszy — Crouch rozbawiony, Moody wściekły i sparaliżowany. Był twardy, tak, jak Barty przewidywał. I wciąż nie zaakceptował swego losu, pokazując to w najprostszy znany im obojgu sposób — poprzez głodówkę. 

— Myślałem, że mamy to już za sobą. 

— Sram na to, co myślisz. 

Crouch zacmokał karcąco, kręcąc głową. Raz jeszcze uniósł różdżkę i tym razem niewerbalnie zmusił go do jedzenia. 

— Spodziewałem się po tobie czegoś bardziej wyrafinowanego — dodał, obserwując, jak brudne dłonie eks-aurora zaczęły mechanicznie odrywać płaty mięsa od kości. — Wczoraj skończyliśmy na uprawnieniach, jakie Barty Crouch senior wydał między 1972 i 1981 rokiem? 

Moody uśmiechnął się koślawo. Pod wpływem krwi, która miejscami zarumieniła mu czoło i policzki, jego twarz wyglądała jak mielonka. 

— To cię najbardziej interesuje, co? — wychrypiał pomiędzy kęsami. 

— Właśnie tak. 

Może i nienawidził Croucha, ale było widać, że te opowieści i jemu sprawiały przyjemność — jakby tylko to mógł kontrolować albo to one trzymały go przy zdrowych zmysłach. Albo przy tym, co z nich pozostało. Być może właśnie dlatego Szalonooki tak dobrze znosił niewolę na dnie własnego kufra. 

Nie mógł stracić czegoś, czego nie miał od tylu lat. 

— Mój ojciec dał wam zgodę na zabijanie — ponaglił go, po raz trzeci szturchając różdżką w pierś. 

— Zgadza się, ale nie wszyscy na to poszli — odpowiedział tonem ociekającym satysfakcją. — Nie myśl sobie, że wszyscy potrzebują zgód i zakazów, żeby postępować jak na człowieka przystało. To nas od siebie różni, Crouch. Ty zabijałeś, chociaż nie musiałeś. Ja nigdy nie zabiłem, choć wielokrotnie bardzo tego pragnąłem. Nigdy nikogo nie zabiłem, jeśli nie musiałem. 

Nie poczuł nic w związku z tym, co powiedział Moody. Crouch oparł się o przeciwległą ścianę walizki i wyciągnął przed siebie nogi jak zaciekawiony słuchacz. 

— Ale zabiłeś. Śmierć to śmierć. Rezultat jest taki sam — nie żyjesz — odparł z obojętnością. — To ty zabiłeś Rosiera, zgadza się? 

Patrzył w napięciu, jak tamten się ociągał, przeżuwając frytki. Zalążek pełnego wyższości uśmiechu pojawił się w kącikach jego poszatkowanych warg, kiedy wytarł ręce o przód szaty i skrzyżował je na piersi. 

— Przeskoczyłeś część historii. 

Crouch parsknął śmiechem. 

— Jeden mały spoiler. Nie daj się prosić. 

Dał Moody’emu tę namiastkę kontroli, chociaż wiedział, że nie będzie w stanie go tym przejednać. Ich codzienne wieczorne rozmowy odkrywały przed Crouchem nie tylko całe połacie szaleństwa byłego aurora, ale wzbudzały również coraz bardziej złożoną mieszankę nienawiści i przywiązania. 

Momentami doświadczał nieprzyjemnego wrażenia, że kryło się w tym coś ojcowskiego. 

Ostatecznie jednego i drugiego nienawidził. 

— A to jest zabawne, bo chociaż wiele razy przyszło mi się z Rosierem zetrzeć, wiele razy się pojedynkowaliśmy, czego pamiątkę noszę ze sobą do dziś — wskazał paluchem spory brakujący fragment swojego nosa — to ostatecznie nie ja go zabiłem. Nie tak, jak twój prymitywny, zwyrodniały umysł śmierciożercy to rozumie. 

— A jak rozumie to czysty i szlachetny umysł aurora? — zapytał z drwiącą nutą. 

Szalonooki wzruszył ramionami. 

— Wcale. Tu — przesunął palec od nosa do skroni i uderzył się w nią kilkakrotnie — mieści się świadomość niepojmowania pewnych rzeczy, pewnych… rodzajów magii. Pokora, której żaden z was nie zna. Rosiera zabiła eksplozja, którą on sam wywołał. Niezła to była zasadzka, muszę się zgodzić. W każdym razie nie spotkałem śmierciożercy, który by ryzykował swoim własnym domem… zwłaszcza że niewiele z niego potem zostało. Ale każdy z was ma swoje dziwactwa, co, Crouch? Azkaban przenika głęboko, wypiera duszę, nawet jeśli nie ucałuje cię dementor. 

— Zgadza się — przytaknął bez cienia emocji. 

Chyba przecenił tę resztkę zdrowych zmysłów. Jedyne oko Moody’ego — teraz wytrzeszczone i okrągłe niczym to zaczarowane — błyszczało jak czarny, wypolerowany guzik na środku starej, zrujnowanej kamizelki. Nie było tam niczego poza szaleństwem. 

Może i mógł iść z tym dalej, powęszyć, wypytać Dumbledore’a, ale szybko przywołał się do porządku. Śmierć to śmierć. Emocje to emocje, a on miał iść za planem. 

— 1972 rok, zgoda na uśmiercanie śmierciożerców podczas walki — dodał tym samym monotonnym tonem. — Wiem, że Matt Yaxley zginął jako pierwszy, zaraz po tym, jak ustawa została zatwierdzona przez Wizengamot. Któryś z twojej grupy go zabił. Informacje są niejasne… 

 

*

 

Gdybym miała wiedzieć, to byście mi powiedzieli. 

Mówiąc to, z ciekawości prawie wyłaziłam ze skóry, a kiedy już się dowiedziałam, nie byłam pewna, czy chciałam wszystko wiedzieć. I wcale nie ze względu na obawy, że mogłam coś chlapnąć. 

Zaangażowanie Harry’ego Pottera w Turniej Trójmagiczny i przeprowadzenie go przez wszystkie trzy zadania wydało mi się nie tylko skomplikowanym, ale i niebezpiecznym planem. Leżałam wieczorami w łóżku i gapiłam się we wnętrze baldachimu, zastanawiając się, jak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. O samym Potterze nie myślałam. Gdzieś intencjonalnie zdawałam sobie sprawę, że powrót Czarnego Pana nierozerwalnie wiązał się z unicestwieniem przyczyny jego upadku i od samego początku postrzegałam go właśnie w ten sposób. To dziwne, bo choć cierpienie każdego innego dziecka dogłębnie mnie poruszało, Harry Potter istniał w mojej głowie jako całkowicie odczłowieczony byt. Punkt na mapie prowadzącej do celu, jakim był Czarny Pan. Nie nienawidziłam chłopaka tak, jak nienawidziłam Alastora Moody’ego czy nie przepadałam za głośnymi, wiecznie kłócącymi się chłopakami Weasleyów. 

