W
drugiej połowie grudnia Hogwart opanowała dzika, niemożliwa do opanowania
przedświąteczna gorączka. Atmosferę napięcia związaną z nadchodzącym balem było
czuć zaraz po zakończeniu Pierwszego Zadania, ale kiedy tylko szkolne wnętrza
rozbłysły od światełek, kolorowych łańcuchów i złotych gwiazdek, zdawało się,
że nikt nie był w stanie poskromić tego szaleństwa. Im bliżej gwiazdki, tym
mniejszą uwagę zwracano na kończący się semestr. Nawet niektórzy nauczyciele
bujali w obłokach.
Nie
zachwycał mnie ten mały chaos, ale jedno musiałam przyznać — w tym
roku skrzaty domowe naprawdę się postarały. Każdy kąt zamku krzyczał, że
zbliżało się Boże Narodzenie. Największą furorę zrobiły oczywiście olbrzymie
choinki w Wielkiej Sali. Dwanaście mierzących ponad sześćdziesiąt stóp świerków
aż uginało się od czerwonych jagód ostrokrzewu, różnobarwnych bombek wielkości
ludzkiej głowy, prawdziwych sów pohukujących spomiędzy obsypanych złotem
gałęzi, z nieba — bez względu na pogodę na zewnątrz — spadały
płatki śniegu, a na stołach pojawiły się czerwone obrusy wyszywane w maleńkie
ostrokrzewy.
Reszta
zamku prezentowała się równie magicznie. Z marmurowych poręczy zwieszały się
teraz niemożliwe do stopienia sople lodu, po ścianach pięły się girlandy ubrane
w czerwone kokardy, wyszorowane zbroje wyśpiewywały kolędy, a wszędzie unosił
się zapach igliwia i pieczonych jabłek z cynamonem. Nie dało się nie czuć
świątecznego ducha. Chyba nawet skute lodem serce Snape’a musiało zabić mocniej
na widok tych wszystkich wspaniałości, a pogoda tylko podbijała ten gwiazdkowy
nastrój. Błonia wyglądały jak wyjęte ze świątecznej kartki. Przed szkołą
zaroiło się od bałwanów i ślizgawek, starsi chłopcy w okienkach między lekcjami
budowali zasieki, zza których obrzucali się nawzajem śnieżkami, a młodsi
starali się za pomocą magii wznieść jak najbardziej ekstrawaganckie igloo. Na
początku ferii zimowych szkolne korytarze zazwyczaj pustoszały, ale wyglądało
na to, że w tym roku mało kto wracał na święta do domu, a głównym powodem był
oczywiście bal.
Miałam
wrażenie, że świat oszalał. A przynajmniej wszystkie dziewczęta, które znałam.
Sowy kursowały teraz tam i z powrotem nie tylko podczas porannej poczty, ale
bez względu na porę dnia czy nocy, bo choć na liście szkolnej z sierpnia
zostały uwzględnione szaty wyjściowe, wszyscy robili zakupy na bal. W naszej
sypialni — przeważnie względnie uporządkowanej — zaroiło
się od pudełek, pod nogami kłębił się pognieciony szary papier, a kufry moich
koleżanek przestały się domykać od nadmiaru butów, rękawiczek, migoczących
grzebyków i ozdobnych tiar. Kreacje, tańce i partnerzy — mówiono
teraz tylko i wyłącznie o tym i ja jak zwykle czułam się w tych rozmowach
wyizolowana. Nawet podczas spotkań z Nelly.
Kiedy
podczas śniadania pierwszego dnia ferii powiedziałam jej, że bożonarodzeniowy
wieczór zamierzałam spędzić w dormitorium, wyglądała jak po spotkaniu z
bazyliszkiem.
— Żartujesz
sobie, non? — zapytała, kiedy już odzyskała głos. — Robisz
sobie ze mnie żarty, bo wiesz, ile ta impreza dla mnie znaczy.
— Nie — odparłam,
wzruszając lekko ramionami. — Nie lubię takich spędów, kiedy jest… no
wiesz… głośno, dużo ludzi, tłok… I te pompatyczne stroje, tańce… Zresztą i tak
nie mam z kim iść, siedziałabym sama jak palec przy stole. Głupio bym się
czuła.
Zszokowana
twarz Nelly odzyskała nieco koloru, a ona sama odetchnęła teatralnie i machnęła
ręką, strącając sobie z talerza widelec.
— D’accord,
j’ai compris! Przecież nie pójdziesz sama! — zawołała. — Gaston
ma kolegę, który jeszcze nie ma partnerki. Umówimy was! Macy, daj spokój! Nie
możesz mi tego zrobić!
— Przecież
nie będziesz sama, masz Gastona i koleżanki…
— Koleżanki,
które kleją się do Delacour, żeby złapać trochę popularności. Dziękuję za takie
koleżanki — obruszyła się. — A Gaston to nie to samo.
Zobaczysz, będzie merveilleusement, potańczymy, pooglądamy imprezowe
dramy… na imprezach ZAWSZE są jakieś dramy… a Jean-Loup jest naprawdę
przystojny.
— Ja…
— No
i nie musimy siedzieć do końca. Będzie fajnie! Gaston! — Klepnęła
chłopaka, który zanurkował właśnie po jej upuszczony widelec. — Jak
zjesz, pójdziesz i powiesz, że Macy idzie z nim na bal. Ale będzie świetnie!
Usiądziemy wszyscy przy jednym stoliku!
Zaklaskała
entuzjastycznie i zwinęła mu z talerza czyste sztućce.
Pochyliłam
się z powrotem nad swoim talerzem, nie do końca pewna tego, co właśnie się
wydarzyło, choć w żołądku już czułam ucisk zapowiadający stres. Nie chodziło
tylko o głośną muzykę i ludzi. Hogwart na każdej przerwie składał się głównie z
hałasu i tłumów, ale były to znajome hałasy i znajome tłumy. Na balu można było
spodziewać się wszystkiego. A pojawienie się na nim w towarzystwie zupełnie
nieznajomego chłopaka zdecydowanie przekraczało granice mojego komfortu. Ale
może właśnie to powinnam zrobić podczas ostatniego roku w Hogwarcie?
Zaszaleć?
Popatrzyłam
na Gastona i Nelly. Francuz podbierał z talerza swojej dziewczyny pokrojone
kawałeczki kiełbasy, a ona szturchała go i krzywiła się, raz po raz wybuchając
śmiechem.
Jak
nie teraz, to kiedy?
Zresztą…
nawet lubiłam tańczyć.
