Od
rana chodziłam jak struta.
Gdyby
nie tamten liścik, w ogóle nie zastanawiałabym się nad wycieczką do Hogsmeade — zwyczajnie
bym na nią nie poszła i jedyne, nad czym bym rozmyślała, to czy kiełbasa z osła
nie była zbyt lekka dla moich tenebrisów, a nie krążyła o siódmej rano po
damskiej toalecie.
Sprawa
nie powinna być paląca, inaczej Crouch nie czekałby na Hogsmeade, ale gdyby gabinet
nauczyciela obrony przed czarną magią nadal stanowił jego bezpieczną przystań,
zaprosiłby mnie do gabinetu.
A
jeśli okaże się, że to nic takiego, mogę po prostu wrócić. Zresztą — przypomniałam
sobie — i tak miałam tam pewne sprawy do załatwienia. Planowałam
zasiać petunie, a trudno się sieje bez nasion… i lobelie. Tak, lobelie też
brzmiały dobrze.
Zatem
Szklarnia Morgany, a Barty przy okazji.
Wyrwana
z zadumy przez dobijającą się do drzwi toalety Georgianę Cooper, wróciłam do
sypialni, żeby przygotować się do przeprawy przez prawie metrowe zaspy.
Szczerze wątpiłam, by specjalnie na okoliczność wycieczki ktoś odśnieżył drogę
do wioski. Nie wiedziałam, co bardziej cierpiało — moje zmarznięte
nogi czy oczy piekące od tej wszechogarniającej bieli, a w Szkocji zawsze
mogliśmy liczyć na naprawdę długie zimy. Mijając wielką grupę Puchonów
towarzyszących Cedrikowi Diggory’emu w drodze w Trzech Mioteł, poczułam w
brzuchu ucisk współczucia na myśl, że prawie dokładnie za miesiąc on i
pozostała trójka reprezentantów będą zmuszeni spędzić godzinę w jeziorze.
Mijając znak powitalny Hogsmeade, zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób
miałam odnaleźć Croucha, skoro nie umówiliśmy się w żadnym konkretnym miejscu,
ale wystarczyło wejść głębiej między sklepiki z zaparowanymi witrynami i przez
kurtynę sypiącego się z nieba śniegu natychmiast spostrzegłam charakterystyczny
ruch utykającego człowieka.
Rozglądając
się dyskretnie co jakiś czas, ruszyłam wolno za oddalającym się Moodym. Serce
łomotało mi coraz mocniej, bo zamiast na obrzeża zagłębiał się coraz bardziej w
wioskę, aż znalazłam się na głównej ulicy pełnej dorosłych i uczniów. Miałam
wrażenie, że peleryna srebrnoszarych włosów oddalała się z nietypową dla
eks-aurora szybkością, aż zniknęła gdzieś na wysokości Zonka, przed którym
utworzyła się już ogromna kolejka.
Zagubiona
zmarszczyłam czoło i zwolniłam kroku, ale kiedy tylko zrównałam się z wejściem
na mały dziedziniec za sklepami, coś silnego i żywego niczym zawieszona w
powietrzu niewidzialna ręka wciągnęło mnie w bramę i nakryło cieniutkim,
połyskliwym materiałem.
Materiałem,
który już kiedyś widziałam zwinięty w kulkę w małym domku Crouchów.
Nie
krzyknęłam, ale zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i błyskawicznie wyszarpnęłam
różdżkę z kieszeni płaszcza, a Barty roześmiał się cicho ochrypłym głosem
Szalonookiego.
— Dobry
odruch, ale trochę za późno.
Obrzuciłam
go niechętnym spojrzeniem, chowając broń. Był jeden plus tego zaskoczenia — momentalnie
zrobiło mi się cieplej.
— Nie
spodziewałam się nikogo na głównej ulicy Hogsmeade.
— W
porwaniach właśnie o to chodzi. Żeby ofiara się nie spodziewała — odparł
wesoło. — Na przyszłość: nie chodź tak blisko ściany, łatwiej uniknąć
wciągnięcia w ciemny zaułek.
Nie
mogłam się nie zgodzić, ale przyznanie mu racji po tym, jak mnie nastraszył,
nie potrafiło przejść mi przez gardło, więc mruknęłam tylko:
— To
ty czy Moody?
— To
rozsądek. Chodź.
Upewnił
się, że spod peleryny-niewidki nie wystawał nawet fragment buta, wsunął sobie
moją dłoń pod ramię i ostrożnie, żeby nie zderzyć się z którąś z grupek,
wyszedł z powrotem na ulicę. Czując się potwornie głupio, trzymając się go w
ten sposób, ruszyłam za nim. Znów jednak musiałam mu to oddać: w setkach
tysięcy odcisków stóp nikogo nie zdziwiły dwie dodatkowe pojawiające się znikąd
pary.
— Jak
się czujesz? — zapytał znienacka, choć czułam, że ten moment prędzej
czy później nadejdzie.
Nadszedł
dziś — w samym środku Hogsmeade, pod peleryną-niewidką, bez
możliwości ucieczki.
— Niezbyt
dobrze — odparłam zgodnie z prawdą i westchnęłam ciężko. Najlepiej
było mieć to już za sobą. Szybko i bez wahania jak zerwanie plastra. — Miałeś
rację… nie wiem, czy co do niej, czy co do mnie, ale z pewnością co do tej
przyjaźni. O ile mogę to tak nazwać.
Kątem
oka spostrzegłam, że twarz nieco mu stężała, a brwi powędrowały do góry, jakby
spodziewał się usłyszeć coś zupełnie innego i właśnie na tamtą rzecz miał
przygotowaną odpowiedź.
— Ryzyko
obcowania z ludźmi.
— Zauważyłam.
Dlatego wolę moje rośliny. Może nie mówią, ale przynajmniej nie ranią.
— Chyba
że któregoś dnia postanowisz zaprzyjaźnić się z diabelskimi sidłami — dodał,
a kiedy zaśmiałam się cicho, dodał: — Nie wszyscy ludzie tacy
są.
Spojrzałam
na niego z ironicznym uśmieszkiem, lustrując ten zaskakująco łagodny profil.
Byłam prawie pewna, że taki wyraz nigdy nie zagościł na obliczu prawdziwego
Szalonookiego — nawet kiedy był dzieckiem.
— I
kto to mówi — szepnęłam, kiedy minęliśmy wyjątkowo oblegane Trzy
Miotły. — Zbiegły więzień przetrzymujący eks-aurora w jego własnym
kufrze…
Urwałam,
gdy spostrzegłam, jak jego twarz się zmieniła — błyskawicznie i
karykaturalnie, tak, jakby była ulepiona z plasteliny. Wszelkie drobne,
swawolne zmarszczki ustąpiły miejsca kilku głębokim, wypracowanym bruzdom na
czole, czyniąc z niego nieruchomą, mroczną maskę. Automatyczne — choć
widziałam ten grymas nie raz — poczułam igłę strachu przeszywającą
serce.
Dopiero
gdy powędrowałam wzrokiem za spojrzeniem Croucha, zrozumiałam.
Drzwi
do pubu otworzyły się, ale zamiast grupy dzieciaków na zewnątrz wyszło kilku
dorosłych ubranych w szaty ze znakiem ministerstwa. Spośród szaroburych czupryn
raz-dwa wyłowiłam tę jedną jedyną charakterystyczną — rudą i
rozwianą. Percy Weasley walczył z wiatrem, usiłując wepchnąć włosy pod tiarą,
która wyrywała mu się z rąk, aż dramatycznie wystrzeliła w powietrze i dała się
ponieść zimowemu tańcowi wysoko ponad dachami fikuśnych kamienic.
Ale
Barty nie patrzył na Weasleya. Czarne, paciorkowate oko wwiercało się w
sylwetki pozostałych — znacznie starszych kobiet i mężczyzn.
Niektórych kojarzyłam przelotnie z dalszych stron gazet Proroka Codziennego,
ale dla mnie byli praktycznie anonimowymi urzędnikami, ludźmi z pracy Irvinga.
Pogoda zaburzyła im swobodne gawędzenie, lecz wciąż wszystkie usta wyginały się
w uśmiechach, oczy błyszczały pogodnie, podczas gdy ramię Croucha robiło się
coraz bardziej napięte. On znał ich wszystkich bardzo dobrze. Z proszonych
kolacyjek, wypadów do teatru, urodzin żon ambasadorów i wysoko postawionych
członków Wizengamotu, zimowych wycieczek w Alpy… Choć bardzo rzadko wspominał o
swoim życiu sprzed Czarnego Pana, wyobrażałam sobie, że wyglądało właśnie w ten
sposób — dla osób z mojego środowiska dostępne wyłącznie z plotek,
jakie wujek przynosił z ministerstwa.
Nasza
współczesna szlachta, a wśród nich Percy Weasley — szczęśliwy i
dumny, jakby złapał Pana Boga za nogi.
— Znam
go. To syn kuzynki mojej ciotki — mruknęłam, chcąc przerwać tę
napiętą ciszę. — Jest asystentem twojego… Croucha.
Coś
mnie powstrzymało przed wypowiedzeniem słowa „ojciec”. I dobrze, bo cień na
czole Moody’ego jeszcze mocniej się pogłębił.
— Od
grudnia chłopak reprezentuje go wszędzie — rzekł ponuro i
przyśpieszył kroku, nie patrząc więcej w stronę grupy czarodziejów oddalających
się od Trzech Mioteł. — Ojciec nadzoruje go przez sowy, a Glizdogon
sprawdza, co w tych sowach się znajduje.
Choć
ton jego głosu nie wskazywał, by należało się tym przejmować, nie mogłam oprzeć
się wrażeniu, że było w tym jakieś drugie dno.
— Imperius
nie działa tak, jak trzeba?
— Byłbym
głupcem, ignorując intelekt i zdolności mojego ojca — odparł. — Spodziewałem
się, że prędzej czy później do tego dojdzie. Liczyliśmy, że może trochę
później… I choć ojciec nadal skrupulatnie wykonuje polecenia Glizdogona, zrobił
się dziwnie melancholijny, zawieszał się podczas spotkań i nasz pan uznał, że
będzie lepiej dla wszystkich, kiedy ojciec przestanie zwracać na siebie uwagę.
Zważywszy na ostatnie wydarzenia, nikogo nie dziwi, że potrzebuje
odpoczynku.
To
brzmiało logiczne, ale wciąż czułam, że nie powiedział wszystkiego.
— Nie
wierzę, że Percy nie próbował odwiedzić go w domu, sprawdzić, czy niczego nie
potrzebuje. Taki był podekscytowany, kiedy dostał tę pracę, bez przerwy tylko
pan Crouch i pan Crouch. — Przełknęłam ślinę, myśląc intensywnie,
choć puzzle już chwilę wcześniej zaczęły mi się układać. — Czy Percy też
jest pod działaniem Imperiusa?
