22 lipca 2011

13. Izaak Abrahamowi

 

Za każdym razem, kiedy w dormitorium któraś z uczennic opowiadała reszcie końcowy przebieg randki, wyobrażałam sobie swój pierwszy pocałunek. A zważywszy na to, że żadna z moich czterech współlokatorek nie miała jeszcze stałego partnera, za każdym razem oznaczało często — przynajmniej raz w miesiącu. Nigdy nie śmiałam mówić o tym z Nelly, zwłaszcza że jej bliżej było do Krukonek, z którymi dzieliłam sypialnię, ale przypuszczałam, że robiła to każda nieśmiała dziewczyna na świecie. Fantazjowała o chłopaku, do którego skrycie wzdychała, wyobrażała sobie bajkowe scenariusze, tylko że ja nie miałam kogo obsadzić w roli swojego księcia ze snów. A teraz wyglądało na to, że on sam zamierzał się w niej obsadzić — piętnaście lat starszy kryminalista, który zbiegł z więzienia, żeby przywrócić do władzy najpotężniejszego, potencjalnie najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika od czasów Gellerta Grindelwalda. To był język faktów. 

A co mówiło moje serce? 

Dokładnie to samo. I podobało mi się to, bo nie byłam lepsza. W dzień Drugiego Zadania uzmysłowiłam sobie, że z nikim nie łączyło mnie tak wiele, nikt — mimo tak wstrętnej codziennej powłoki — nie wywoływał tyle ciepła, nie budził takiego zaufania. Nikt. Nawet Hope czy Nelly. Patrząc na to oczami ciotki Rosalie, Lynn, Molly Weasley czy jakiejkolwiek innej osoby, jaka gdzieś kiedyś przewinęła się przez moje życie, nie potrafiłam od tego dłużej uciekać — możliwe, że i ja byłam szalona. I jedynie świadomość tego szaleństwa dzieliła mnie od skończenia w Azkabanie. 

Albo po prostu szaleństwo nie istniało, a ja miałam pecha urodzić się w świecie zdominowanych przez tę inną normalność? 

Ale bez względu na to — a może właśnie dlatego — nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało, więc znów się odcięłam. Unikanie Croucha okazało się po stokroć łatwiejsze niż mierzenie się ze skrępowaniem, jakie wywoływało samo wspomnienie pamiętnego wieczora. Nie umiałam wyciszyć tego, co działo się w moim żołądku, gdy widziałam Croucha na zajęciach czy mijaliśmy się na korytarzach i nawet twarz i ciało Moody’ego nie było w stanie zabić tego, co Nelly nazywała motylami w brzuchu

Oczywiście natychmiast zauważyła, że coś się zmieniło. Wraz z nadejściem marca na legendarnym szarym szkockim niebie coraz częściej pojawiało się słońce, ulewne deszcze zmyły ze świata ostatnie resztki zimy, co skutkowało pierwszą eksplozją wczesnowiosennego kwitnienia, a co za tym idzie — długimi spacerami po Zakazanym Lesie. Przyjaciółka towarzyszyła mi w nich o tyle chętniej, że nie musiała znosić w powozie dręczącej obecności Gastona, a i moje uparte milczenie w temacie sławnych motyli tylko napędzało jej ciekawość. 

— Nawet nie wiesz, jak ja ci zazdroszczę — westchnęła pewnego wyjątkowo ciepłego piątkowego popołudnia. Już dawno przestała narzekać na dalekie przechadzki, zwłaszcza że za każdym razem miałam przyjaciółce do pokazania kolejne wspaniałości, jakie kryły leśne zakamarki. — Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze zauroczenie. Oczywiście byłam przekonana, że to będzie miłość na całe życie i nie wyobrażałam sobie inaczej… ach, ile ja wtedy nie spałam… Pisaliśmy ze sobą nawet w nocy, sowy latały tam i z powrotem, chociaż chodziliśmy do tej samej klasy i byliśmy razem dans le dortoir. Wszystko było takie… ekscytujące, nowe…! I też chciałam to trzymać w tajemnicy i jednocześnie wykrzyczeć całemu światu. 

— Ale tu nie ma czego trzymać w tajemnicy — odparłam prawie zgodnie z prawdą. — Ostatnie, czego mi potrzeba przed owutemami, to pierwszych zauroczeń i… i wysyłania sobie sów po nocach. Zostały trzy miesiące. Może się wydaje, ale to naprawdę mało czasu na powtórkę ze wszystkich siedmiu lat. 