Wyposażona
w tę nową pewność siebie i kompletnie nowy pomysł po lekcjach pomaszerowałam
prosto do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. Nie zdziwiłam się, że
w progu stanął Szalonooki Moody, a nie Barty pod peleryną-niewidką. Dzięki
magicznemu oku nigdy nie był zaskoczony, kiedy otwierał, ale tym razem wyglądał
na dziwnie napiętego, jakby zaniepokojonego moją wizytą.
— Nic
się nie stało. Po prostu na coś wpadłam i jestem ciekawa, co ty na to — powiedziałam
od razu, gdy przeszliśmy do prywatnej części gabinetu. — Chyba że
przeszkadzam?
Omiotłam
wzrokiem stolik i jeszcze nie tak dawno prawie pustą szafę, w tej chwili
zawaloną równo poukładanymi zwitkami pergaminu. Wyglądało na to, że koniec
semestru dopadł i jego.
— W
żadnym wypadku.
Wyraźnie
zadowolony, że mógł się na chwilę oderwać od zbędnej papierologii, skinął
różdżką w kierunku gablotki, a dwie filiżanki, cukiernica i metalowa puszka
same zaczęły wirować i podskakiwać, jakby przygotowanie herbaty było zadaniem
na czas.
— Mam
kuzynkę w Gryffindorze — wypaliłam, siadając na brzegu staromodnego
fotela. — Ona ma wszędzie masę koleżanek, pomyślałam, że mogłabym ją
podpytać, jak Potterowi idzie z jajem. Jeżeli zwierzył się komuś z trudności
albo prosił o pomoc kogoś, kto nie był Ronem Weasleyem i Hermioną Granger, Lynn
będzie wiedzieć.
Spojrzał
na mnie z powątpiewaniem swoim zdrowym, przekrwionym okiem. W bezlitosnym,
surowym świetle mroźnego popołudnia wyglądał na znacznie bardziej zmęczonego
niż zwykle. Blizny i zmarszczki żłobiły w opuchniętej twarzy znacznie głębsze
doliny, a podbródek pokrywał cień niedokładnie ogolonego szarawego
zarostu.
— Myślisz,
że na tym etapie Potter będzie prosił o pomoc, kogo popadnie?
— Nie
mam pojęcia. Nigdy z nim nie rozmawiałam — odparłam zgodnie z prawdą. — Ale
nie znam nikogo bardziej wścibskiego niż Lynn. No i zadaje się z siostrą Rona
Weasleya. A myślę, że to najwyższy czas, żeby się dowiedzieć, na czym stoimy.
Jeżeli Potter wciąż nie odkrył, jak rozwiązać zagadkę jaja…
Przetarł
wielkimi paluchami czoło i brwi, nadal lekko nachmurzony, a ja poczułam
leciutkie ukłucie niepokoju — jakbym przyczyniła się do jego złego
humoru, zaburzając mu plan swoim pomysłem. Kiedy tu szłam, miałam wrażenie, że
wszystko w nim było dobre, ale teraz…
— Przepraszam,
chyba za bardzo się wtrącam — dodałam szybko. — To jest
twoje zadanie, a ja po prostu… nie wiem, chyba mam wrażenie, że za mało robię…
Zapomnij, powiedz mi, kiedy będziesz coś potrze…
— Nie,
to nie ty — oznajmił stanowczo, a donośny głos Moody’ego zadudnił mi
nieprzyjemnie w płucach. — Wygląda na to, że z ojcem dzieje się to,
co w zeszłym roku działo się ze mną. Dużo szybciej, niż podejrzewaliśmy.
Glizdogon nie radzi sobie z nim w domu. Ale twój pomysł jest dobry. Jeżeli
potrafisz zrobić to tak, by nie wzbudzić podejrzeń, zrób to jeszcze przed
balem.
Ta wiadomość
wcale mnie nie pocieszyła, ale tylko przygryzłam wargi i przytaknęłam.
Ostatnie, czego w tej sytuacji potrzebował, to moich pytań i silenia się na
odpowiedzi. A w temacie Croucha seniora — jak w przypadku ich działań
przed porwaniem Moody’ego — im mniej wiedziałam, tym lepiej.
Znów
miałam wrażenie — jak wtedy, kiedy w kuchni odkryłam tamtą skrzatkę
domową — że poświęcałam czas na bzdurne rozmyślania, kiedy w tle tak
poważnie się gmatwało. Bal bożonarodzeniowy wydał mi się teraz śmiesznie
błahy.
— Dobrze.
Zrobię to w niedzielę rano. A co do Croucha… może uda ci się go skontrolować
tutaj, przecież zjawi się na balu, prawda?
— To
jest teraz zadanie Glizdogona — odparł półgłosem. — Ojca
nie będzie na balu. Taka ilość bodźców, ludzi, emocji… to zbyt niebezpieczne.
Zastąpi go jego asystent, też Weasley swoją drogą… W ministerstwie została
rozpuszczona plotka, że Crouch jest przemęczony organizacją Turnieju
Trójmagicznego, a biorąc pod uwagę fakt, że jego pomocnikiem jest Ludo Bagman,
nikt nie wątpi, że jest to żadna pomoc.
Jeszcze
jedno ukłucie, tym razem dużo mocniejsze.
Nie
musiał mi mówić, w jaką stronę to zmierzało.
— Rozumiem.
No… dobrze — mruknęłam i wychyliłam się, żeby wcisnąć na wolny
fragmencik stołu swoją filiżankę z nietkniętą herbatą. — Załatwię
Lynn, a tobie powodzenia ze sprawdzianami i tym wszystkim i… no. I do
zobaczenia na balu.
Wstałam
i Crouch zrobił to samo. Choć atmosfera była gęsta, kiedy już tutaj weszłam,
teraz wydawała się naelektryzowana i ciężka jak powietrze przed burzą.
— Jednak
zamierzasz przyjść?
— Tak,
ostatecznie zdecydowałam, że tak — odpowiedziałam cicho, wpatrując
się uparcie w swoje buty. — Nelly bardzo zależało i tak jakoś…
Nie
dręczył mnie dłużej pytaniami, jakby zrozumiał znaczenie rumieńca zalewającego
mi policzki. Nie powiedział też nic więcej, kiedy wychodziłam, ale nie
potrafiłam zrozumieć natury poczucia winy — jakby pójście na głupi
bal z obcym Francuzem stało wyżej w hierarchii wartości niż zgoda na
zatuszowanie śmierci ojca Barty’ego.
Czy
choćby śmierć starego Croucha w ogóle.
