Choć
już dawno przywykł do skóry Moody’ego, czuł się zaskakująco dziwnie w jego
przebraniu w Wielkiej Sali pośród tych wszystkich wyelegantowanych i tańczących
gości. Szata wyjściowa, jaką znalazł w kufrze, prezentowała się w najlepszym
wypadku przyzwoicie, a na ciężkim, nieforemnym ciele Szalonookiego wyglądała
jak mnisi habit z czasów średniowiecza. Nie żeby Barty’emu w tym momencie
zależało na wystrojeniu się. Po prostu wolał nie zwracać na siebie
uwagi, a eks-auror o wątpliwej urodzie i jeszcze bardziej dyskusyjnej opinii
pasował do balu bożonarodzeniowego jak pięść do nosa — zwłaszcza w
porównaniu z Filiusem Flitwickiem czy Albusem Dumbledore’em.
Crouch
musiał to przed sobą przyznać — wyłączając Pottera, przyszedł tu wyłącznie
dla Macy. I z całą pewnością (musiał to sobie co jakiś czas powtarzać) nie
chodziło o to, żeby zachwycać się jej elfią urodą i tym, jak eterycznie
wyglądała w zwiewnej sukni barwy jasnego błękitu. Teoretycznie nie
wierzył, że dziewczyna mogła być lojalna. Nie w trakcie dobrej zabawy i po
alkoholu.
A
praktycznie?
Po
godzinie czy dwóch musiał to przyznać — zwyczajnie chciał zobaczyć ją
w innej odsłonie. I dobrze wiedział, że Macy Rosier prędzej wystąpiłaby nago
przed tymi wszystkimi ludźmi niż zdradziła ich pana.
Natychmiast
wbił wzrok w Hagrida, byle tylko nie myśleć o nagiej Macy. Tak, widok Hagrida — niezbyt
świeżego i podchmielonego — zadziałał jak należy. Barty starał się
nie spuszczać z Pottera swojego szalonego oka, ale działało to wyłącznie do
chwili „poluzowania zasad”, jak profesor McGonagall zwykła to nazywać w pokoju
nauczycielskim. Chłopak niechętnie tańczył i wydawał się przytłoczony własną
sławą, hałasem, partnerką i bawiącym się tłumem, dlatego też raz-dwa zniknął
wraz z kolegą w okolicach sali wejściowej. Być może Croucha zaniepokoiłaby
również nieobecność Karkarowa, gdyby nie Snape, który nie odstępował dyrektora
Durmstrangu na krok — i tak obserwowali się nawzajem, udając, że nie
zdawali sobie sprawy z tego, że sami byli obserwowani.
A on — ile
by nie walczył — w końcu musiał przyznać, że poza Potterem, Snape’em
i Karkarowem łowił wzrokiem jeszcze jedną postać, która ani trochę nie zdawała
sobie z tego sprawy.
Nie
potrafił określić uczuć, jakie się w nim budziły, kiedy widział Macy w tańcu.
Choć nie emanowała energią głównej bohaterki, Barty widział tylko ją. I ani
olśniewająco piękne Francuzki, ani ociekająca seksapilem koleżanka w czerwieni
nie stanowiły niczego ponad tło.
Jaskółka — jako
pierwsza przyszła mu do głowy. W ten sposób się poruszała. Lekko, radośnie, ni
to frunąc, ni płynąc, a on, choć uwięziony w drewnianym, oziębłym ciele starca,
nie potrafił nie czuć ognia, który zaczynał się tlić w jego własnej
młodzieńczej duszy. Najpierw ledwo tlący się żar, a potem — z rozmowy
na rozmowę, ze spotkania na spotkanie — coraz śmielej rosnący
płomień.
I
ani trochę mu się to nie podobało.
Mocując
się z tymi rozważaniami, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dziewczyna
ruszyła samotnie w kierunku wyjścia, więc i on zmusił to cielsko do ruchu.
Korciło go, by zaskoczyć ją gdzieś samą, zobaczyć w oczach uciekający blask
swawoli spowodowany alkoholem — ot, po prostu ujrzeć Macy tak inną od
tej, którą widywał na co dzień na korytarzach, ale to się nie
kalkulowało.
Zbyt
duże ryzyko, przemknęło mu przez myśl echo paranoi — sam
już nie wiedział, jego własnej czy Moody’ego.
Wybrał
się więc na spacer, utrzymując odpowiedni dystans. Nie musiał mieć jej
bezpośrednio w zasięgu wzroku. Magiczne oko samo śledziło dziewczynę, tak, jak
gdyby posiadało już swoją własną świadomość, nawet wtedy, gdy Krukonka zniknęła
między krzewami róż, zagłębiając się coraz bardziej w zimowy ogród. Chłód
delikatnie łaskotał pobliźnioną twarz Moody’ego, choć różnica temperatur była
uderzająca. Crouch odetchnął bezgłośnie, rozkoszując się mroźnym, orzeźwiającym
powietrzem.
Gorąco — kolejna
rzecz po huku, niepewnym podłożu i tłustych potrawach, jaką źle znosił w ciele
emerytowanego aurora.
Olbrzymia,
urzekająco piękna lodowa grota, nad którą pracował z resztą nauczycieli przez
całe popołudnie, zachęcała do sekretnych amorów, ale magiczne oko zwinnie
omijało poukrywane w zaroślach pary. Barty zboczył ze ścieżki między gęsto
rosnące krzaki, czując na sobie uważny wzrok spacerujących i dopiero po kilku
krokach dobiegły do niego dwa przyciszone, pełne napięcia męskie głosy.
Znajome
głosy.
— …niepotrzebne
zamieszanie, Igorze. Jak zwykle zanadto przeżywasz.
— A
ty jak zwykle niepoprawny optymista, Severusie. Nie udawaj, że nic się nie
dzieje! Na początku faktycznie myślałem, że mi się wydawało, ale teraz… nie
ukrywam, że zaczyna mnie to niepokoić… i to poważnie…
— Więc
uciekaj. Wyjedź, a ja jakoś cię wytłumaczę, ale zamierzam zostać w Hogwarcie.
