Pierwsza
wycieczka do Hogsmeade w tym semestrze wypadała dopiero dwudziestego pierwszego
listopada na trzy dni przed pierwszym turniejowym zadaniem. Wszystkie trzy
szkoły jakoś przywykły do dwóch reprezentantów Hogwartu — po części
dlatego, że nie miały wyboru, a po części ze względu na fakt, że drugim
reprezentantem był średnio utalentowany czternastolatek. Nikt nie widział w nim
realnego kandydata na zwycięzcę. Ja również, ale ostatecznie nie o to w tym
chodziło. Harry Potter musiał dostać się do turnieju i jakoś przetrwać do
ostatniego zadania, a Crouch miał mu w tym pomóc. Moja rola w tym wszystkim
nadal była bardzo mgliście określona.
Żeby
nie powiedzieć wcale.
Barty
nie wahał się ze zdradzeniem mi zasad Pierwszego Zadania, lecz nie widziałam w
nim nic, do czego mogłabym się przysłużyć. Obejście dorosłego smoka i
wykradzenie złotego jaja zawierającego wskazówkę do zadania numer dwa było
wyzwaniem dla wykwalifikowanego czarodzieja, nie mówiąc o przeciętnym
nastolatku, ale Crouch wydawał się w związku z tym zupełnie spokojny. Nie
zostało mi nic więcej jak czekać.
Z
zamku wyruszyłam jak zwykle sama. W powietrzu już dało się wyczuć nadchodzącą
zimę. Na otwartych przestrzeniach hulał wiatr, kąsał policzki i porywał do
tańca rozpuszczone włosy, przymrozki o wschodzie słońca stały się
codziennością, mocno skracając moje poranne spacery po lesie. Sobotnie
przedpołudnie zapowiadało się — jako jedno z nielicznych — wyjątkowo
słonecznie. Pojedyncze promienie zaglądały nieśmiało przez szpary w szarych
chmurach znaczących bladoniebieskie niebo. Schodząc powoli ścieżką w kierunku
bramy, czułam pewne braki, które nigdy dotąd nie towarzyszyły mi w drodze do
wioski. Dopiero mijając chatkę Hagrida i zaparkowany nieopodal powóz
Beauxbatons, zlokalizowałam pochodzenie owegu braku.
Zatrzymałam
się pod wpływem tego niespodziewanego olśnienia. Nigdy nie szukałam Nelly, bo
ta zawsze znajdowała się sama. Widywałyśmy się na posiłkach czy w bibliotece, a
później jakoś tak… zostawałyśmy razem do samego wieczora, kiedy trzeba było się
rozstać w sali wejściowej. I tak każdego następnego dnia przez ostatnie
dwadzieścia jeden dni tej niespodziewanej znajomości.
Przez
dłuższą chwilę walczyłam z bolesnym skurczem w żołądku, a kolejne mijające mnie
grupki paplały i rechotały w najlepsze, ciesząc się z ładnej pogody i własnego
towarzystwa. Nelly wykonała pierwszy krok i teraz ode mnie zależało, czy wyjdę
jej na spotkanie, czy wrócę na ścieżkę w kierunku samotnej wycieczki do
Hogsmeade.
Jakże
symbolicznie.
Kolana
miałam całkowicie miękkie, drepcząc powoli przez wyschnięty trawnik. W tym
momencie pragnęłam całym sercem zamienić się miejscami z Harrym Potterem i
stanąć przed dorosłym smokiem. Wszystko, byle tylko nie pukać w te niebieskie
drzwi powozu.
Przez
dłuższą chwilę wpatrywałam się w wymyślny, zdobiony ornamentami herb
Beauxbatons wymalowany złotą farbą na wysokich drzwiczkach — dwie
skrzyżowane ze sobą różdżki, z której strzelały ruchome gwiazdki. Śledziłam ich
drogę, jak opadały, blednąc powoli na błękitnym drewnie, ale z każdym kolejnym
pojawieniem się nowych czułam się tylko gorzej i gorzej. Gula w gardle
osiągnęła już chyba rozmiary smoczego jaja, bo każdy wdech wymagał coraz
większego wysiłku. Niewiarygodne, że na zewnątrz było tylko pięć stopni — ręce
w rękawiczkach zaczynały tonąć w pocie.