Ułamek
sekundy ciszy dłużej — tyle wystarczyło, bym poznała odpowiedź.
— Tak.
Twój kuzyn jest inteligentny i bardzo ambitny. Kiedy nasz pan powróci, będzie
potrzebował w ministerstwie właśnie takich ludzi. To dla Percy’ego Weasleya
wielki honor.
Spodziewałam
się, że w jakiś sposób mnie to poruszy, ale nie. I wcale nie dlatego, że
naprawdę wierzyłam w duże wyróżnienie, nawet nie z powodu słabej zażyłości z
samymi Weasleyami. Po prostu — taka była kolej rzeczy. Czarny Pan nie
wracał dlatego, żeby do końca świata jeździć sobie na wakacje. Nasz pan miał do
wykonania misję osadzenia społeczności czarodziejów na szczycie świata i każda
mrówka — ja, Barty, Glizdogon czy Percy — była na tyle
istotna, na ile mogła się temu przysłużyć.
Ja,
Barty i Glizdogon w to wierzyliśmy. Percy nie, więc należało zrobić tak, by w
to uwierzył.
— I
ci ludzie tego nie widzą? — zapytałam, obracając się za grupą
dorosłych i patrząc, jak jeden po drugim teleportowali się z zaśnieżonego
deptaka. — Myślałam, że po historii z Syriuszem Blackiem w
ministerstwie są wyczuleni na wpływy z zewnątrz. Zwłaszcza w przypadku nowych
pracowników.
— Na
ten moment wpływ Imperiusa jest minimalny. To ma być nasze zabezpieczenie na
przyszłość. Ale nawet jeśli… — Prychnął pod nosem, a ton jego głosu
znów zabarwiła ironia. — To nie są ludzie, którzy dbają o coś więcej
poza własnym interesem. Poznałem każdego z nich, pracowałem z nimi i żaden nie
zainteresował się, czy powód, przez który trafiłem do aresztu, był prawdziwy.
Jedyne, na co sobie pozwolili, to uprzejme zaskoczenie, bo jak to możliwe, że
taki młody, taki zdolny chłopak z tak dobrej rodziny zszedł na złą drogę.
Śliskie pijawki. Ojciec zawsze nimi gardził i jeżeli miałbym z nim dzielić
jakąś opinię, to właśnie tę. Twój kuzyn doskonale się tam wpasuje.
— Tak,
jeżeli ktoś, to właśnie Percy — bąknęłam pod nosem, gdy skręciliśmy w
nieco mniej zatłoczoną uliczkę prowadzącą do herbaciarni u pani
Puddifoot.
I
znów zrobiło mi się szkoda Croucha, bo nawet ja — tak oporna na
niuanse głęboko skrywanego bólu — bez trudu widziałam wciąż
niezagojoną ranę. Odrobinę mocniej przycisnęłam swoje ramię do jego, licząc, że
chociaż w ten sposób okażę mu wsparcie. Co miałam powiedzieć? Że wszystko się
ułoży, że z czasem coś się zmieni, choć nic takiego się nie stanie? Zadrżałam
lekko, kiedy runęła na mnie prawda — znalazłam się na tej samej
drodze, którą Barty kroczył dziesięć lat temu, z jedną tylko różnicą, że o mnie
nikt nigdy nie powie: jak to możliwe, że tak młoda, zdolna dziewczyna zeszła na
złą drogę? Nikt nie będzie uprzejmie się dziwił, nikt nie uniesie brwi, nie
westchnie smutno nad zmarnowaną duszą.
*
Przekraczając
próg gabinetu nauczyciela eliksirów, czuł się tak, jakby wchodził do siebie.
Nie obawiał się, że zostanie przyłapany, bo jako Alastor Moody mógł w każdej
chwili poczuć potrzebę losowego przeszukania gabinetu któregoś z profesorów.
Stary paranoik cierpiący na zespół stresu pourazowego — Crouch nie
mógł trafić lepiej. Już dawno zdążył poznać zawartość wszystkich regałów,
szuflad i półek, choć od początku zakradał się tu wyłącznie po kilka składników
do eliksiru wielosokowego. Musiał to Snape’owi przyznać — miał w
swoich zapasach wzorowy porządek.
Bez
trudu odnalazł kasetkę ze skórką boomslanga. Zwędził jak zwykle tylko odrobinę,
choć potrzebował jeszcze pięciu, może sześciu partii mikstury do końca tego
eksperymentu. Bo właśnie tym to było — codziennym stąpaniem po
cienkiej linie wysoko, wysoko nad przepaścią, a laska i proteza nogi ani trochę
nie ułatwiały. Momentami nie dowierzał, że przetrwał aż pięć miesięcy pod okiem
Dumbledore’a, Snape’a, Karkarowa i węszącej bez przerwy Rity Skeeter. Nigdy nie
był tak bardzo na świeczniku i jednocześnie nigdy nie czuł się tak spokojny i
pewny wygranej, jak gdyby znalazł się w mrocznym labiryncie prowadzony przez
światełko — wiarę w swego pana.
Wystarczyło
o tym nie myśleć i robić swoje.
Skórkę
boomslanga wcisnął głęboko do kieszeni szlafroka i raz jeszcze omiótł wzrokiem
ciemną, wypełnioną regałami izdebkę. Nie spodziewał się, by Snape trzymał tu
coś, co mogłoby Croucha zaciekawić, ale nie potrafił pozbyć się z głowy
podsłuchanej rozmowy z Karkarowem.
Najchętniej
przetrząsnąłby jego kajutę, ale Czarny Pan nakazał Barty’emu spokój i
cierpliwość, a skoro Czarny Pan coś nakazywał, należało się do tego stosować.
Natychmiast i bez dyskusji.
Dlatego
upewniwszy się, że korytarz był pusty, ostrożnie wysunął się ze składzika i zamknął
drzwi. Mijając tajne przejście do dormitorium w lochach, z rozrzewnieniem
prześwietlił szalonym okiem ścianę i rozejrzał się po ciemnych kątach salonu.
Crouch nie miał zbyt wielu wspomnień z szalonych ślizgońskich imprez, ale sam
widok znajomego ustawienia mebli, dogasającego kominka i tej groteskowej
płaskorzeźby z tańczącymi szkieletami wypełnił mu serce czymś ciepłym i słodkim
niczym gęsty syrop z malin.
Gdyby
nie to, że nie chciał zostać przyłapany na szwendaniu się po lochach o tej
porze, chętnie by przystanął.
Czując
charakterystyczne mrowienie w palcach u zdrowej stopy, łyknął resztkę tego, co
zostało na dnie piersiówki, po czym nieśpiesznie ruszył w drogę powrotną. Było
chwilę po pierwszej, ale pieczenie pod powiekami robiło się coraz bardziej dokuczliwe,
a ziewanie w gardle narastało. Barty już nie pamiętał, jakie to uczucie — wyspać
się. Koncepcja czasu na odpoczynek przestała istnieć w momencie
pojawienia się Czarnego Pana w progu domku Crouchów, a wcześniej…
Nie
pamiętał, jak to było odpoczywać. Sen nie dawał wytchnienia, wspaniałe posiłki
gotowane przez Mrużkę nie syciły, choć jednocześnie nie doświadczał głodu ani
zmęczenia.
Przyjemnie
śpiący i z poczuciem dobrze wykonanej misji, poruszając się właściwie w
zupełnej ciemności, opuścił nieco gardę i dokładnie w tym samym momencie
aksamitną ciszę szkolnych korytarzy rozdarł przeraźliwy wrzask. Crouch zamarł
na ułamek sekundy, a serce zadrżało jak wielka naciągnięta guma, bo w pierwszej
chwili wrzask wydał się Barty’emu wrzaskiem rozwścieczonej kobiety, ale bardzo
szybko nabrał jakiegoś nieludzkiego, dzikiego tonu.
Kuśtykając
szybko w kierunku, z którego dochodziły krzyki, rozpoznał w tym skrzeku coś
znajomego, coś, co już kiedyś słyszał, lecz nie w tak rozpaczliwym wykonaniu.
Przenikał okiem poszczególne korytarze i piętra i nareszcie — poziom
wyżej, dokładnie nad swoją głową — natknął się na bardzo osobliwe
zbiorowisko. Snape, Filch i Harry Potter — cała trójka w piżamach — kot,
Irytek fruwający pod sufitem i złote jajo w ramionach woźnego.
Żołądek
ścisnął mu się z ekscytacji.
Natychmiast
się rozbudził. Ignorując narastający ból w zmęczonym kikucie, pokonał całe
piętro jak na zdrowych nogach i przystanął u stóp schodów, czujnie obserwowany
przez całą trójkę. Dopiero teraz, kiedy mógł to zobaczyć zdrowym okiem,
zrozumiał, skąd ten pozorny spokój.
Potter
z nogą uwięzioną do połowy w stopniu pułapce łypał na niego rozpaczliwie przez
pelerynę-niewidkę.
Napięcie
w powietrzu zdawało się gęstnieć z każdym oddechem, półmrok przytłaczał jak
ciężar zamku, który nagle oparł im się na barkach i tylko od nich zależało, czy
zdołają powstrzymać go przed zawaleniem się. Bystre oczy Snape’a zwęziły się
niechętnie, gdy Barty zbliżył się jeszcze o kilka kroków i oparł się wygodnie
rękami na lasce.
— A
to co, przyjęcie w piżamach? — zapytał, nawet nie starając się zniżać
głosu.
— Profesor
Snape i ja usłyszeliśmy jakiś wrzask, panie profesorze — oznajmił
natychmiast Filch. — To poltergeist Irytek rzucał różnymi
przedmiotami, a potem profesor Snape odkrył, że ktoś włamał się do jego
gabinetu…
— Milcz! — syknął
ten drugi, ale słowa zdążyły już paść, cień przerażenia przemknął przez
rozwścieczoną twarz nauczyciela. Delikatny, prawie niedostrzegalny w mdłym
świetle księżyca wpadającym przez wypełnione witrażami okna.
Jeszcze
jeden skurcz w żołądku — tym razem boleśnie nieprzyjemny.
Zatem
umknął w ostatniej chwili. Albo Snape załatwiał swoje brudne interesy z
Karkarowem, albo i on został wyciągnięty z łóżka przez wrzask złotego jaja, ale
jedno było pewne — Crouch musiał coś pominąć. Zignorował gorycz
świadomości własnej pomyłki i raz jeszcze omiótł magicznym okiem to, co działo
się za plecami obu mężczyzn.
Harry
Potter w szlafroku i pod peleryną niewidką, noga zatopiona po kolano w
fałszywym stopniu, Irytek pod sufitem, złote jajo trzymane przez Filcha.