To moja ostateczna decyzja.
Umilkli,
a spokojne kroki, które zaczęły się oddalać, nagle coś wzburzyło i zarys
wysokiej sylwetki Snape’a, który Crouch widział przez żywopłot, ruszył żwawo w
kierunku różanej gęstwiny, by wypłoszyć z niej dwójkę nastolatków.
— A
wy co tu robicie?
Barty
musiał wytężyć słuch, żeby z szumu niedalekiej fontanny wyłowić odpowiedź
jakiegoś chłopca.
— Spacerujemy
sobie. — Chyba Weasley. A ten drugi niższy to zapewne Potter. — A
co, już nie wolno spacerować? To chyba nie jest zabronione?
— No
to sobie spacerujcie — warknął Snape i ruszył dalej.
Obaj
z Karkarowem wciąż pozostawali doskonale widoczni, ale szmer rozmowy stał się
zupełnie niezrozumiały, więc Barty ruszył za nimi. Serce zabiło mu mocniej, bo
choć kilkakrotnie przyłapał ich na rozmowie, ta jeszcze nigdy nie wydawała się
tak zażyła.
— Co
właściwie tak cię martwi? — Spotkanie Gryfonów chyba dało Snape’owi
do myślenia, bo zniżył głos do szeptu. — Mam ci przypomnieć, czego nauczałeś,
zanim zostałeś dyrektorem?
Karkarow
poruszył się niecierpliwie, a ręka powędrowała mu do koziej bródki, którą
zaczął podskubywać.
— A
co to ma do rzeczy? — zapytał opryskliwie.
— Między
innymi to, że niektóre rodzaje magii mają wciąż liczne nieodkryte ścieżki,
Igorze. I ich efekty na ciele jeszcze przez wiele lat mogą dawać się we znaki.
Z różnych powodów.
Ten drugi
syknął, ale nic na to nie odrzekł. A może padła jakaś odpowiedź, tylko złość,
jaka uderzyła Crouchowi do głowy, zagłuszyła to głośnym szumem? Krew zawrzała
mu w żyłach, zazdrość zapiekła w gardle i musiał głęboko odetchnąć, by nie
zdradziło go sapanie. To, co usłyszał, wystarczyło, by zrozumiał, o czym
rozmawiali ci dwaj głupcy.
Głupcy
i ignoranci, właśnie tak, skoro dyskutowali o tym w środku bożonarodzeniowego
balu na ścieżkach obleganych przez zakochane pary. Karkarow czuł, jak palił go
jego Mroczny Znak, domyślał się, że coś miało się wydarzyć. Musiał, skoro
doświadczał tego również Glizdogon. I Snape też. Cokolwiek można było
powiedzieć na temat zdrajcy, który od lat grzał się pod peleryną Dumbledore’a,
Barty nie mógł odmówić mu spostrzegawczości.
Tylko
pytanie: nie chciał się do tego przyznać czy takie otrzymał polecenie?
Przystanął,
pozwalając mężczyznom się oddalić. Zazdrość paliła go w gardle jak płomienie
nie do ugaszenia. Nie dał rady tego słuchać — on, który jako jedyny
zasługiwał na znak swego pana, a przedramię miał nagie, nieoznaczone, tymczasem
oni, zdrajcy, przechadzali się teraz kwiatowymi alejkami, narzekając na
dolegliwości związane z Mrocznym Znakiem.
Ze
znakiem, którego on, Bartemiusz Crouch, nie miał szans poczuć. Dowiedzieć się,
jak to jest, kiedy on się odradza, rośnie w siłę…
Ostry
dźwięk kobiecego krzyku przeszył noc. Rozpaczliwego, pełnego desperacji — takiego,
z jakim walczy się o życie. Barty ocknął się jak wyrwany z płytkiego snu. Nagle
poczuł się tak, jakby miał gorączkę. Wystrzelił z zarośli na tyle żwawo, na ile
pozwalała mu drewniana noga, nie zważając, że Snape i Karkarow ruszyli w tym
samym kierunku.
*
Nigdy
nie użyłam żadnego ofensywnego zaklęcia przeciwko człowiekowi, a jednak to był
pierwszy odruch, kiedy tylko znalazłam się pod wodą. Nagle zrobiło mi się we
własnym ciele potwornie gorąco i niewygodnie, a ręce Francuza momentalnie
oderwały się od mojego gardła — dokładnie jak po zetknięciu się z
rozgrzaną do czerwoności blachą. Wierzgnęłam rozpaczliwie nogami, nie zważając
na to, że jedną z nich zaczepiłam o coś twardego i szorstkiego.
Wszystko,
byle tylko znów zaczerpnąć powietrza.
Dźwignęłam
się z trudem, mając wrażenie, że jakaś ogromna siła nie przestawała ściągać
mnie z powrotem w dół, ale panika zupełnie przyćmiła mi umysł. Wyszarpnęłam z
kieszeni różdżkę i, niewiele myśląc, łupnęłam w chłopaka zaklęciem. Sama nie
wiedziałam jakim, ale coś przecięło z gwizdem powietrze, ciemność rozproszył na
moment czerwony, oślepiający blask, rozległ się huk padającego bez życia ciała
i zapadła głucha cisza.
Dopiero
zbliżające się przyśpieszony kroki sprawiły, że odzyskałam ostrość widzenia.
Cała ociekałam wodą. Okazało się, że to nasiąknięty materiał spódnicy ciągnął
mnie w dół i prawie znów wylądowałabym pod powierzchnią, gdyby ktoś nie pomógł
mi wygramolić się z fontanny. Czyjeś lodowate, niedelikatne ręce złapały mnie
pod ramiona i szarpnęły z całej siły, a ja, choć przerażona i zdezorientowana,
poddałam im się, nie potrafiąc dłużej panować nad omdlałym, przemarzniętym
ciałem. Skostniałymi palcami, wciąż desperacko ściskając różdżkę, odgarnęłam z
twarzy strąki mokrych włosów. Oddech zamierał mi na ustach — powietrze
było jak setki tysięcy igiełek.