Tylko
spokojnie, Macy. Co może się stać, powtarzałam sobie bez
przerwy w myślach. Nie wyrzucą cię ze szkoły za zaproszenie koleżanki na
spacer.
To
pytlowanie w głowie przerwał jakiś dźwięk z wnętrza karety. Krew zaszumiała mi
w uszach i automatycznie uniosłam zesztywniałe ramię. Zastukałam.
Z
wyschniętym na wiór gardłem nasłuchiwałam zbliżających się kroków, aż w końcu
złota klamka poruszyła się i serce we mnie zamarło. W progu stanęła jakaś
ubrana w gruby sweter i czapkę dziewczyna o charakterystycznych ostrych rysach
i grubych, czarnych brwiach przypominających gąsienice. Zmarszczyły się
nieprzyjaźnie, kiedy ich właścicielka zmrużyła oczy i obrzuciła moje włosy
jeszcze bardziej niemiłym spojrzeniem.
— Przyszłam
do Nelly — powiedziałam natychmiast, zanim zdążyła się odezwać.
Nie
odwracając ode mnie oczu, zawołała coś śpiewnie po francusku, a z głębi powozu
dało się słyszeć entuzjastyczną odpowiedź i dźwięk przyśpieszonych kroków.
Speszona świdrującym wzrokiem Francuzki nie śmiałam zerknąć do środka,
dopóki tuż nad ramieniem koleżanki nie pojawił się płowy czubek głowy
Nelly.
— Macy,
co tak wcześnie? — zawołała, wpychając się między framugę i swoją
ciemnowłosą koleżankę.
— Mamy
dzisiaj w-wypad do Hogsmeade — odparłam stłumionym głosem. — Nie
chciałabyś się z nami… ze mną wybrać?
Jej
jasne oczy zrobiły się jeszcze bardziej przejrzyste.
— Jeszcze
pytasz! Bien sûr, że bym chciała! Zaczekaj, pójdę zapytać.
Zniknęły
obie w zaskakująco szerokim, wyłożonym delikatną lamperią korytarzu, przez
chwilę dało się słyszeć jakąś szybką wymianę zdań po francusku przeplataną
jeszcze szybszą bieganiną, a po niecałej minucie w drzwiach powozu stanęli
Nelly i Gaston — oboje ubrani w grube, granatowe płaszcze z
miniaturowymi herbami szkoły i identycznymi ocieplanymi tiarami.
— To
co, idziemy? — zapytała Nelly, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. — Słyszałam,
że Hogsmeade to największa wioska w Wielkiej Brytanii zamieszkała w stu
procentach przez czarodziejów. To prawda?
— Tak,
chociaż Hogsmeade nie jest wcale takie duże — odparłam, kiedy
weszliśmy z powrotem na dróżkę prowadzącą do bramy. — W Wielkiej
Brytanii większość czarodziejów mieszka raczej między mugolami, wiecie,
asymilują się. Zwłaszcza ci, którzy nie są czystej krwi. A jak jest u
was?
— To
zależy, gdzie mieszkasz. Moja rodzina jest z Paryża, tam niestety trzeba się
ukrywać przed mugolami, ale Gaston mieszka w takiej wiosce bez ani jednego
mugola. Prawda, Gaston?
— Ano — odparł
nieco zmieszany jak zawsze, kiedy był zaskoczony nagłą koniecznością
wypowiedzenia się po angielsku. — Ja mieszka w Fointclair, to jest…
eee… sześćdziesiąt dziesięć kilometry od Dunkerque… może ti była? Mamy
sto procent czarodzieje i la plus grance usine d’Amortentia… eee… robimi
duzio eliksirów do kochania.
Udałam,
że nie zauważyłam cienia frustracji przebiegającego przez twarz Nelly, w zamian
za to uśmiechnęłam się do Gastona, którego twarz pociemniała gwałtownie pod
wpływem ostrego spojrzenia dziewczyny.