— Owutemi, iii tam! — Machnęła lekceważąco ręką. — To ostatni dzwonek, żeby przeżyć jakiś szkolny romans, bo później zostaje tylko praca i pra… Oooh, c’est magnifique! Je suis au paradis! Nie rozumiem, dlaczego ten las jest zakazany, przecież to jest CUDOWNE! 

Rzuciła się do przodu w sam środek czarownej polanki pełnej zawilców. Promienie słońca bez trudu sięgały do delikatnych, białych płatków, choć na gałęziach otaczających plac drzew rozglądały się już nieśmiało pierwsze zielone zawiązki liści. Przysiadłam na wilgotnym, omszałym korzeniu rozłożystego dębu i obserwowałam z uśmiechem, jak przyjaciółka hasała wśród kwiecia, co rusz przystając i schylając się, by uświetnić swój wiosenny bukiet. Na mnie widok polany nie robił już takiego wrażenia, zwłaszcza że wciąż nie mogłam wyrzucić z głowy tamtego lutowego wieczoru. 

A Nelly nie dawała mi o tym zapomnieć. 

Nie pragnęłam niczego nikomu wykrzykiwać i niekoniecznie dlatego, że mężczyzna, który bez przerwy zaprzątał mi głowę, nie spodobałby się nikomu w moim otoczeniu. Po prostu nie potrafiłam się do tego przyznać — ani przed przyjaciółką, ani przed samą sobą. 

To tylko emocje. Naturalna reakcja na pomyślne zakończenie czegoś ważnego i frustrującego. 

Żadne głupie motyle, zauroczenia czy, tym bardziej, szkolne romanse. 

 

*

 

Pierwsze naprawdę ciepłe dni po zimie uświadomiły mi coś naprawdę ważnego — nieubłaganie zbliżał się finisz mojej przygody ze szkołą. Wraz z końcem Drugiego Zadania czas niesamowicie przyśpieszył i ledwo stopniały ostatnie śniegi, zakwitły pierwsze krokusy, w dormitorium Krukonów zapanowała przedświąteczna gorączka, a od tego tylko krok do ostatecznych egzaminów. 

Nigdy nie miałam wybitnie bliskiej relacji z Hogwartem, ale chyba tylko dlatego, że w domu Montgomerych od początku cieszyłam się dużą wolnością. A jednak wizja ostatniego Bożego Narodzenia, ostatniej Wielkanocy, ostatniej podróży Hogwart Ekspresem, ostatniej ceremonii przydziału wprawiły mnie w pewną melancholię i marcowy wypad do Hogsmeade przeżyłam tak, jakby i on miał być tym ostatnim. Otrzeźwiałam po dwóch godzinach w zatłoczonych Trzech Miotłach w intensywnym towarzystwie Nelly, ale na powrót mogłam liczyć dopiero grubo po czternastej, licząc, że po szybkim przebiegnięciu przez kuchnię odpocznę w ogrodzie. Dopiero widok, jaki zastałam przed kominkiem, sprawił, że na moment zastygłam w bezruchu. 

— O… o matko — wymsknęło mi się. 

Nie widziałam Mrużki od prawie dwóch miesięcy i choć już wtedy nie wyglądała najlepiej, bez trudu dało się ją odróżnić od szaroburych, piwnicznych ścian. Pozbyła się sukienki i kapelusza, ale nie miała na sobie stroju typowego dla hogwarckiego skrzata. Łachmany, w które była ubrana, przywodziły na myśl brudne szmaty. Jako jedyna siedziała bezczynnie na stołku i kiwała się sennie, ściskając między kolanami opróżnioną do połowy butelkę piwa kremowego. 

Bobula, która jak zwykle przyjęła mnie z otwartymi ramionami, powędrowała wzrokiem za moim spojrzeniem i westchnęła teatralnie. 

— Ano. Aż wstyd tu kogoś wpuszczać — oznajmiła, kręcąc głową z politowaniem. — Panienka nie patrzy, nieładny widok. 

— Nadal przeżywa pana Croucha? 

— Oj, tak. Pije już sześć butelek dziennie. I, co gorsza, prawie nie pracuje — wyszeptała z przejęciem i natychmiast zakryła sobie usta długimi palcami, rozglądając się w popłochu na boki, jakby w obawie, że zdradziła czyjś paskudny sekret. — Panienka tego nikomu nie zdradza, Bobula bardzo prosi! Mrużka będzie mieć kłopoty… 

— Oczywiście, że nie — mruknęłam, nie mogąc oderwać wzroku od tamtej żałosnej kupki nieszczęść. — Mogę z nią porozmawiać? 