I
ten wrzask. Przepotworny wrzask nie do zniesienia.
— Spisek!
To jest spisek i napad! Tym się musi zająć Międzynarodowa Konfederacja
Czarodziejów! To jest jawna agresja przeciw delegacjom!
— Żyjesz,
Savour? — warknął Snape. To on musiał wyciągnąć mnie z wody, ponieważ
rękawy do łokci miał przemoczone. — Co się tu wydarzy…?
Urwał,
ucichło też trajkotanie Karkarowa, bo na scenę wkroczył ktoś jeszcze. Śnieg
tłumił charakterystyczne postukiwanie, ale choć w uszach wciąż mi dzwoniło,
natychmiast rozpoznałam kroki Moody’ego. Serce załomotało o żebra, domagając
się wypuszczenia na wolność.
— Zaat-tak-kował
m-m-mnie — wydusiłam z siebie urywanym, ale stanowczym głosem. Nie
byłam w stanie powstrzymać dygotania i szczękania zębami.
— Akurat! — Znów
ten sam zjadliwy skrzek. — To jest podstępny, zmasowany atak
przeciwko potencjalnym i niedoszłym reprezentantom!
— T-to
b-b-był at-tak przec-ciwko m-mnie! — wykrzyknęłam, patrząc na niego
ze złością.
Zagotowało
się we mnie, wszystko w środku krzyczało, rwało się do obrony, choć jeszcze
minutę wcześniej nie byłam w stanie się poruszyć. Spojrzałam na Szalonookiego i
Snape’a — sama nie wiedziałam, czy w prowokująco, czy w poszukiwaniu
wsparcia — a pierś falowała mi w rwanym oddechu. Byłam przekonana, że
jeszcze sekunda tej pełnej napięcia ciszy i się rozpłaczę, ale Crouch jako
pierwszy ją przerwał. Wyciągnął różdżkę i jednym ruchem wysuszył mi włosy i
szatę. Pod wpływem rozkosznie gorącego podmuchu znów na moment straciłam dech i
choć przeszywające zimno zniknęło, wciąż niekontrolowanie drżałam.
— Zmasowany
atak! — zagrzmiał Moody, kierując swoje zdrowe i magiczne oko na
dyrektora Durmstrangu. — I co jeszcze? Może to wszystko na zlecenie
Dumbledore’a, co? Posłuchaj sam siebie, Karkarow!
— No
to co teraz? — syknął, niecierpliwie gładząc kozią bródkę.
— Trzeba
obudzić chłopaka i zobaczyć, co ma na ten temat do powiedzenia — wtrącił
rzeczowo Snape i wszyscy jak na komendę spojrzeliśmy na ziemię.
Gaston
leżał z twarzą w śniegu i z nogami wykrzywionymi pod nienaturalnym kątem. Na
ten widok poczułam nieprzyjemny skurcz żołądka, ale koniec różdżki nauczyciela
eliksirów zamigotał na niebiesko i Francuz poderwał się, zaczerpnąwszy
gwałtownie powietrza, jakby i on dopiero co wynurzył się z wody. Popatrzył po
wszystkich ogłupiałymi, na wpół przytomnymi oczami, dopiero na mój widok twarz
mu stężała i wydłużyła się.
— Ty…
ty atakowała mje…?
— Nie
bez powodu. Napadłeś na mnie — przerwałam mu podniesionym głosem i
znów spojrzałam na Snape’a, jak gdyby to w jego rękach leżało wydanie
wyroku.
Tymczasem
chłopak zaśmiał się pusto.
— Ja?
Atakował? Co za obzidliwi kłamstwo! — zawołał, zrywając się na równe
nogi. — Pourquoi? Bo jak od razu chlopak, to musi coś
zrobici?
Już
otwierałam usta, ale nie zdążyłam odpowiedzieć, bo na ścieżce w oddali rozległy
się kolejne szybkie kroki i spomiędzy różanych krzewów wyłoniła się Nelly.
Miałam wrażenie, że serce, które do tej pory biło jak oszalałe, zamarło i,
zerwawszy się ze sznurka, opadło jak martwe na dno żołądka.
Każdy,
tylko nie Nelly.
— Macy,
tu jesteś… co się stało? Gaston, co wy tu…?
— C’était
sa faute! Przyszlimy tu tilko pomówić, potem ona chciała całowaci mje, a
kiedy ja odepchnął, ona poleciała do wody i biła zła, rzuciła zaklęcie! To ona
wszystko!
Krew
uderzyła mi do głowy z taką siłą, że byłam pewna — lada moment
tryśnie uszami. Postąpiłam krok do przodu, wpatrując się w przyjaciółkę. Nie
dbałam o to, co pomyśli Snape, Karkarow, nawet Crouch — była tylko
ona. Wbiła we mnie błagalny wzrok ponad trzęsącymi się wargami.
— To
nieprawda! — Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek tak krzyczała. — Poszłam
na spacer SAMA, a on się do mnie przysiadł. Był pod wpływem alkoholu, zaczął na
mnie napierać, nie słuchał, więc go uderzyłam i wtedy wepchnął mnie do
fontanny! Musiałam się bronić!
— C’est
un énorme mensonge, oui! Ona kuamie! Kuamie jak zła!
— Ty
bezczelny… bezczelny, okropny… dupku…! — roztrzęsiona wypluwałam z
siebie kolejne epitety. Nie było mi już zimno. Płonęłam ze złości i poczucia
niesprawiedliwości, a różdżka, którą wciąż trzymałam w dłoni, wystrzeliła
cieniutkim płomyczkiem ognia prosto w zaśnieżony trawnik. — Nelly, on
mnie nigdy nie interesował! Prędzej dałabym się pokroić!