*
Niedziela
zaczęła się dla mnie od bólu brzucha.
I
wcale nie dlatego, że musiałam okłamać Lynn czy wymyślić w miarę sensowny
powód, dlaczego w ogóle interesowałam się tą sprawą, ale sama rozmowa z kuzynką
kojarzyła mi się z nieprzyjemnymi uczuciami. A konieczność odbycia jej w
otoczeniu zazwyczaj nadmiernie pobudzonych Gryfonów potęgowała to
napięcie.
Dlatego
postanowiłam podejść do sprawy jak do pertraktacji z olbrzymami.
Przyniosłam
podarunek i czekałam na reakcję.
— Prezent?
Teraz? — zdziwiła się, oglądając płaskie pudełko zapakowane w
srebrno-niebieski papier. — Przecież urodziny mam dopiero za
tydzień.
— Może
i tak, ale myślę, że może ci się przydać na balu. Bo słyszałam, że idziesz z
Deanem Thomasem, tak?
Zrobiła
kwaśną minę i rozejrzała się, ale poza jej pogrążonymi w rozmowie koleżankami w
okolicy nie siedział nikt inny. Zwłaszcza Dean Thomas.
— Tak — mruknęła
przeciągle, a jej głos zszedł na tak niskie tony, jakich się po niej nie
spodziewałam. — Ale nie wyobrażaj sobie, że to będzie wielka miłość
czy co… Zgodziłam się, bo nie jestem w czwartej klasie, myślałam, że nie będę
już miała okazji pójść na taki bal… i żałuję, bo przedwczoraj zaprosił mnie Lee
Jordan, a on jest zdecydowanie fajniejszy. No ale już trudno, skoro obiecałam
Deanowi…
Urwała,
wzdychając ciężko nad swoim losem. Rzuciłam jakimś pocieszającym frazesem,
rada, że siedemnastoletni Lee Jordan jednak spóźnił się z zaproszeniem mojej
trzynastoletniej kuzynki na bal. Ale Lynn nie słuchała, zajęta rozrywaniem
papieru w gwiazdki.
— O…!
Jakie to jest piękne! — jęknęła i natychmiast włożyła sobie na głowę
srebrny diadem z masą sztucznych pereł.
— To
na urodziny i pod choinkę — dodałam, a Lynn zrobiła minę.
— No
tak, jak zwykle — odparła zjadliwie. — Ale i tak jest
piękna! I będzie mi pasowała do sukienki, dekolt ma obszyty identycznymi
perełkami!
— I
co, myślisz, że to przypadek? — zapytałam.
— Dziękuję! — wykrzyknęła,
rzucając mi się na szyję.
Lynn
nie była moją ulubioną kuzynką, ale teraz nie mogłam powstrzymać uśmiechu,
widząc, jak się cieszyła. Burza ciemnoblond włosów i rumiane policzki
upodabniały ją do Helgi Hufflepuff, a z diademem na głowie wyglądała jak wyjęta
z ilustracji z Historii Hogwartu. Właściwie poza kolorem bujnych loków
była jak młodsza wersja swojej matki. Ona i Morris — dwójka
okrągłych, pyzatych dzieciaków z usteczkami cherubinka podobnych do wujka
Irvinga wyłącznie z kształtu nosa i głośnego, nieco opryskliwego usposobienia.
Wszyscy
z wyjątkiem Hope.
Hope
była małym aniołkiem.
— Jak
Potterowi idzie z przygotowaniami do Drugiego Zadania? — zagaiłam. — U
nas w dormitorium wszyscy się zakładają, czy skończy na początku, czy na końcu
tabeli i powiem ci, że zdania są podzielone.
Ale
ku mojemu niezadowoleniu ona tylko wzruszyła ramionami, przyglądając się
własnemu odbiciu w wypolerowanym pucharze z sokiem.
— Zaraz
po Pierwszym Zadaniu otworzył jajo i zaczęło straszliwie wyć, więc współczuję
mu w odkryciu, co te jęki znaczą. Może będzie musiał pokonać szyszymorę albo
co? Nie mam pojęcia, nikt się tym teraz nie zajmuje, każdy myśli tylko o balu. — Lynn
strzeliła we mnie prowokującym spojrzeniem. — A ty podobno idziesz z
chłopakiem z Beauxbatons.
— Tak — odparłam
bez entuzjazmu. — Nie mogę się doczekać.
*
Czyli
klapa.
Wyglądało
na to, że albo Harry Potter zachłysnął się pierwszym sukcesem i zbagatelizował
Drugie Zadanie, albo Lynn nie była aż tak dobrze zorientowana. Ale w jednym
miała rację. Wszyscy żyli balem. Nawet mnie zaczął udzielać się ten imprezowy
klimat, choć wywoływał on raczej napięcie i strach niż podniecenie.
W
bożonarodzeniowy poranek obudziłam się z jelitami związanymi w supeł, który nie
rozluźnił się nawet na widok sterty prezentów w nogach łóżka. Pamela Redmoss i
pozostałe dziewczyny wstały dziś z tego powodu wyjątkowo wcześnie i zanim
rozpakowałam sześciotomową encyklopedię Grzybów Świata od Morrisa,
rzuciły się na swoje sterty, generując przy tym takie ilości dźwięków, jakie
mogłyby zawstydzić nawet Lynn.
Znakomity
początek dnia.
Nigdy
nie dostawałam prezentów, których bym się nie spodziewała. Ciotka Rosalie
przysyłała domowej roboty ciasteczka i biżuterię, której nie używałam, wujek
Irving szedł bezpieczną drogą, dodając do słodyczy dziesięć galeonów, a
wiecznie spłukana Lynn dołączała się do ręcznie robionych podarunków Hope. W
kufrze miałam oddzielne pudełko na ociekające brokatem i cekinami puzderka,
lustereczka oklejone koronką i całe mile naszyjników i wiszących kolczyków z
koralików. W tym roku moja kolekcja wzbogaciła się o bransoletkę z różowych i
pomarańczowych szklanych paciorków, którą natychmiast wcisnęłam sobie na
nadgarstek.
Dopiero
po otworzeniu ostatniej paczki zorientowałam się, że na kołdrze pod stosem
porwanych papierów leżała jeszcze jedna. Płaska i niewielka swoimi wymiarami
sugerowała książkę. Z zaciśniętym żołądkiem sięgnęłam po bilecik, spodziewając
się zobaczyć znajome, pełne zawijasów pismo Nelly, ale zobaczyłam tylko jedną
literę — B. Podekscytowana i jednocześnie pełna wyrzutów
sumienia szybko rozerwałam kolorową folię, a na kolana wypadł — a
jakże — maleńki, niepozorny wolumin. Na widok tytułu serce zabiło mi
mocniej.