Harry Potter wywoływał we mnie dosłownie NIC. 

Chodząc po lesie, obserwowałam powolny proces zapadania natury w zimowy sen. Jesień barwiła korony drzew na dostojną czerwień, brąz, ostrą żółć i pomarańcz, pierwsze nocne przymrozki uśmiercały resztki letnich kwiatów, ale ja nie przestawałam spacerować z mocno pochyloną głową. Ściółka zawsze kryła w sobie życie i wiele tajemnic, bez względu na ilość błota czy śniegu, który ją pokrywał. Październik w tym roku udał się wyjątkowo mało deszczowy, zachęcając do rozmyślania i nielegalnych wycieczek. Zdarzało się, że zapędzałam się zbyt daleko — drzewa zaczynały rosnąć coraz gęstsze i grubsze, a ja zastanawiałam się, dlaczego Crouch nie mógł jak gdyby nigdy nic porwać Pottera po którejś z lekcji obrony przed czarną magią. Nikt nie potrzebowałby tego całego przedsięwzięcia z konfundowaniem Czary Ognia. Szybko odpędzałam te myśli, powtarzając sobie, że przecież Czarny Pan z całą pewnością już dawno na to wpadł. 

To skomplikowane przedsięwzięcie musiało mieć jakieś drugie dno, którego nie musiałam i prawdopodobnie nie miałam pojąć. 

Gdybym miała wiedzieć, to by mi powiedzieli. 

Skupiłam się więc na czekaniu i udawaniu, że żyłam zwyczajnym życiem uczennicy ostatniego roku w Hogwarcie. Nie było to trudne, bo im bliżej końca października, tym mocniej zamek ogarniała gorączka dzikich przygotowań. Dla Krukonów stałam się jeszcze bardziej przezroczysta i pierwszy raz widziałam w tym same plusy. Koleżanki z dormitorium mniej niż zwykle interesowały się moimi porannymi zniknięciami, zwłaszcza że same przesiadywały do późnych godzin nocnych, rozmawiając już prawie wyłącznie o delegacjach i turnieju. Ja robiłam to samo, ale o wschodzie słońca i w coraz bardziej ciemnych, wilgotnych zakątkach Zakazanego Lasu. 

Nie tylko Ravenclaw żył przyjazdem delegacji z Durmstrangu i Beauxbatons, choć miałam wrażenie, że ekscytowali się tym mniej niż cała reszta. Hope wypisywała przynajmniej cztery razy w tygodniu z każdą nowiną, którą udało jej się wyciągnąć z Morrisa, a Lynn, która wśród Krukonów nie miała zbyt wielu znajomych, zaczepiała mnie zawsze w niedzielę po śniadaniu, domagając się wymiany informacji. Choć Crouch o to nie prosił, dostrzegłam w tym okazję, by zdobyć trochę informacji o Harrym Potterze. Gryfon zdawał się tego nie słyszeć, ale w całej szkole aż huczało od plotek na jego temat i trudno było się temu dziwić — od kiedy pojawił się w szkole, żadne niebezpieczne przedsięwzięcie nie mogło obyć się bez jego udziału. 

I to nie miało skończyć się inaczej.

 

*

 

W dzień przybycia delegacji profesor Sprout wypuściła nas z cieplarni pół godziny przed końcem lekcji. Nie padało, ale po niebie snuły się ciężkie, burzowe chmury podobne do tych, które powitały moją klasę na naszej ceremonii przydziału. Z delikatnym supłem w żołądku ustawiłam się wraz z resztą na placu przed szkołą. Opiekunowie podzielili nas według domów — z przodu Gryfoni i Ślizgoni, z tyłu Puchoni i Krukoni. Jako siódmoklasistka o mocno przeciętnym wzroście utonęłam w samym środku grupy, dokładnie tam, gdzie ustawiła mnie McGonagall, ale reszta moich koleżanek z pokoju bardzo szybko ulotniła się na tyły na szczycie łagodnego wzniesienia, by móc lepiej widzieć czoło komitetu powitalnego. Nudząc się i raz po raz zerkając na zegarek, zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie trzech piątoklasistek. 

— Ciekawe, gdzie będą siedzieć. W Wielkiej Sali nie ma żadnego nowego stołu. 

— Może przy stole nauczycielskim…?

— Głupiaś! Przecież tam jest strasznie mało miejsca, a z delegacją przyjadą pewnie wszyscy pełnoletni uczniowie. Widziałam, jak Filch wynosił z lochów krzesła. Pewnie rozdzielą ich przy wszystkich stołach. 

— Jak myślicie, ile ich przyjedzie? Czytałam, że w Durmstrangu nie mają domów, po prostu dzielą się na klasy. 

— Serio? Musi ich być strasznie dużo, Durmstrang przypada chyba na całą Europę Wschodnią, co? 

— To nieistotne ilu. Ciekawa jestem, czym przyjadą. Może pociągiem albo…? 

Nie zdążyła dokończyć, bo kilka osób z przodu krzyknęło, a tłum zafalował pod wpływem emocji. Powędrowałam wzrokiem za palcem dziewczyny o ciemnych, kędzierzawych włosach i spostrzegłam, że nie celowała w szkolną bramę, a w niebo. Na granatowym, bezgwiezdnym sklepieniu dało się dostrzec powoli powiększającą się kropkę, która z sekundy na sekundę coraz bardziej przypominała dom ciągnięty w powietrzu przez stado smoków. Pod wpływem emocji otaczających mnie uczniów zaczerpnęłam gwałtownie powietrza, ale gdy gigantyczny powóz był już wystarczająco nisko, w równie wielkich, przerażających potworach rozpoznałam tuzin majestatycznych skrzydlatych koni. Gdy kareta huknęła o ziemię i potoczyła się na wielkich kołach w naszą stronę, pierwsze rzędy uczniów cofnęły się w panice, powietrze zafalowało ze strachu i ekscytacji, bo pegazy zatrzymały się w plamie światła wypadającego przez otwarte drzwi. 

Wszyscy zastygliśmy w oczekiwaniu. 