W
mig zrozumiał, ale nie poczuł się z tego powodu lepiej. Wręcz przeciwnie — opieszałość
Pottera podsyciła w nim gniew na siebie samego. Zacisnął wargi i wrócił
spojrzeniem do profesora, który również wyglądał na niezadowolonego.
— Dobrze
słyszałem, Snape? Ktoś włamał się do twojego gabinetu? — zapytał
Crouch.
— Nieważna.
— Przeciwnie,
Snape. To jest bardzo ważne. Kto byłby na tyle bezczelny, żeby nocą włamywać
się do twojego gabinetu?
Wydał
mu się nagle jakiś zmieszany. Podejrzanie zmieszany. Szarawa twarz zrobiła się
nagle błyszcząca od potu, a na skroni pojawiła się gruba żyła, która zaczęła
szybko pulsować.
— To
pewnie jakiś uczeń. Już do tego dochodziło. Ginęły składniki z moich prywatnych
zapasów, jestem pewien, że uczniowie próbują warzyć jakieś niedozwolone
eliksiry…
— Uczniowie,
tak? Warzą podejrzane eliksiry i podkradają ci składniki. — Crouch
nie szczędził ironii. — A może szukają czegoś innego, hmm? Niczego
więcej tam nie ukrywasz?
Możliwe,
że dyskutowaliby inaczej, ale obecność Filcha pilnie łowiącego każde słowo wyraźnie
krępowała Snape’a, który momentalnie zrobił się purpurowy.
— Dobrze
wiesz, że niczego nie ukrywam — syknął cicho, patrząc z ukosa
znacznie poniżej twarzy Moody’ego. — I dobrze o tym wiesz, bo już
dawno przeszukałeś mój gabinet. I to bardzo, bardzo dokładnie.
Barty
uśmiechnął się, lecz przyszło mu to trudno — znacznie trudniej niż
zwykle, choć zdawało mu się, że już dawno opanował drętwą, pobliźnioną twarz
Szalonookiego.
— Taki
przywilej aurora, Snape — rzekł słodko. — Dumbledore
polecił mi, żebym miał oko na niektórych…
— Tak
się składa, Moody, że Dumbledore mi ufa — przerwał mu, cedząc przez
zaciśnięte zęby. — Jakoś trudno mi uwierzyć, że to on kazał ci
grzebać w moim gabinecie…
— Oczywiście,
Dumbledore ci ufa — odparł, przeciągając protekcjonalnie sylaby. — To
bardzo ufny człowiek, nie uważasz? Zawsze wierzył, że każdy zasługuje na drugą
szansę. Ale ja twierdzę, że są pewne ślady… znaki, które nie znikają. Chyba
wiesz, o jakich znakach mówię?
Mistrz
Eliksirów drgnął i instynktownie złapał się za lewe przedramię, a niezdrowo
ceglasta skóra momentalnie straciła kolor.
Barty
zarechotał złośliwie. Dopiero wtedy poczuł prawdziwą ulgę.
Uszczypliwość
i dudniący głos Moody’ego dawały Crouchowi poczucie bezpieczeństwa, lecz dobrze
zdawał sobie z tego sprawę — zwłaszcza teraz, kiedy musiał szyć na
bieżąco — że tylko strach Snape’a odbierał tamtemu czujność.
O
ironio — Snape i strach.
— Wracaj
do łóżka — zakomenderował i przez chwilę naiwnie wierzył, że Mistrz
Eliksirów to zrobi, ale tamten skrzywił się i jego policzki pokrył cień
rumieńca.
— Nie
waż się mnie nigdzie wysyłać, Moody! Mam takie samo prawo do grasowania nocą po
tej szkole jak ty!
— No
to grasuj stąd! — warknął, czując, że zaczynał tracić cierpliwość. — Czasem
miałbym ochotę natknąć się na ciebie gdzieś w jakimś ciemnym zakamarku. Swoją
drogą, chyba coś upuściłeś.
Szturchnął
laską pergamin spoczywający jakąś stopę czy dwie od pierwszego stopnia i w tym
samym momencie, kiedy Snape i Filch powędrowali wzrokiem we wskazanym kierunku,
Barty zauważył jakiś rozpaczliwy ruch za ich plecami. Potter machał pod
peleryną-niewidką w jego stronę i wytrzeszczał dziko oczy, drugą ręką wskazując
to na stare kartki, to na siebie.
Natychmiast
się zorientował.
— Accio
pergamin.
Skinął
różdżką i przedmiot poderwał się z podłogi, śmignął tuż przed wyciągniętą ręką
nauczyciela i wylądował bezpiecznie na dłoni Moody’ego.
— To
jednak moje. Musiałem upuścić wcześniej…
Ale
twarz Snape’a mówiła mu, że tamten nie dał się nabrać. Rozpoznanie błysnęło
wściekle w czarnych jak studnie oczach, nos zmarszczył się, tworząc po obu
stronach zmarszczki upodabniające mężczyznę do marionetki, a mężczyzna sapnął
pod nosem:
— Potter. — Obrócił
się i spojrzał dokładnie w miejsce, gdzie tkwił uwięziony chłopak. — Potter!
To jajo należy do Pottera. Ten kawałek pergaminu również, już raz go widziałem.
Tu gdzieś jest Potter w swojej pelerynie-niewidce!
I
ruszył z wyciągniętymi rękami na górę, machając nimi i rozczapierzając palce
tak, jakby zamierzał pochwycić coś niewidzialnego. Gryfon odchylił się na tyle,
na ile pozwalała mu zapadnięta po kolano noga, ale od długich ramion Mistrza
Eliksirów nie było ucieczki. Nawet Crouch poczuł w brzuchu piekącą obawę — jakby
to on miał się z nimi spotkać.
— Nikogo
tam nie ma, Snape! — zagrzmiał. — Ale z ogromną
przyjemnością podrzucę dyrektorowi, jak szybko przyszedł ci do głowy właśnie
Harry Potter!
— No
i co z tego?
Ręce
wciąż miał wyciągnięte przed siebie jak ślepiec, ale zatrzymał się ledwie o
krok od Pottera.
— No
i to, że Dumbledore bardzo chce się dowiedzieć, kto dybie na życie tego
chłopaka. I ja również, Snape, ja również. Bardzo jestem ciekaw.
Każda
sekunda ciszy zdawała się zagęszczać już i tak nieznośnie ciężką atmosferę,
podczas gdy twarz nauczyciela najpierw stężała, a później napięte skronie i
czoło nieco sflaczały, brwi opadły i mężczyzna opuścił ramiona.
— Pomyślałem,
że gdyby Potter znowu włóczył się po zamku — odparł z pozornym
spokojem — byłoby rozsądnie go powstrzymać. Dla jego własnego
dobra.
— Rozumiem.
A ty bardzo się o niego troszczysz, tak?
Taksowali
się przez chwilę wzrokiem, sekundy wlokły się potwornie długo, aż cały ogień w
oczach nauczyciela się rozpłynął, pozostawiając po sobie znajomą bezdenną
pustkę.
— Chyba
wrócę do łóżka — oznajmił w końcu, odwracając się ostatecznie do
chłopaka plecami.
— To
najlepszy pomysł, jaki wpadł ci do głowy tej nocy — stwierdził
Crouch. Obserwował w napięciu, jak mężczyzna powoli, bardzo powoli oddalał się
od Gryfona i woźnego, który wciąż ściskał w ramionach złote jajo. — Panie
Filch, proszę mi to oddać.
Spodziewał
się, że kiedy już pozbył się Snape’a, spławienie charłaka będzie formalnością,
ale starcza, obwisła twarz zapłonęła nagle młodzieńczym entuzjazmem.
— Nie!
Panie profesorze, to jest dowód przestępstwa Irytka! — wykrzyczał,
przyciskając jajo do piersi. — Dowód zbrodni! Trzeba pójść do
dyrektora, żeby…
— Nie — przerwał
mu opanowanym, stanowczym tonem i Filch natychmiast zamilkł. — To
jest własność reprezentanta szkoły, która została wykradziona przez Irytka.
Reprezentant musi to odzyskać. Proszę mi je oddać.
Nie
musiał się powtarzać i sekundę później już ściskał pod pachą ów nieszczęsny
dowód zbrodni, a woźny poczłapał za Snape’em, mamrocząc do kotki jakieś
dodające otuchy słowa. Trzasnęły drzwi piętro niżej, poltergeist zniknął z
donośnym trzaskiem, a kroki obydwu mężczyzn ucichły, ale Barty stał jeszcze w
bezruchu, myszkując okiem w poszukiwaniu Mistrza Eliksirów. Znalazł go dopiero
po dłuższej chwili — męski kształt poruszający się w
charakterystyczny pająkowaty sposób — gdzieś w okolicy sali
wejściowej.
Byli
bezpieczni.
Crouch
odetchnął niezauważalnie pod ciężkim, wyjściowym płaszczem.
— Mało
brakowało, Potter — mruknął i zaczął się wspinać, żeby wyswobodzić
chłopaka z pułapki. — Co to właściwie jest?
Wyciągnął
z kieszeni wyświechtany, złożony w kostkę kawałek pergaminu wypełniony
drobnymi, bardzo dokładnymi rysuneczkami — na pierwszy rzut oka
zupełnie niepozorny, ale zachowanie Pottera i sposób, w jaki na jej widok
zareagował Snape, nakazał Barty’emu zbadać temat.
— Mapa
Hogwartu.
Odpowiedź
padła w momencie, gdy już się domyślał, co trzymał w rękach.
Bez
dwóch zdań była to mapa, ale jaka mapa! Przedstawiała każdy korytarz,
wszystkie klasy i pomieszczenia łącznie z najpodlejszymi komórkami na miotły,
tajne przejścia — te, których Crouch używał, ale i takie, o których
nie miał zielonego pojęcia — ale nie to powodowało, że skóra cierpła
mu na grzbiecie. W miejscu, gdzie teraz stali — dokładnie w połowie
wąskich schodów między parterem a drugim piętrem — widniały dwa punkciki
opatrzone nazwiskami. Ich nazwiskami. Powędrował wzrokiem do kantorka
nauczyciela eliksirów i zastał tam to, czego się domyślał: miotającą się po
pomieszczeniu kropeczkę z podpisem Severus Snape.
Serce
załomotało mu niebezpiecznie blisko przełyku, ale szybko wróciło na swoje
miejsce.
— Potter,
czy nie udało ci się przypadkiem zobaczyć, kto włamał się do gabinetu Snape’a? — zapytał
powoli, wpatrując się w pojedynczą nieruchomą kropkę w pokoju dyrektora.
— Tak,
widziałem. To był… ee, to był pan Crouch.