Ale
ona już zaczęła głośno szlochać, zanosząc się i czkając. Zrobiła się awantura.
Gaston próbował przekrzyczeć swoją dziewczynę, bełkocząc coś po francusku,
Karkarow próbował ich uciszyć, a ja zamarłam w szoku na widok pierwszych
pojawiających się w oddali zaciekawionych twarzy. Raz jeszcze spojrzałam na
Snape’a, który zacisnął wargi, a minę miał taką, jakby właśnie przekroczył
bramy piekła.
— Cisza — zarządził
lodowato i wszyscy umilkli. Tylko Nelly chlipała cicho, trzęsąc się tak, jakby
to ona dopiero co wylazła z fontanny. — Rozstrzygniemy to w moim
gabinecie. I w obecności profesora Dumbledore’a, jeśli będzie trzeba.
— Idziemy,
chłopcze — warknął Moody, chwytając Gastona za ramię i ciągnąc za
sobą w kierunku schodów. — A ty, Dubois, zasuwaj do zamku po Maxime.
Powinna się dowiedzieć, jakiego wspaniałego ucznia typowała do reprezentowania
swojej szkoły.
Widok
zrozpaczonej twarzy przyjaciółki wywołał we mnie bolesne ukłucie sprzeciwu, ale
nie śmiałam się odezwać. Moody wyglądał przerażająco z wykrzywionymi w zimnej
furii ustami, a energia, jaka od niego biła, zapierała dech w piersiach. I choć
wiedziałam, że pod tą upiorną powłoką krył się ktoś mi przychylny, nie
potrafiłam się odezwać. Bez słowa ruszyłam za Snape’em, modląc się o to, by
wszyscy wciąż byli tak zajęci zabawą, że nie zauważą naszego małego pochodu w
sali wejściowej.
A
mogłam siedzieć sobie w ciszy na szczycie Wieży Krukonów.
Końcówka
balu zmieniła się w koszmar. Przerażająco surowy gabinet Snape’a nie okazał się
lepszy do przesłuchania. Zamiast wspaniałej lodowej groty utknęliśmy w burej
klitce z niskim sufitem, ciemność rozpraszało słabe światło świec odbijające
się w słojach pełnych zamarynowanych obrzydliwości, mdły zapach stęchlizny i
ingrediencji przywodził na myśl te wszystkie nieprzyjemne chwile, kiedy jeszcze
chodziłam na eliksiry, a kiedy pojawiła się madame Maxime i profesor Flitwick,
zrobiło się jeszcze ciaśniej. Zostałam zmuszona do szczegółowego przedstawienia
każdego mojego kroku od momentu opuszczenia Wielkiej Sali. Czułam na sobie
wzrok tej nietypowej widowni, ale pamiętając plotki dotyczące Snape’a i to, co
mówił Czarny Pan, skupiłam się właśnie na tych czarnych oczach — jedynych
nieruchomych i spokojnych, prawdziwie słuchających. Nie musiałam niczego
wymyślać, po prostu patrzyłam i mówiłam.
Stąpałam
po cienkim lodzie, ale czułam, że akurat Snape zobaczy, co trzeba. Całą prawdę.
Świadomość, że ktoś mógł uwierzyć w kłamstwa Gastona… że Nelly mogłaby w to
uwierzyć, paliła żywym ogniem. Gdy skończyłam, przełknęłam ciężko i wbiłam
wzrok w podłogę. Teraz jedyne, co mogłam zrobić, to czekać, słysząc nieustające
popłakiwanie przyjaciółki. Ten dźwięk kroił mi serce na kawałki. Byłam cała
obolała. Noga, którą wierzgnęłam, żeby wydostać się na powierzchnię, trafiła w
murek i teraz czułam, jak krew płynęła powoli po wewnętrznej stronie łydki.
Powędrowałam ręką do nadgarstka i coś przewróciło mi się w żołądku — brakowało
bransoletki, którą dostałam od Hope. Prawdopodobnie musiała się zerwać podczas
szarpaniny.
Musiałam
zamrugać, żeby powstrzymać łzy. Za dużo tego wszystkiego. Jedyne, o czym
marzyłam, to znaleźć się z powrotem w dormitorium. Sama. Teraz.
— Panna
Savour cieszy się w Hogwarcie nieposzlakowaną opinią grzecznej, uprzejmej i
dobrej uczennicy. Nie mamy jej nic do zarzucenia, a ja jako jej wychowawca mogę
zaświadczyć, że nigdy nie wykazywała się agresją, nie pamiętam, żeby
kiedykolwiek straciła jakieś punkty, nie mówiąc o szlabanie — oznajmił
profesor Flitwick piskliwym, choć pewnym głosem. — Czy madame Maxime,
z całym szacunkiem i sympatią, może powiedzieć to samo o panu Moulinie?
Ze
ściśniętym sercem przysłuchiwałam się nerwowej rozmowie pani dyrektor i
Gastona, a francuski, jakim się porozumiewali, nie brzmiał już jak radosna
paplanina. Wręcz przeciwnie, niezrozumiałe bełkotanie nie było ani trochę
przyjemne dla ucha i tylko po minie Nelly — nabierającej coraz
bardziej płaczliwych kształtów — wywnioskowałam, że nie padło tam
nic, co by ją uspokoiło. W końcu madame uniosła wielką, przyodzianą w opale
dłoń i chłopak urwał, a kobieta odchrząknęła i przemówiła surowym, nieznoszącym
sprzeciwu tonem:
— Moi
uczeń istotnie przyznai, że do incident przy fontannie doszło z jego
inicjatiwi. Cependant, Mouline rozumiał, że ma przizwolenie od panny
Savour.
Potrząsnęłam
głową, gdy znów wszystkie oczy w gabinecie zwróciły się na mnie.