Nielegalne
zioła i jak je ukryć.
Okładka
wyglądała na mocno zużytą, a i środek nosił ślady wielokrotnego czytania, ale
po poradniku czarnej magii nie spodziewałam się niczego innego. Szybko
przykryłam tytuł kartką od Hope i natychmiast przekartkowałam do spisu treści,
ale żadna ze współlokatorek nawet nie pomyślała, by zaprzątnąć sobie głowę
takimi bzdetami jak nielegalne książki czy zioła. Georgiana Cooper rozpakowała
właśnie olbrzymi zestaw do domowego farbowania włosów i z resztą koleżanek
debatowały nad próbami przetestowania go przed balem.
— Zaszalałabym
z turkusem, ale trochę się boję, jak to się będzie wypłukiwać.
— A
jak ci wyjdzie glon? Ja bym nie ryzykowała…
— Daj
spokój, przecież masz tu neutralizator. Chyba że tchórzysz?
— Tchórzę,
jasne. Tchórzę, bo to nie twoje włosy. Może sama sobie walnij turkus, jak
jesteś taka mądra, co?
— Przecież
ja mam purpurową szatę, nie będzie mi pasować!
A
później nie było wcale lepiej. Ani ciszej.
Spodziewałam
się, że podejdę do tematu ubierania się tak, jak zawsze podchodziłam do szykowania
się — na chłodno i z nadzieją, że biżuteria nie będzie drażnić mi
skóry. Bez zbędnego panikowania, bo przecież od dawna wiedziałam, w czym
wyglądałam i czułam się dobrze, jaki rodzaj stanika nie wrzynał się w ramiona i
plecy, a jednocześnie nie wystawał ponad dekolt. Zresztą zawsze można było
pójść bez. A jednak te przygotowania — nie żebym w przeszłości miała
ich jakoś dużo — przyprawiały mnie o kołatanie serca i nadpotliwość
rąk. Cała spięta raz po raz przeglądałam się w lusterku, jeżeli akurat udało mi
się do niego dopchać, sprawdzałam, czy włosy nie zaczynały się puszyć (choć
wylałam sobie na głowę całą butelkę płynu Ulizanna), czy kreski, które
poprawiałam przez pół godziny, wyszły idealnie równo, a później czy szyfonowa
suknia w kolorze pudrowego błękitu leżała tak samo dobrze, jak suknie
pozostałych Krukonek. Z pewnością całości nie dopełniała koralikowa bransoletka
od Hope, gryząc się z subtelnym makijażem, wytworną fryzurą, butami na obcasie
i suknią w stylu księżniczki elfów, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nawet w
wieczorowej odsłonie pozostawałam niewidoczna.
W
salonie zaroiło się od wszystkich rodzajów tkanin, wzorów, fasonów i kolorów.
Były seksowne małe czarne, krwistoczerwone usta, misternie sporządzone koki,
frywolne fale, brokatowe cienie do powiek, ostre jak brzytwa jaskółki,
księżniczkowe sukienki we wszystkich odcieniach różowego, ciężkie, falbaniaste
spódnice, tkane gorsety, wysokie rozcięcia, dziewczęce pastele, sznury pereł,
kolie tak gęsto wysadzane szafirowymi i rubinowymi szkiełkami, że trudno było
oderwać od nich wzrok. A do tego naciskające z każdej strony fale ciężkiego,
przesyconego zapachem perfum powietrza. Kwiatowe nuty bardzo szybko
poprzenikały się ze świeżymi, owocowymi i orientalnymi, tworząc dławiącą
mieszankę czegoś, czego nie udało mi się określić żadnym konkretnym zapachem.
Atmosfera w dormitorium nabrała charakteru radosnego oczekiwania. Ci, którzy
mieli partnerów z innych domów, wymknęli się z salonu znacznie wcześniej. Mnie
korciło to samo, ale wiedziałam, że Nelly i chłopcy pojawią się w holu tuż
przed rozpoczęciem balu, a ja ostatnie, czego pragnęłam tego wieczora, to
błąkać się samotnie między witającymi się parami.
Dopiero
o dziewiętnastej czterdzieści pięć Krukoni zaczęli zbierać się do wyjścia, więc
i ja podążyłam za tłumem. Szłam nieśpiesznie, podziwiając to, co udało się
osiągnąć nauczycielom i skrzatom w kilka godzin po obiedzie. Cały parter
zmienił się w lodowy pałac. Kolumny skute niemożliwym do stopienia lodem
przypominały filary wykute z diamentu, podobnie schody, balustrady i podłoga.
Delikatny półmrok w holu, rozpraszany jedynie światełkami i rozmigotanymi
elfami unoszącymi się pod sufitem, tworzył intymną atmosferę, choć wszyscy ci,
którzy zebrali się już pod Wielką Salą, zachowywali się trzy razy głośniej niż
zwykle. Teraz z każdego kąta dało się słyszeć wybuchy śmiechu, okrzyki
zachwytu, buczenia i piski dziewczyn skutecznie tłumiące delikatną muzykę dobiegającą
zza zamkniętych drzwi Wielkiej Sali.
Od
tej różnorodności barw i eleganckich fryzur zaczynało mi się mienić w oczach,
ale nie przestawałam się rozglądać. Podczas wypatrywania przyjaciółki mignął mi
Borys Sullivan z uwieszoną na jego ramieniu drobną blondynką w czerwieni, a
niedługo później Lynn w towarzystwie czarnoskórego chłopaka. Uśmiechnęłam się
do siebie na widok urodzinowego diademu — doskonale pasował do
tiulowej, łososiowej szaty i perłowych kolczyków. W delikatnym makijażu i z
włosami spiętymi na szczycie głowy w niczym nie przypominała tej nadąsanej,
obrażalskiej trzynastolatki. Moja kuzynka wyglądała jak dorosła kobieta. Nawet
trzymała się inaczej — jak gdyby obcasy, kok i biżuteria z pereł na
miejsce kolorowych, plastikowych bransoletek z czaszkami automatycznie dodawały
przynajmniej z dziesięć lat.
— Macy!
Macy, hej!