— W
Fointclair jest wielka fabryka eliksirów miłosnych — wyjaśniła. — Ale
w porównaniu do Wielkiej Brytanii czarodziejskie rodziny żyją u nas chyba
bardziej bliżej siebie. Bardziej rodzinnie. Ja mam tylko starszą siostrę, ale
Gaston ma trzy siostry i trzech braci, moi rodzice tak samo, nawet jak
wyprowadzają się z rodzinnych domów, wszyscy mieszkają w tych samych
miejscowościach i na tych samych osiedlach…
Rozkoszowałam
się tą drogą do Hogsmeade, choć od wielu poprzednich różniła się tylko tym, że
nie pokonałam jej sama. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak przyjemne mogło być
towarzystwo innych ludzi. Słuchanie długich opowieści z podróży Nelly po
Stanach Zjednoczonych, zabawnych anegdotek z rodzinnego życia Gastona i jego
uroczych przejęzyczeń. Mijając tabliczkę z napisem Witamy w Hogsmeade,
czułam się lekka i rozgrzana, jakbym wypiła butlę grzanego piwa kremowego.
Tak,
jakbym miała przyjaciół.
I
choć po dwudziestu jeden dniach znajomości wiedziałam o Nelly i Gastonie więcej
niż o własnym kuzynie, sama czułam blokadę przed tym, żeby się otworzyć. Znałam
imiona wszystkich czternastu kotów pani Dubois, piekielnie skomplikowaną
historię zawodów miłosnych jej starszej córki Rosamonde, a także opowieści ze
szpitala, w którym pracował pan Moulin, ale sama obawiałam się prawdy. Czułam
się bezpiecznie, podkoloryzowując lub pomijając niektóre szczegóły z własnego
życia. Te wszystkie bajki o matce podróżniczce i jej tragicznej śmierci zawsze
poruszały każdego, komu opowiadała o tym ciotka Rosalie. A Nelly i Gaston
niczym się od nich nie różnili.
Zresztą
nie musiałam zbyt często kłamać. Oni byli zachwyceni, mogąc mówić o sobie, a ja
mogąc słuchać.
— Mon
Dieu, ile ludzi! — wykrzyknął Moulin, rozglądając się dookoła. — A
taka mała Hogsmeade!
— Faktycznie
dużo więcej niż zwykle — mruknęłam.
— To
pewnie ze względu na Pierwsze Zadanie. To już we wtorek, dacie wiarę? Chodźmy
tam, spójrzcie, jacy dziwnie ubrani ludzie! — Nelly bez skrępowania
pokazała palcem na grupę ciemnoskórych, odzianych w złote płaszcze mężczyzn
trzęsących się z zimna nieopodal Trzech Mioteł. — To chyba
przedstawiciele z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z
Egiptu! Tam widziałam kiedyś takie szaty. Chodźmy, przekonamy się.
Z
lekko ściśniętym gardłem powlokłam się za nimi, rozważając, czy dwadzieścia
jeden dni znajomości to dość, by zdiagnozować u nowej koleżanki patologiczną
otwartość na nowe doświadczenia. Obserwując, jak zagadywała ubranych na złoto
obcokrajowców, doszłam jednak do wniosku, że gdyby nie owa patologia, ta
wycieczka do Hogsmeade nie różniłaby się dla mnie od wszystkich
poprzednich.
— Ona
zawsze taka — zagadnął Gaston, uśmiechając się przepraszająco,
podczas gdy kilkanaście stóp od nas Nelly szczebiotała płynnie po angielsku. — Ze
wszystkim bi gadała i gadała.
— Nie
szkodzi — odparłam i wsunęłam ręce głęboko do kieszeni. Będąc z nim
sam na sam, wciąż czułam skrępowanie jego obecnością, prawie tak intensywnie,
jak on moją. Kiedy Dubois znikała, zabierała ze sobą wszystkie tematy, na które
moglibyśmy rozmawiać. — No więc… Jak nastroje przed Pierwszym
Zadaniem? Nelly już wybaczyła Fleur, że to ona będzie reprezentować
Beauxbatons?
Choć
starałam się mówić powoli, trzy poziome zmarszczki na czole Gastona pogłębiały
się z każdym kolejnym słowem.
— No…
Oni nie lubią się dużo od czwartego roku, kiedy Fleur zabrała chłopaka Nelly — odpowiedział
w końcu i jeszcze raz zerknął szybko w stronę Trzech Mioteł. — Pierwsza
miłość, ty rozumiesz. Tak w tajemnicy ja powiem, Fleur nic nie robiła, wiesz,
ona tylko wygląda i jest i, voilà, każdy chłopak jej.