Wciśnięta za plecy dwóch rosłych osiłków, spodziewałam się zobaczyć zupełne nic, ale ku mojemu zdziwieniu spostrzegłam wysoki, ostro zakończony kapelusz osadzony na ładnej, kobiecej głowie. Zdumiona uniosłam się nieco na palcach i dostrzegłam, że czarownica wyraźnie górowała nie tylko nad tłumem, ale i nad powozem, z którego wysiadła. Miała dość mocne rysy i potężny nos, a w ciepłym świetle lamp z holu jej oliwkowa karnacja wydawała się jeszcze ciemniejsza. Przez tyły grupy powitalnej natychmiast przebiegły szepty, z których wyłowiłam nazwisko Hagrida i coś, co brzmiało jak „Maxime”. 

— Ale wielka baba — usłyszałam przed sobą i Krukoni zachichotali, kiedy delegacja z Beauxbatons ruszyła szybkim krokiem w stronę zamku. 

Poza imponującą dyrektorką francuskiej szkoły nie udało mi się zobaczyć nic więcej. Zauważyłam, jak Puchoni po drugiej stronie przejścia też wyciągali szyje, żeby lepiej widzieć, ale Francuzi już zniknęli w świetle u szczytu schodów. 

— Zobaczycie, Durmstrang już na sto procent przyleci na smokach — skomentowała piątoklasistka o kręconych włosach, kiedy wszyscy na powrót ucichli. 

Zaczęło robić się coraz zimniej, w oddali — uwydatniona przez świetliste refleksy — znaczyła siadać mgła ciągnąca od jeziora do samego lasu. Wilgoć przeszywała na wskroś. Chłopcy przede mną kiwali się i podrygiwali w rękami wciśniętymi w kieszenie, niektórzy nie tłumili już szczękania zębami. Drżąc niekontrolowanie, poczułam silną potrzebę wytarcia nosa, ale w momencie, kiedy w coraz bardziej natarczywych szeptach dało się usłyszeć pierwsze narzekania — prawie jak na komendę — z oddali znów dobiegł nas szum. Większość — w tym i ja — automatycznie spojrzała w niebo, ale tym razem dźwięk nadchodził znad wody. 

Drugi kształt wydał mi się znacznie bardziej intuicyjny, choć nie pamiętałam, bym kiedykolwiek widziała statek na żywo. W ciemności dało się wyłapać zaledwie jego zarys, znacznie lepiej widoczna była grupa wysiadających na ląd pasażerów, w szczególności jeden odziany w długi, biały płaszcz upodabniający go w ciemności do ducha. Przybysze zbliżyli się i natychmiast zniknęli mi z oczu, ale gdy po chwili — jak delegacja z Beauxbatons — ruszyli przejściem między mieszkańcami Hogwartu, wychwyciłam wyrazisty, znajomy profil mężczyzny w futrze. Zmrużyłam oczy, usiłując sobie przypomnieć pelerynę długich, srebrnych włosów i ostro zakończony nos, ale czarodziej już zniknął na schodach, otoczony tuzinem uczniów w ciężkich, brązowych futrach. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ekscytacja, która podniosła się na widok gości z Durmstrangu, nabrała jakichś dzikich, nieopanowanych konotacji — zwłaszcza wśród dziewcząt. 

— To on, to on! — szeptał gorączkowo ktoś za moimi plecami, gdy wracaliśmy zziębnięci i głodni do zamku. 

— Ale kto? Ja nic nie widziałam… 

— To on, Wiktor Krum! 

— Wiktor Krum? Ten szukający?! Gdzie? 

— Tam, tam! 

— Nie widzę… o nie, siadają ze Ślizgonami… 

Rozkoszne ciepło zmieszane z zapachem gorących potraw uderzyło mnie jeszcze przed wejściem do Wielkiej Sali i szybko zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Dłonie i twarz mrowiły od stania na zimnie, woda wciąż zbierała się w nosie, bez względu na to, ile razy bym nie sięgała po chusteczkę. W pierwszej chwili nie zauważyłam, że delegaci z Beauxbatons i Durmstrangu już zaczynali zajmować miejsca przy stołach, tak byłam skupiona na rozglądaniu się po komnacie. Skrzaty domowe przystroiły ją jeszcze piękniej niż na rozpoczęcie roku szkolnego. Tysiące unoszących się pod sufitem świec wspaniale prezentowały się na tle burzowego, prawie czarnego nieba, szary kamień ścian ukrył się pod proporczykami Hogwartu i czterech domów, a za podium nauczycielskim wisiał dumnie olbrzymi gobelin z literą H i zwierzętami założycieli: wężem, borsukiem, orłem i lew. Na blaty wszystkich pięciu stołów — jak zwykle na ważne okazje — narzucono śnieżnobiałe obrusy i przygotowano złotą zastawę. 

Przysiadłam na brzegu jednego z wolnych krzeseł — jak najdalej od grupy Gryfonek ze starszych klas, które robiły ogromne zamieszanie przy swojej części stołu. Choć w Wielkiej Sali nie przybyło tak wielu uczniów, jak początkowo mogłoby się wydawać, komnata wyglądała na dużo bardziej zatłoczoną — trudno powiedzieć, czy to ze względu na te wszystkie dekoracje, czy natężenie kolorów szat, bowiem pod obszernymi futrami uczniów z Durmstrangu kryły się krwistoczerwone mundurki, a dziewczęta i chłopcy z Beauxbatons mieli na sobie ubrania z jakiegoś cieniutkiego, zwiewnego materiału barwy paryskiego błękitu. Niektórzy owinęli głowy i ramiona chustami, ale wciąż dygotali z zimna. 

— Ale dziwaki, co nie, Macy? — zagaił jakiś chłopak i zajął krzesło dokładnie naprzeciwko. Borys Sullivan chodził z Lynn ponad rok temu i chociaż rozstali się w niezbyt miłej atmosferze, wciąż do mnie zagadywał, ilekroć widywaliśmy się w Wielkiej Sali. Moją kuzynkę mijał z wyniosłym milczeniem. — Ale w porównaniu do naszych dziewczyn… bajka. Ej, chłopaki, patrzcie na tę blondynę! Ale laska! 

Wzruszyłam ramionami, zajęta lustrowaniem nauczycielskiego stołu. Tam też było gęsto. Filch dostawił co prawda tylko cztery krzesła — po dwa po każdej stronie dyrektorskiego fotela — ale z powodu wielkich gabarytów madame Maxime, jej wytwornych szat i klejnotów miało się wrażenie, jakby dosiadło się przynajmniej z pół tuzina Dumbledore’ów. On też nie szczędził dzisiaj na stroju. W ciemnopurpurowej szacie wyszywanej srebrem w kolczaste pędy dzikich róż i pasującej do tego tiary przywodził na myśl kardynała. Dyskutował o czymś z dyrektorką Beauxbatons, a mężczyzna o białych włosach i ostrych rysach spijał chciwie każde jego słowo, uśmiechając się w bardzo oleisty sposób. Teraz, gdy widziałam go en face, byłam już prawie pewna, że musiałam go gdzieś zobaczyć i nie miało to związku z niczym przyjemnym. On również pozbył się futra, ale pod spodem w czarnej, zanadto wymyślnie zdobionej szacie nie prezentował się już tak dostojnie. Wyjątkowo chude, zbyt długie ręce o żółtych palcach przywodziły na myśl groteskową kukiełkę, twarz wydawała się niezdrowa i woskowa nawet w ciepłym blasku świec, a z zimnych, paciorkowatych oczu wylewał się cynizm. Nie byłam w stanie uwierzyć, że Dumbledore tego nie wiedział, a przecież uśmiechał się uprzejmie tak do niego, jak i do madame Maxime. 