Odwróciłam
się na dźwięk swojego imienia i od razu zobaczyłam pochód wkraczający przez
główne drzwi. Adekwatnie bardziej pompatyczny niż zwykle (dotąd sądziłam, że to
niemożliwe), z madame Maxime na jego czele sprawił, że tłum hogwartczyków
rozstąpił się i pierwsze, co zobaczyłam, to Fleur Delacour — niezmiennie
olśniewającą i w srebrze — idącą w pierwszym rzędzie z Rogerem
Daviesem. Na jego widok parsknęłam śmiechem. Oczywiście wiedziałam, że Fleur
zrobiła mu ten zaszczyt i zaprosiła go na bal — od zeszłego tygodnia
mówił o tym jak nakręcony, porzucając maskę Chłopaka, Którego Nic Nigdy Nie
Obchodzi. Bardzo szybko wyłowiłam z tłumu Nelly — po części dlatego,
że machała do mnie jak szalona, a po części ze względu na jej strój. Pośród
bladego złota, szarych błękitów, pastelowych zieleni i bieli czerwona szata
podkreślająca filigranowość jej idealnej figury sprawiała, że oczy wychodziły z
orbit, a szczęki lądowały na podłodze.
— Wyglądasz…
wow! — wyrzuciłam z siebie, kiedy razem z Gastonem odkleili się od
pochodu zmierzającego do Wielkiej Sali.
Wydęła
figlarnie uszminkowane czerwienią usta i obróciła się, prężąc się przy tym prześmiewczo
jak modelka przed obiektywem.
— Mówisz?
Sans blague, jeszcze nikt mi dzisiaj tego nie powiedział — zachichotała
jak trzpiotka, po czym machnęła ręką i dodała już swoim normalnym głosem: — Daj
spokój, wywali mi brzuch, jak tylko popatrzę na kolację. Ty też wyglądasz absolument
sublime! Macy, to jest Jean-Loup Cheremetieff, a to jest Macy Savour.
Natychmiast
poczułam gorąco rozlewające się po twarzy i szyi, kiedy obok Gastona zatrzymał
się on. Bardzo wysoki i bardzo przystojny — tak, jak mówiła Nelly.
Wręcz zniewalająco przystojny. Jean-Loup przypominał jednego z tych modeli,
których widywałam często na okładkach gazet Lynn. Mocno zarysowana szczęka i
olśniewająco białe zęby trochę upodabniały go do Lockharta, ale Francuz pozbawiony
był tego głupkowatego uśmiechu i miał zdecydowanie lepszą fryzurę. Gęste włosy
opadały mu kruczoczarną falą na zawadiacko wygięte brwi, wzrok czekoladowych
oczu, którym mnie zlustrował, przeszywał na wskroś. Był szczupły, ale nie za
szczupły — prosta, elegancka szata leżała na nim doskonale, prawie
tak dobrze, jak szelmowski uśmiech na pełnych wargach.
Zupełnie
mnie zmiażdżył.
To
on powinien iść w pierwszym rzędzie za rękę z Fleur Delacour, a stał teraz
naprzeciwko mnie — pocącej się i dukającej jakieś niezgrabne „cz-cze-eść”.
Coś
mi tu nie grało. A w każdym razie zaczęło, kiedy już otrząsnęłam się po tym
uśmiechu rodem z okładki magazynu o modzie.
Kiedy
tylko drzwi się rozwarły, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najlepsze
miejsca, ale w środku okazało się, że cztery stoły domów zniknęły i zastąpiły
je duże i okrągłe, nakryte jak na kolację u samej Królowej Anglii.
Przekroczywszy próg, stanęłam jak wryta, przytłoczona wspaniałym
świąteczno-lodowym wystrojem komnaty. Z sufitu imitującego niebo niezmiennie
spadały wielkie płatki śniegu, znikając w drodze do naszych głów. Kamienna
podłoga zmieniła się w drewniany parkiet, a ściany lśniły niczym diamentowa
grota. Każdy wolny od choinki kąt zdobiły splątane girlandy jemioły i bluszczu,
dominowało złoto, srebro i czerwień — i to w takich ilościach, że po
chwili wpatrywania się w te wszystkie cudowności oczy zaczynały od tego boleć.
Trudno było określić, skąd dochodziły delikatne dźwięki muzyki klasycznej,
ponieważ nigdzie nie stało wyeksponowane radio, gramofon czy sam zespół, ale
nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Nawet ja przestałam. Wszyscy krążyli po
sali, wybici z rytmu przez konieczność wyboru nowych miejsc.
Ta
jedna decyzja została zdjęta z moich barków przez moich nowych francuskich
znajomych. We trójkę bez słowa podążyliśmy za Nelly, która zmrużyła oczy,
oceniła fachowo wszystkie wolne stoliki i wybrała jeden według tylko sobie
znanych kryteriów. Bardzo szybko dosiadło się do nas kilka osób w
srebrno-kremowo-błękitnych szatach.
W
wyobraźni otarłam ze skroni strużkę potu. Wstrzeliłam się idealnie z kolorem
sukni i chyba tylko dlatego nikt nie wpatrywał się we mnie tak, jakbym miała
cztery głowy. To Nelly była punktem małego programu przy naszym
dwunastoosobowym stoliku.
— Hogwart
udźwignął temat, to muszę mu oddać — oznajmiła łaskawie, kiedy
wszystkie krzesła zostały pozajmowane, a nauczyciele zademonstrowali nowy
sposób zamawiania potraw. Zamyśliła się na chwilę nad swoją kartą, po czym
wyrecytowała: — Na przystawkę ostrygi, foie gras, a później indyk z
kasztanami i Bûche de Noël.
W
mig pojawiło się przed nią kilka talerzy wypełnionych zupełnie nieznanymi mi
potrawami. Ze zgrozą zauważyłam, że jako jedyna zamówiłam pieczonego indyka z
warzywami i ziemniakami z koperkiem, ale — podobnie jak muzyką — nikt
się tym nie przejął. Wszyscy byli całkowicie pochłonięci rozmową, z której nic
nie rozumiałam. Wszyscy łącznie z moim towarzyszem.
Bardzo
szybko się okazało, że Jean-Loup bardzo słabo mówił po angielsku. Właściwie nie
mówił prawie wcale, a Gaston brzmiał przy nim jak rodowity Anglik. Zresztą
nawet gdyby był w stanie się ze mną porozumieć, wydawał się tym całkowicie
niezainteresowany. Bez przerwy dyskutował z Moulinem i jeszcze jednym
chłopakiem, a cała trójka robiła to tak głośno i gestykulowała tak żywiołowo,
że z trudem słyszałam to, co mówiła do mnie Nelly.
