21 kwietnia 2011

11. Gwiazdka z piekła rodem

 

Choć już dawno przywykł do skóry Moody’ego, czuł się zaskakująco dziwnie w jego przebraniu w Wielkiej Sali pośród tych wszystkich wyelegantowanych i tańczących gości. Szata wyjściowa, jaką znalazł w kufrze, prezentowała się w najlepszym wypadku przyzwoicie, a na ciężkim, nieforemnym ciele Szalonookiego wyglądała jak mnisi habit z czasów średniowiecza. Nie żeby Barty’emu w tym momencie zależało na wystrojeniu się. Po prostu wolał nie zwracać na siebie uwagi, a eks-auror o wątpliwej urodzie i jeszcze bardziej dyskusyjnej opinii pasował do balu bożonarodzeniowego jak pięść do nosa — zwłaszcza w porównaniu z Filiusem Flitwickiem czy Albusem Dumbledore’em. 

Crouch musiał to przed sobą przyznać — wyłączając Pottera, przyszedł tu wyłącznie dla Macy. I z całą pewnością (musiał to sobie co jakiś czas powtarzać) nie chodziło o to, żeby zachwycać się jej elfią urodą i tym, jak eterycznie wyglądała w zwiewnej sukni barwy jasnego błękitu. Teoretycznie nie wierzył, że dziewczyna mogła być lojalna. Nie w trakcie dobrej zabawy i po alkoholu. 

A praktycznie? 

Po godzinie czy dwóch musiał to przyznać — zwyczajnie chciał zobaczyć ją w innej odsłonie. I dobrze wiedział, że Macy Rosier prędzej wystąpiłaby nago przed tymi wszystkimi ludźmi niż zdradziła ich pana. 

Natychmiast wbił wzrok w Hagrida, byle tylko nie myśleć o nagiej Macy. Tak, widok Hagrida — niezbyt świeżego i podchmielonego — zadziałał jak należy. Barty starał się nie spuszczać z Pottera swojego szalonego oka, ale działało to wyłącznie do chwili „poluzowania zasad”, jak profesor McGonagall zwykła to nazywać w pokoju nauczycielskim. Chłopak niechętnie tańczył i wydawał się przytłoczony własną sławą, hałasem, partnerką i bawiącym się tłumem, dlatego też raz-dwa zniknął wraz z kolegą w okolicach sali wejściowej. Być może Croucha zaniepokoiłaby również nieobecność Karkarowa, gdyby nie Snape, który nie odstępował dyrektora Durmstrangu na krok — i tak obserwowali się nawzajem, udając, że nie zdawali sobie sprawy z tego, że sami byli obserwowani. 

A on — ile by nie walczył — w końcu musiał przyznać, że poza Potterem, Snape’em i Karkarowem łowił wzrokiem jeszcze jedną postać, która ani trochę nie zdawała sobie z tego sprawy.

Nie potrafił określić uczuć, jakie się w nim budziły, kiedy widział Macy w tańcu. Choć nie emanowała energią głównej bohaterki, Barty widział tylko ją. I ani olśniewająco piękne Francuzki, ani ociekająca seksapilem koleżanka w czerwieni nie stanowiły niczego ponad tło. 

Jaskółka — jako pierwsza przyszła mu do głowy. W ten sposób się poruszała. Lekko, radośnie, ni to frunąc, ni płynąc, a on, choć uwięziony w drewnianym, oziębłym ciele starca, nie potrafił nie czuć ognia, który zaczynał się tlić w jego własnej młodzieńczej duszy. Najpierw ledwo tlący się żar, a potem — z rozmowy na rozmowę, ze spotkania na spotkanie — coraz śmielej rosnący płomień. 

I ani trochę mu się to nie podobało. 

Mocując się z tymi rozważaniami, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dziewczyna ruszyła samotnie w kierunku wyjścia, więc i on zmusił to cielsko do ruchu. Korciło go, by zaskoczyć ją gdzieś samą, zobaczyć w oczach uciekający blask swawoli spowodowany alkoholem — ot, po prostu ujrzeć Macy tak inną od tej, którą widywał na co dzień na korytarzach, ale to się nie kalkulowało. 

Zbyt duże ryzyko, przemknęło mu przez myśl echo paranoi — sam już nie wiedział, jego własnej czy Moody’ego. 

Wybrał się więc na spacer, utrzymując odpowiedni dystans. Nie musiał mieć jej bezpośrednio w zasięgu wzroku. Magiczne oko samo śledziło dziewczynę, tak, jak gdyby posiadało już swoją własną świadomość, nawet wtedy, gdy Krukonka zniknęła między krzewami róż, zagłębiając się coraz bardziej w zimowy ogród. Chłód delikatnie łaskotał pobliźnioną twarz Moody’ego, choć różnica temperatur była uderzająca. Crouch odetchnął bezgłośnie, rozkoszując się mroźnym, orzeźwiającym powietrzem. 

Gorąco — kolejna rzecz po huku, niepewnym podłożu i tłustych potrawach, jaką źle znosił w ciele emerytowanego aurora. 

Olbrzymia, urzekająco piękna lodowa grota, nad którą pracował z resztą nauczycieli przez całe popołudnie, zachęcała do sekretnych amorów, ale magiczne oko zwinnie omijało poukrywane w zaroślach pary. Barty zboczył ze ścieżki między gęsto rosnące krzaki, czując na sobie uważny wzrok spacerujących i dopiero po kilku krokach dobiegły do niego dwa przyciszone, pełne napięcia męskie głosy. 

Znajome głosy. 

— …niepotrzebne zamieszanie, Igorze. Jak zwykle zanadto przeżywasz. 

— A ty jak zwykle niepoprawny optymista, Severusie. Nie udawaj, że nic się nie dzieje! Na początku faktycznie myślałem, że mi się wydawało, ale teraz… nie ukrywam, że zaczyna mnie to niepokoić… i to poważnie… 

— Więc uciekaj. Wyjedź, a ja jakoś cię wytłumaczę, ale zamierzam zostać w Hogwarcie. To moja ostateczna decyzja. 