— To
okropne — mruknęłam.
I ja
popatrzyłam na gromadę czarodziejów w złocie i Nelly między nimi. Niczego jej
nie brakowało. Rozmawiając z tamtymi mężczyznami, promieniała, jakby była do
tego stworzona — do żartowania, zagadywania i czarowania uśmiechem.
Nie było w tym żadnej sztuczności. Żadnego przerysowanego potrząsania włosami,
trzepotania rzęsami, żadnego chichotania rodem z taniej obyczajówki dla
nastolatek. Nelly była klasą samą w sobie, ale kiedy widywałam przy naszym
stole Fleur, wszystkie dziewczęta w jej otoczeniu gasły. I nie dlatego, że
Fleur Delacour intencjonalnie zabierała im blask. Po prostu przyćmiewała je
wszystkie własnym światłem. Nie mogłam nie lubić tamtej za to, że była
piękna, ale mogłam tak czuć dlatego, że skrzywdziła Nelly — celowo
bądź nie, ale zrobiła to. Mogłam tak czuć, choć w ogóle jej nie znałam. Nigdy
do tej pory nie doświadczyłam tak żarliwej lojalności, ale kiedy już się
pojawiła, miałam wrażenie, że przyszła mi całkowicie naturalnie.
— Okazuje
się — powiedziała Dubois, podbiegając do nas znienacka — że
w pozostałych szkołach dużo się teraz mówi o przywróceniu regularności
turnieju, jeżeli w tym roku wszystko pójdzie dobrze. Chcą nawet dyskutować o
rozszerzeniu go na pozostałe szkoły na świecie, nie tylko na Europę, dacie
wiarę?
— I
oni tak tobie to powiedzieli? — zapytał zdumiony Gaston. — Tak
o?
Nelly
zrobiła wyzywającą minę.
— Ma
się ten dar przekonywania, co? — Wyglądała na piekielnie z siebie
zadowoloną. — To co, Macy, co nam najpierw pokażesz?
Odkleiliśmy
się nieco od grupki obcokrajowców i zbierających się pod wejściem uczniów z
plakietkami z napisem Kibicuj Cedrikowi Diggory’emu, a ja rozejrzałam
się po głównym placu. Rzeczywiście tym razem po Hogsmeade kręcili się nie tylko
uczniowie, ale i cała masa dorosłych czarodziejów.
— Ja
zawsze najpierw idę do Miodowego Królestwa, później do antykwariatu, a na
koniec do Trzech Mioteł. A później mogę wam pokazać sklep Zonka, Wrzeszczącą
Chatę, Kościół Czarnej Baronowej… Tu nie ma zbyt wiele do zwiedzania.
Przystali
na moją propozycję z niezwykłym entuzjazmem, choć im dłużej spacerowaliśmy po
wiosce, tym bardziej wydawała mi się zwykła i ciasna — takie nic w
porównaniu z Paryżem i miasteczkiem z największą światową fabryką eliksirów
miłosnych. Mimo to Nelly i Gaston nie wyglądali na znudzonych. Zrobili ogromne
zakupy w sklepie ze słodyczami, zachwycali się piekielnie słodkim piwem
kremowym w zatłoczonym barze, a Moulina trudno było oderwać od kolorowych
psikusów w ulubionym sklepie Lynn. Mijając tłum Puchonów i Gryfonów (pierwszy
mignął tym drugim plakietkami z napisem Potter cuchnie), spotkaliśmy ją
jak zwykle otoczoną wianuszkiem koleżanek. Pomachała mi skrępowana (jak zwykle,
kiedy musiała się do mnie przyznać przed swoim towarzystwem), a ja tylko
skinęłam w odpowiedzi głową, ale już zniknęła za drzwiami Kawiarni Księżycowej.
Nelly
obejrzała się za Gryfonami — oczywiście, że tak. Nic jej nie
umykało.
— Kto
to taki? — zapytała.
Policzki
zaszczypały mnie od rumieńca, kiedy poczułam na sobie dziwny wzrok
Gastona.
— O,
jakie wi podobne — skomentował tylko.