— Nie
dostał przyzwolenia. Dałam mu to jasno do zrozumienia — oznajmiłam
równie stanowczo. — Uderzyłam go w twarz.
Byłam
wdzięczna Snape’owi, że usadził mnie dokładnie przed swoim biurkiem. Nie
byłabym w stanie znieść widoku Nelly. Jej obecność tutaj wydała mi się jakimś
cynicznym żartem.
— Tak
było? — zapytał nauczyciel eliksirów, a kiedy pełna napięcia cisza
zaczęła się przeciągać, Moody wystrzelił do przodu i chwycił Gastona za
ramię.
— Tak
było?! Odpowiadaj, bo jako bożonarodzeniowy prezent zafunduję ci noc w
areszcie! — ryknął, aż zadzwoniły słoje na półkach.
— Ależ
prosi, professeur Moody, nie straszi moi uczeń!
— Nie
straszę, jedynie uświadamiam pani ucznia, gdzie może się to dla niego skończyć!
Przed Wizengamotem, jeżeli panna Savour zdecyduje się to zgłosić! A to tylko
początek, bo zważywszy na pochodzenie napastnika, sprawa prawdopodobnie otrze
się o Międzynarodową Konfederację Czarodziejów! Tak więc ja tylko ostrzegam,
droga pani, tylko ostrzegam! Śledztwo to nie jest zabawa.
Wiedziałam,
że odegranie Szalonookiego Moody’ego wymagało od Croucha podania tego argumentu — i
chyba słusznie, ponieważ skutecznie zamknął usta pani dyrektor — ale
na samo wspomnienie o sądzie włosy stanęły mi dęba. O ile jeszcze przed chwilą
każda komórka mojego ciała krzyczała o sprawiedliwość, wyobrażenie sobie drogi,
jaką musiałabym przejść, żeby udowodnić winę Gastona… być może zeznawać pod
wpływem jakiegoś eliksiru prawdy lub stanąć twarzą w twarz z zawodowym
legilimentą…
Dziękowałam
Bogu za krzesło, bo na moment cały gabinet zrobił się czarny.
Wyglądało
na to, że płomienne przemówienie eks-aurora zrobiło na wszystkich wrażenie, bo
ani madame Maxime, ani Karkarow, ani cała reszta zgromadzonych więcej się nie
odezwała, tylko Francuz mamrotał jakieś niewyraźne przyznanie się do winy. W
powietrzu zawisło jakieś niedopowiedzenie, które — byłam pewna — profesor
Dumbledore wypełniłby czymś pouczającym i błyskotliwym. Tkwiliśmy tak w
milczeniu, dopóki Snape nie zdecydował się zabrać głosu:
— W
innej sytuacji należałoby poinformować opiekunów, natomiast mamy do czynienia z
osobami dorosłymi, więc decyzja należy do panny Savour.
Decyzja
należy do panny Savour — ani jedno zdanie, jakie
padło tego wieczora, tak nie zapiekło.
Obróciłam
się, ale nie popatrzyłam na Nelly. Spojrzałam na Moody’ego, którego niebieskie
oko nie schodziło z Karkarowa, ale czarne wpatrywało się we mnie. Żadnej
pomocy, ani jednego ruchu głową, którym mogłabym się podeprzeć. Tylko ja i moja
decyzja.
— Nie…
nie chcę tego nigdzie zgłaszać — odparłam prawie szeptem, zerkając na
madame Maxime. — Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego, to
wszystko.
Wcale
mi nie ulżyło, choć odniosłam wrażenie, że atmosfera w gabinecie stała się
odrobinę mniej gęsta — jakby wszyscy liczyli, że rozejdzie się po
kościach. Snape zalecił, bym nad wszystkim się zastanowiła, a profesor Flitwick
zaproponował, że odprowadzi mnie do Wieży Krukonów. Chętnie z tego
skorzystałam. Przemykając przez hol, nawet nie spojrzałam w stronę Wielkiej
Sali. Słysząc śmiechy i dudniącą ze środka muzykę, czułam się jak w równoległej
rzeczywistości — za otwartymi drzwiami ludzie świetnie się bawili, a
ja szłam do dormitorium jak na skazanie.
Czy
to ukłucie sumienia było normalne? Przecież nie zrobiłam nic złego.
A
może jednak…?
Profesor
Flitwick współczuł mi przez całą drogę, ale i on musiał w końcu przyznać, że
najlepiej byłoby poruszyć ten temat z Dumbledore’em — czego obawiałam
się najbardziej i wiedziałam, że nie dało się od tego uciec. Grzecznie
odmówiłam wizyty w skrzydle szpitalnym, choć przetarcie na łydce nadal piekło.
Podziękowałam za towarzystwo i pożegnałam go z bladym uśmiechem, znikając za
drzwiami ciemnego, pustego pokoju wspólnego.
To
właśnie wychodziło mi najlepiej. Sprawianie wrażenia.
*
Przez
całą noc nie zmrużyłam oka. Bez niczyjej pomocy naprawiłam nogę, doprowadziłam
do porządku zwichrowane włosy, pozbyłam się resztek makijażu, zrujnowaną suknię
schowałam na samo dno kufra i choć wszystko wyglądało tak, jakby bal nigdy się
nie odbył, czułam się dziwnie wylękniona. Ostatecznie po rozmowie z dyrektorem
wszystko zostało zamiecione pod dywan — tak, jak życzyła sobie tego
madame Maxime. A ja, mimo że byłam wdzięczna za pozorny spokój, nie potrafiłam
pozbyć się pęcherzyka niepokoju, który zalągł mi się w klatce piersiowej.