— Nie siedzi tu nikt, oui

Ktoś szturchnął mnie mocno w ramię i nie czekając na odpowiedź, usiadł na krześle tuż obok. Wytrącona z obserwacyjnego transu, spojrzałam nieprzyjaźnie na tego kogoś i natychmiast poczułam kleszcze zaciskające się wokół moich wnętrzności. Francuzka — jedna z tych w chustkach na głowach — trącała właśnie swoją koleżankę w błękicie, żeby zrobiła miejsce dla wysokiego, opalonego bruneta. Cała trójka trajkotała ze sobą w szybkiej, niechlujnej francuszczyźnie, wyraźnie nie przejmując się otaczającymi ich hogwartczykami, jakby stanowili co najwyżej tło dla ich intensywnej obecności. 

Znakomicie. 

Rzuciłam tęskne spojrzenie na część stołu w bliskiej odległości od głośnych Gryfonek. One przynajmniej pytlowały w znanym mi języku. Wciąż nie przestawały podnosić się i zezować w kierunku Ślizgonów, z którymi usiadła delegacja z Durmstrangu. 

Tymczasem Dumbledore wstał, rozkładając szeroko ramiona. 

— Nim zacznie się uczta, pragnę powitać naszych wspaniałych gości. Turniej zostanie ogłoszony pod jej koniec, a teraz zachęcam: jedzcie, pijcie i czujcie się jak u siebie w domu! 

Wielką Salą wstrząsnęły głośne, trochę niecierpliwe oklaski, a stoły jak na komendę ugięły się pod ciężarem aromatycznych potraw. Powietrze w mig nasyciło się wspaniałym zapachem znajomych potraw, ale w wazach i półmiskach zauważyłam mnóstwo niewidzianych dotąd różności — głównie rybne zupy i skorupiaki w sosach. Ignorując olbrzymie naczynie owoców morza, które zmaterializowało się dokładnie przed moim talerzem, sięgnęłam po ulubioną zapiekankę z wołowiną i pieczarkami. Dość nowości na dziś. 

— Podasz mi, z łaski swojej, moules marinières

Znów poczułam szturchnięcie i zerknęłam przez ramię na dziewczynę, która chwilę temu pytała o krzesło. Na widok uśmiechu rozciągającego jej pełne usta znów poczułam się zbita z tropu, zwłaszcza że miska, na którą zerkała, leżała tuż przede mną, prawie bezpośrednio w zasięgu jej ręki. 

— Możesz wziąć sama — odpowiedziałam i po wyrazie jej błyszczących, szaroniebieskich oczu zorientowałam się, że mogłam zabrzmieć niegrzecznie. 

— Oui, c’est exact, ale wtedy bym nie zagadała. — Po angielsku mówiła znakomicie. — A chyba po to ten turniej, co? Mieliśmy nawiązywać przyjaźnie. Nelly Dubois, a to mój chłopak Gaston Moulin. 

— Jak Gaston z Pięknej i bestii — wtrąciłam. Nawet wyglądał podobnie. Francuzka i opalony brunet zmarszczyli brwi, a ja poczułam rosnące gorąco, bo już wiedziałam, że znów palnęłam głupotę. Po kilku ciężkich, przeciągających się sekundach twarz Nelly drugi raz w ciągu tej niezręcznej minuty rozjaśnił swobodny uśmiech. — Macy Savour. 

Nie bez trudu uścisnęliśmy sobie ręce, starając się nie poprzewracać zastawy. Cudem uniknęłam potrącenia dzbanka z lemoniadą, ale zamoczyłam rękaw w pucharku Nelly. Dziewczyna wspaniałomyślnie udała, że tego nie zauważyła. 

— No więc… dobrze mówisz po angielsku — bąknęłam, ślizgając się wzrokiem po jej mlecznobiałym czole. W żołądku wciąż czułam efekty tamtego nieprzemyślanego komentarza. 

Teraz, kiedy Nelly Dubois zdjęła chustę, okazało się, że pod spodem miała dość długie, bardzo proste i bardzo jasne włosy, które doskonale współgrały z jasną, prawie białą oprawą oczu. Nigdy nie widziałam na żywo żadnej rodowitej Francuzki, ale wyobrażałam je sobie jako niezbyt blade, z wyrazistymi brwiami, ostrymi rysami i prostą, prawie chłopięcą sylwetką, tymczasem ja miałam przed sobą wręcz stereotypową skandynawską piękność — filigranową i delikatną jak porcelanowa laleczka, lecz z jakimś figlarnym błyskiem, który przełamywał chłód jej urody. 

— A, tak, mam rodzinę w Anglii — przyznała, machając ręką. — Mówię płynnie od dziecka. Tak właściwie to była konieczność, żeby mieć szansę załapać się na delegację… no, to i wyniki w nauce, ale w Beauxbatons mniej osób mówi po angielsku, niż ma wybitny z obrony przed czarną magią, ha, ha, ha! 

Parsknęłam bez przekonania, chociaż Nelly nie powiedziała nic śmiesznego, lecz sposób, w jaki nawijała, w jaki się śmiała i gestykulowała, wywoływał przyjemne ciepło.

— Madame Maxime uważa, że skoro tym razem turniej ma odbyć się w Hogwarcie, w dobrym tonie jest rozmawiać w języku tych, którzy nas goszczą — dodała, zerkając z uwielbieniem w kierunku stołu nauczycielskiego. — Macie jeszcze pięć lat, żeby podszkolić się z francuskiego, bo Beauxbatons jest następne w kolejce. 

— Całe szczęście nie będzie mnie już wtedy w Hogwarcie. Nie jestem dobra z języków. 

— O, a który rocznik? 

— Ostatni… siódmy. 

— Och, czyli co, jesteśmy potencjalnymi przeciwniczkami! — zapiała, choć wcale nie wyglądała na niezadowoloną. Wręcz przeciwnie. Nawet zaklaskała z radości. — Nie mogę się doczekać, kocham rywalizację. 