— Ach…
to moja kuzynka — mruknęłam. Nie wiedzieć czemu to słowo przeszło mi
przez gardło z niezwykłym trudem.
— Dlaczego
o niej nie wiem? — drążyła, krzywiąc się w przesadnym grymasie jak
małe dziecko.
Wiedziałam,
że się droczyła, ale wstyd eksplodował w żołądku z jeszcze większym impetem niż
pod wpływem spojrzenia Moulina. Wbiłam wzrok w ścieżkę, obserwując własne buty
i znikające pod nimi wdeptane w ziemię resztki zeschłych liści.
— Ona
jest w Gryffindorze, ja w Ravenclawie. Więzi między domami nie są takie silne — skłamałam. — Wiecie,
każdy ma swoje towarzystwo.
— Nie
masz ti rodziny w twój dom?
— Nie.
Wszyscy są w Gryffindorze.
Kolejne
kłamstwo, które przyszło mi łatwiej niż odpowiedzenie na świdrujący wzrok
Gastona. Czułam go jeszcze chwilę po tym, jak Nelly zaabsorbował inny
temat.
— No
i widzisz, to jest to, co ci kiedyś mówiłam: to są sztuczne podziały, które nie
przynoszą niczego dobrego. Swoją drogą, ciekawa jestem, jak klimaty w domu
Harry’ego Pottera. Reszta szkoły chyba go nienawidzi, co? Ciekawa jestem, czy w
ogóle podejdzie do Pierwszego Zadania. Delacour jest kłębkiem nerwów…
Używała
sobie na niej z widoczną satysfakcją przez cały spacer dookoła Wrzeszczącej
Chaty i później na gorącej czekoladzie w herbaciarni u pani Puddifoot, gdzie
przez różowe, falbaniaste i kwieciste ozdóbki poziom słodkości wystrzelił poza
skalę. Dopiero gdy nasze żołądki zaczęły wygrywać pierwsze dźwięki marszu
głodowego i zdecydowaliśmy się wracać, na ścieżce prowadzącej do Hogwartu
pojawiła się gromadka ubranych w jednakowe granatowe płaszczyki dziewczyn z
Beauxbatons. Rozpoznałam tę, która otworzyła mi rano drzwi do karety. Na nasz
widok ich twarze natychmiast się rozjaśniły i cała czwórka zaczęła podskakiwać
i wołać coś po francusku. Nelly odkrzyknęła i w pierwszej chwili wystrzeliła w
ich kierunku jak z procy, ale nagle coś ją zablokowało.
— Dziewczyny
olewają obiad w Hogwarcie i idą do knajpy, podobno ojciec Damiette przyjechał i
wynajął tu gdzieś całą salę! — wykrzyknęła podekscytowana i zamachała
na mnie i Gastona rękami.
Popatrzyłam
na chłopaka, który tylko wzruszył ramionami i ruszył za dziewczynami, ale mnie
na samą myśl o obiedzie w towarzystwie zupełnie obcych Francuzów rozbolał
brzuch. Mechanicznie cofnęłam się o krok, usiłując nadrobić uśmiechem.
— Hej,
ty też idziesz z nami! — zawołała, odwracając się plecami do swoich
koleżanek.
Teraz
wszystkie bez wyjątku patrzyły prosto na mnie.
Jedyne,
o czym marzyłam, to żeby zapaść się pod ziemię. Miałam wrażenie, że krew z
całego ciała skumulowała mi się w policzkach.
— Dz-dziękuję…
chyba już wrócę do szkoły, muszę jeszcze… no wiesz… — Dlaczego nie
mogłam przestać się jąkać? Nigdy się nie jąkałam. — Wysłać sowę i…
ale nie przejmuj się, bawcie się dobrze…
Musiałam
odchrząknąć, bo gula w gardle rosła z każdym kolejnym słowem. Nie patrząc na
nikogo, pomachałam im jeszcze na pożegnanie i odeszłam tak sprężystym krokiem,
na jaki pozwalały mi nogi. Kolana miałam miękkie jak rozgotowany makaron.
Ostatnie, czego pragnęłam na drugą część tego przemiłego dnia, to oceniające
spojrzenia Damiette i jej prychających na wszystko koleżanek.