Normalnie
wykorzystałabym to powolne popołudnie na spacer po Zakazanym Lesie, ale bałam
się — sama nie wiedziałam czego bardziej: spotkania z Gastonem czy z
Nelly. Wracając z gabinetu dyrektora, poczucie bycia niewidzialną towarzyszyło
mi bardziej niż zwykle. I pewnie gdyby nie liścik, który sowa upuściła podczas
obiadu na mój talerz, możliwe, że zaczęłabym w to wierzyć. Gaston nawet nie
spojrzał w stronę miejsca, na którym siedziałam. Nelly nie zjawiła się na
żadnym z trzech posiłków, a ja nie miałam pojęcia, co robić. Przed zmrokiem
wybrałam się na błonia, ale na miejscu nie było już ani fontanny, ani
bransoletki.
Drugi
dzień świąt był męczarnią.
Długo
się wahałam, czy odpowiedzieć na zaproszenie Croucha, ale ostatecznie zjawiłam
się pod jego drzwiami zaraz po godzinie policyjnej, licząc na jakieś informacje
zza stołu nauczycielskiego. Z zaskoczeniem odkryłam, że otworzył mi w
pelerynie-niewidce, co szybko się wyjaśniło, gdy ją zdjął. Zamiast potworzastej
gęby Moody’ego spod połyskliwej tkaniny wyłoniła się blada twarz młodzieńca.
Niepewnie ruszyłam za nim do sypialni nauczyciela i westchnęłam z wdzięcznością
na widok pogrążonego w półmroku pokoju. Huczący w kominku ogień i garść świec
na stoliku stanowiły jedyne źródło światła, a ja — choć nie lubiłam
ciemności — w tym momencie pragnęłam zaszyć się w niej jak
najgłębiej. Zwłaszcza teraz, kiedy Barty nie spuszczał ze mnie wzroku. Możliwe,
że to ze względu na przyzwyczajenie, ale wydawał mi się po tysiąckroć bardziej
przenikliwy niż u Moody’ego.
Skrępowana
przysiadłam na brzegu fotela, czując w powietrzu rosnące napięcie. Z
niewiadomych przyczyn Crouch nie mógł znaleźć dla siebie miejsca, kręcąc się
nerwowo przy kominku i już zaczęłam nabierać podejrzeń, że moja próba
podetknięcia Snape’owi wybranego wspomnienia nie poszła po mojej myśli, kiedy
Barty, o dziwo, wyrzucił z siebie tylko jedno słowo.
Przepraszam.
— Za
co? — spytałam szczerze zdumiona.
Nigdy
dotąd nie przepraszał, a i ja nie sądziłam, by był do tego zdolny.
— Szedłem
za tobą. Wczoraj przed zamkiem. Nie pytaj dlaczego. Chyba przeczucie.
Rozproszył mnie Snape i Karkarow, więc ruszyłem za nimi.
Potrzebowałam
chwili, żeby zrozumieć.
— Nie
ma potrzeby przepraszać — odparłam, wpatrując się w zaciśnięte na
podołku ręce. — Nie musiałeś mnie pilnować. Potrafię o siebie zadbać.
Ale dziękuję, to było…
Nie
potrafiłam określić jakie. Zobowiązujące? Krępujące? Urocze? A może
wszystko na raz? Nigdy dotąd nie doświadczyłam czegoś podobnego — by
ktoś się o mnie troszczył. Tak naprawdę, z potrzeby serca, jakby naprawdę mu
zależało. Kiedy to sobie uzmysłowiłam, poczułam w brzuchu coś nowego — słodkiego
i ciepłego, podobnego do tego jak wtedy, kiedy wracaliśmy z Crouchwood Hall i
Crouch wspomniał o mojej wytrwałości. Podniosłam głowę, gdy sapnął z frustracją
i znów zaczął chodzić tam i z powrotem wzdłuż paleniska.
— Dumbledore
powinien rozpędzić ich wszystkich na cztery wiatry. Moulina, jego świętojebliwą
dyrektorkę-olbrzymkę, Karkarowa i pozostałych — mamrotał.
— Sytuacja
rzeczywiście była nieprzyjemna, ale dam sobie z tym radę — wtrąciłam,
zanim się rozkręcił. Rozczuliło mnie, że tak się tym przejął, ale nie
rozumiałam jego złości. — Martwię się tylko jednym. Nie wiem, jak
rozmawiać z Nelly. Nie widziałyśmy się od wczoraj, podejrzewam, że mnie
unika.
Wrogie
iskierki, jakie przez ułamek sekundy rozbłysły mu w oczach, nijak miały się do
tego, co powiedział.
— Zrozumie.
Nie zrobiłaś nic, o co mogłaby się gniewać.
— Często
się zdarza, że ludzie gniewają się nie na tych, na których powinni, ale na
tych, na których łatwo się gniewać.
Ze
zdziwieniem spostrzegłam, że się roześmiał. Przeszedł przez pokój, by
przykucnąć przy fotelu i uścisnąć lekko moją rękę. Serce natychmiast podjechało
mi do gardła i zabiło mocniej, tak, że w pierwszej chwili chciałam się odsunąć.
Nie lubiłam takiego dotyku, ale gdy pierwszy nieprzyjemny dreszcz minął, zdałam
sobie sprawę, jak miękka, ciepła i sucha okazała się skóra dłoni Croucha.
— Na
kogo jak na kogo, ale na ciebie bałbym się gniewać — rzekł z humorem. — Wprowadzasz
w życie zasady Moody’ego lepiej niż sam Moody. Możesz być dumna.
Idąc
tu, nie spodziewałam się, że tak łatwo uda mu się podnieść mnie na duchu. Nie
podejrzewałam, że w ogóle spróbuje, bo dlaczego by miał? Nie czułam w tej
drużynie wyrównanych sił. Barty nie korzystał na współpracy ze mną. To ja
korzystałam na znajomości z nim. Uczyłam się, obserwowałam geniusza przy pracy,
ale to on przepraszał, że nie zdążył z pomocą. Jakbym była księżniczką w
opałach.
Na
samą myśl zachciało mi się śmiać.
— Wspomniałeś
o Snapie i Karkarowie — odezwałam się, gdy Crouch wrócił pod kominek
i wznowił swój znacznie spokojniejszy spacer.