Umilkli, a spokojne kroki, które zaczęły się oddalać, nagle coś wzburzyło i zarys wysokiej sylwetki Snape’a, który Crouch widział przez żywopłot, ruszył żwawo w kierunku różanej gęstwiny, by wypłoszyć z niej dwójkę nastolatków. 

— A wy co tu robicie? 

Barty musiał wytężyć słuch, żeby z szumu niedalekiej fontanny wyłowić odpowiedź jakiegoś chłopca. 

— Spacerujemy sobie. — Chyba Weasley. A ten drugi niższy to zapewne Potter. — A co, już nie wolno spacerować? To chyba nie jest zabronione? 

— No to sobie spacerujcie — warknął Snape i ruszył dalej. 

Obaj z Karkarowem wciąż pozostawali doskonale widoczni, ale szmer rozmowy stał się zupełnie niezrozumiały, więc Barty ruszył za nimi. Serce zabiło mu mocniej, bo choć kilkakrotnie przyłapał ich na rozmowie, ta jeszcze nigdy nie wydawała się tak zażyła. 

— Co właściwie tak cię martwi? — Spotkanie Gryfonów chyba dało Snape’owi do myślenia, bo zniżył głos do szeptu. — Mam ci przypomnieć, czego nauczałeś, zanim zostałeś dyrektorem? 

Karkarow poruszył się niecierpliwie, a ręka powędrowała mu do koziej bródki, którą zaczął podskubywać. 

— A co to ma do rzeczy? — zapytał opryskliwie. 

— Między innymi to, że niektóre rodzaje magii mają wciąż liczne nieodkryte ścieżki, Igorze. I ich efekty na ciele jeszcze przez wiele lat mogą dawać się we znaki. Z różnych powodów. 

Ten drugi syknął, ale nic na to nie odrzekł. A może padła jakaś odpowiedź, tylko złość, jaka uderzyła Crouchowi do głowy, zagłuszyła to głośnym szumem? Krew zawrzała mu w żyłach, zazdrość zapiekła w gardle i musiał głęboko odetchnąć, by nie zdradziło go sapanie. To, co usłyszał, wystarczyło, by zrozumiał, o czym rozmawiali ci dwaj głupcy. 

Głupcy i ignoranci, właśnie tak, skoro dyskutowali o tym w środku bożonarodzeniowego balu na ścieżkach obleganych przez zakochane pary. Karkarow czuł, jak palił go jego Mroczny Znak, domyślał się, że coś miało się wydarzyć. Musiał, skoro doświadczał tego również Glizdogon. I Snape też. Cokolwiek można było powiedzieć na temat zdrajcy, który od lat grzał się pod peleryną Dumbledore’a, Barty nie mógł odmówić mu spostrzegawczości. 

Tylko pytanie: nie chciał się do tego przyznać czy takie otrzymał polecenie? 

Przystanął, pozwalając mężczyznom się oddalić. Zazdrość paliła go w gardle jak płomienie nie do ugaszenia. Nie dał rady tego słuchać — on, który jako jedyny zasługiwał na znak swego pana, a przedramię miał nagie, nieoznaczone, tymczasem oni, zdrajcy, przechadzali się teraz kwiatowymi alejkami, narzekając na dolegliwości związane z Mrocznym Znakiem. 

Ze znakiem, którego on, Bartemiusz Crouch, nie miał szans poczuć. Dowiedzieć się, jak to jest, kiedy on się odradza, rośnie w siłę… 

Ostry dźwięk kobiecego krzyku przeszył noc. Rozpaczliwego, pełnego desperacji — takiego, z jakim walczy się o życie. Barty ocknął się jak wyrwany z płytkiego snu. Nagle poczuł się tak, jakby miał gorączkę. Wystrzelił z zarośli na tyle żwawo, na ile pozwalała mu drewniana noga, nie zważając, że Snape i Karkarow ruszyli w tym samym kierunku. 

 

*

 

Nigdy nie użyłam żadnego ofensywnego zaklęcia przeciwko człowiekowi, a jednak to był pierwszy odruch, kiedy tylko znalazłam się pod wodą. Nagle zrobiło mi się we własnym ciele potwornie gorąco i niewygodnie, a ręce Francuza momentalnie oderwały się od mojego gardła — dokładnie jak po zetknięciu się z rozgrzaną do czerwoności blachą. Wierzgnęłam rozpaczliwie nogami, nie zważając na to, że jedną z nich zaczepiłam o coś twardego i szorstkiego.

Wszystko, byle tylko znów zaczerpnąć powietrza. 

Dźwignęłam się z trudem, mając wrażenie, że jakaś ogromna siła nie przestawała ściągać mnie z powrotem w dół, ale panika zupełnie przyćmiła mi umysł. Wyszarpnęłam z kieszeni różdżkę i, niewiele myśląc, łupnęłam w chłopaka zaklęciem. Sama nie wiedziałam jakim, ale coś przecięło z gwizdem powietrze, ciemność rozproszył na moment czerwony, oślepiający blask, rozległ się huk padającego bez życia ciała i zapadła głucha cisza. 

Dopiero zbliżające się przyśpieszony kroki sprawiły, że odzyskałam ostrość widzenia. Cała ociekałam wodą. Okazało się, że to nasiąknięty materiał spódnicy ciągnął mnie w dół i prawie znów wylądowałabym pod powierzchnią, gdyby ktoś nie pomógł mi wygramolić się z fontanny. Czyjeś lodowate, niedelikatne ręce złapały mnie pod ramiona i szarpnęły z całej siły, a ja, choć przerażona i zdezorientowana, poddałam im się, nie potrafiąc dłużej panować nad omdlałym, przemarzniętym ciałem. Skostniałymi palcami, wciąż desperacko ściskając różdżkę, odgarnęłam z twarzy strąki mokrych włosów. Oddech zamierał mi na ustach — powietrze było jak setki tysięcy igiełek. 

I ten wrzask. Przepotworny wrzask nie do zniesienia. 

— Spisek! To jest spisek i napad! Tym się musi zająć Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów! To jest jawna agresja przeciw delegacjom! 