— Nie, ja się nie zgłaszam — wyjaśniłam szybko. Na samą myśl o wrzuceniu swojego nazwiska do Czary Ognia poczułam gorąco za kołnierzem. — Blask fleszy, wywiady, te wszystkie oczy, które cię obserwują… no i najgorsze — rywalizacja. To brzmi jak piekło. 

— To brzmi jak NIEBO! — wykrzyknęła zachwycona, a Gaston dodał: 

— Nie zapomnij o tysiąc galeoni. 

— Akurat złoto w tym przedsięwzięciu najmniej mnie kręci — oznajmiła z lekceważeniem. 

— Mów… ee… przez się, ja bim tam tysiąc galeoni nie wzgardził — oznajmił Gaston. Francuski akcent nadawał mu zaskakująco miękkiego brzmienia, które jeszcze dziwniej kontrastowało z jego potężnymi ramionami i kwadratową szczęką. Jedyne, co świetnie zgrywało się z tym delikatnym głosem, to okrągłe, chłopięce oczy barwy chabrów. — Ale jak dla ciebie tyli złota to nic, to może mi dać. 

— Dostaniesz galeona za każde poprawne wypowiedzenie „Turniej Trójmagiczny”. Za każde błędne galeon dla mnie, może być? 

Nelly zrobiła minę i oboje się zaśmiali, jakby takie przekomarzanie się było u nich na porządku dziennym. Ja sama tylko uśmiechnęłam się nieśmiało, trochę zawstydzona, że na to patrzyłam, a trochę dlatego, że oni w ogóle się sobą nie krępowali. Gaston zaczął ją łaskotać, a ona próbowała odbijać jego ręce, powodując we mnie jeszcze większą burzę zażenowania. Czułam się tak za każdym razem, kiedy Borys Sullivan wołał Lynn, żeby ta siadała mu przy śniadaniu na kolanach. Nie miałam pojęcia, gdzie schować oczy. 

— A co, jeśli któreś z was zostanie reprezentantem? — zapytałam nieco głośniej z nadzieją, że przestaną hałasować, bo niektórzy zaczynali rozglądać się za źródłem niekontrolowanych pisków i chichotów, które wydawała z siebie Nelly. 

Popatrzyli po sobie czule, a chłopak objął ją i pocałował. 

— Nic — odparła, nie przestając się uśmiechać. Jakim cudem nie bolały jej od tego usta? — Kochamy się i będziemy sobie kibicować. 

Moulin zdążył tylko przytaknąć, bo resztki deserów zniknęły ze stołu, talerze zalśniły złotem, a profesor Dumbledore wstał, by obwieścić początek Turnieju Trójmagicznego. Atmosfera zgęstniała jak schłodzona galaretka. Wszyscy zamarli, wpatrując się w dyrektora jak w kogoś, kto miał oznajmić datę końca świata. Nawet ja, choć w teorii już dobrze ją znałam. 

 

*

 

Od rana cała szkoła żyła wyborem reprezentantów. Choć w soboty zwykle cały pokój wspólny wstawał później, nie byłam zaskoczona, kiedy wychodząc rano z łazienki, zobaczyłam wszystkie moje cztery współlokatorki ustawione w ogonku pod drzwiami. 

Czarę Ognia — proste, drewniane naczynie, które miało wyłonić szczęśliwą trójkę — ustawiono w sali wejściowej, by każdy mógł swobodnie wrzucić do środka swoje nazwisko. Chociaż Dumbledore wyraźnie zaznaczył, że regulamin dopuszczał do turnieju wyłącznie pełnoletnich uczniów, nie zabrakło chojraków, którym wydawało się, że mogli podstępem przekroczyć narysowaną przez dyrektora linię wieku otaczającą podest z czarą. 

Akurat wychodziłam ze śniadania, kiedy zderzyłam się z eksplozją śmiechu i sporą grupą Gryfonów z Fredem i George’em w centrum zamieszania. Obaj bliźniacy mieli identyczne długie, siwe brody i właśnie umykali po schodach — zapewne do pani Pomfrey. Prześlizgnęłam się zgrabnie między ludźmi kręcącymi się wokół czary i ruszyłam znaną sobie drogą w kierunku Zakazanego Lasu. Zaopatrzona w grube rajstopy pod spodniami, wełniany płaszcz, czapkę i rękawiczki czułam się znacznie pewniej niż wczorajszego wieczora, brnąc przez wilgotną trawę. Siąpiła tylko lekka mżawka, sprawiając, że moje i tak wiecznie spuszone włosy przynajmniej trzykrotnie powiększyły swoją objętość, ale pogoda nie sprzyjała spacerom. Na błoniach nie było żywego ducha. 

Dopiero kiedy zrównałam się z jeziorem, gdzieś w okolicy chatki Hagrida kątem oka wyłapałam jakiś ruch. Między czarnymi, bezlistnymi koronami drzew zauważyłam kobietę w sobolach wyłaniającą się z błękitnego powozu, a zaraz za nią ponad tuzin ubranych w cieniutkie płaszczyki uczniów Beauxbatons. Zatrzymałam się, śledząc wzrokiem ten nadmiernie pompatyczny pochód. Kilka osób zerknęło na mnie przelotnie, ale tylko jedna — drobna, jasnowłosa i uśmiechnięta — uniosła rękę i pomachała energicznie. Odmachałam jej, czując się przy tym bardzo dziwnie nie na miejscu, choć przecież to Nelly Dubois była tu gościem, nie ja.

Odprowadziłam ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła na szczycie schodów wraz z resztą swoich kolegów i koleżanek. Oni wszyscy mieli jeszcze szansę, podobnie ci ze statku, ale cała reszta oczekiwała w podnieceniu na wyniki, nieświadoma, że reprezentant Hogwartu był już wybrany. Nie miałam zielonego pojęcia, jak Crouch chciał tego dokonać, ale spokój w głosie, jakim o tym opowiadał, pozwolił mi uwierzyć w skuteczność planu. Początkowo uważałam to za głupie, ale z czasem wnioski pojawiły się zupełnie naturalnie, jakby ktoś wtłoczył je do mojej głowy zaklęciem: trudniej wytłumaczyć porwanie i śmierć zwykłego ucznia od śmierci uczestnika Turnieju Trójmagicznego. Zwłaszcza czternastoletniego uczestnika. 