Spodziewał
się tego, a jednak bezlitosna ręka paniki chwyciła go za gardło, na chwilę
odbierając dech. Przełknął z trudem, raz jeszcze lustrując rysunkowe,
miniaturowe odpowiedniki najbliższych korytarzy, ale poza nim, Potterem i
przesuwającym się po holu punktem z imieniem Irytka większość zamku tkwiła
nieruchomo, pogrążona we śnie.
Cokolwiek
miało się wydarzyć, nie mógł pozwolić odejść Potterowi z tą mapą.
Strach
wyparował. To był ułamek sekundy bezproduktywnej słabości.
— Crouch? — powtórzył. — Jesteś
tego pewien, Potter?
— Tak.
— Jeżeli
to naprawdę był Crouch, to teraz nie ma już po nim śladu — rzekł,
patrząc wprost na własne nazwisko. — To bardzo interesujące…
Urwał.
Zostali sami. Wystarczył Imperius i może jakieś łagodne zaklęcie zapomnienia,
ot i tyle, żeby wymazać chłopakowi z pamięci kilka ostatnich minut, ale to było
za proste. Zero finezji, w stylu ojca. I choć w tym jednym jedynym przypadku
wspólne imię i nazwisko okazało się błogosławieństwem, czuł, że temat mapy
powinien rozwiązać siłą perswazji. I — jak się okazało — wcale
nie musiał kombinować, żeby pociągnąć tę dyskusję, ponieważ sam Harry aż się
palił do zadawania pytań.
— Panie
profesorze, a… a jak pan myśli, dlaczego pan Crouch chciał się rozejrzeć po
gabinecie Snape’a?
Crouch
zerknął na niego magicznym okiem. Jak daleko się posunąć? Ile siebie samego, a
ile eks-aurora miał zawrzeć w odpowiedzi, wiedząc, że ta rozmowa prędzej czy
później drogą legilimencji dotrze do profesora Dumbledore’a? A może — jak
z ojcem łączyło go imię — tak z Moodym przeżywali tę samą nienawiść do
śmierciożerców?
Napędzaną
innym paliwem, lecz jednakowo zapalczywą.
— Ujmijmy
to tak — powiedział w końcu. — Mówią, że stary Szalonooki
ma bzika na punkcie wyłapywania czarnoksiężników. Ale Szalonooki to nic w
porównaniu z Bartym Crouchem.
Poczuł
coś na kształt satysfakcji na widok rumieńca na twarzy chłopaka.
— Myśli
pan, że… że może to mieć coś wspólnego z… Może pan Crouch sądzi, że coś się tu
dzieje…?
— Na
przykład?
— No
nie wiem — wycofał się szybko i na moment zagryzł usta, jakby się
zastanawiał, ile mógł zdradzić. Dopiero po chwili podjął: — Ostatnio
dzieją się dziwne rzeczy. Pisali o tym w Proroku Codziennym. Mroczny
Znak na Mistrzostwach Świata w Quidditchu, śmierciożercy i w ogóle…
Głupi,
ale nie aż tak głupi, jak mówił Glizdogon.
Crouch
pokiwał lekko głową, podczas gdy Gryfon spijał chciwie każde słowo z jego
ust.
— Bystry
z ciebie chłopak, Potter. Możliwe, że Crouch myśli podobnie. Ostatnio
faktycznie krążą różne dziwne pogłoski, do których Rita Skeeter sukcesywnie się
przyczynia… Ludzie zaczynają się bać. — Zamilkł i uśmiechnął się,
obserwując, jak różowe policzki nastolatka powoli traciły kolor. — Och,
tak, właśnie tego nienawidzę najbardziej. Nienawidzę śmierciożercy na wolności.
A teraz ja zadam ci pytanie, Potter. Czy mógłbym sobie to pożyczyć?
Machnął
mu przed twarzą rozłożonym pergaminem, aż Gryfon wzdrygnął się i zaczerpnął
powietrza.
— Och…
Tak, tak, oczywiście! — wydukał.
Wyglądało
na to, że i on nosił w sobie jakiś sekret związany z mapą i tak, jak Crouch,
poczuł ulgę, że wciąż był bezpieczny.
— Dobry
z ciebie chłopak. Bardzo mi się przyda ta mapa, może właśnie tego mi brakowało.
Przekonamy się. A teraz do łóżka, Potter. Idziemy.
Pomaszerowali
wspólnie na górę, dyskutując o złotym jaju i zagadce, dopóki nie rozstali się
na drugim piętrze przed drzwiami gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią — bezpiecznej
przystani, gdzie Crouch mógł w spokoju oddać się studiowaniu mapy. Senność
odpłynęła wraz ze spokojem, z jakim oczekiwał na zbliżające się Drugie
Zadanie.
I
pomyśleć, że ten niepozorny artefakt mógł raz na zawsze zniweczyć plany
Czarnego Pana.
Jego
plany.
Powściągnął
chęć napisania do Crouchwood Hall, choć pragnienie podzielenia się ze swoim
panem wyeliminowaniem niespodziewanego czynnika zakłócającego rozsadzało go od
środka. W zamian za to przysunął sobie do okna fotel i spoczął w nim ciężko,
nie przestając analizować tego, co rysowało się na pergaminie. Korytarz po
korytarzu, klasa po klasie, kącik po kąciku.
Mapa
Huncwotów — tak głosił atramentowy napis na
szczycie.
Czymkolwiek
była, uratowała im skórę. Jemu i Macy. To musiał być bardzo potężny przedmiot.
Nie działały na niego ani kłamstwa Montgomerych, ani eliksir wielosokowy.
Crouch
automatycznie odnalazł wzrokiem Wieżę Krukonów, a w niej pośród kilkudziesięciu
innych nazwisk to jedno — Macy Rosier — i poczuł coś
jeszcze. Do ulgi i dumy dołączył spokój i myśl, która dotąd nie wybrzmiała tak
wyraźnie w jego głowie.
Już
nie chciał mieć Macy na oku, żeby ją sprawdzać, ale dlatego, by ją
chronić.
*
Widok
sowy podchodzącej do lądowania dokładnie nad moim talerzem zawsze wywoływał we
mnie ukłucie niepokoju — zwłaszcza kiedy pojawiała się w czasie,
kiedy nie oczekiwałam żadnych listów. A od kiedy poznałam Croucha, musiałam się
przyzwyczaić, że należało się ich spodziewać podczas każdego posiłku.
Jeden
jedyny pozytyw z utraty Nelly, pomyślałam, łypiąc
dyskretnie na stół nauczycielski. Nikt nie interesował się tym, co przyniósł
do Hogwartu wielki puchacz z obrączką z wygrawerowanym herbem szkoły.
Wiedziałam,
że zaproszenia na wieczorki w gabinecie na drugim piętrze nie musiały oznaczać
niczego poważnego, ale i tak przez resztę dnia skręcało mnie z nerwów.
Odliczałam do godziny dwudziestej pierwszej, chcąc, by ten czas jak najszybciej
zleciał, a kiedy do planowanego spotkania został kwadrans, czułam w żołądku
wzrastające napięcie sygnalizujące zakłopotanie. Widząc Szalonookiego
znikającego w półmroku zagraconego biura, przemknęło mi przez myśl, że
znalazłam się w punkcie wyjścia i nie miałam pojęcia dlaczego.
Jak
gdybym dopiero zaczynała go poznawać, choć przecież dobrze wiedziałam, kiedy
był Moodym, a kiedy Bartym. Nauczyłam się rozróżniać ruchy mięśni na jego
twarzy, dostrzegać zmiany w tonie głosu. Do pewnego momentu cieszyłam się na te
spotkania, podświadomie szukałam go wzrokiem na szkolnych korytarzach i kiedy
przyjemność z jego obecności w moim życiu osiągnęła pik, wszystko poleciało z
powrotem na łeb, na szyję. Działo się coś, czego nie rozumiałam.
A
kiedy czegoś nie rozumiałam, najłatwiej było się wycofać.
— O
co chodzi? — zapytałam, nie mogąc dłużej znieść rosnącego
napięcia.
— Zeszłej
nocy miałem ciekawe spotkanie ze Snape’em, Filchem, Potterem i jego złotym
jajem — zaczął nieadekwatnie radosnym głosem. — Co więcej,
poniekąd chłopak przyłapał mnie na szmuglowaniu składników do eliksiru z
prywatnych zapasów Snape’a.
Uśmiechnął
się promiennie i przez moment byłam już pewna, że postradał zmysły.
— JAK
TO?!
Crouch
zdawał się nie podzielać mojego niepokoju. Bez słowa opadł na fotel przy biurku
i wyciągnął z szuflady coś, co przypominało wielokrotnie składany kawałek
podniszczonego, starego pergaminu wypełnionego rysuneczkami, w których dopiero
po chwili rozpoznałam mapę.
— Dzięki
temu — odparł, a ja podbiegłam na trzęsących się nogach i porwałam z
blatu przedmiot, żeby bliżej mu się przyjrzeć. — Mapa Huncwotów. Nie
mam pojęcia, kim oni są i skąd Potter to wytrzasnął, ale mało brakowało, żeby
wszystkie nasze plany roztrzaskały się o ten jeden świstek.
— Mało
brakowało? Przecież mówiłeś, że cię przyłapał…
Idąc
tu, rozumiałam niewiele.
Teraz
nie rozumiałam już nic a nic.
— Zobaczył
mnie — wyjaśnił krótko. — W gabinecie Snape’a na mapie. Ta
mapa pokazuje wszystkich, którzy znajdują się aktualnie na terenie Hogwartu. Na
szczęście mamy z ojcem te same imiona i aktualnie Potter i jego przyjaciele
główkują, co Barty Crouch robił w środku nocy w szkole i czego szukał u
Snape’a.
Kiedy
już trochę ochłonęłam, rozłożyłam pergamin i, przeglądając zarys znajomych
pomieszczeń, wyłowiłam wzrokiem kilka poruszających się, opatrzonych imionami i
nazwiskami kropek. Z ciekawości zerknęłam najpierw do swojego dormitorium,
później do dormitorium Gryfonów, gdzie w okrągłym salonie wśród koleżanek
zobaczyłam punkcik z podpisem Lynn Montgomery, a na końcu do gabinetu
nauczyciela obrony przed czarną magią i przeżyłam kolejny mały wstrząs.
Nieruchome
plamki — Mary Rosier i Bartemiusz Crouch — zostały
umiejscowione dokładnie naprzeciwko siebie, dopóki nie zrobiłam kilku kroków w
tył i ta przyporządkowana do mojego nazwiska również się poruszyła.
Znów
podeszłam. Kropka też.
— Ignoruje
działanie eliksiru wielosokowego — zauważyłam trzeźwo i natychmiast
spojrzałam na trzeci punkt opatrzony nazwiskiem Alastora Moody’ego dokładnie w
miejscu, w którym stał olbrzymi kufer eks-aurora. — Niesamowite.