— Żyjesz, Savour? — warknął Snape. To on musiał wyciągnąć mnie z wody, ponieważ rękawy do łokci miał przemoczone. — Co się tu wydarzy…? 

Urwał, ucichło też trajkotanie Karkarowa, bo na scenę wkroczył ktoś jeszcze. Śnieg tłumił charakterystyczne postukiwanie, ale choć w uszach wciąż mi dzwoniło, natychmiast rozpoznałam kroki Moody’ego. Serce załomotało o żebra, domagając się wypuszczenia na wolność. 

— Zaat-tak-kował m-m-mnie — wydusiłam z siebie urywanym, ale stanowczym głosem. Nie byłam w stanie powstrzymać dygotania i szczękania zębami. 

— Akurat! — Znów ten sam zjadliwy skrzek. — To jest podstępny, zmasowany atak przeciwko potencjalnym i niedoszłym reprezentantom! 

— T-to b-b-był at-tak przec-ciwko m-mnie! — wykrzyknęłam, patrząc na niego ze złością. 

Zagotowało się we mnie, wszystko w środku krzyczało, rwało się do obrony, choć jeszcze minutę wcześniej nie byłam w stanie się poruszyć. Spojrzałam na Szalonookiego i Snape’a — sama nie wiedziałam, czy w prowokująco, czy w poszukiwaniu wsparcia — a pierś falowała mi w rwanym oddechu. Byłam przekonana, że jeszcze sekunda tej pełnej napięcia ciszy i się rozpłaczę, ale Crouch jako pierwszy ją przerwał. Wyciągnął różdżkę i jednym ruchem wysuszył mi włosy i szatę. Pod wpływem rozkosznie gorącego podmuchu znów na moment straciłam dech i choć przeszywające zimno zniknęło, wciąż niekontrolowanie drżałam. 

— Zmasowany atak! — zagrzmiał Moody, kierując swoje zdrowe i magiczne oko na dyrektora Durmstrangu. — I co jeszcze? Może to wszystko na zlecenie Dumbledore’a, co? Posłuchaj sam siebie, Karkarow! 

— No to co teraz? — syknął, niecierpliwie gładząc kozią bródkę. 

— Trzeba obudzić chłopaka i zobaczyć, co ma na ten temat do powiedzenia — wtrącił rzeczowo Snape i wszyscy jak na komendę spojrzeliśmy na ziemię. 

Gaston leżał z twarzą w śniegu i z nogami wykrzywionymi pod nienaturalnym kątem. Na ten widok poczułam nieprzyjemny skurcz żołądka, ale koniec różdżki nauczyciela eliksirów zamigotał na niebiesko i Francuz poderwał się, zaczerpnąwszy gwałtownie powietrza, jakby i on dopiero co wynurzył się z wody. Popatrzył po wszystkich ogłupiałymi, na wpół przytomnymi oczami, dopiero na mój widok twarz mu stężała i wydłużyła się. 

— Ty… ty atakowała mje…? 

— Nie bez powodu. Napadłeś na mnie — przerwałam mu podniesionym głosem i znów spojrzałam na Snape’a, jak gdyby to w jego rękach leżało wydanie wyroku. 

Tymczasem chłopak zaśmiał się pusto. 

— Ja? Atakował? Co za obzidliwi kłamstwo! — zawołał, zrywając się na równe nogi. — Pourquoi? Bo jak od razu chlopak, to musi coś zrobici? 

Już otwierałam usta, ale nie zdążyłam odpowiedzieć, bo na ścieżce w oddali rozległy się kolejne szybkie kroki i spomiędzy różanych krzewów wyłoniła się Nelly. Miałam wrażenie, że serce, które do tej pory biło jak oszalałe, zamarło i, zerwawszy się ze sznurka, opadło jak martwe na dno żołądka. 

Każdy, tylko nie Nelly. 

— Macy, tu jesteś… co się stało? Gaston, co wy tu…? 

— C’était sa faute! Przyszlimy tu tilko pomówić, potem ona chciała całowaci mje, a kiedy ja odepchnął, ona poleciała do wody i biła zła, rzuciła zaklęcie! To ona wszystko! 

Krew uderzyła mi do głowy z taką siłą, że byłam pewna — lada moment tryśnie uszami. Postąpiłam krok do przodu, wpatrując się w przyjaciółkę. Nie dbałam o to, co pomyśli Snape, Karkarow, nawet Crouch — była tylko ona. Wbiła we mnie błagalny wzrok ponad trzęsącymi się wargami. 

— To nieprawda! — Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek tak krzyczała. — Poszłam na spacer SAMA, a on się do mnie przysiadł. Był pod wpływem alkoholu, zaczął na mnie napierać, nie słuchał, więc go uderzyłam i wtedy wepchnął mnie do fontanny! Musiałam się bronić! 

— C’est un énorme mensonge, oui! Ona kuamie! Kuamie jak zła! 

— Ty bezczelny… bezczelny, okropny… dupku…! — roztrzęsiona wypluwałam z siebie kolejne epitety. Nie było mi już zimno. Płonęłam ze złości i poczucia niesprawiedliwości, a różdżka, którą wciąż trzymałam w dłoni, wystrzeliła cieniutkim płomyczkiem ognia prosto w zaśnieżony trawnik. — Nelly, on mnie nigdy nie interesował! Prędzej dałabym się pokroić! 

Ale ona już zaczęła głośno szlochać, zanosząc się i czkając. Zrobiła się awantura. Gaston próbował przekrzyczeć swoją dziewczynę, bełkocząc coś po francusku, Karkarow próbował ich uciszyć, a ja zamarłam w szoku na widok pierwszych pojawiających się w oddali zaciekawionych twarzy. Raz jeszcze spojrzałam na Snape’a, który zacisnął wargi, a minę miał taką, jakby właśnie przekroczył bramy piekła. 

— Cisza — zarządził lodowato i wszyscy umilkli. Tylko Nelly chlipała cicho, trzęsąc się tak, jakby to ona dopiero co wylazła z fontanny. — Rozstrzygniemy to w moim gabinecie. I w obecności profesora Dumbledore’a, jeśli będzie trzeba. 