— Może panienka, może, ale Bobula ostrzega, że to nic nie da. 

Ignorując paczkę, którą niecierpliwie próbował wepchnąć mi w ręce inny skrzat, na palcach przemknęłam między stołami i taboretami. Szłam tam w pełni świadoma, że gdyby chodziło o kogoś innego, możliwe, że nawet bym go nie zauważyła, ale wszystko, co wiązało się z Crouchami, teraz przyciągało moją uwagę jak magnes. 

Chyba nigdy nie widziałam tak pustych, szklanych oczu. Kiedy spostrzegłam ją tu po raz ostatni, bez przerwy płakała, ale teraz na pomarszczonym ryjku nie było śladu łez. Nic, jedynie głęboka, porażająca rozpacz. Skrzatka nawet na mnie nie spojrzała, choć przysiadłam na piętach tuż obok, licząc, że samą intensywnością spojrzenia przyciągnę jej uwagę. Mrużka gapiła się w przestrzeń i tylko raz na jakiś czas podrygiwała lekko pod wpływem bezgłośnego czkania. Nie tylko nie pracowała, ale musiała unikać kąpieli, bo kwaśny odór potu, kremowego piwa i dawno niepranej odzieży aż kąsał nozdrza. 

— Mrużko, co się stało? Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 

Skrzatka drgnęła gwałtownie i zakołysała się niebezpiecznie na stołku. 

— Skąd panienka zna im-mię… imię Mrużki? — zapytała słabym głosem. — Dlaczego pan-nienka pyta Mrużkę? 

Naciągane kłamstwo albo nieprzyjemna prawda. 

— Inne skrzaty niepokoją się, że od kilku miesięcy nie pracujesz i pijesz — zaczęłam ostrożnie, ale ta uwaga nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Jedynie pofałdowane czoło zrobiło się jeszcze bardziej pomarszczone, a w oczach błysnęły łzy. 

— Mrużka nie chce prac-cować w Hogwarcie, Mrużka chce wrócić do swojego pana… pan Mrużki samotny, biedny… 

— Twój pan… czyli pan Crouch? 

Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy gwałtownie obróciła się i wbiła we mnie tak przeszywający wzrok, że w odpowiedzi miałam ochotę się odsunąć. Mieszanka szaleństwa i rozpaczy. 

— Skąd panienka wie o panu Crouchu? Panienka zna pana Mrużki? P-pan wspom-minał o Mrużce…? 

— Nie, nie! — odpowiedziałam natychmiast, kręcąc głową. — Znam kogoś, kto pracuje w ministerstwie… 

Ale ona zdawała się już mnie nie słuchać. Znów zaczęła się kiwać i z każdym kolejnym szarpnięciem odrobina piwa kremowego lądowała na tym, co w przeszłości musiało być miniaturową bluzeczką. 

— Biedny pan… biedny pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez panicza… Och, i jak pan sobie teraz poradzi… sam w pustym domu… 

Przez jedną długą, trwającą całą wieczność minutę patrzyłam, jak zanosiła się coraz większym płaczem, aż bełkotane przez nią słowa stały się całkowicie niezrozumiałe. Dopiero gdy pojawiła się piątka skrzatów i zabrały się za zawijanie jej w kraciastą serwetę, poczułam się dziwnie zakłopotana zamieszaniem, jakiego narobiłam. Wyłowiłam wzrokiem Bobulę, która podeszła bez słowa, niosąc przygotowany pakunek. 

— Przykro mi… — bąknęłam tylko, ale ta wzruszyła ramionami. 

— Bobula mówiła, z Mrużką już tak będzie. Panienka już idzie, Bobula bardzo przeprasza, że panienka musiała na to patrzeć. 

W obawie przed utratą przychylności reszty skrzatów podziękowałam i jak najszybciej opuściłam kuchnię. Choć skierowałam swoje kroki z powrotem na błonia, kwadrans wcześniej miałam zdecydowanie większą ochotę na prace ogrodowe. W tym momencie jedyne, co tłukło mi się w głowie, to słowa Mrużki. 

Biedny pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez panicza. 

Bez panienki i panicza. 

Może jednak warto było popsuć sobie stosunki ze skrzatami domowymi, jeżeli pan Crouch skrywał przed światem coś więcej niż pusty grób żony i syna-śmierciożercę pod peleryną-niewidką. 

 

*

 

Trzy miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego. 

Zamieszać trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. 

Był w kropce. 