Potter ci nie powiedział, skąd to ma?
— Nie
i nie wyglądał, jakby chciał się tym z kimś podzielić, ale ma nie tylko
czarodziejską mapę. Potter wybrał się w nocy, żeby rozwikłać zagadkę swojego
jaja. Pod peleryną-niewidką — odparł z nonszalancją. — Co
ciekawe, kiedy Snape zobaczył mapę, natychmiast ją z nim skojarzył, zatem wie o
mapie i o pelerynie. Bardzo to interesujące… obsesja Snape’a na punkcie tego
chłopaka.
Mnie
ani trochę to nie zaintrygowało. Wciąż gapiłam się na pergamin i śledziłam
poruszające się po korytarzach punkty. Obejrzałam pokoje wszystkich
nauczycieli, ledwo prześlizgnęłam się wzrokiem po statku Karkarowa, żeby dłużej
zatrzymać się na powozie Beauxbatons. Widok liter układających się w napis Nelly
Dubois przyprawił mnie o mocniejsze bicie serca. Przełknęłam szybko i
opuściłam mapę.
— Jesteś
pewien, że… że ciebie… że nas nie widział?
Na
samą myśl zrobiło mi się gorąco ze strachu, ale Crouch tylko odchylił się w
fotelu, nie przestając się uśmiechać. Choć zrobił to ustami Moody’ego — zaskakujące — poczułam,
jak węzeł w moim żołądku nieco się poluzował.
— Wszystko
jest pod kontrolą — rzekł. — Potter ma swoje małe śledztwo,
a ja jego mapę. W końcu schował dumę do kieszeni i skorzystał z rady
Diggory’ego. Poznał treść zagadki. Teraz pójdzie z górki.
— A
co, jeżeli nie poprosi Longbottoma o pomoc? Jak umieścić skrzeloziele w jego
dormitorium?
— Myślę,
że nawet Potter nie jest aż tak tępy, żeby ryzykować utopienie się, a jego
legendarna gryfońska odwaga nie pozwoli mu zrezygnować. Zrobi wszystko, żeby
przejść dalej. Jest ambitny. Piekielnie ambitny i gdyby nie ta śmieszna,
granicząca z głupotą odwaga, doskonale nadawałby się na Ślizgona. — Dźwignął
się na nogi i wychylił się, żeby ścisnąć mnie za przedramię. — Jestem
tu po to, żeby wygrał ten turniej. I wygra. Na chwałę naszego pana.
Przytaknęłam,
choć jego słowa tylko połowicznie mnie uspokoiły. Niecały kwadrans później
wracałam do Wieży Krukonów zestresowana i z dziwnie przyjemnie piekącym
nadgarstkiem, dokładnie w miejscu, w którym spoczęła dłoń Szalonookiego — bo
choć miała olbrzymie, nieforemne palce Moody’ego, dotyk, jakim mnie obdarzyła,
zdecydowanie był dotykiem Barty’ego.
I
sama już nie wiedziałam, czy martwiłam się Drugim Zadaniem, mapą, Crouchem, czy
może wszystkim na raz.
*
Od
zawsze lubiłam się uczyć, ale teraz, kiedy w Hogwarcie znów zapanowała
turniejowa gorączka, przygotowania do owutemów stały się dla mnie swego rodzaju
ucieczką od wrzawy i coraz bardziej rozpalających artykułów Rity Skeeter.
Najnowsze egzemplarze Czarownicy i innych kolorowych magazynów dla
dziewcząt krążyły teraz po całym dormitorium z regularnością kartkówek z
numerologii, a młodsze Krukonki — znudzone przeciągającą się zimą — zajmowały
się głównie przesiadywaniem przed kominkiem, chichotaniem i przeglądaniem tych
paszkwili. Początkowo spoglądałam na to z pogardą i chowałam się za Poradnikiem
transmutacji dla zaawansowanych, ale niesamowita, trudna do zniesienia
tęsknota ściskała mnie wtedy za serce i musiałam walczyć, żeby nie dopuszczać
do siebie wyobrażeń, w których to ja z Nelly czytałyśmy sobie nawzajem
horoskopy i grzałyśmy się przy ogniu.
Absurdalne — tęsknić
za czymś, czego się nie przeżyło.
Czego
do tej pory nawet się nie potrzebowało.
A
sama Nelly — jakby czytała mi w myślach — znów pojawiła się
na horyzoncie. Tym razem w połowie lutego, kiedy niebo stawało się coraz
wyższe, dni coraz dłuższe, a pierwsze przebiśniegi wyglądały ciekawie spomiędzy
ciężkich, wilgotnych hałd śniegu.
Widziałam
ją już od początku śniadania. Choć nie zajęła swojego starego miejsca,
przysiadła w znacznym oddaleniu od koleżanek z Beauxbatons — na ziemi
niczyjej między mną i nimi, gdzieś w otoczeniu jakichś anonimowych
trzecioklasistów. Jadłam powoli, czując, że i ona w ten sposób jadła, mimo że
nie miałam odwagi, by na nią spojrzeć. Nawet w momencie, gdy krzesło, które
chwilę wcześniej zwolniła Mary Burrow, ktoś zajął, a do nosa zaleciał mi
znajomy zapach perfum.
Obecność
wielkiej guli w gardle sprawiła, że nie byłam w stanie oddychać, dopóki Dubois
się nie odezwała.
— Hej…
Jak tam?
— Cześć — bąknęłam.
Głos miałam zaskakująco czysty, chociaż serce kołatało się na wysokości
przełyku. — Jakoś leci. A u ciebie?
Atmosfera
była tak niezręczna, że ogarnęło mnie potworne gorąco. Nelly też musiała to
czuć, bo oddychała ciężko, wiercąc się niemiłosiernie, jakby zrobiło jej się
niewygodnie w swojej własnej skórze.
— Chyba
też… jakoś leci. Dalej masz okienko przed zaklęciami?
— Nic
się nie zmieniło, nadal nie mam wybitnego z eliksirów, więc nadal nie
mogę wrócić na eliksiry, więc… Tak, to się raczej nie zmieni.
— Och.
Racja. — Poprawiła się na krześle i zaczerpnęła płytko powietrza. — Posłuchaj…
Tak sobie pomyślałam… może poszłybyśmy razem na spacer, skoro nie idziesz na te
eliksiry?
Spojrzałam
na nią podejrzliwie i natychmiast uderzyło mnie, jak okrągłe zrobiły się oczy
Nelly. W pierwszej chwili chciałam się zgodzić i pędzić z nią na błonia, ale
ledwo otworzyłam usta, zadra boleśnie przypomniała o swoim istnieniu. Wciąż tam
tkwiła. W sercu — wbita głęboko, bardzo głęboko pod takim kątem, że
tylko Dubois była w stanie ją zadrzeć.
— Na
spacer? — powtórzyłam z nutką kpiny w głosie. — A nie boisz
się, że spróbuję cię kusić?
Parsknęła
nerwowym śmiechem, ale grymas, jaki wykrzywił jej twarz, wcale nie wskazywał na
rozbawienie. I chyba właśnie ta mina sprawiła, że poszłam z nią na ten spacer.
Stąpając ostrożnie po śliskiej ścieżce prowadzącej w stronę jeziora, już prawie
dźwięczały mi w uszach słowa Croucha, który marudził: nie idź, nie ufaj, nie
rozdrapuj starych ran.
Ale
ja musiałam pójść, wysłuchać, pogrzebać patykiem w ropiejącej szramie, która od
grudnia i tak nie była w stanie się zagoić.
Długo
milczałyśmy, lecz nie zamierzałam Nelly niczego ułatwiać. Oddychając powoli
wilgotnym, żywicznym powietrzem znad lasu, wsłuchiwałam się uważnie w ciszę
rozpraszaną przez mlaskanie mokrego śniegu pod naszymi stopami. Byłam pewna, że
gdyby nie odgłos kroków, dałabym radę wyłapać brzęczenie obijających się o
siebie myśli w głowie Francuzki.
— Ja…
Chciałabym cię przeprosić — odezwała się w końcu. — Ta
akcja z Gastonem… i w ogóle z tym balem… Ech, to było takie niepotrzebne, ale
coś mi odbiło, nie myślałam trzeźwo. Wiesz, byłam kiedyś w związku z takim
chłopakiem, pierwsza miłość i te sprawy… zdradził mnie z koleżanką. I teraz
znów się to powtarza… to nie jest usprawiedliwienie, wiem, ale pomyśl, jak się
wtedy poczułam. Wszystko wróciło! Znów słyszałam, że jestem ładna, ale,
że jestem zabawna, ale, że… że z nią jest mu po prostu lepiej! I co,
gdyby przynajmniej było z tego wielkie narzeczeństwo, ale gdzie tam! Zerwała z
nim po dwóch miesiącach, mais imaginez, nie chciał się zejść, bo nie
byłam nią. A kiedy was zobaczyłam… kiedy to wszystko usłyszałam…
Urwała,
starając się opanować rwany oddech. Oczy jej się zaszkliły, głos zwilgotniał,
rumieńce na policzkach zrobiły się nienaturalnie rozlane, a mnie natychmiast
przypomniało się Hogsmeade i to, co powiedział Moulin.
— Ja
też nią nie jestem. Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobiła — oświadczyłam,
starając się nie brzmieć zbyt oschle. — Tolerowałam go dla ciebie, to
wszystko.
— Wiem,
teraz już wiem — jęknęła i chwyciła mnie mocno pod rękę, tak, że w
odpowiedzi jeszcze mocniej przycisnęłam ramiona do boków. — Ja
naprawdę… naprawdę wierzyłam, że to ten! Że skończymy szkołę, Gaston mi się
oświadczy, weźmiemy ślub, że… że nie skończę tak, jak moi rodzice. Nawet
wybaczyłam mu tamtą sprawę z jego eks i wszystko po nic!
Jeszcze
kilka tygodni temu marzyłam, by to wszystko usłyszeć. By usłyszeć przepraszam,
zobaczyć desperację w jej oczach, tak, jak gdybym naprawdę się dla niej
liczyła, a teraz nie potrafiłam tak po prostu machnąć ręką na to, co wtedy
powiedziała, na to, jak patrzyła… Jakby widziała mnie po raz pierwszy.
Ale
jednocześnie nie byłam w stanie odejść. Obie zwolniłyśmy kroku, a ja zerkałam z
ukosa, jak Nelly szła dalej ze zwieszoną głową, kopiąc z goryczą ciężkie,
lepkie muldy.
— Jaką
sprawę z eks? — zapytałam w końcu.