— Idziemy, chłopcze — warknął Moody, chwytając Gastona za ramię i ciągnąc za sobą w kierunku schodów. — A ty, Dubois, zasuwaj do zamku po Maxime. Powinna się dowiedzieć, jakiego wspaniałego ucznia typowała do reprezentowania swojej szkoły. 

Widok zrozpaczonej twarzy przyjaciółki wywołał we mnie bolesne ukłucie sprzeciwu, ale nie śmiałam się odezwać. Moody wyglądał przerażająco z wykrzywionymi w zimnej furii ustami, a energia, jaka od niego biła, zapierała dech w piersiach. I choć wiedziałam, że pod tą upiorną powłoką krył się ktoś mi przychylny, nie potrafiłam się odezwać. Bez słowa ruszyłam za Snape’em, modląc się o to, by wszyscy wciąż byli tak zajęci zabawą, że nie zauważą naszego małego pochodu w sali wejściowej. 

A mogłam siedzieć sobie w ciszy na szczycie Wieży Krukonów. 

Końcówka balu zmieniła się w koszmar. Przerażająco surowy gabinet Snape’a nie okazał się lepszy do przesłuchania. Zamiast wspaniałej lodowej groty utknęliśmy w burej klitce z niskim sufitem, ciemność rozpraszało słabe światło świec odbijające się w słojach pełnych zamarynowanych obrzydliwości, mdły zapach stęchlizny i ingrediencji przywodził na myśl te wszystkie nieprzyjemne chwile, kiedy jeszcze chodziłam na eliksiry, a kiedy pojawiła się madame Maxime i profesor Flitwick, zrobiło się jeszcze ciaśniej. Zostałam zmuszona do szczegółowego przedstawienia każdego mojego kroku od momentu opuszczenia Wielkiej Sali. Czułam na sobie wzrok tej nietypowej widowni, ale pamiętając plotki dotyczące Snape’a i to, co mówił Czarny Pan, skupiłam się właśnie na tych czarnych oczach — jedynych nieruchomych i spokojnych, prawdziwie słuchających. Nie musiałam niczego wymyślać, po prostu patrzyłam i mówiłam. 

Stąpałam po cienkim lodzie, ale czułam, że akurat Snape zobaczy, co trzeba. Całą prawdę. Świadomość, że ktoś mógł uwierzyć w kłamstwa Gastona… że Nelly mogłaby w to uwierzyć, paliła żywym ogniem. Gdy skończyłam, przełknęłam ciężko i wbiłam wzrok w podłogę. Teraz jedyne, co mogłam zrobić, to czekać, słysząc nieustające popłakiwanie przyjaciółki. Ten dźwięk kroił mi serce na kawałki. Byłam cała obolała. Noga, którą wierzgnęłam, żeby wydostać się na powierzchnię, trafiła w murek i teraz czułam, jak krew płynęła powoli po wewnętrznej stronie łydki. Powędrowałam ręką do nadgarstka i coś przewróciło mi się w żołądku — brakowało bransoletki, którą dostałam od Hope. Prawdopodobnie musiała się zerwać podczas szarpaniny. 

Musiałam zamrugać, żeby powstrzymać łzy. Za dużo tego wszystkiego. Jedyne, o czym marzyłam, to znaleźć się z powrotem w dormitorium. Sama. Teraz. 

— Panna Savour cieszy się w Hogwarcie nieposzlakowaną opinią grzecznej, uprzejmej i dobrej uczennicy. Nie mamy jej nic do zarzucenia, a ja jako jej wychowawca mogę zaświadczyć, że nigdy nie wykazywała się agresją, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek straciła jakieś punkty, nie mówiąc o szlabanie — oznajmił profesor Flitwick piskliwym, choć pewnym głosem. — Czy madame Maxime, z całym szacunkiem i sympatią, może powiedzieć to samo o panu Moulinie? 

Ze ściśniętym sercem przysłuchiwałam się nerwowej rozmowie pani dyrektor i Gastona, a francuski, jakim się porozumiewali, nie brzmiał już jak radosna paplanina. Wręcz przeciwnie, niezrozumiałe bełkotanie nie było ani trochę przyjemne dla ucha i tylko po minie Nelly — nabierającej coraz bardziej płaczliwych kształtów — wywnioskowałam, że nie padło tam nic, co by ją uspokoiło. W końcu madame uniosła wielką, przyodzianą w opale dłoń i chłopak urwał, a kobieta odchrząknęła i przemówiła surowym, nieznoszącym sprzeciwu tonem: 

— Moi uczeń istotnie przyznai, że do incident przy fontannie doszło z jego inicjatiwi. Cependant, Mouline rozumiał, że ma przizwolenie od panny Savour. 

Potrząsnęłam głową, gdy znów wszystkie oczy w gabinecie zwróciły się na mnie. 

— Nie dostał przyzwolenia. Dałam mu to jasno do zrozumienia — oznajmiłam równie stanowczo. — Uderzyłam go w twarz. 

Byłam wdzięczna Snape’owi, że usadził mnie dokładnie przed swoim biurkiem. Nie byłabym w stanie znieść widoku Nelly. Jej obecność tutaj wydała mi się jakimś cynicznym żartem.

— Tak było? — zapytał nauczyciel eliksirów, a kiedy pełna napięcia cisza zaczęła się przeciągać, Moody wystrzelił do przodu i chwycił Gastona za ramię. 

— Tak było?! Odpowiadaj, bo jako bożonarodzeniowy prezent zafunduję ci noc w areszcie! — ryknął, aż zadzwoniły słoje na półkach. 

— Ależ prosi, professeur Moody, nie straszi moi uczeń! 

— Nie straszę, jedynie uświadamiam pani ucznia, gdzie może się to dla niego skończyć! Przed Wizengamotem, jeżeli panna Savour zdecyduje się to zgłosić! A to tylko początek, bo zważywszy na pochodzenie napastnika, sprawa prawdopodobnie otrze się o Międzynarodową Konfederację Czarodziejów! Tak więc ja tylko ostrzegam, droga pani, tylko ostrzegam! Śledztwo to nie jest zabawa. 