— Trzeba
przebrnąć przez nudną część i później jakoś się rozkręci, zobaczysz — zapewniała. — A
ten zespół, który ma grać, te Fatalne Jędze, dobry jest?
— To
nie jest rodzaj muzyki, który do mnie przemawia, ale tak, podobno są bardzo
dobrzy. W każdym razie tak mówią — odparłam, starając się nie słuchać
narastającego pytlowania po drugiej stronie. — W moim domu wszyscy
się strasznie podniecili, kiedy prefekci potwierdzili, że zagrają na balu. Ale
jeszcze ich nie ma.
Rozglądając
się, zahaczyłam wzrokiem o stoły nauczycielskie wmieszane między takie, przy
których siedzieli sami uczniowie — jakby obecność Snape’a czy
McGonagall miała powstrzymać szmuglowanie alkoholu i wymykanie się na schadzki.
Mistrz Eliksirów chyba jako jedyny nie uznał balu bożonarodzeniowego za
wydarzenie na tyle ważne, by założyć coś odświętnego, bo miał na sobie identyczną
długą, czarną szatę, w jakiej występował na co dzień. Opiekunka Gryfonów wystroiła
się w suknię w szkocką kratę, a tiarę przyozdobiła okropnym wieńcem z ostu — bardzo
podobny, który zdobił kapelusz profesor Sprout doskonale pasujący do
staroświeckiej sukni z olbrzymią ilością spranych koronek. Ze wszystkich
opiekunów wyłącznie profesor Flitwick prezentował się jak należy. Miniaturowy
granatowy garnitur z pięknie układającą się pelerynką świetnie współgrał z
maleńką tiarą i świeżo przyciętymi włosami, a z butonierki wystawał mu jakiś
iskrzący się fantazyjny kwiat. Chyba biała azalia, ale zaczarowana w ten
sposób, że bez przerwy zwijała i rozwijała mieniące się żywe płatki.
Kiedy
resztki deserów dawnym sposobem poznikały z talerzy, Dumbledore wstał i ogłosił
rozpoczęcie balu. Stoły wraz z krzesłami szurnęły posłusznie pod ściany, a
profesorowie ustawili wszystkich w szerokim okręgu, tak, że oczom wszystkich
ukazał się piękny, błyszczący parkiet. Sam widok rozstawiających się na
nauczycielskim podium Fatalnych Jędz w czarnych, poszarpanych szatach i
narastająca cisza sprawiły, że kolacja zrobiła fikołka w moim żołądku, a to
przecież nie ja miałam tańczyć na oczach całej szkoły. W tym momencie bardzo
utożsamiałam się z Harrym Potterem. I bardzo nie chciałabym nim być.
Wyglądał
tak, jakby powstrzymywał się od wymiotów.
Rozbrzmiała
jakaś smętna, powolna muzyka z dominującymi dźwiękami basa i kobzy i
reprezentanci zaczęli tańczyć. Każda para poruszała się po swojemu, nie dbając
o to, co robiły pozostałe. Fleur płynęła zwiewnie w ramionach Daviesa, Cedrik
Diggory i Cho Chang tańczyli, patrząc sobie głęboko w oczy, Krum — jeszcze
bardziej pokraczny i skrępowany — starał się trzymać ze swoją
partnerką jak najdalej od środka, a Harry Potter zupełnie nie wiedział, co się
działo, dając się prowadzić dziewczynie w porażająco różowej szacie. Oglądało
się to zapewne wyłącznie w połowie tak niezręcznie, jak oni musieli się czuć,
ale bardzo szybko z tłumu widzów zaczynały wyłamywać się pierwsze pary i
raz-dwa reprezentanci utonęli w morzu wirujących peleryn i szat.
Nelly
pociągnęła Gastona i gdyby nie jej krwistoczerwona suknia, i ją straciłabym z
oczu. Migała mi co chwilę gdzieś między głowami, łokciami, fragmentami ramion i
pleców, unosiła się w tańcu lekko jak Fleur, a nawet lżej, bo nie było w niej
tej wyniosłej sztywności, co u Delacour.
Kątem
oka zerknęłam na Jeana-Loupa, czując w brzuchu rosnący ucisk, ale chłopak stał
oparty pośladkami o krawędź blatu stołu i jak gdyby nigdy nic wciąż rozmawiał
ze swoim kolegą. Wydawali się przy tym tak naturalni, że prawie uwierzyłam, że
wcale nie próbował mnie ignorować.
Byłam
bardzo ciekawa, ile kosztowała Nelly ta udawana randka.
Z
każdym nowym kawałkiem Fatalne Jędze coraz bardziej się rozkręcały, a wraz z
nimi nabierały tempa wątpliwości co do słuszności mojej obecności w tym
miejscu. Skóra cierpła mi na plecach na myśl, że miałabym zagadnąć
Cheremetieffa i zacząć prowadzić small talk, nie mówiąc o proszeniu do tańca.
Mimo lodowych ozdób w Wielkiej Sali robiło się coraz bardziej duszno. Powietrze
wibrowało od głośnej muzyki, potu, ciężkiego zapachu potraw i perfum, a ja
stałam sama jak palec, podrygując nerwowo. Piekło na ziemi.
Mogłabym
w tym czasie przesadzać żabiczkę.
A
Nelly — jak zwykle idealna w swoim wyczuciu czasu — pojawiła
się akurat w momencie, kiedy zaczęłam rozważać ulotnienie się.
— Miałaś
rację, super grają! — zawołała, przekrzykując riffowe dźwięki gitary. — Chodź
na parkiet!
W
pierwszym odruchu odmówiłam, cofając się o krok, ale ona była nieugięta.
Chwyciła mnie mocno za oba nadgarstki i ze śmiechem prawie siłą wciągnęła
między tańczących ludzi. Zaczęłyśmy walcować bez jakiegokolwiek poczucia rytmu,
zupełnie wbrew muzyce — ja spięta i przerażona, Dubois z
zapamiętaniem godnym zawodowego tancerza. Eksplozja wszystkich możliwych emocji
sprawiła, że zobaczyłam mroczki przed oczami, ale prawie natychmiast poddałam
się temu radosnemu uniesieniu, które roztaczała Nelly. Nie pamiętałam, bym
kiedykolwiek czuła coś podobnego. Uwielbiałam tańczyć, ale robiłam to tylko
wtedy, kiedy nikt nie widział. A teraz — niespodzianka. Obie
sunęłyśmy po parkiecie, nie zważając na pozostałych, muzyka pulsowała mi w
uszach, lecz nie było w tym nic nieprzyjemnego.
Dać
się ponieść. Tak po prostu.