A
samotny powrót do Hogwartu wcale nie okazał się zły. Deszczowe chmury, które
straszyły przez cały ranek, rozpłynęły się gdzieś w trakcie naszej wycieczki po
Hogsmeade i teraz, kiedy promienie przenikały przez nagie korony drzew, było tu
całkiem przyjemnie. Zmysły nienawykłe do wszędobylskiej, głośnej obecności
Nelly odpoczywały w miękkości znajomych, leśnych odgłosów. Jak zwykle zboczyłam
ze ścieżki i szłam w nieznacznym oddaleniu od drogi i wracających do szkoły
uczniów. Co jakiś czas zatrzymywałam się, rozgarniałam butem wilgotną ściółkę i
kucałam, by delikatnie wyciągnąć z ziemi nową sadzonkę. Noxbellum Arcanis.
Wietrznica Fioletowa. I nawet Zimokwiat Południowy, chociaż jak do tej pory nie
spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu.
Znakomite
łowy jak na zupełnie nieplanowany spacer.
— Cholernie
mnie ciekawi — rozległ się nagle stłumiony głos mężczyzny gdzieś z
lewej strony — co ty później robisz z tymi sadzonkami.
— Zupę — odparłam
lekko, kiedy między grubymi pniami pojawiła się pokraczna sylwetka Moody’ego.
Przystanęłam, by mógł spokojnie dokuśtykać, pomagając sobie drewnianą laską. — Jak
mnie tu znalazłeś? To tylko oko czy są jeszcze jakieś magiczne protezy, o
których nie wiem?
— Tym
razem wyjątkowo tylko oko — wydyszał, gdy się ze mną zrównał i
ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku zamku. Na wszelki wypadek odbiłam jeszcze
bardziej na prawo, choć przejścia między dwiema częściami lasu już dawno nie
było stąd widać. — Ale trudno było nie usłyszeć twojej nowej
koleżanki.
— Fakt,
czasami jest troszeczkę głośna…
Parsknął
pod resztką tego, co zostało z jego nosa.
— Troszeczkę.
Komar jest troszeczkę głośny, kiedy lata ci nad uchem, a ty próbujesz
spać.
Łypnęłam
na niego z ukosa, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Gdziekolwiek trzymał
prawdziwego Moody’ego, spędzał z nim zdecydowanie zbyt dużo czasu.
— Każdy
ma swoje wady. Ty na przykład zbyt pochopnie oceniasz. I czasami chichoczesz
jak hiena.
Obrzucił
mnie jednym z tych oburzonych spojrzeń, w którym wzięło udział nie tylko
zwykłe, ale i zaczarowane oko.
— O,
młoda damo, wypraszam sobie te insynuacje — warknął groźnym głosem
Moody’ego. — Zgadzam się, że możesz powiedzieć na mój temat wiele
złego, ale nie to, że mój śmiech jest porównywalny do chichotu hieny.
Określiłbym go raczej jako słowiczy trel albo intensywny, zaraźliwy i pełen
entuzjazmu.
Zachichotałam
w rękaw, bo drzewa powoli zaczynały się przerzedzać, zwiastując zbliżające się
błonia.
— Niech
ci będzie. I tak, może i Nelly jest głośna, ale poza tym jest troskliwa,
inteligentna, a ja… — zawahałam się przez sekundę. — A ja
czuję się z nią tak, jakbym miała przyjaciółkę. Chyba pierwszy raz w
życiu.
Urwałam
zawstydzona i choć nie powiedziałam niczego, czego mogłabym się wstydzić, znów
poczułam się tak, jakbym odsłoniła zbyt wiele. Crouch chyba też to w ten sposób
odebrał, bo szliśmy przez moment w ciszy, wsłuchani w szelest liści pod naszymi
stopami. W tym miejscu było już zupełnie sucho i ciepło.
— Rozumiem,
sam byłem odludkiem — odezwał się w końcu, gdy między konarami dało
się dostrzec niewyraźny zarys szkolnych wieżyczek. — Zresztą tak jak
moja matka. Tylko ojciec uwielbiał brylować w towarzystwie. Pławił się w tym, w
pewnym momencie gdyby mógł, nie wracałby do domu.