Wiedziałam, że odegranie Szalonookiego Moody’ego wymagało od Croucha podania tego argumentu — i chyba słusznie, ponieważ skutecznie zamknął usta pani dyrektor — ale na samo wspomnienie o sądzie włosy stanęły mi dęba. O ile jeszcze przed chwilą każda komórka mojego ciała krzyczała o sprawiedliwość, wyobrażenie sobie drogi, jaką musiałabym przejść, żeby udowodnić winę Gastona… być może zeznawać pod wpływem jakiegoś eliksiru prawdy lub stanąć twarzą w twarz z zawodowym legilimentą… 

Dziękowałam Bogu za krzesło, bo na moment cały gabinet zrobił się czarny. 

Wyglądało na to, że płomienne przemówienie eks-aurora zrobiło na wszystkich wrażenie, bo ani madame Maxime, ani Karkarow, ani cała reszta zgromadzonych więcej się nie odezwała, tylko Francuz mamrotał jakieś niewyraźne przyznanie się do winy. W powietrzu zawisło jakieś niedopowiedzenie, które — byłam pewna — profesor Dumbledore wypełniłby czymś pouczającym i błyskotliwym. Tkwiliśmy tak w milczeniu, dopóki Snape nie zdecydował się zabrać głosu: 

— W innej sytuacji należałoby poinformować opiekunów, natomiast mamy do czynienia z osobami dorosłymi, więc decyzja należy do panny Savour. 

Decyzja należy do panny Savour — ani jedno zdanie, jakie padło tego wieczora, tak nie zapiekło. 

Obróciłam się, ale nie popatrzyłam na Nelly. Spojrzałam na Moody’ego, którego niebieskie oko nie schodziło z Karkarowa, ale czarne wpatrywało się we mnie. Żadnej pomocy, ani jednego ruchu głową, którym mogłabym się podeprzeć. Tylko ja i moja decyzja. 

— Nie… nie chcę tego nigdzie zgłaszać — odparłam prawie szeptem, zerkając na madame Maxime. — Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego, to wszystko. 

Wcale mi nie ulżyło, choć odniosłam wrażenie, że atmosfera w gabinecie stała się odrobinę mniej gęsta — jakby wszyscy liczyli, że rozejdzie się po kościach. Snape zalecił, bym nad wszystkim się zastanowiła, a profesor Flitwick zaproponował, że odprowadzi mnie do Wieży Krukonów. Chętnie z tego skorzystałam. Przemykając przez hol, nawet nie spojrzałam w stronę Wielkiej Sali. Słysząc śmiechy i dudniącą ze środka muzykę, czułam się jak w równoległej rzeczywistości — za otwartymi drzwiami ludzie świetnie się bawili, a ja szłam do dormitorium jak na skazanie. 

Czy to ukłucie sumienia było normalne? Przecież nie zrobiłam nic złego. 

A może jednak…? 

Profesor Flitwick współczuł mi przez całą drogę, ale i on musiał w końcu przyznać, że najlepiej byłoby poruszyć ten temat z Dumbledore’em — czego obawiałam się najbardziej i wiedziałam, że nie dało się od tego uciec. Grzecznie odmówiłam wizyty w skrzydle szpitalnym, choć przetarcie na łydce nadal piekło. Podziękowałam za towarzystwo i pożegnałam go z bladym uśmiechem, znikając za drzwiami ciemnego, pustego pokoju wspólnego. 

To właśnie wychodziło mi najlepiej. Sprawianie wrażenia. 

 

*

 

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Bez niczyjej pomocy naprawiłam nogę, doprowadziłam do porządku zwichrowane włosy, pozbyłam się resztek makijażu, zrujnowaną suknię schowałam na samo dno kufra i choć wszystko wyglądało tak, jakby bal nigdy się nie odbył, czułam się dziwnie wylękniona. Ostatecznie po rozmowie z dyrektorem wszystko zostało zamiecione pod dywan — tak, jak życzyła sobie tego madame Maxime. A ja, mimo że byłam wdzięczna za pozorny spokój, nie potrafiłam pozbyć się pęcherzyka niepokoju, który zalągł mi się w klatce piersiowej. 

Normalnie wykorzystałabym to powolne popołudnie na spacer po Zakazanym Lesie, ale bałam się — sama nie wiedziałam czego bardziej: spotkania z Gastonem czy z Nelly. Wracając z gabinetu dyrektora, poczucie bycia niewidzialną towarzyszyło mi bardziej niż zwykle. I pewnie gdyby nie liścik, który sowa upuściła podczas obiadu na mój talerz, możliwe, że zaczęłabym w to wierzyć. Gaston nawet nie spojrzał w stronę miejsca, na którym siedziałam. Nelly nie zjawiła się na żadnym z trzech posiłków, a ja nie miałam pojęcia, co robić. Przed zmrokiem wybrałam się na błonia, ale na miejscu nie było już ani fontanny, ani bransoletki. 

Drugi dzień świąt był męczarnią. 

Długo się wahałam, czy odpowiedzieć na zaproszenie Croucha, ale ostatecznie zjawiłam się pod jego drzwiami zaraz po godzinie policyjnej, licząc na jakieś informacje zza stołu nauczycielskiego. Z zaskoczeniem odkryłam, że otworzył mi w pelerynie-niewidce, co szybko się wyjaśniło, gdy ją zdjął. Zamiast potworzastej gęby Moody’ego spod połyskliwej tkaniny wyłoniła się blada twarz młodzieńca. Niepewnie ruszyłam za nim do sypialni nauczyciela i westchnęłam z wdzięcznością na widok pogrążonego w półmroku pokoju. Huczący w kominku ogień i garść świec na stoliku stanowiły jedyne źródło światła, a ja — choć nie lubiłam ciemności — w tym momencie pragnęłam zaszyć się w niej jak najgłębiej. Zwłaszcza teraz, kiedy Barty nie spuszczał ze mnie wzroku. Możliwe, że to ze względu na przyzwyczajenie, ale wydawał mi się po tysiąckroć bardziej przenikliwy niż u Moody’ego. 