— To
było na samym początku! — podjęła natychmiast. — Kiedy
zaczynaliśmy randkować, nie chciał się za bardzo ze mną afiszować, przekonywał,
że to takie romantyczne mieć związek tylko dla siebie, a ja głupia uwierzyłam.
I wiesz co? Był świeżo po rozstaniu ze swoją eks. Kiedy go przycisnęłam,
przyznał się, że „nie chciał jej sprawić przykrości”, kapujesz? Że niby będzie
przeżywać, że on tak szybko się po niej otrząsnął, ale prawda była taka, że
jego eks nie do końca wiedziała, że już jest eks. Już wtedy powinny mi się
otworzyć oczy, ale, sama widzisz, byłam głupia! Młoda i głupia! Macy!
Odetchnęłam.
Tak, zdecydowanie była głupia. Przypominała mi teraz Lynn próbującą wkraść się
w moje łaski, licząc, że przekonam ciotkę Rosalie do urządzenia imprezy
urodzinowej w mugolskim barze. Głupia, młoda Nelly.
Ale
czy na pewno taka głupia? A może po prostu zakochana? Głęboko i bez pamięci,
tak, jak zakochują się bohaterki tych wszystkich powieści, w których ukochany
zostaje pogryziony przez wilkołaka albo wampira, a miłość tej jedynej ma moc
zdejmowania najcięższych klątw?
— Jesteście
razem?
— Nie — odpowiedziała
stanowczo. — Wydawało mu się, że przejdziemy po tym do porządku
dziennego, bo przecież do niczego nie doszło, ale nie potrafię mu tego
wybaczyć. Bardzo się pokłóciliśmy, wszyscy to słyszeli, nawet madame Maxime… W
powozie jest potwornie niezręcznie.
— Wyobrażam
sobie…
— Całe
szczęście wszyscy znów są skupieni na Świętej Fleur, więc nie muszę znosić tych
spojrzeń — podsumowała z przeciągłym westchnieniem i gwałtownie się
zatrzymała, więc zrobiłam to samo. — Jeszcze raz przepraszam. Gdybym
mogła, cofnęłabym czas, żeby nie powiedzieć tych wszystkich okropnych
rzeczy.
— Już
dobrze — mruknęłam, gdy ujęła moje ręce w swoje i ścisnęła.
Spojrzałam w jej rozradowane oczy, na szeroki uśmiech i nagle zwaliła się na
mnie świadomość powodu tego gniotącego, nieprzyjemnego uczucia. — Dlaczego
umówiłaś mnie na bal z chłopakiem, który ma dziewczynę? Dlaczego powiedziałaś
Gastonowi, że wiedziałam, że Jean-Loup jest w związku, ale mi to nie
przeszkadza?
Entuzjazm
spłynął z jej twarzy, a ja chyba pierwszy raz widziałam Nelly zmieszaną — tak
realnie i szczerze zawstydzoną jak dziecko przyłapane na kradzieży. Spuściła
wzrok i odetchnęła głęboko, uspokajająco, dłonie zrobiły się wilgotne, ale nie wysunęła
ich. Wręcz przeciwnie, ścisnęła jeszcze mocniej, jakby w obawie, że to ja cofnę
swoje.
Nie
zrobiłam tego. Czekałam w napięciu na kolejną bolesną prawdę, której, byłam
prawie pewna, już się domyślałam.
— Wiem,
że nic mnie nie usprawiedliwia, ale ja po prostu… bardzo chciałam, żebyś ze mną
poszła, a tylko Jean-Loup dał się przekonać — wyznała, nie patrząc mi
w oczy. — Przepraszam. Powinnam była powiedzieć otwarcie.
Zabolało.
Nikt nigdy nie przeprosił mnie w trakcie jednej rozmowy tak szczerze i tak
wiele razy, ale i tak zabolało. I co miałam zrobić? Wyszarpnąć ręce z jej rąk,
obrócić się dramatycznie na pięcie i pomaszerować z powrotem do zamku, tak, jak
Nelly kilka tygodni temu?
A
jednak — mimo bólu — serce rwało mi się do niej. Do tej
postrzelonej, nierozgarniętej, o wiele zbyt głośnej dziewczyny, więc
przełknęłam kolejną głupotę. Głupotę, która doprowadziła do sytuacji z
fontanną, przesłuchaniem w gabinecie Dumbledore’a, do zawieszenia naszej przyjaźni
i na koniec do rozpadu ich związku — tego, który miał być na
zawsze.
Wybaczyłam.
Pozwoliłam się uściskać i z tylko trochę lżejszym sercem dałam się zaprowadzić
z powrotem do szkoły, a później na górę do biblioteki, gdzie ukryłyśmy się
między regałami i mogłyśmy plotkować, dzielić się wszystkim tym, co ominęłyśmy
wzajemnie w naszych życiach. Tak, jak marzyłam w pokoju wspólnym.
I
bolało tylko troszeczkę mniej.
*
Czuł
się coraz bardziej zdesperowany.
Szybko
wyszło na to, że nocny spacer Pottera po łazienkach prefektów był tylko jednym
promykiem nadziei, który został stłumiony przez głupotę Gryfona. Barty
codziennie śledził go na mapie, jak w towarzystwie przyjaciół do późna
przesiadywał w bibliotece i nie wyglądało na to, by ich poszukiwania przyniosły
jakiś skutek. Z całą pewnością zrozumieli sens zagadki — powiedziały
mu o tym akta bibliotekarki, które Crouch przeszukiwał regularnie co tydzień.
Wciąż wypożyczali książki dotyczące transmutacji i zaklęć, podczas gdy ta
jedna, którą specjalnie zamówił we wrześniu w antykwariacie na Pokątnej, leżała
nietknięta w kufrze Longbottoma.
Zdecydowanie
przeliczył się co do ambicji dzieciaka i nie docenił jego pychy.
Macy
też nie wiedziała, co robić, więc każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece,
podsłuchując, jak coraz bardziej rozpaczliwie główkowali nad sposobem
przetrwania pod wodą. Oczywiście Barty zawsze miał w zanadrzu Imperiusa i całą
gamę zaklęć wymazujących pamięć, ale wolał uniknąć ingerowania w umysł Pottera
tuż pod nosem Dumbledore’a. Tak na wszelki wypadek.
Dlatego
na dzień przed drugim zadaniem — doskonale panując nad nieprzyjemnym,
nerwowym ssaniem w żołądku — zainicjował wszystko w pokoju
nauczycielskim i jedyne, co mógł więcej zrobić, to śledzić swojego małego
posłańca na mapie.
— I
jak nastroje? — zagadnął McGonagall, kiedy w drzwiach pojawiła się
łysa głowa Zgredka i zaczęła się rozglądać za osobą, która go wezwała. — Cała
czwórka już przetransportowana na dno jeziora, tak?
— Tak — odparła
sucho, prostując się w krześle na drugim końcu stołu. Brwi, które połączyły jej
się w jedną prostą linię, sugerowały, że nauczycielka mocno przeżywała
zbliżającą się konkurencję. I bardzo chciała o tym porozmawiać. — Jestem
przeciwna używaniu do tego uczniów. Zwłaszcza tych niepełnoletnich. I ta mała
Francuzka… Ale Dumbledore najwyraźniej wie, co robi.
Spodziewał
się, że — inaczej niż Flitwick czy Hooch — nie będzie w
nastroju do zbierania zakładów, ale w gabinecie nie było ani Flitwicka, ani
Hooch, tylko profesor Vector siedziała w najciemniejszym kącie pokoju i zdawała
się nie słyszeć i nie widzieć niczego poza stertą kartkówek, które
poprawiała.
— Jasne — rzekł. — Sposób
na jezioro będą mieli mocno ograniczony. Bardzo mnie ciekawi, co tym razem
wymyśli Potter. Już to mówiłem, ale jego pomysł na rogogona był świeży i
kreatywny.
— Zgadzam
się — przyznała McGonagall, ale wyraz jej twarzy wcale nie przemawiał
za tym, że wierzyła w kolejny przebłysk geniuszu podopiecznego. — Wykorzystał
swoje atuty, choć nie ukrywam, że obawiam się o Drugie Zadanie. Potter jest…
no… o wiele bardziej w tyle niż reszta zawodników.
Machnął
lekceważąco ręką.
— Potterowi
nic nie brakuje — oznajmił donośnie. — Co nie doczaruje, to
ominie sprytem. Moim zdaniem i tym razem nie będzie zbyt wiele korzystał z
różdżki, ale to dobrze. Reszta użyje pewno prostego bąblogłowia, a do Pottera
pasuje mi skrzeloziele. Co pani sądzi?
Zmarszczyła
czoło, a brwi jeszcze bardziej jej się zeszły, tymczasem on skinął na skrzata i
wskazał mu szafę pełną bezpańskich szat i płaszczy wyglądających tak, jakby
zalegały tam od wieków.
— Skrzeloziele?
Tak, jest dużo bardziej efektowne od zaklęcia bąblogłowy, chociaż wątpię, żeby
Potter miał dostęp do tak rzadkich rośli.
— Pani
profesor — zarechotał — znam Pottera ledwo pół roku i nie
mam żadnych wątpliwości.
Wydęła
usta i Crouch już wiedział, że nie mogła się z nim nie zgodzić.
— Ach,
może i przymknięcie oczu na pewne sprawy w tym przypadku byłoby jakimś
przejawem rozsądku — westchnęła, zniżając głos do szeptu, a Crouchowi
przyszło do głowy, że dotknął tematu, który McGonagall bardzo uwierał. — Nie
uważam, żeby… ee… drobna pomoc była niesprawiedliwa. Wręcz uważałabym to za
swego rodzaju… wyrównanie szans.
— Najzupełniej
się z panią zgadzam.
— Przecież
nikt się nie spodziewa, że Potter stanowi realną konkurencję dla trójki
dorosłych czarodziejów — kontynuowała takim tonem, jakby próbowała
usprawiedliwić się przed samą sobą. — Oczywiście Potterowi niczego
nie brakuje, ale to nadal czternastolatek. Tylko czternastolatek! W jego
przypadku nie chodzi o zwycięstwo, tylko o przetrwanie.
— Ale
jeżeli może to zrobić w ładnym stylu, to nie ma co chłopaka zniechęcać — podsumował
z jednym okiem wlepionym w swoją rozmówczynię, z drugim w Zgredka.
Skrzat
podejrzanie mocno przeciągał segregowanie szat i Crouch już wiedział, że to był
strzał w dziesiątkę. Desperacki, ale skuteczny. Pociągnął odruchowo z
piersiówki, kolejny raz błogosławiąc wyświechtany kawałek pergaminu
spoczywający bezpiecznie w jednej z kieszeni na jego piersi.