Minęło może pół godziny, kiedy gdzieś w oddali dobiegł mnie dźwięk walki z gałęziami. Dobrze znałam sposób poruszania się Hagrida, Moody’ego i tych starszych uczniów, którzy jak ja upodobali sobie nielegalne wypady do lasu, ale kroki nie należały do żadnego z nich. Natychmiast przylgnęłam plecami do grubego pnia, starając się spłycić oddech, chociaż serce galopowało mi w piersi jak szalone. Przytknęłam sobie rękawiczkę do ust, żeby zagłuszyć oddech, lecz szybko się okazało, że osoba, która szarpała się z zaroślami, wcale nie próbowała się skradać. Wyjrzałam ostrożnie i od razu rzucił mi się w oczy jaskrawy błękit Beauxbatons.

Nelly Dubois narzuciła na płaszczyk kardigan z granatowej włóczki, w którym wyglądała jak sześciolatka w swetrze ojca. Kolczaste pnącza zaczepiały się o dużo za długie rękawy, zaciągały cieniutkie rajstopy, ale dziewczyna brnęła dzielnie do przodu, wyraźnie czegoś szukając. 

— Twoja pani dyrektor nie powiedziała ci, że nie wolno wchodzić do lasu? — odezwałam się, a Nelly odskoczyła tak gwałtownie, że znalazła się w samym środku wielkiego kłębowiska gałęzi. 

— A tobie… tobie nie…? — wyrzuciła z siebie na rwanym oddechu, przyciskając obie ręce do piersi. Po ładnym, różowym rumieńcu na jej porcelanowych policzkach nie został nawet ślad. 

— Ja nie słucham twojej pani dyrektor, ale wy chyba aż za bardzo — odparłam. — Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś stawał na baczność na widok Dumbledore’a. 

Podeszłam, żeby pomóc jej wydostać się z objęć leszczyny i wciągnąć bezpiecznie na wydeptaną ścieżkę. 

— Widziałam, jak wchodzisz do lasu. Naprawdę nie wolno tu wchodzić? — zapytała, a kiedy przytaknęłam, rozejrzała się zdumiona. — Dlaczego? Tak tu ładnie. 

— Teraz to nic. Musiałabyś zobaczyć na początku października. Nie znam tylu ludzi, ile obeszłam lasów i musisz mi uwierzyć, że Zakazany Las jest najpiękniejszy. Uczniom nie wolno tu wchodzić bez zgody nauczyciela, bo mieszkają tu centaury i masa innych czarodziejskich stworzeń. — Zwolniłam nieco, by zajrzeć jej głęboko w oczy. — Niektórzy mówią, że w sercu Zakazanego Lasu mieszka wilkołak. 

Skomentowała to śmiechem, chociaż kolory, które nieśmiało wracały na jej twarz, ponownie zbladły. 

— Wilkołak…? — wybąkała. — To w Wielkiej Brytanii w ogóle legalne? No wiesz… żeby wilkołak mieszkał przy szkole. My mamy tylko elfy i nimfy… 

— Więcej niż legalne — przyznałam ze śmiertelną powagą. — W zeszłym roku obrony przed czarną magią uczył wilkołak. Co by o nim nie powiedzieć, był dość kompetentnym nauczycielem… w każdym razie w porównaniu do tego, który uczył nas obrony przed czarną magią, kiedy moja klasa zdawała SUM-y. I nikogo nie zaatakował, więc nie było tak źle. 

Odniosłam wrażenie, że Nelly nie wiedziała, czy znów się zaśmiać, czy potraktować poważnie to, co powiedziałam, ale w końcu chyba uznała to za żart, bo zachichotała — tym razem dużo swobodniej — i zawinęła sobie końce rękawów do środka, tak, by ograniczyć dostęp chłodnego powietrza. 

— Ale chyba najważniejsze, żeby uczył, c’est ça? Ten wasz Dumbledore chyba nie zwraca uwagi na to, jak kto się prezentuje… w każdym razie ten facet z okiem… 

Wstrząsnęła się malowniczo, jakby zrzucała z siebie wielkiego pająka. 

— Chyba tak, chociaż z drugiej strony nie jest łatwo znaleźć kogoś na stałe do nauczania tego przedmiotu — mruknęłam. — Z jakiegoś powodu co roku jest nowy nauczyciel. Jeszcze chwila i skończą się wykwalifikowani czarodzieje. 

— Co roku? To jest tylu czarodziejów w Anglii? — zaśmiała się. 

— Pomyślmy. Pierwsza odeszła na rodzicielski, po wakacjach nie wróciła. Druga zwolniona po przyłapaniu na romansie z uczniem, trzeci po prostu zrezygnował. Czwarty zmarł w dziwnych okolicznościach, piąty stracił pamięć i wylądował w Świętym Mungu, szósty to wcześniej wspomniany wilkołak, siódmy — emerytowany auror-paranoik — zerwał się na rok z emerytury na prośbę Dumbledore’a. Może następny zostanie na dłużej, ale to już nie będzie moim zmartwieniem. Choć patrząc na historię nauczycieli obrony przed czarną magią, nie zanosi się… 

— Dziwny ten wasz Hogwart — przyznała z zaciekawieniem Nelly. — A na jakiej zasadzie działają podziały na domy? Skąd wiadomo, że jeden będzie w tym… jak mu tam, Ravenie, a drugi gdzieś indziej? 

— W Ravenclawie. Mamy cztery domy: Ravenclaw, Hufflepuff, Gryffindor i Slytherin — wyjaśniłam. Wzmógł się wiatr i woda, która zebrała się na gałęziach, zaczęła spadać nam na głowy, więc skręciłam z powrotem w stronę jeziora. — Od nazwisk czterech założycieli. Każdy z nich hołduje jakimś cechom, na przykład w Ravenclawie są to inteligencja, pragnienie zdobywania wiedzy, kreatywność i indywidualizm, Gryffindor to odwaga, szczerość, zaangażowanie, honor i tak dalej. Każdy pierwszoroczniak musi przejść ceremonię przydziału, którego dokonuje tiara. Podobno należała do Godryka Gryffindora i została zaczarowana tak, żeby rozpoznawać te cechy i przydzielać tam, gdzie uczeń najlepiej się sprawdzi. 

Nelly znów wydała z siebie krótki, głośny śmiech — dużo za głośny jak na spacerowanie po Zakazanym Lesie, ale nie miałam śmiałości jej uciszać. 

— Ale to trochę bez sensu, nie uważasz? — zapytała. — Przecież ludzie się zmieniają, zwłaszcza w tym wieku. A wątpię, żeby tiara potrafiła przewidywać przyszłość. Poza tym sądzę, że coś takiego nie działa dobrze na dzieci. No wiesz, sprzyja podziałom, tworzy bańki… W Beauxbatons są normalne klasy i takie duże oddzielne dormitoria, osobno dla dziewczyn i chłopców, a w środku też są podzielone ze względu na wiek, można zmieniać pokoje, jeśli jest jakiś konflikt albo zaprzyjaźnisz się z kimś z innej klasy, tylko wychowawca musi się zgodzić. 