A
kiedy zabrakło nam tchu i wróciłyśmy do stołów, żeby zamówić coś do picia, nie
mogłam przestać się uśmiechać. Pot lał mi się po skroniach, sukienka
przyklejała się do mokrego brzucha, makijaż ciążył na twarzy, pierś falowałam
szybko i niekontrolowanie, walcząc o każdy haust gorącego, przesyconego
zapachami powietrza, stopy nieprzyzwyczajone do obcasów paliły żywym ogniem.
Opadłam na pierwsze lepsze krzesło, podczas gdy Nelly przeglądała menu.
— Mojito
i… hmm, Sex on the Beach — wyrecytowała i na blacie natychmiast
pojawiły się dwie olbrzymie szklanki z kolorowymi napojami.
— Co
ty robisz? — wyszeptałam, zrywając się na nogi, ale ona już
wyciągnęła z torebki elegancką piersióweczkę i dolała do obu drinków sporo
przezroczystego płynu. — To alkohol?
— Évidemment!
Nie
wyglądała na ani trochę skrępowaną. Rozejrzawszy się konspiracyjnie, dodała
jeszcze po parę kropel do każdej ze szklanek i oddała mi moje Mojito, po czym
sama pociągnęła zdrowo przez słomkę.
— No
nie wiem… — mruknęłam, oglądając drinka z każdej strony, jakbym
spodziewała się znaleźć tam utopioną muchę. — Nigdy nie piłam
alkoholu…
— Tym
lepiej — odparła ucieszona. — Nigdy nie byłaś na balu, nie
upiłaś się… Najwyższa pora! Powiedz, czego jeszcze nie robiłaś? Trzeba to
zmienić, nie ma lepszego miejsca niż bal!
Spojrzenie,
jakim mnie obdarzyła, przywołało mi na policzki gorący rumieniec. Żeby ukryć
zażenowanie, upiłam odrobinę cytrusowego drinka i bez zaskoczenia odkryłam, że wódka
zupełnie zrujnowała jego smak. Zadrapało mnie w gardle tak, że musiałam
odkaszlnąć.
— Oj,
wielu rzeczy — ucięłam szybko. — A ty zrobiłaś już w życiu
absolutnie wszystko?
— Absolutnie
nie! Na przykład nie jeździłam konno po lodowisku ani, hmm, nie tresowałam
kogutów przy pomocy wielkiego widelca. A powiedz, Macy, skoro nie byłaś nigdy
na balu ani nigdy nie próbowałaś alkoholu, to pewnie inne pierwsze razy też
masz jeszcze przed sobą? Wiesz, o jakich pierwszych razach mówię.
Uśmiechnęła
się diabelsko, chwytając sugestywnie słomkę w usta.
— Nelly! — wydusiłam
z siebie, skrępowana do granic możliwości. Musiałam płonąć na twarzy. Miałam
wrażenie, że jeszcze chwila i dokonam samozapłonu. — Co to za głupi
temat…
Nie
spodziewałam się, że tak się ucieszę widok kolegi Jeana-Loupa. Zapytał ją o coś
po francusku, ale samo szarpnięcie głową w stronę parkietu było wystarczająco
zrozumiałe.
— Zaraz
wracam!
— Okej,
a ja pójdę się przewietrzyć! — krzyknęłam za nią, ale już zniknęła
między tańczącymi.
Teraz,
kiedy wypowiedziałam to na głos, poczułam, jak bardzo byłam przebodźcowana.
Przeszłam się wzdłuż stolików, wypatrując Jeana-Loupa, ale nigdzie go nie
znalazłam, więc udałam się prosto do holu, a zaraz potem w stronę drzwi
wejściowych. W dobrym tonie było powiadomić swojego partnera o tym, że
zamierzało się opuścić przyjęcie, ale w tym przypadku aż tak mi nie
zależało.
Przystanęłam
na moment na zewnętrznych schodach. Chłodne powietrze przyjemnie owionęło mi
szyję i ramiona, ale nie przeszywało tak, jak lodowaty wiatr na błoniach w
drodze do cieplarni. Podejrzewałam, że profesor Flitwick rzucił jakieś zaklęcia
grzejące, ponieważ w olbrzymiej śnieżnej grocie, w którą zmieniły się błonia,
swobodnie mogłam spacerować bez żadnego okrycia wierzchniego. Zniknęła główna
droga prowadząca do bramy, a na jej miejscu pojawiło się mnóstwo krętych
ścieżek kluczących między kwitnącymi krzewami czerwonych róż. Co jakiś czas
mijałam kamienne posągi czarodziejów, czarownic i magicznych stworzeń oraz
ławeczki okupowane przez pary, którym znudziła się duchota i zgiełk Wielkiej
Sali.
Spacerując
powoli między tymi wspaniałościami, oddychałam powoli, rozkoszując się świeżym
grudniowym powietrzem. W uszach wciąż lekko mi gwizdało, ale cisza przyjemnie
koiła nadwyrężony słuch, łagodziła niczym chłodzący balsam. Byłam szczęśliwa.
Naprawdę szczęśliwa. Wytańczona, najedzona, po całkiem miłym wieczorze
spędzonym z przyjaciółką przechadzałam się samotnie między krzakami róż,
wypatrując najbardziej dorodnych kwiatów.
Czułam
się spełniona.
Dotarłam
prawie na sam koniec groty z przejściem na dalszą część błoni. Przez lodowy
portal wpadało mroźne powietrze, ale gęsia skórka i szczękające zęby były
odpowiednią ceną za widok, jaki się stąd rozciągał. W tafli zamarzniętego
jeziora odbijał się księżyc. Światło niczym płynne srebro zalewało nietknięte
zaspy, wiatr tańcował po gładkich połaciach, podrywając z nich delikatną
wierzchnią warstewkę, a ta iskrzyła się w zimnym blasku niczym brokat.
Przyglądałam się tej czarownej scenie, głucha na odgłosy kroków gdzieś w
oddali, dopóki te kroki nie zaczęły kierować się bezpośrednio w moją
stronę.
— Gaston! — wykrzyknęłam
cicho, łapiąc się za serce. Łomotało teraz jak szalone gdzieś w okolicy
przełyku. — A ty nie z Nelly?
Zignorowałam
jego nerwowy ruch ręki. Ruch, jaki dobrze pamiętałam z czasów, kiedy Morris
podpalał papierosy i przed wszystkimi się z nimi chował.
— Aaa…
Nelly, ona… tańcui z Fidèle, a przyszedł oddychaci.
— Faktycznie
gorąco w zamku.