— Snape
i Karkarow to byli śmierciożercy — rzekł, wpatrując się w ogień. Ton,
jakim Barty wypowiedział te słowa, nosił w sobie znamiona pogardy, ale
pozostawał zaskakująco spokojny.
— Co
ty opowiadasz?! — wymsknęło mi się. — I co, gawędzili sobie
o tym wczoraj podczas balu?
Ta
wiadomość spadła na mnie tak nieoczekiwanie, że w pierwszej chwili przyjęłam ją
jak teorię spiskową, lecz Crouch nie wyglądał, jakby żartował. Przytaknął z
ironią i chyba nawet nieco się uśmiechnął, choć oczy wciąż pozostawały
nieruchomo utkwione w płomieniach. Zamyślone. Nieobecne.
— Snape
zdradził naszego pana pod sam koniec wojny, a Karkarow umknął za granicę, gdzie
poukładał sobie życie, kiedy Czarny Pan zniknął. I wygląda na to, że teraz
czują, że coś się zbliża.
— Czują?
W jaki sposób? — Dopiero po sekundzie wydało mi się to oczywiste. — Przez
Mroczny Znak, tak? Czy Czarny Pan domyśla się, że oni wiedzą?
— Z
całą pewnością wie. Glizdogon ma Mroczny Znak, skarżył się, że znak zaczął się
uaktywniać, odkąd nasz pan odzyskał szczątkowe ciało.
— I
co teraz?
— Nic. — Obrócił
się i uderzyło mnie, jak opanowany się wydawał. — Mamy rozkaz skupić
się na Harrym Potterze, nie na Snapie. Nie ukrywam, że jest to pewien dar od
losu. Snape i Karkarow wiedzą, że Moody zna ich przeszłość. Zeznawał przeciwko
nim przed Wizengamotem, Karkarowa samodzielnie umieścił w Azkabanie, co daje
nam pewną ochronę. Snape i Karkarow będą unikać Moody’ego, ile się da.
— Dobrze,
ale co z ich znakami? Skoro Snape czuje, że coś się zaczyna, to oznacza, że
Dumbledore też wie…
Zamilkłam,
widząc, jak się uśmiechnął. Cynicznie, kącikiem ust, jak gdyby wszystko szło
dokładnie tak, jak miało iść.
— A
jak myślisz, skąd Moody w Hogwarcie?
Na
pierwszy rzut oka wydawało się, że układanka była kompletna — zwłaszcza
wtedy, kiedy opowiadał o tym Crouch, ale gdy kwadrans później wymknęłam się z
gabinetu na drugim piętrze, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że brakowało
jednego elementu. Owszem, istniała szansa, że po prostu miałam go nie
poznać, ale sam fakt, że Snape nosił na przedramieniu znak Lorda
Voldemorta…
Przypomniałam
sobie sposób, w jaki patrzył na mnie wczoraj w lochach, te wszystkie plotki o
czytaniu w myślach, nieprzenikniony wyraz twarzy, niechęć do dzieci z
mugolskich rodzin, ta jego śliskość…
Tak.
To pasowało do Snape’a.
Wolałam
o tym nie myśleć, co z perspektywy ostatnich wydarzeń okazało się w dormitorium
całkiem proste. Jutro porozmawiam z Nelly, a później… później się zobaczy.
Wciąż mieliśmy zadanie do wykonania.
Miejsce,
którego dotykała dłoń Barty’ego, wciąż delikatnie łaskotało, ale nie było to
nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie — naprawdę chciałam, by nadal to
trwało.
*
Dostałam
szansę już następnego dnia. Nie zdążyłam sobie nawet nalać herbaty, a w
Wielkiej Sali już pojawił się pochód z madame Maxime na czele. Już się
pogodziłam, że jej widok do końca będzie wywoływał sensacje w moim żołądku, ale
ten skurczył się jeszcze mocniej, gdy spośród tłumu Francuzów wyłowiłam tę
jedną upragnioną twarz. Wszystko się we mnie spięło. Do samego końca liczyłam
na to, że Nelly usiądzie na wolnym miejscu tuż obok, ale nie. Spoczęła po
drugiej stronie przy Pameli Redmoss, a krzesło po mojej prawicy zajęła Fleur
Delacour, pogrążona w swobodnej dyskusji z Damiette Picard i resztą koleżanek.
Tak, jak się spodziewałam, żadna nawet na mnie nie spojrzała, ale nie było w
tym ani krztyny wrogości — przypuszczałam, że w powozie Beauxbatons
poza Dubois, Moulinem i ich dyrektorką nikt nie poznał historii o
fontannie.
Wzięłam
sobie za punkt honoru poruszyć dziś ten temat, lecz nie miałam pojęcia, jak to
zrobić. Przez całą noc nie wymyśliłam niczego sensownego, a widok przyjaciółki
wymazał wszystkie zalążki planów, jakie lęgły mi się z tyłu głowy. Spoglądałam
na Nelly, ona spoglądała na mnie i tak do końca posiłku, podczas którego tylko
udawałam, że jadłam.
Ona
chyba też.
Śniadanie
było męczarnią. Ciągnęło się potwornie prawie pół godziny dłużej, jak gdyby
ferie świąteczne zobowiązywały wszystkich do dłuższego siedzenia przy stole.
Dopiero kiedy madame Maxime zeszła z nauczycielskiego podium, jej uczniowie — jeden
po drugim — opuszczali Wielką Salę i dopiero w tym momencie Nelly
drgnęła. Serce drżało mi jak wielka, wprawiona w ruch guma, kiedy kątem oka
śledziłam każdy krok dziewczyny.
— Możemy
porozmawiać, kiedy zjesz…?
— Już
zjadłam — odpowiedziałam, nim skończyła pytanie.