Choć szybko zauważyłam, że Nelly chętniej mówiła, niż słuchała, ja słuchałam bardzo chętnie. Po lekturze poświęconej zagranicznym szkołom magii podejrzewałam, że madame Maxime nie byłaby zachwycona, wiedząc, z jakim zapamiętaniem jej uczennica zdradzała wszystkie ciekawostki dotyczące Beauxbatons. Lodowy pancerz, który zawsze na sobie miałam, szybko topniał pod wpływem ciepłej wesołości Francuzki. Miała w sobie coś z Lynn, ale bez tej złośliwej zaczepności, która nakazywała ciągłą gotowość do odparcia ataku. Nie była też męcząca, choć opowiadała długo i głośno, wstawiając od czasu do czasu coś po francusku, choć byłam pewna, że znała angielski odpowiednik. I nawet się nie zorientowałam, kiedy wybiło południe. Dopiero gdy rozpadało się na dobre i Nelly zaczęła niekontrolowanie dygotać, rozeszłyśmy się pod niebieskim powozem. Wracając do zamku, czułam się przyjemnie rozgrzana, chociaż zimny wiatr ostro poczynał sobie z moimi włosami i szalikiem. 

Właśnie doświadczyłam tej słynnej adopcji introwertyka przez ekstrawertyka i było mi z tym zaskakująco dobrze. 

 

*

 

Od kiedy Crouch przedstawił mi cały plan na początek Turnieju Trójmagicznego, nie spodziewałam się, że będę szła na ceremonię wyboru reprezentantów z żołądkiem ściśniętym w węzeł. 

A jednak. 

Schodząc z resztą Krukonów do Wielkiej Sali, czułam się tak, jakbym to ja wrzuciła swoje nazwisko do czary, ale gdy zobaczyłam uczniów z Beauxbatons zajmujących miejsca przy naszym stole, już wiedziałam, że denerwowałam się za Nelly. Natychmiast wyłowiła mnie wzrokiem i pomachała, wskazując na krzesło, które dla mnie zajęła. 

Trema urosła do rozmiarów jednej z wydrążonych dyń unoszących się pod sufitem. 

Jeszcze nikt nigdy nie zajął dla mnie krzesła. 

— I jak? — zapytała przez zaciśnięte zęby, gdy resztki potraw z uczty zniknęły i w Wielkiej Sali zrobiło się nienaturalnie cicho. 

— Dobrze — skłamałam. — Ja się nie zgłaszałam, więc…  

— To dobrze, że dobrze. Ja chyba się zaraz posikam. Niech już będzie po wszystkim, niech już będzie po wszystkim… 

Dłonie zacisnęła w piąstki tak mocno, że kłykcie jej pobielały. Wymieniliśmy z Gastonem spojrzenia. On nie wydawał się aż tak przerażony, choć szczękę miał zarysowaną jeszcze mocniej niż zwykle, a nozdrza drgały mu kompulsywnie. Cała delegacja z Beauxbatons wpatrywała się uporczywie w stół nauczycielski, więc i ja tam zerknęłam. Jaskrawoniebieskie płomienie falowały spokojnie w drewnianej czarze na stole tuż przed miejscem dyrektora. W otoczeniu wspaniałej złotej zastawy wydawała się jeszcze bardziej skromna, ale to ona skupiała na sobie większość spojrzeń. 

— Czara jest już prawie gotowa — oznajmił Dumbledore, wstając. — Kiedy odczytam nazwisko reprezentanta, proszę, by podszedł i wszedł do tej komnaty, gdzie po ceremonii otrzyma pierwsze instrukcje.

Machnął różdżką i wszystkie świece pogasły, został tylko oślepiający blask czary i pomarańczowe, stłumione światło w dyniach. Czułam, jak ramię Nelly przyciśnięte do mojego drżało. Byłam rozdarta między zastygnięciem a chwyceniem ją za rękę, lecz zanim przełamałam się, by coś zrobić, błękitne płomienie zabarwiły się na czerwono, zaczęły buzować, aż w końcu wystrzeliły w powietrze, wyrzucając z siebie coś, co wyglądało na maleńki świstek pergaminu. Dumbledore złapał go w locie i odczytał: 

— Reprezentantem Durmstrangu zostaje Wiktor Krum! 

Wielka Sala eksplodowała entuzjazmem, choć bez większego zaskoczenia. Ktoś przy stole Gryfonów wrzasnął „Żadna niespodzianka!”, a w części Ślizgonów dało się słyszeć głośne tupanie i buczenie — Wiktor Krum wstał i ruszył w kierunku wskazanej komnaty. Jak na największą gwiazdę quidditcha wyglądał dość niepozornie jak zwykły, niezbyt popularny żylasty chłopak. Poruszał się też jakoś pokracznie, kaczkowato, jakby był zmuszony założyć za duże buty. Zniknął za drzwiami w ciemności i atmosfera znów błyskawicznie zgęstniała. Poczułam gulę w gardle. Nie musiałam już chwytać Nelly za rękę — ona zrobiła to za mnie. Jej lodowate, wilgotne palce wpiły się w wierzch mojej dłoni i jedyne, co mogłam zrobić, to odwzajemnić ten niespodziewany uścisk. 

W tym samym momencie czara znów wypełniła się szkarłatnym ogniem, wyrzucając z siebie drugie nazwisko. 

— Reprezentantką Beauxbaton jest… Fleur Delacour! 

Poczułam się jak na rollercoasterze. Wagonik powoli wspinał się na szczyt, by rzucić się w dół w momencie największego napięcia. Zdenerwowanie wybuchło mi w brzuchu i nie zostawiło nic poza rozczarowaniem. Brawa po słowach Dumbledore’a, zagłuszyły okrzyk, który wyrwał się z piersi Nelly. Prawie natychmiast się opanowała i ukryła twarz w dłoniach, by ukryć łzy, ale kiedy odwróciłam się, by ją pocieszyć, zobaczyłam dwie inne uczennice w błękitnych mundurkach szlochające głośno w swoich ramionach. 

— Przykro mi — mruknęłam zupełnie rozbita. 

Myśli rozpędziły się w dzikiej gonitwie, rozbijając się o wnętrze czaszki. I te oklaski, wszędzie wkoło okrzyki, ludzie stający na krzesłach, żeby zobaczyć tamtą Fleur Delacour… 

Odszukałam wzrokiem oczy Gastona, ale i on nie wiedział, co powiedzieć. Poklepywał tylko swoją dziewczynę po plecach, wyraźnie bardziej przejęty jej reakcją niż własnym niepowodzeniem. 