Skrępowana przysiadłam na brzegu fotela, czując w powietrzu rosnące napięcie. Z niewiadomych przyczyn Crouch nie mógł znaleźć dla siebie miejsca, kręcąc się nerwowo przy kominku i już zaczęłam nabierać podejrzeń, że moja próba podetknięcia Snape’owi wybranego wspomnienia nie poszła po mojej myśli, kiedy Barty, o dziwo, wyrzucił z siebie tylko jedno słowo. 

Przepraszam. 

— Za co? — spytałam szczerze zdumiona. 

Nigdy dotąd nie przepraszał, a i ja nie sądziłam, by był do tego zdolny. 

— Szedłem za tobą. Wczoraj przed zamkiem. Nie pytaj dlaczego. Chyba przeczucie. Rozproszył mnie Snape i Karkarow, więc ruszyłem za nimi. 

Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć. 

— Nie ma potrzeby przepraszać — odparłam, wpatrując się w zaciśnięte na podołku ręce. — Nie musiałeś mnie pilnować. Potrafię o siebie zadbać. Ale dziękuję, to było… 

Nie potrafiłam określić jakie. Zobowiązujące? Krępujące? Urocze? A może wszystko na raz? Nigdy dotąd nie doświadczyłam czegoś podobnego — by ktoś się o mnie troszczył. Tak naprawdę, z potrzeby serca, jakby naprawdę mu zależało. Kiedy to sobie uzmysłowiłam, poczułam w brzuchu coś nowego — słodkiego i ciepłego, podobnego do tego jak wtedy, kiedy wracaliśmy z Crouchwood Hall i Crouch wspomniał o mojej wytrwałości. Podniosłam głowę, gdy sapnął z frustracją i znów zaczął chodzić tam i z powrotem wzdłuż paleniska. 

— Dumbledore powinien rozpędzić ich wszystkich na cztery wiatry. Moulina, jego świętojebliwą dyrektorkę-olbrzymkę, Karkarowa i pozostałych — mamrotał. 

— Sytuacja rzeczywiście była nieprzyjemna, ale dam sobie z tym radę — wtrąciłam, zanim się rozkręcił. Rozczuliło mnie, że tak się tym przejął, ale nie rozumiałam jego złości. — Martwię się tylko jednym. Nie wiem, jak rozmawiać z Nelly. Nie widziałyśmy się od wczoraj, podejrzewam, że mnie unika. 

Wrogie iskierki, jakie przez ułamek sekundy rozbłysły mu w oczach, nijak miały się do tego, co powiedział. 

— Zrozumie. Nie zrobiłaś nic, o co mogłaby się gniewać. 

— Często się zdarza, że ludzie gniewają się nie na tych, na których powinni, ale na tych, na których łatwo się gniewać. 

Ze zdziwieniem spostrzegłam, że się roześmiał. Przeszedł przez pokój, by przykucnąć przy fotelu i uścisnąć lekko moją rękę. Serce natychmiast podjechało mi do gardła i zabiło mocniej, tak, że w pierwszej chwili chciałam się odsunąć. Nie lubiłam takiego dotyku, ale gdy pierwszy nieprzyjemny dreszcz minął, zdałam sobie sprawę, jak miękka, ciepła i sucha okazała się skóra dłoni Croucha. 

— Na kogo jak na kogo, ale na ciebie bałbym się gniewać — rzekł z humorem. — Wprowadzasz w życie zasady Moody’ego lepiej niż sam Moody. Możesz być dumna. 

Idąc tu, nie spodziewałam się, że tak łatwo uda mu się podnieść mnie na duchu. Nie podejrzewałam, że w ogóle spróbuje, bo dlaczego by miał? Nie czułam w tej drużynie wyrównanych sił. Barty nie korzystał na współpracy ze mną. To ja korzystałam na znajomości z nim. Uczyłam się, obserwowałam geniusza przy pracy, ale to on przepraszał, że nie zdążył z pomocą. Jakbym była księżniczką w opałach. 

Na samą myśl zachciało mi się śmiać. 

— Wspomniałeś o Snapie i Karkarowie — odezwałam się, gdy Crouch wrócił pod kominek i wznowił swój znacznie spokojniejszy spacer. 

— Snape i Karkarow to byli śmierciożercy — rzekł, wpatrując się w ogień. Ton, jakim Barty wypowiedział te słowa, nosił w sobie znamiona pogardy, ale pozostawał zaskakująco spokojny. 

— Co ty opowiadasz?! — wymsknęło mi się. — I co, gawędzili sobie o tym wczoraj podczas balu? 

Ta wiadomość spadła na mnie tak nieoczekiwanie, że w pierwszej chwili przyjęłam ją jak teorię spiskową, lecz Crouch nie wyglądał, jakby żartował. Przytaknął z ironią i chyba nawet nieco się uśmiechnął, choć oczy wciąż pozostawały nieruchomo utkwione w płomieniach. Zamyślone. Nieobecne. 

— Snape zdradził naszego pana pod sam koniec wojny, a Karkarow umknął za granicę, gdzie poukładał sobie życie, kiedy Czarny Pan zniknął. I wygląda na to, że teraz czują, że coś się zbliża. 

— Czują? W jaki sposób? — Dopiero po sekundzie wydało mi się to oczywiste. — Przez Mroczny Znak, tak? Czy Czarny Pan domyśla się, że oni wiedzą? 

— Z całą pewnością wie. Glizdogon ma Mroczny Znak, skarżył się, że znak zaczął się uaktywniać, odkąd nasz pan odzyskał szczątkowe ciało. 

— I co teraz? 

— Nic. — Obrócił się i uderzyło mnie, jak opanowany się wydawał. — Mamy rozkaz skupić się na Harrym Potterze, nie na Snapie. Nie ukrywam, że jest to pewien dar od losu. Snape i Karkarow wiedzą, że Moody zna ich przeszłość. Zeznawał przeciwko nim przed Wizengamotem, Karkarowa samodzielnie umieścił w Azkabanie, co daje nam pewną ochronę. Snape i Karkarow będą unikać Moody’ego, ile się da. 