Wszystkie
dotychczasowe wydarzenia dawały mu znaki — Berta Jorkins w domu jego
ojca, zaginiona córka śmierciożerców, spotkanie na schodach, mapa. Cały
wszechświat chciał, żeby Czarny Pan powrócił. Crouch nie widział innego
wytłumaczenia — tak po prostu miało się stać i jakoś do tego dojdzie.
Bez względu na to, czy Potter użyje zaklęcia bąblogłowy, połknie skrzeloziele
czy włoży głowę pod wodę i krzyknie, by trytony oddały mu to, co
zwędziły.
*
Drżałam,
schodząc z Nelly ze wzgórza w stronę trybun ciągnących się wzdłuż brzegu
jeziora. Choć późnym wieczorem szkolna sowa zastukała do okna sypialni
siódmoklasistek, niosąc zwinięty w rulonik pergamin z pokrzepiającym liścikiem,
obudziłam się przed świtem z żołądkiem związanym w supeł — tak,
jakbym to ja miała za dziesięć minut zanurzyć się w lodowatej wodzie, zupełnie
niegotowa na walkę z trytonami, druzgotkami i olbrzymią kałamarnicą.
Przy
balustradzie jednej z drewnianych wież (Dubois koniecznie chciała siedzieć jak
najniżej) wiało wyjątkowo paskudnie, ale spodziewałam się, że to było nic w
porównaniu z temperaturą jeziora. Co prawda przymrozki dawno się skończyły, ale
nieprzyjemne przejście między zimą i wiosną pokazało się w swojej najbrzydszej
odsłonie i teraz zamiast w masie brudnego, wilgotnego śniegu całe błonia tonęły
w kałużach i błocie. Przy udekorowanym na złoto stole czekali już Diggory, Krum
i Fleur, a skład sędziowski — znów bez pana Croucha i z Percym
Weasleyem w zastępstwie — rozglądali się niecierpliwie w oczekiwaniu
na ostatniego reprezentanta.
Szum
na trybunach rósł z każdą chwilą — do rozpoczęcia Drugiego Zadania
została minuta.
Nie
byłam pewna, czy bardziej żałowałabym dostępu czy braku mapy Huncwotów, ale
ostatecznie chyba wolałam nie widzieć kropki opatrzonej nazwiskiem Pottera
tkwiącej nieruchomo w dormitorium Gryfonów albo w jakiejś komórce na miotły
gdzieś w głębi labiryntu korytarzy w lochach. Otaczający mnie uczniowie chyba
myśleli tak samo, a gwar rozmów coraz bardziej się napędzał.
— Pottera
chyba to przerosło.
— Co,
myślisz, że nie odkrył, o czym wyje jego jajo?
— Daj
spokój, przecież to było bardziej niż oczywiste, że nie da rady. Wielki Harry
Potter, przerost formy nad treścią, ot co!
— A
ten pomysł z jajem na bank nie był jego…
— …i
pewnie naćpali czymś smoka, żeby jakoś wyrównać szanse…
— Ciekawe,
czy stchórzył, czy zaspał — mruknęła Nelly, wychylając się mocno
przez barierkę.
— Nie
mam pojęcia — bąknęłam. Gardło miałam boleśnie zaciśnięte.
Jako
jedna z pierwszych — wpatrzona w schody frontowe i zajęta obgryzaniem
paznokci — wypatrzyłam zbliżającą się od strony zamku czarną plamkę,
która szybko zmieniła się w pędzącego sprintem Gryfona, ale kamień na sercu ani
drgnął. Z perspektywy Czarnego Pana śmierć chłopaka pod wodą była mniej
opłacalna niż opuszczenie Drugiego Zadania i utrata punktów.
A
Potter wcale nie wyglądał na tego, który wiedział, co robić.
— Nasi
reprezentanci są gotowi, żeby zmierzyć się z Drugim Zadaniem! — zagrzmiał
Bagman magicznie wzmocnionym głosem, a widownia ucichła. — Na dźwięk
mojego gwizdka wskoczą do wody. Mają dokładnie GODZINĘ i ani minuty dłużej,
żeby odzyskać to, co zostało im odebrane. A więc! Liczę do trzech! Raz… dwa…
TRZY!
Ostry
gwizd poniósł się po błoniach, prawie natychmiast tonąc w brawach i
motywujących okrzykach. Niektórzy ułożyli krótkie piosenki, jakimi dopingowali
swoich zawodników, inni tupali, klaskali i bębnili o balustrady w konkretny
rytm, dopóki trzy postacie nie rzuciły się prosto w szarą, ponurą otchłań
jeziora. Tylko Harry Potter stał w bezruchu z nogami zanurzonymi po kolana,
żując coś energicznie.
Dopiero
wtedy odetchnęłam — poza Moodym chyba jako jedyna na trybunach, bo
widownia znów zaczynała szeptać, zaczęły się pojawiać pojedyncze śmiechy, aż
rozgorzały na dobre, gdy chłopak nagle chwycił się za szyję rękami
przypominającymi ręce jakiejś mitycznej morskiej istoty. Skóra na twarzy i
dłoniach momentalnie mu poszarzała i pokryła się czymś na wzór rybiej łuski,
palce się wydłużyły, a przestrzeń między nimi wypełniła błona. Gryfon natychmiast
zrozumiał. Przy akompaniamencie śmiechów i gwizdów zanurkował…
I na
tym się skończyło.
Gasnące
chichoty trwały jeszcze przez chwilę, dopóki ostatnie zmarszczki na tafli się
nie wygładziły. Dopiero wtedy Bagman zaczął zabawiać tłum ciekawostkami na
temat trytonów i zagrożeń, jakie czekały na uczestników na trasie do ich
Wisieli, podczas gdy na trybunach — inaczej niż podczas Pierwszego Zadania — pojawili
się pracownicy z Zonka, Miodowego Królestwa i Trzech Mioteł, sprzedając napoje,
słodkie przekąski i miniaturowe kałamarnice w formie breloczków. Ludzie bardzo
szybko się wciągnęli i nawet ja się nie zorientowałam, kiedy przestałam
wpatrywać się w jezioro i pogrążyłam się z Nelly w rozmowie na temat szans
zawodników.
— Waham
się między Krumem i Diggorym — oznajmiła, grzejąc sobie dłonie na
papierowym kubku parującej herbaty. — Krum jest krzepki, widziałam go
w zeszłym tygodniu, jak wskakiwał do wody. W samych kąpielówkach. — Błysnęła
zębami w zadziornym uśmieszku. — Ale Diggory ma dłuższe nogi i
podobno też gra w quidditcha, więc na brak kondycji nie może narzekać… no i
jest dziesięć razy bardziej przystojny od Kruma, taka buźka bardziej pasuje do
zwycięzcy. Kompletnie nie rozumiem, skąd ten pomysł, żeby kibicować Potterowi.
Nazwisko
niemal wypluła, spoglądając z pogardą na sąsiednią wieżę wypełnioną prawie w
całości uczniami w barwach Gryffindoru.
— Po
prostu uważam, że jest pewna… niekonwencjonalność w tym, jak sobie radzi z
zadaniami…
Urwałam,
bo jakieś czterdzieści stóp od brzegu woda zaczęła się kotłować i zanim
sędziowie poderwali się na nogi, taflę przebiła głowa podrapanej, spanikowanej
Fleur i towarzyszące jej dwie szare, długowłose humanoidalne postacie. Trytony
odholowały dziewczynę do brzegu, gdzie przejęli ją blada ze strachu madame
Maxime i profesor Dumbledore. Nelly nie skomentowała tego ani słowem, natomiast
wśród pozostałych uczniów z Beauxbatons za naszymi plecami wybuchło głośne niezadowolenie
podsycane wrzawą na trybunach.
— Mamy
pierwszą zawodniczkę, ale bez swojego Wisiela! — zawołał Bagman. — Pannie
Delacour niestety nie udało się dotrzeć do celu, a winą za to… tak, mam już
informacje… możemy obarczyć stado wyjątkowo zaciętych druzgotków! A niedługo
chyba będziemy mogli spodziewać się kolejnego zawodnika, ponieważ do końca
wyznaczonej godziny zostało trzy minuty!
Odgłosy
rozmów nieco przycichły i teraz prawie wszyscy obserwowali to, co działo się na
powierzchni jeziora. Fleur ze świeżymi zadrapaniami na twarzy i w postrzępionej
szacie nie dała się zabrać do namiotu pani Pomfrey, tylko kłóciła się o coś zawzięcie
na brzegu ze swoją dyrektorką.
— Pewnie
już się dowiedziała, że za taki popis nie dostanie więcej niż zero punktów — skomentowała
Nelly, mrużąc oczy w złośliwym uśmieszku.
Nie
odpowiedziałam. Trudno było powiedzieć, czy chodziło o punkty, czy o coś
innego, ale grymas na twarzy Delacour przypominał bardziej frustrację i
przerażenie niż złość. Teraz już nie przerywałam swojej podróży wzrokiem od
jeziora do tarczy zegarka i z powrotem. Żołądek miałam nieustannie
ściśnięty.
Jeszcze
trzy minuty.
Dwie.
Jedna.
Dalej
nic.
Jedna
po czasie…
Tłum
zaczął się powoli niecierpliwić i nawet komentator nie silił się dłużej na
swoje opowieści, wiercąc się na krześle przy stole sędziów. Z tej odległości
nie byłam w stanie dostrzec ani Moody’ego, ani profesor McGonagall, ani innego
nauczyciela, a spokój na twarzy Dumbledore’a wcale nie koił moich nerwów.
Eksplozja
radości na widok ciemnej czupryny Diggory’ego rozdarła pełną napięcia ciszę, a
ja poczułam się tak, jakby wnętrzności związały mi się jeszcze mocniej w ciasny
supeł. Razem z chłopakiem — ku mojemu zaskoczeniu — wypłynęła
Cho Chang, a niecałą minutę później Wiktor Krum i Hermiona Granger.
Po
Potterze ani śladu. I o ile w momencie, kiedy profesor Sprout wraz z panią
Pomfrey wyciągnęły Cedrika na brzeg, nikt nie wyglądał na zaniepokojonego tym
kilkuminutowym spóźnieniem, teraz, gdy nie było śladu ani po Potterze, ani po
trytonach, przy stole sędziowskim zrobiło się nerwowo. Wielka grupa Francuzów
za moimi plecami — pogodzona z porażką swojej reprezentantki — wróciła
do swobodnego trajkotania, nic sobie nie robiąc z nieobecności Pottera, Nelly
ze znudzoną miną wystukiwała jakiś nieznany mi rytm o barierkę i tylko Gryfoni
na szczycie wieży obok podzielali mój niepokój. I dopiero po jakichś dziesięciu
minutach, kiedy prawie wszyscy siedzący na sędziowskim podium wstali z krzeseł
i zaczęli kręcić się przy brzegu, daleko, prawie na samym środku jeziora woda zaczęła
buzować i na powierzchni pojawiły się nie dwie, a trzy ludzkie głowy.