W tej całej panice i chaosie nie zauważyłam, kiedy płomienie w czarze zaczerwieniły się po raz trzeci i byłam w stanie usłyszeć tylko ciszę, a zaraz potem: 

— Reprezentantem Hogwartu jest… Cedrik Diggory! 

Automatycznie chwyciłam się za uszy, ale nawet dłonie nie były w stanie zagłuszyć eksplozji radości, jaka miał miejsce przy stole Puchonów. Odsunęłam się od Nelly, choć wciąż trzęsła się z twarzą ukrytą we włosach. Musiałam odnaleźć Moody’ego, ale niebieskie płomienie oświetlały wyłącznie Dumbledore’a, nikogo więcej. Stół nauczycielski był czarną plamą z niewyraźnymi zarysami postaci. 

A przecież Crouch był taki pewny… taki pewny… 

Zdałam sobie sprawę, że rozglądałam się na wpół stojąco. Opadłam na krzesło. Serce waliło mi jak oszalałe, ręce przyciśnięte do uszu wzmagały ten efekt i teraz poza wiwatami Puchonów słyszałam, jak wybijało coraz szybszy rytm. Uparcie mrugałam, próbując zgadnąć, która z tych statecznych postaci była Szalonookim Moodym. 

Musiałam się uspokoić. 

Przełknęłam z trudem i opuściłam ręce, kiedy Wielka Sala znów pogrążyła się w ciszy. Nie była to jednak to cisza pełna napięcia i oczekiwania, wwiercająca się w czaszkę, a cisza lekka i swobodna. Dumbledore wyszedł na środek. Zimny blask płomieni za nim nadawał mu wygląd świętego albo wielkiego mędrca. 

— Doskonale! — zawołał, rozkładając szeroko ramiona. — Mamy już wszystkich trzech reprezentantów! Liczę, że wszyscy spotkają się z szacunkiem i wsparciem, bez względu na szkołę, do której… 

Urwał i w tym samym momencie wydarzyło się na raz kilka rzeczy. Niebieska poświata za nim zrobiła się purpurowa, w naczyniu zasyczało, trzasnęły płomienie, po Wielkiej Sali poniosły się echem pojedyncze nie do końca stłumione okrzyki, a w powietrze wystrzelił czwarty kawałek pergaminu. Z sercem bijącym w gardle obserwowałam, jak dyrektor rozwijał karteczkę i na wyciągniętym ramieniu czytał w ciszy. 

Sekundy zdawały się dłużyć w nieskończoność, aż w końcu Dumbledore ogłosił głośno i wyraźnie: 

— Harry Potter. 

Padło to, co miało paść. 

Przez chwilę wydawało mi się, że nie będę w stanie zaczerpnąć powietrza, ale na dźwięk imienia chłopaka bicie serca naturalnie się wyrównało i ogarnął mnie spokój podobny do nocnej ciemności. Ot tak, jakby ktoś zgasił świecę. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że Nelly już nie płakała. Śledziła razem z innymi każdy krok Harry’ego Pottera zbliżającego się powoli w kierunku nauczycielskiego podium. Rodzaj ciszy, jaki towarzyszył ten wędrówce, znów się zmienił. Utracił zupełnie całą swą frywolność, znów stał się napięty, niecierpliwy, ale pojawiło się coś jeszcze. Złość. 

Narastająca złość, ciężka jak lodowate powietrze snujące się powoli nad wszystkimi czterema stołami. 

— Ça veut dire quot? — szeptała do siebie Nelly. 

Nikt nie zaklaskał. Nikt nie przerwał tego milczenia żadnym okrzykiem, aplauzem, rósł jedynie szum. Ludzie zaczęli wychylać się do swoich kolegów, szepcząc, odsuwając krzesła, wychylając się, żeby zobaczyć samotnego, oszołomionego chłopca podążającego jak w transie w kierunku drzwi do pomieszczenia za stołem nauczycielskim. 

Przy stole za Czarą Ognia zrobiło się zamieszanie, cztery wysokie postacie (w tym jedna wyraźnie górująca nad wszystkimi) poderwały się z krzeseł i zaczęły przepychać się w stronę komnaty. Zapłonęły świece i w pierwszym odruchy zmrużyłam oczy, ale zanim trzasnęły drzwi, spostrzegłam plecy madame Maxime, Karkarowa, profesor McGonagall i Snape’a znikające w ciemnym pokoju. 

Tymczasem Flitwick i Sprout usiłowali zapanować nad resztą. 

— No dobrze, już dobrze… a teraz wszyscy do łóżek… 

— Moi drodzy, ale naprawdę… możemy omówić to KAŻDY W SWOIM DORMITORIUM. No już, Puchoni, raz-dwa, żebym nie musiała was prosić… Gryfoni tak samo… 

Wstałam. Sama byłam jak w transie, choć przecież wszystko potoczyło się tak, jak miało się potoczyć.

No, prawie wszystko. 

Odnalazłam wzrokiem Nelly, która ocierała ukradkiem zaczerwienione oczy. Wciąż wyglądała bardzo ładnie, nawet próbowała się uśmiechnąć, ale nawet ja — nie znając jej prawie wcale — nie uwierzyłabym w szczerość tego uśmiechu. 

— Przykro mi — powtórzyłam chyba po raz setny, tym razem szczerze. 

— Trudno, nie potrzebuję udziału w Turnieju Trójmagicznym, żeby wiedzieć, że jestem lepsza od tej krowy — odpowiedziała. Głos miała miękki i stłumiony, jakby mówiła przez nos. — Tylko dziwne, że Hogwart będzie miał dwóch reprezentantów. Takie są zasady czy coś pominęłam? 

Gaston tylko wzruszył ramionami, ja zrobiłam to samo. Idąc za tłumem w kierunku drzwi wyjściowych, jeszcze raz obejrzałam się w stronę stołu nauczycielskiego. Podczas gdy Flitwick i Sprout walczyli z ciekawskimi, Szalonooki Moody zniknął w pokoju obok. 


___________

Ostatnio miałam mały zawias w pisaniu tego opowiadania, ale już jest dobrze. Następny rozdział będzie za niedługo. Musiałam zmienić szablon, tamten strasznie mnie dołował, pewnie dlatego nie miałam zapału do pisania. Za każdym razem, kiedy wchodziłam na ten blog, od razu mi się odechciewało pisać. W szkole jak zwykle dużo nauki, ale to byłoby dziwne, gdyby w liceum nie wymagali. I przepraszam, że ten odcinek nudnawy, ale, jak mówiłam, nie miałam kompletnie weny. Dedykacja dla Tuli :*