— Dobrze, ale co z ich znakami? Skoro Snape czuje, że coś się zaczyna, to oznacza, że Dumbledore też wie… 

Zamilkłam, widząc, jak się uśmiechnął. Cynicznie, kącikiem ust, jak gdyby wszystko szło dokładnie tak, jak miało iść. 

— A jak myślisz, skąd Moody w Hogwarcie? 

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że układanka była kompletna — zwłaszcza wtedy, kiedy opowiadał o tym Crouch, ale gdy kwadrans później wymknęłam się z gabinetu na drugim piętrze, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że brakowało jednego elementu. Owszem, istniała szansa, że po prostu miałam go nie poznać, ale sam fakt, że Snape nosił na przedramieniu znak Lorda Voldemorta… 

Przypomniałam sobie sposób, w jaki patrzył na mnie wczoraj w lochach, te wszystkie plotki o czytaniu w myślach, nieprzenikniony wyraz twarzy, niechęć do dzieci z mugolskich rodzin, ta jego śliskość… 

Tak. To pasowało do Snape’a. 

Wolałam o tym nie myśleć, co z perspektywy ostatnich wydarzeń okazało się w dormitorium całkiem proste. Jutro porozmawiam z Nelly, a później… później się zobaczy. Wciąż mieliśmy zadanie do wykonania. 

Miejsce, którego dotykała dłoń Barty’ego, wciąż delikatnie łaskotało, ale nie było to nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie — naprawdę chciałam, by nadal to trwało. 

 

*

 

Dostałam szansę już następnego dnia. Nie zdążyłam sobie nawet nalać herbaty, a w Wielkiej Sali już pojawił się pochód z madame Maxime na czele. Już się pogodziłam, że jej widok do końca będzie wywoływał sensacje w moim żołądku, ale ten skurczył się jeszcze mocniej, gdy spośród tłumu Francuzów wyłowiłam tę jedną upragnioną twarz. Wszystko się we mnie spięło. Do samego końca liczyłam na to, że Nelly usiądzie na wolnym miejscu tuż obok, ale nie. Spoczęła po drugiej stronie przy Pameli Redmoss, a krzesło po mojej prawicy zajęła Fleur Delacour, pogrążona w swobodnej dyskusji z Damiette Picard i resztą koleżanek. Tak, jak się spodziewałam, żadna nawet na mnie nie spojrzała, ale nie było w tym ani krztyny wrogości — przypuszczałam, że w powozie Beauxbatons poza Dubois, Moulinem i ich dyrektorką nikt nie poznał historii o fontannie. 

Wzięłam sobie za punkt honoru poruszyć dziś ten temat, lecz nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Przez całą noc nie wymyśliłam niczego sensownego, a widok przyjaciółki wymazał wszystkie zalążki planów, jakie lęgły mi się z tyłu głowy. Spoglądałam na Nelly, ona spoglądała na mnie i tak do końca posiłku, podczas którego tylko udawałam, że jadłam. 

Ona chyba też. 

Śniadanie było męczarnią. Ciągnęło się potwornie prawie pół godziny dłużej, jak gdyby ferie świąteczne zobowiązywały wszystkich do dłuższego siedzenia przy stole. Dopiero kiedy madame Maxime zeszła z nauczycielskiego podium, jej uczniowie — jeden po drugim — opuszczali Wielką Salę i dopiero w tym momencie Nelly drgnęła. Serce drżało mi jak wielka, wprawiona w ruch guma, kiedy kątem oka śledziłam każdy krok dziewczyny. 

— Możemy porozmawiać, kiedy zjesz…? 

— Już zjadłam — odpowiedziałam, nim skończyła pytanie. 

Za szybko, zbyt desperacko, ale wszystko się we mnie skręcało. Nigdy nie czułam czegoś podobnego — tak wszechogarniającej nadziei i strachu przed stratą jednocześnie. Wydostałam się zza stołu i na drżących nogach pomaszerowałam za Nelly, która szła przez moment w milczeniu, aż znalazłyśmy się w korytarzu prowadzącym do kantorka woźnego — najbardziej odludnej części parteru. 

Francuzka odchrząknęła cicho, ale to ja zaczęłam. 

— Jak się czujesz? Nie widziałam cię wczoraj na śniadaniu. Na obiedzie i kolacji też. 

Jej brwi drgnęły i z jakiegoś powodu na ten widok coś przewróciło mi się w żołądku. 

— Nie mogłam jeść, więc uznałam, że nie ma sensu przychodzić — oznajmiła. Automatycznie zwolniła kroku, widząc zbliżający się ślepy zaułek. Zrobiłam to samo. — Rozmawiałaś z Dumbledore’em? 

Nie miałam pojęcia, skąd to ukłucie wyrzutów sumienia. 

— Tak, wezwał mnie wczoraj po rozmowie z profesorem Flitwickiem — odpowiedziałam, czując przemożną chęć, żeby się wytłumaczyć. — Chciał poznać moją wersję i… i dowiedzieć się, co zamierzam, a-ale… ale już go uprzedziłam, że nie będę tego nigdzie zgłaszać… wyciągać konsekwencji… 

Nagle zatrzymała się i spojrzała na mnie dziwnie teatralnie wytrzeszczonymi oczami. Kolejna szpila — nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj wszystko w niej było teatralne. Ironiczne. Oddzielone murem, którego nie potrafiłam przebić. 

— Czyli się przyznajesz — rzuciła zimno. 

— Przyznaję się? Do czego? 

Uniosła brwi jeszcze wyżej. 

— Do tego, co mówił Gaston. Że próbowałaś go skusić. 

— Co? 

Cały mętlik, jaki miałam w głowie od początku śniadania, zupełnie zniknął. Teraz nie było tam już zupełnie nic. Pusto. Biała ściana. Nie byłam w stanie trafić na ścieżkę, która zaprowadziła Nelly do tego wniosku. 

— Właśnie to. Nie chcesz niczego zgłaszać, ponieważ wiesz, że to ty jesteś winna — wyjaśniła. 