Ciemnowłosa, ruda i blond.
Dubois
wyprostowała się, pierwszy raz zaciekawiona tym, co wydarzyło się w
jeziorze.
— Zaraz…
czy to Gabrielle?
— Gabrielle?
— Siostra
Fleur… A, zut! — mruknęła, mrużąc oczy. — To ona!
Ale dlaczego Potter ją wyciągnął?
Nie
potrzebowałam jej potwierdzenia, bo w momencie, kiedy ludzie na brzegu
zorientowali się, co się działo, Delacour — nadal poraniona i w
poszarpanej szacie — zaczęła histerycznie wyrywać się madame Maxime,
chcąc wrócić do wody. Ale cała trójka została bezpiecznie odholowana na
płyciznę, gdzie przejęli ich Percy, Dumbledore i Bagman, a na trybunach znów
zrobiło się zamieszanie. I znów — jak podczas Pierwszego Zadania — w
związku z Harrym Potterem.
Raz
jeszcze zaczęłam się rozglądać, licząc, że może w końcu uda mi się wypatrzeć
postać Szalonookiego, ale żaden z nauczycieli nie pojawił się na dole. Nawet
profesor McGonagall, jedynie pielęgniarka bezskutecznie usiłowała zapędzić
wszystkich przemoczonych do namiotu medycznego. Teraz, kiedy Gryfonowi udało
się nie zginąć, przez chwilę poczułam się zupełnie lekko, ale widok
zbierających się na naradę sędziów wywołał — kompletnie
niespodziewanie — jeszcze jeden bolesny skurcz żołądka.
Jak
gdybym naprawdę zaczynała się przejmować ilością punktów, którą miał otrzymać „mój”
zawodnik.
Absurdalne.
A
jednak serce zamarło mi w piersi, gdy Ludo Bagman raz jeszcze przytknął sobie
różdżkę do gardła.
— Panie
i panowie! — zagrzmiał, a na trybunach momentalnie zrobiło się cicho. — Po
rozmowie z przywódczynią trytonów, Murkus, która opisała nam przebieg tego, co
wydarzyło się na dnie jeziora, postanowiliśmy przyznać reprezentantom
następujące liczby punktów. Przypominam, że maksymalna ilość punktów do
zdobycia wynosi pięćdziesiąt. A więc w kolejności… Panna Fleur Delacour
zaprezentowała doskonałą, skuteczną znajomość zaklęcia bąblogłowy, lecz w
drodze do swojego zakładnika została zaatakowana przez druzgotki, przez co nie
ukończyła zadania. Postanowiliśmy przyznać jej dwadzieścia pięć punktów!
Uczniowie
z Beauxbatons oklaskiwali uprzejmie swoją zawodniczkę, dopóki magicznie
wzmocniony głos komentatora ich nie zagłuszył.
— Pan
Cedrik Diggory, który również użył zaklęcia bąblogłowy, jako pierwszy powrócił
ze swoją zakładniczką, choć przekroczył o minutę limit czasu. Dlatego sędziowie
postanowili przyznać mu czterdzieści siedem punktów! — Odczekał, aż
eksplozja radości Puchonów ucichnie, po czym kontynuował: — Pan
Wiktor Krum dokonał niepełnej, choć skutecznej transmutacji i powrócił jako
drugi, dlatego otrzymuje czterdzieści punktów! I pan Harry Potter! Z bardzo
dobrym skutkiem użył skrzeloziela. I choć wrócił ostatni, znacznie
przekroczywszy limit czasu, od przywódczyni trytonów udało nam się dowiedzieć,
że na miejsce dopłynął jako pierwszy, a opóźnienie wynikało z tego, że pan
Potter zamierzał uwolnić nie tylko swojego zakładnika, ale i wszystkich
pozostałych! Większość sędziów uznała jego zachowanie za godne podziwu i
świadczące o instynkcie moralnym, zatem pan Harry Potter otrzymuje czterdzieści
pięć punktów.
Choć
lodowaty wiatr skrupulatnie starał się przeniknąć przez materiał mojego
płaszcza, poczułam się tak, jakbym zanurzyła się po czubek nosa w wannie pełnej
ciepłej wody. Zapragnęłam poderwać się z miejsca i ruszyć prosto do gabinetu
nauczyciela obrony przed czarną magią, ale musiałam uspokoić łomoczące w
piersiach serce, grzecznie wysłuchać zapowiedzi ostatniego zadania, a następnie — w
drodze na obiad — odbyć długą rozmowę z Nelly, myślami będąc
intensywnie i niezmiennie z Bartym.
Dopiero
późnym wieczorem, gdy emocje opadły i każdy nareszcie zaszył się w swoim kącie,
by odpocząć, byłam w stanie niezauważona wymknąć się z dormitorium. Serce
waliło mi w piersi jak oszalałe, gdy bezszelestnie przemierzałam opustoszałe
korytarze. Teraz, kiedy Drugie Zadanie już się skończyło, finał wydał mi się
nagle niesamowicie bliski. Finał, wraz z którym miało ziścić się moje
największe marzenie. Powrót Czarnego Pana, kara dla mordercy rodziców, prawda,
odzyskana tożsamość…
Cel
w życiu.
Czułam
się, jakbym śniła.
Zapukałam
i drzwi prawie natychmiast się otworzyły, ale zobaczyłam w nich tylko pustkę i już
wiedziałam. Crouch zdjął pelerynę-niewidkę dopiero w przystającej komnacie i
rzeczywiście moim oczom nie ukazało się zniekształcone oblicze Moody’ego, a
rozpromieniona szerokim uśmiechem twarz Barty’ego. Choć kontrastowe światło
bijące z paleniska podkreślało podkrążone oczy i zapadnięte policzki, wydał mi
się znacznie młodszy, niż zapamiętałam — jak gdyby sam fakt
przebywania w ciele emerytowanego aurora odmładzał przynajmniej o dziesięć lat.
A może to tylko kwestia szczęścia, które rozświetlało go od środka?
Nie
analizowałam tego. Sama nie potrafiłam przestać się uśmiechać.
— Był
taki moment, że myślałam, że nie…
— …że
nie wypłynie! Ale wszystko było pod kontrolą, trytony by go wyciągnęły. I
Dumbledore przekonał sędziów…
— Tak!
Ten przykład moralności…! Nie mogłam uwierzyć! I teraz Potter…
— …Potter
ma realne szanse wygrać, a wtedy… — Chwycił mnie za ramiona i
przyciągnął. Ręce mu drżały. — Potter musi wygrać, żeby nasz pan
odzyskał ciało.
Oddychał
ciężko, palce wpijały się mocno w materiał mojej szaty, a radość, jaka
błyszczała mu w oczach, nosiła znamiona szaleństwa, ale nie miałam mu tego za
złe. Sama z trudem nabierałam powietrza, jakbym to ja dopiero co wynurzyła się
z jeziora. Miałam ochotę się roześmiać.
— Jak
to ma wyglądać? — zapytałam szeptem, żeby zapanować nad drżeniem
głosu.
— Będzie
labirynt pełen przeszkód… zaklęć i magicznych stworzeń, a w środku puchar,
który zabierze zwycięzcę z powrotem przed widownię. Ilość punktów decyduje o
kolejności wejścia do labiryntu, a później… później przestają się liczyć.
Wygrywa ten, kto jako pierwszy dotrze do pucharu.
Rozwiązanie
natychmiast zaświtało mi w głowie.
— Puchar
to świstoklik?
— Tak.
Przekonam Dumbledore’a, żeby pozwolił mi przetransportować puchar do serca
labiryntu, tam podmienię miejsce lądowania… — Urwał, by przełknąć
narastającą ekscytację, która i mnie na moment odebrała dech. — A
potem… potem Czarny Pan po nas przyjdzie i… i uczyni z nas swoimi największymi,
najbliższymi…
Był
niesamowicie piękny w tym swoim szaleństwie, z błękitnymi tęczówkami
połyskującymi w ogniu jak dwa żywe diamenty, tak piękny, że poczułam, jak coś
ścisnęło mnie za serce. Jakieś nieznane dotąd uczucia eksplodujące w brzuchu
niczym słodki, gorący eliksir. Dzika radość przygasła na ustach Croucha i w
następnej chwili już trzymał mnie w ramionach, całując desperacją, jaką sekundę
wcześniej obiecywały te zwodniczo angielskie oczy. Odpowiedziałam na to z takim
samym zaangażowaniem, z całą pasją kotłującą się we mnie przez ostatnie
tygodnie i w tym momencie odkryłam, gdzie znajdowało się źródło wspólnej
niezręczności.
W
emocjach, które — jak obojgu nam się wydawało — mieliśmy
całkowicie pod kontrolą.
~donik_0505@vp.pl
OdpowiedzUsuń10 lipca 2011 o 11:20
Masz świetnego bloga :DBardzo podobają mi się wszystkie notki . Mogłabyś mnie informować o nowych ?Na : http://historia-panny-potter.blog.onet.pl/ Pozdrawiam .P.S. dodam cię do linków , okej ?
16 lipca 2011 o 09:33
UsuńSpoko, też Cię dodam. xD
unnamed20@onet.pl
OdpowiedzUsuń10 lipca 2011 o 21:12
Fajnie ^^ , sorki musiałam zmienić adres na blogu l;p , no ładnie :D pozdrawiam , miłych wakacji http://everything-scares.blog.onet.pl/lub http://tom-riddle-lord-voldemort.blog.onet.pl/
16 lipca 2011 o 09:20
UsuńSpoko, właśnie zauważyłam, że coś się na niego dostać nie mogę xD
~olka
OdpowiedzUsuń11 lipca 2011 o 00:20
Jednak Macy poszła z Iwanem do Hogsmeade,chociaż na krótko…………..Pozdrawiam.
16 lipca 2011 o 09:12
UsuńCóż, czasami ludzie robią różne rzeczy, mimo że nie chcą. To nie pierwsze i ostatnie takie poświęcenie ze strony Macy.
zuzanka331361@buziaczek.pl
OdpowiedzUsuń22 lipca 2011 o 12:28
O Jezuuu, kocham to opowiadanie! I Barty’ego. Tego książkowo-filmowego nie lubiłam, ale ten jest przecudowny * . * ! Pisz szybko kolejny rozdział, bo nie mogę się doczekać :* !rozkoszne-noce.blog.onet.pl
22 lipca 2011 o 16:19
UsuńKochana, rozdziałów przepisanych jest już do 16, napisanych w zeszycie zaś… noo… chyba do 24, zdaje się xD Dziś odcinek będzie, tylko szablon nowy zrobię, bo ten jest nudny xD