— Gorąc,
tak. I bardzo pięknie tu.
— O
tak.
Staliśmy
tak przez moment w znacznym oddaleniu, spoglądając na siebie w oczekiwaniu, aż
chłopak szarpnął głową, wskazując na jedną z uliczek prowadzących w kierunku
rzeźby przedstawiającej Rowenę Ravenclaw. Chętnie ruszyłam za nim, szczęśliwa,
że udało się nieco zakłócić to niewygodne zamrożenie. Dopiero gdy się
zrównaliśmy, wyczułam, że poza papierosami było coś jeszcze.
Wyglądało
na to, że nie tylko Nelly przemyciła na bal piersiówkę z magicznym
napojem.
Dotarliśmy
do posągu, który — jak się okazało — stał na wysokim cokole
pośrodku wielkiej fontanny. Choć temperatura zdecydowanie balansowała poniżej
zera, woda szemrała żywo, tryskając wąskimi strumieniami w taki sposób, że
strużki tworzyły u stóp Ravenclaw żywe węże odbijające się łukami od tafli.
— Jak
ti widzisz Jean-Loup?
— Och,
jest bardzo… eee… no wiesz. — Olewczy? Niewychowany? Zadufany w
sobie? — Nelly miała rację, jest bardzo przystojny. Dlaczego nie
znalazł żadnej dziewczyny, zanim go zapytałeś, czy ze mną pójdzie?
Gaston
popatrzył na mnie zaskoczony i zaśmiał się w sposób, który natychmiast
uruchomił mi w głowie wszystkie czerwone lampki.
— Co? — dopytałam.
— To
ti nie wie? Nelly mówiła, że wie.
— Ale
o czym?
Przysiadł
na obrzeżu fontanny i poklepał ręką miejsce obok siebie. Zaczęłam cała dygotać,
nagie stopy w delikatnych sandałkach krzyczały z zimna po kilkukrotnym wejściu
w śnieg, ale dla świętego spokoju opadłam na murek jakąś stopę dalej. Poczułam
bolesną gęsią skórkę po zetknięciu z przemarzniętym kamieniem, ale tu
zdecydowanie coś nie grało i musiałam się dowiedzieć co. Miałam wrażenie, że
sutki zaraz przebiją materiał sukni.
— Jean-Loup
ma dziewczynę w Beauxbatons, ale Nelly mówiła, zie tobi to nie problem — odparł
i przysunął się bardzo blisko, zdejmując część szaty tworzącą pelerynę. — Tobi
zimno…
— Nie — odpowiedziałam
stanowczo, z całych sił usiłując zapanować nad drżeniem. Burza, którą czułam
wewnątrz, trochę mnie rozgrzała. — Nie miałam pojęcia, że Jean-Loup
ma dziewczynę. Gdybym wiedziała, nigdy bym się nie zgodziła z nim pójść…
Odetchnęłam
głęboko, licząc, że w ten sposób ten okropny węzeł, który zaciskał się wokół
żołądka, chociaż trochę się rozluźni, ale nic z tego. Cheremetieff nie był
olewczy, niewychowany ani zadufany w sobie. Zachował się jak najbardziej w
porządku wobec swojej dziewczyny i tylko powód, dla którego zgodził się pójść z
obcą Angielką, pozostawał dla mnie tajemnicą.
O
ile w ogóle wiedział, że był ze mną umówiony. Ostatecznie nie zamieniliśmy ani
słowa.
Poczułam
się okropnie — jak kochanka albo wariatka, która próbowała rozbić
czyjś związek.
— Ti
nie martwi się — odezwał się Gaston, a jego wielka, ciepła dłoń
wylądowała na mojej nodze. Wysoko, znacznie wyżej od mojego kolana. — Pewno
nie zrozumiały się z Nelly.
Zesztywniałam.
— C-co…?
— Jean-Loup
głupi, zie nie korzystał, kiedi ti chciała — powiedział, a po twarzy
rozlał mu się lekki uśmiech, obejmując zamglone oczy. — Macy, ti
piękna dziewczyna. Tu ressembles à une nymphe des bois.
Odsunęłam
nogę, chwytając się rozpaczliwej nadziei, że to trochę go otrzeźwi, ale jego
dłoń zacisnęła się na moim udzie niczym imadło, a druga prześlizgnęła się
najpierw po plecach, później przez całą szerokość talii i w górę wzdłuż boku,
aż poczułam, jak gorące palce Gastona zaczęły wsuwać się pod sukienkę.
Dokładnie na wysokości piersi. Serce tłukło mi się o żebra, jakby krew, którą
pompowało, posiadała moc rozpuszczenia lodowej powłoki, pod którą się
znalazłam. Mogłam tylko rozpaczliwie mrugać i powtarzać w głowie: to się nie
dzieje, to się nie dzieje. Dopiero w momencie, gdy ciepły, kwaśny oddech
otulił mi twarz, odzyskałam władzę nad własnym ciałem. Zdrętwiałymi palcami
oderwałam dłoń Francuza. Ten dotyk parzył, zdawał się wypalać dziurę w sukience
i na szczycie uda jak żarzący się okruch z kominka, który spadł prosto na
dywan.
Pierwszy
raz doznałam tak intensywnego wyrwania z ciała — jak gdyby nagle
stało się za duże, niepasujące, niemożliwe do opanowania.
A on
jakby nie czuł tego oporu. Już całował moje martwe usta, próbował wsunąć przez
nie język i ocknął się dopiero w momencie, gdy ręka sama wystrzeliła w stronę
jego policzka. Obca. Zupełnie poza kontrolą.
Nigdy
nikogo nie uderzyłam. Nie spodziewałam się, że aż tak zaboli. Wcisnęłam
pulsującą od wewnątrz dłoń między nogi, jakbym chciała ukryć narzędzie zbrodni — tym
właśnie była. Mówiły mi to oczy Gastona, gdy ten natychmiast poderwał się z
murku.
Nie
byłam w stanie się poruszyć, choć jego brwi, usta, czoło, cała twarz mówiły mi,
co wydarzy się za ułamek sekundy. Moulin uniósł powoli dłoń do policzka, chyba
chcąc się upewnić, że to, co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę, a
potem…
Potem
natarł na mnie, poczułam mocne pchnięcie, dwie rozpalone do czerwoności żelazne
rękawice miażdżące mi ramiona, krzyknęłam, fiknęłam do tyłu i uderzyłam plecami
w coś twardego. Woda zalała mi usta, wdała się do nosa, wydawała się pochłaniać
niczym ogień.