— Co…? Nie! — Chciałam krzyknąć, ale gardło miałam tak ściśnięte, że wyszedł z tego tylko ochrypły szept. — Słyszałaś, co powiedział profesor Moody? Właśnie dlatego nie chcę… 

Zamknęła oczy i machnęła rękami, a ja momentalnie ucichłam, jakby Dubois rzuciła jakieś zaklęcie. 

— Nie. Je ne veux pas savoir — oświadczyła, kręcąc głową. — Po prostu nie. Wiedziałaś, co zrobiła mi Delacour. I co? Zrobiłaś mi to samo. 

— Ja nic nie… 

— Ale DOPUŚCIŁAŚ do tego. Po Gastonie może i mogłam się tego spodziewać, ale po tobie? Nie. C’est fini. 

Obróciła się i, machnąwszy kucykiem, ruszyła w stronę holu. Tak po prostu. Nawet nie podniosła głosu, nie wyrzuciła z siebie ani jednej obelgi jak moje współlokatorki podczas niezliczonych kłótni w sypialni. Nelly odeszła. Nawet nie obejrzała się za siebie i zrobiła to jak, jakby trzymała moje serce na sznurku — wystarczyło to jedno zdanie, by je wyrwać i zabrać ze sobą.

C’est fini. 

Przyłożyłam rękę do mostka, ale nie pomogło, a ja nie wiedziałam, co było gorsze — ból czy ta pustka. Ziejąca czernią dziura nie do zasypania. Chciałam zaczerpnąć powietrza, lecz jakiś potworny ciężar niczym kamień blokował możliwość oddechu, dopóki z piersi nie wydobył się pierwszy niemy szloch. Popędziłam w panice najpierw na błonia, a później do lasu. Bez zimowych trzewików, bez płaszcza i szalika, z twarzą mokrą od łez i tonąc po kolana w śniegu na nieoczyszczonej ścieżce. Nie dbałam o zimno ani o to, czy ktoś mnie zobaczy. Pragnęłam jedynie zaszyć się gdzieś daleko, najdalej jak się dało, w miejscu pozbawionym ludzi, bo gdyby nie oni, nie byłoby tego bólu. Nie byłoby końca świata. Brnąc przez coraz większe zaspy, nie mogłam przestać sobie wyrzucać — od samego początku miałam rację, nie dopuszczając do siebie nikogo. 

Dostałam nauczkę, ale nie byłam głupia. Nowy semestr rozpoczęłam przeziębiona, ze świeżą raną, ale spokojna — tak spokojna, jak Nelly, kiedy zrywała naszą przyjaźń. Oczywiście nie mogłam nie zerkać w stronę powozu Beauxbatons, lecz nie istniała żadna realna pokusa, by spróbować ratować tę przyjaźń. Nelly widywałam wyłącznie podczas posiłków. Kontakt z Bartemiuszem ograniczyłam do minimum. Od naszej ostatniej rozmowy nie pojawiłam się więcej w jego gabinecie, a zważywszy na zbliżające się Drugie Zadanie, spotykaliśmy się głównie podczas lekcji. 

Wszystko zdawało się wracać do normy sprzed wakacji. Nauka, kuchnia, ogród, rozmowy wyłącznie ze skrzatami domowymi. 

Do połowy stycznia i pierwszego w tym roku sprawdzianu z obrony przed czarną magią. Na odwrocie kartki pergaminu spostrzegłam zapisaną ołówkiem datę: 14-01-1995

Datę najbliższego wypadu do Hogsmeade. 

___________

Ostatnio mam bardzo dużo nauki, nic, tylko siedzę i się uczę. Taka prawda, sama w to nie wierzę, ale nic na to nie poradzę. Ta ponad dwumiesięczna przerwa przez zepsutą kartę graficzną sprawiła, że mam już w zeszycie rozdział 24 xD Tu dopiero 11. Oj, działo się przez te trzynaście rozdziałów, ale Wy się dowiecie dopiero za jakiś czas. No, to życzę Wam super Świąt Wielkanocnych i tego, by Was w Poniedziałek tak zlali, że będziecie całkowicie mokrzy. Ha. Dobra, ja też pewnie będę po Lanym chora, ale tak bywa. 

10 komentarzy:

  1. ~house
    21 kwietnia 2011 o 21:53

    Nie no, szablon świetny. Taki ‚oswojony’, no i fioletowy, mój ulubiony. ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. ~olka
    21 kwietnia 2011 o 23:10

    Fajny rozdział i ładny szablon………….Macy była odważna wchodząc do lodowatej wody,przynajmniej osiągneła co chciała…………..Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 kwietnia 2011 o 16:47
      Ano, z jednej strony popisała się odwagą, ale z drugiej niestety – tchórzostwem.

      Usuń
  3. ~Doska
    21 kwietnia 2011 o 23:48

    uła.. robi się gorąco między Bartym a Macy ;) Crouch jest kochany… zazdroszczę jej xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 kwietnia 2011 o 16:54
      Noo, ale takich facetów w rzeczywistości nie ma…

      Usuń
  4. ~Caitlin
    22 kwietnia 2011 o 15:38

    Aaaach, jaka kąpiel!Sama przyjemność, tak z samego rana ;)Hmm. Nieee, na pewno Dumbledore niczeeegooo nie podejrzewa… xDSuper.Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością w takim razie!Pozdrawiam!I jeszcze raz dziękuję za szablon, jest wspaniały :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 kwietnia 2011 o 20:09
      Poradziłaś sobie z zalinkowaniem? Jutro zobaczę, bo teraz na komórce jestem. Dumbledore nic nie podejrzewa? Nie byłabym taka pewna… xD

      Usuń
  5. ~Tula
    8 maja 2011 o 15:45

    Dumbledore trochę dziwnie się zachował, nawet jak na niego, a Macy chyba nie załapała, że powinna być dla niego milsza ;) Fajnie opisujesz relacje między nią a Bartym. Są takie naturalne, niewymuszone i nieprzesadzone. Nie ufam Nelly, wydaje mi się fałszywa, no ale może jednak ma jakieś uczucia ;) Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 9 maja 2011 o 22:42
      Taak, muszę przyznać, że te relacje mi się udały, nie ma żadnych chorych sytuacji… jeszcze xD

      Usuń