Przypomniałam
sobie uroczystą kolację przywitania delegatów, wybór reprezentantów i tego
sztywnego, poprawnego do granic możliwości czarodzieja z patologicznie równym
przedziałkiem i w szacie bez ani jednej zmarszczki i poczułam ukłucie
żalu.
— Jak
znosisz jego obecność? — zapytałam cicho, wpatrzona we własne
buty.
— Tak,
jak znosiłem dotychczas. Jest niczym więcej jak narzędziem w rękach naszego
pana.
Zadrżałam,
gdy znów wspomniał o nim, ale nie śmiałam się do tego odnieść. Każde
spotkanie z Bartym, każda rozmowa na osobności wyczulała moje zmysły,
wyostrzała czujność na właśnie takie momenty, kiedy padała wzmianka o Czarnym
Panu. Sama jednocześnie obawiałam się pytać, prawie sparaliżowana strachem
przed prawdą.
Pytanie — prawdą
na jaki temat? Na temat Czarnego Pana czy samego Croucha?
— Skoro
nie miałeś towarzystwa — zaczęłam niepewnie — to jak go
poznałeś?
— Fakt
jest taki, że nie poznałem — odparł po dłuższej chwili i byłam prawie
pewna, że usłyszałam w jego głosie zakłopotanie. — Złudzenie
kosztowało mnie rok wśród dementorów i dwanaście lat w więzieniu dziesięć razy
gorszym niż Azkaban. I w końcu po tych wszystkich latach, mogłoby się wydawać,
pechowych, mój ojciec przyczynił się do tego, że nareszcie go poznałem. Jego i
Glizdogona.
Musiałam
oddychać powoli i głęboko, żeby opanować szaleńcze bicie serca. Zerknęłam z
ukosa na Croucha i odkryłam, że pokryta bliznami twarz przybrała dziwny wyraz
głębokiej melancholii. Tęsknoty, która chyba nigdy nie skalała tego surowego
oblicza, ale wydawała mi się niesamowicie spójna z obrazem Barty’ego, choć
widziałam go we własnej postaci niecałe dwa razy.
— Jak
do tego doszło?
— Ha,
widzisz… — Uśmiechnął się do siebie, jakby myślał o czymś
niesamowicie intymnym. — Kiedyś ci o tym opowiem. Kiedyś. W innej
oprawie.
Pokiwałam
głową i wróciłam do śledzenia własnych butów.
— Rozumiem.
A to pierwsze złudzenie? Zaufałeś im tak po prostu? Tak… — Urwałam. — Hmm…
— Jak
ty? W ciemno? — dokończył za mnie i zarechotał. — Tak.
Chociaż być może miałem trochę więcej punktów zaczepienia. To niby tylko
trzynaście lat, ale te trzynaście lat temu, zwłaszcza w snobistycznej sferze
starych rodów czystej krwi, do których notabene należały rodziny mojej matki i
mojego ojca, panowała pewna zasada. Kto ma wiedzieć, ten wie. Mój ojciec już
dawno wsiąkł w politykę, ale te wszystkie wystawne kolacyjki, spotkania, wypady
do teatru w dekadenckim światku nadal się działy. Wiedziałem, z kim należało
się zaprzyjaźnić, a oni chętnie przyjęli mnie do swojego grona. Zwłaszcza że
mieli dzięki temu bezpośredni dostęp do zaplecza ministerstwa, ponieważ
odbywałem wtedy staż w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nie
ukrywałem, że bardzo mi to wtedy schlebiało.
— Ale
nie wyszło. Czytałam o tym w starych Prorokach w bibliotece.
— Nie
wyszło — przyznał bez cienia żalu. — Niektóre decyzje muszą
być okupione niepowodzeniem, by inne wydarzenia mogły się zadziać. Z
perspektywy czasu nie uważam tego za stratę.
— Mam
nadzieję, że tym razem skończysz lepiej. Mam taką nadzieję między innymi
dlatego, że też biorę w tym udział. — Przystanęłam na granicy między
jeziorem i lasem, w miejscu, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy. — To…
do zobaczenia. Ja muszę jeszcze gdzieś pójść.