Nigdy nie podchodził do związków poważnie, ale nie dlatego, że był dupkiem. Po prostu nigdy w żaden nie wszedł. Pochłonięty nauką nie miał na to czasu, więc nie chciał zawracać głowy dziewczynom, które liczyły na coś poważnego, a te, które od czasu do czasu przewijały się przez jego życie, nie marzyły o ślubie i dzieciach. Układ idealny. 

Co nie oznaczało, że nie zdarzyło mu się zauroczyć w dziesięć lat starszej nauczycielce od hiszpańskiego albo w Puchonce z równoległej klasy, ale nie trwało to dłużej jak do końca szkoły. Później zajął się ważniejszymi sprawami. No i do żadnej z nich nie czuł tego, czego doświadczał z Macy. I nie miał na myśli tylko tamtego pocałunku. 

Machnąć różdżką nad eliksirem. 

Oczywiście mógł sobie wmawiać, że chodziło tylko o zrozumienie w jego obsesji na punkcie Czarnego Pana, ale Crouch był już na to za stary. I był za stary na to, żeby przed sobą udawać, że to, do czego doszło między nim i Macy po drugim zadaniu, wynikało wyłącznie z emocji, choć te niezaprzeczalnie przyśpieszyły nieuniknione. 

Od pierwszej sekundy, kiedy zobaczył ją wchodzącą za Glizdogonem do ciemnego przedpokoju, wiedział, że było w niej coś intrygującego. Intensywność i porażająca dojrzałość spojrzenia potęgowana przez lodowaty błękit tęczówek, pewność siebie, z której, jak łatwo się przekonał, w sobie nie dostrzegała, ale Barty szybko przestał widzieć w niej jedynie fascynujący obiekt. Nawet się nie zorientował, kiedy kontrast między jej eteryczną urodą a siłą przekonań zaczął sprawiać, że robiło mu się gorąco. Nie potrafił nie fantazjować o długich, ognistych włosach opadających miękkimi falami na drobne piersi, o własnych ramionach zamykających ją w uścisku, o dłoniach sunących przez wąską kibić na kościste plecy i niżej, dużo niżej do samych pośladków… 

— Cholera…! — zaklął cicho głosem Moody’ego i błyskawicznie cofnął zaklęcie, ale było za późno. 

Baza zasyczała, zabulgotała i pomieszczenie raz-dwa wypełniła nieprzyjemna, gryząca woń spalenizny. Zdecydowanie zbyt wysoka temperatura — i zdecydowanie nie tam, gdzie jej potrzebował. Upominając się niewyraźnym mamrotaniem, nie bez trudu upchnął w głąb myśli zaplanowane na noc strzępy wizji i wrócił do eliksiru wielosokowego. Na szczęście przypalił tylko to, co mógł bez ograniczeń ściągać z wioskowej apteki, ale zegar powiedział mu, że stracił na tym nie tylko osiem sykli, ale i dwadzieścia trzy minuty. 

Akurat czas na kolejny łyk eliksiru. 

Jeszcze raz. 

Trzy miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego. 

Zamieszać trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. 

Machnąć różdżką nad eliksirem. 

Z większą ostrożnością zabrał się za powtórne przygotowanie ślazu, ale podczas bardziej mechanicznych czynności nie potrafił do końca wyrzucić Macy z głowy. Na co dzień był Moodym. Myślał jak on, spędzał z nim długie godziny na niekończących się rozmowach o poglądach i życiu, choć czuł się już całkiem pewnie w jego skórze. Ale bywały momenty, zwłaszcza na zajęciach z Krukonami z siódmej klasy, kiedy miał ją tak blisko — zawsze w pierwszej ławce, z uwagą chłonącą wszystko, co mówił. Nie potrafił nie zerkać na nią podczas posiłków, wodzić wzrokiem magicznego oka na korytarzach, nie spoglądać na kropkę z jej nazwiskiem, kiedy śledził Pottera na mapie. 

I nie chodziło tylko o pożądanie. Po prostu — chciał jej w swojej codzienności. 

Po zakończeniu wszystkich kroków składających się na pierwszą część mikstury z przyzwyczajenia spojrzał na mapę, po czym otworzył wciśnięty w kąt kufer i zajrzał do środka. Choć loch na jego dnie miał ledwo kilkanaście stóp głębokości, mrok, jaki tam panował, był nie do rozproszenia przez znajdujące się w gabinecie lampy. Crouch musiał przyświecić różdżką, by zobaczyć prawdziwego Szalonookiego, dokładnie tak, jak go wczoraj zostawił — wciśniętego w kąt, z kikutem spoczywającym na udzie zdrowej bosej nogi i twarzą przysłoniętą plątaniną brudnych, przetłuszczonych włosów. Smród, jaki tam panował, dla normalnego człowieka byłby nie do wytrzymania, ale po rocznych wczasach w Azkabanie nie istniały wonie, jakich Barty nie potrafiłby znieść. 