Za
szybko, zbyt desperacko, ale wszystko się we mnie skręcało. Nigdy nie czułam
czegoś podobnego — tak wszechogarniającej nadziei i strachu przed
stratą jednocześnie. Wydostałam się zza stołu i na drżących nogach
pomaszerowałam za Nelly, która szła przez moment w milczeniu, aż znalazłyśmy
się w korytarzu prowadzącym do kantorka woźnego — najbardziej
odludnej części parteru.
Francuzka
odchrząknęła cicho, ale to ja zaczęłam.
— Jak
się czujesz? Nie widziałam cię wczoraj na śniadaniu. Na obiedzie i kolacji
też.
Jej
brwi drgnęły i z jakiegoś powodu na ten widok coś przewróciło mi się w
żołądku.
— Nie
mogłam jeść, więc uznałam, że nie ma sensu przychodzić — oznajmiła.
Automatycznie zwolniła kroku, widząc zbliżający się ślepy zaułek. Zrobiłam to
samo. — Rozmawiałaś z Dumbledore’em?
Nie
miałam pojęcia, skąd to ukłucie wyrzutów sumienia.
— Tak,
wezwał mnie wczoraj po rozmowie z profesorem Flitwickiem — odpowiedziałam,
czując przemożną chęć, żeby się wytłumaczyć. — Chciał poznać moją
wersję i… i dowiedzieć się, co zamierzam, a-ale… ale już go uprzedziłam, że nie
będę tego nigdzie zgłaszać… wyciągać konsekwencji…
Nagle
zatrzymała się i spojrzała na mnie dziwnie teatralnie wytrzeszczonymi oczami.
Kolejna szpila — nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj wszystko
w niej było teatralne. Ironiczne. Oddzielone murem, którego nie potrafiłam
przebić.
— Czyli
się przyznajesz — rzuciła zimno.
— Przyznaję
się? Do czego?
Uniosła
brwi jeszcze wyżej.
— Do
tego, co mówił Gaston. Że próbowałaś go skusić.
— Co?
Cały
mętlik, jaki miałam w głowie od początku śniadania, zupełnie zniknął. Teraz nie
było tam już zupełnie nic. Pusto. Biała ściana. Nie byłam w stanie trafić na
ścieżkę, która zaprowadziła Nelly do tego wniosku.
— Właśnie
to. Nie chcesz niczego zgłaszać, ponieważ wiesz, że to ty jesteś winna — wyjaśniła.
— Co…?
Nie! — Chciałam krzyknąć, ale gardło miałam tak ściśnięte, że wyszedł
z tego tylko ochrypły szept. — Słyszałaś, co powiedział profesor
Moody? Właśnie dlatego nie chcę…
Zamknęła
oczy i machnęła rękami, a ja momentalnie ucichłam, jakby Dubois rzuciła jakieś
zaklęcie.
— Nie.
Je ne veux pas savoir — oświadczyła, kręcąc głową. — Po
prostu nie. Wiedziałaś, co zrobiła mi Delacour. I co? Zrobiłaś mi to
samo.
— Ja
nic nie…
— Ale
DOPUŚCIŁAŚ do tego. Po Gastonie może i mogłam się tego spodziewać, ale po
tobie? Nie. C’est fini.
Obróciła
się i, machnąwszy kucykiem, ruszyła w stronę holu. Tak po prostu. Nawet nie
podniosła głosu, nie wyrzuciła z siebie ani jednej obelgi jak moje
współlokatorki podczas niezliczonych kłótni w sypialni. Nelly odeszła. Nawet
nie obejrzała się za siebie i zrobiła to jak, jakby trzymała moje serce na
sznurku — wystarczyło to jedno zdanie, by je wyrwać i zabrać ze sobą.
C’est
fini.
Przyłożyłam
rękę do mostka, ale nie pomogło, a ja nie wiedziałam, co było gorsze — ból
czy ta pustka. Ziejąca czernią dziura nie do zasypania. Chciałam zaczerpnąć
powietrza, lecz jakiś potworny ciężar niczym kamień blokował możliwość oddechu,
dopóki z piersi nie wydobył się pierwszy niemy szloch. Popędziłam w panice
najpierw na błonia, a później do lasu. Bez zimowych trzewików, bez płaszcza i
szalika, z twarzą mokrą od łez i tonąc po kolana w śniegu na nieoczyszczonej
ścieżce. Nie dbałam o zimno ani o to, czy ktoś mnie zobaczy. Pragnęłam jedynie
zaszyć się gdzieś daleko, najdalej jak się dało, w miejscu pozbawionym ludzi,
bo gdyby nie oni, nie byłoby tego bólu. Nie byłoby końca świata. Brnąc przez
coraz większe zaspy, nie mogłam przestać sobie wyrzucać — od samego
początku miałam rację, nie dopuszczając do siebie nikogo.
Dostałam
nauczkę, ale nie byłam głupia. Nowy semestr rozpoczęłam przeziębiona, ze świeżą
raną, ale spokojna — tak spokojna, jak Nelly, kiedy zrywała naszą
przyjaźń. Oczywiście nie mogłam nie zerkać w stronę powozu Beauxbatons, lecz
nie istniała żadna realna pokusa, by spróbować ratować tę przyjaźń. Nelly
widywałam wyłącznie podczas posiłków. Kontakt z Bartemiuszem ograniczyłam do
minimum. Od naszej ostatniej rozmowy nie pojawiłam się więcej w jego gabinecie,
a zważywszy na zbliżające się Drugie Zadanie, spotykaliśmy się głównie podczas
lekcji.
Wszystko
zdawało się wracać do normy sprzed wakacji. Nauka, kuchnia, ogród, rozmowy
wyłącznie ze skrzatami domowymi.
Do
połowy stycznia i pierwszego w tym roku sprawdzianu z obrony przed czarną
magią. Na odwrocie kartki pergaminu spostrzegłam zapisaną ołówkiem datę: 14-01-1995.
Datę
najbliższego wypadu do Hogsmeade.