Zaśmiał
się cicho pod nosem i powędrował magicznym okiem w stronę zamku. Na widocznej w
oddali ścieżce przecinającej błonia uczniowie zmierzali na obiad. Na uniesione
brwi Moody’ego odpowiedziałam potrząśnięciem ręki, w której trzymałam garść
zebranych po drodze roślin.
— Knujemy
wspólnie, ale tego nie chcesz mi pokazać? — spytał zaczepnie.
Gdyby
dłużej się nad tym zastanowić, to miał rację, a jednak czułam się bardzo
niekomfortowo, prowadząc go do zakątka, które do tej pory miałam wyłącznie na
własność. Mimo całej sympatii do Croucha, z każdym krokiem pęczniała mi w
żołądku niezgoda i coś na kształt wstydu — jak gdybym w głębi serca
spodziewała się, że mnie wyśmieje, kiedy w końcu to zobaczy.
Wysunęłam
się na przód, cała spięta i z wolną ręką wciśniętą głęboko w kieszeń. Do
miejsca, gdzie szliśmy, nie wiodła żadna ścieżka. Dla uczniów nie było tam nic
atrakcyjnego — żadnych Zakazanych Lasów, jezior czy Bijących Wierzb,
wyłącznie mało ciekawe łąki otoczone z dwóch stron ścianą niewielkich
zagajników. Od pewnego momentu nawet Hagrid nie dbał o trawniki, więc późną
wiosną i wczesną jesienią musiałam przedzierać się przez sięgające pasa trawy.
Jedyne, co mogło zachwycać, to widok na góry. Po jakichś pięciu minutach
szybkiego marszu w całkowitej ciszy odbiłam mocno na prawo za wielkim
przewróconym drzewem i stamtąd jeszcze niecałe dwie minuty między starymi
brzozami do łąki zasłanej rozrzuconymi głazami. Stamtąd było już naprawdę
blisko do pierwszych przedgórzy zarośniętych iglakami.
Ze
ściśniętym sercem obejrzałam się na Croucha.
— I
to ta twoja wielka tajemnica? — zapytał, dysząc nieznacznie w wielkim
cielsku Moody’ego.
— Zważywszy
na ostatnie wydarzenia, jej waga nieco zmalała — odpowiedziałam. — Hoduję
tu sobie rośliny, które znajduję w Zakazanym Lesie.
Patrzyłam
niecierpliwie, aż coś powie — jakby w oczekiwaniu na werdykt. Czy
stwierdzi, że to głupie, czy nie. Ale Barty tylko patrzył, chłonął krajobraz
każdym okiem z osobna. Przysiadł na jednej ze skał i prześlizgiwał się wzrokiem
po ostrych szczytach widocznych bardzo dokładnie na tle czystego, błękitnego
nieba. A kiedy był już pełen tego górskiego piękna, przyglądał się w milczeniu
schludnym rabatom z Miedziowcami Szeptuchy odznaczającymi się jadowicie
pomarańczowymi i fuksjowymi listkami na tle brunatnej ziemi, gniazdom
Czerwonych Piołunów i przytulonym do głazów Płonącym Pokrzywom lśniące w słońcu
jak oblane prawdziwym złotem.
— Teraz
jesteśmy kwita. Tajemnica za tajemnicę — rzekł w końcu.
— Mam
nadzieję — odparłam i uklękłam w zacienionej przez wierzby części
ogrodu, żeby posadzić Zimokwiaty. Torba zsunęła mi się z ramienia i zniknęła w
trawie. — Wcześniej sadziłam za szklarniami, profesor Sprout dawała
mi czasami nawóz albo jakieś odżywki, ale Marcus Turner i Roger Davies robili
mi na złość, więc przeniosłam się tu. W teorii to nadal teren szkoły i nie
podchodzi pod Zakazany Las, więc nie robię nic nielegalnego.
Znów
usłyszałam jego śmiech, tym razem dużo głośniejszy i bardziej swobodny.
— Jeszcze
nie spotkałem dziewczyny, która wymykałaby się ze szkoły, żeby urządzić sobie
sekretny ogródek — powiedział, ale nie zabrzmiało to jak oskarżenie. — To
najlepszy powód do wymykania się, jaki słyszałem.
Poczułam,
jak wielki kamień spadł mi z serca, choć to było naprawdę dziwne usłyszeć takie
słowa wypowiadane przez Moody’ego.