Pomagając sobie magią i laską, zsunął się na dół i z ciężkim sapnięciem wylądował na zimnych, kamiennych płytach, po czym przystąpił do ich zwykłego rytuału. Obcięcie włosów, posiłek skradziony podczas kolacji w Wielkiej Sali, oględziny i dopiero potem rozmowa. Po wysłuchaniu setek historii Rudolfusa i Bellatriks z licznych porwań i przetrzymywania mugoli Barty lubił myśleć, że i Moody’emu sprawiały przyjemność ich wieczorne dyskusje. Dopiero widząc prawdziwego eks-aurora, był w stanie czuć się choć trochę sobą — nawet mając na sobie jego powłokę. 

Mężczyzna potrzebował chwili, żeby się ocknąć. Z miesiąca na miesiąc zajmowało mu to coraz więcej czasu, poruszał się jak mucha w gęstym wywarze, jedynie oko, którym łypał na Croucha przez brudną grzywę, pozostawało niezmiennie żywotne. Koślawe wargi drgnęły w niezgrabnym uśmieszku, gdy pod wpływem zaklęcia sięgnął po kawał smażonej ryby. 

— I jak? — zapytał tonem początkującego artysty, który dopiero co odważył się pokazać bliskim swoje dzieła, a Bartemiusz odpowiedział: 

— Pierwszorzędnie. Sekret tkwi w cyklicznej zmianie zaklęć, żeby umysł nie wytworzył tolerancji na Imperiusa. 

— Płodozmian. 

— Można tak powiedzieć. Ale ty pewnie dobrze to znasz. I wiesz, że do tego, by oprzeć się tym wszystkim zaklęciom, potrzeba dużo silnej woli i motywacji — odparł. — Czego tobie wyraźnie brakuje. 

Czarodziej zdawał się tym nie przejmować, bo zarechotał głucho z ustami pełnymi mięsa i dodał: 

— Nie to, co ty i twój ojciec, co? 

— Zgadza się. Nie mogliście zdzierżyć siebie nawzajem, chociaż mieliście tę samą obsesję. 

Patrzył w ciszy, jak Moody żuł powoli resztki obiadu. Upiorna, woskowa twarz odzyskała odrobinę koloru, ale wyglądała na znacznie starszą i bardziej niezdrową od tej, którą Crouch codziennie rano oglądał w lustrze. 

— O tak — przyznał w końcu Moody, a w głosie wyraźnie zabrzmiała jadowita nuta. — Nie było w nim ani iskry pasji, tylko uprzedzenia i czysta pogoń za karierą. Nie pojmował moich fascynacji. Powiedział mi kiedyś… tak, pamiętam to do dziś, „Moody, tylko się panu zdaje, że jest pan myśliwym”. Do końca nie był w stanie zrozumieć, że ja na nich nie polowałem. Żeby dorwać śmierciożercę, musisz zacząć myśleć jak śmierciożerca. Wiedział to wtedy każdy średnio rozgarnięty auror, ale dla Croucha wszystko musiało się mieścić w granicach procedur. Do końca był ograniczony, nawet wtedy, kiedy wmanewrowałeś tego biednego chłopaka do Turnieju. 

Barty prychnął cicho. 

— Już wtedy był pod działaniem Imperiusa. 

— Może i tak. Ale Crouch, którego znałem, byłby w stanie go poświęcić, jeżeli tego wymagałoby ministerstwo. Zresztą — zarechotał ochryple — sam wiesz najlepiej. 

Poczuł gorycz na języku, ale jedyne, na co się zdobył, to ponury śmiech. Nie potrzebował wiele, by resztki majaczących gdzieś z tyłu obrazów Macy na dobre się roztarły i zastąpiły je inne żywe, ostre wspomnienia z czasów, kiedy nie było mowy o żadnych dekretach, zaciętej wojnie z Czarnym Panem i wyłapywaniu śmierciożerców. Realne piekło działo się w domu — przy akompaniamencie konwenansów, idealnej ciszy i dobrych manier podczas wspólnych posiłków. 

Tak, zaśmiał się, choć chciało mu się rzygać. 

— Nie masz pojęcia, jak złym był człowiekiem — rzekł. — Ale długo nie pożyje. Zresztą jak i ty, ale ciebie Czarny Pan obiecał komuś innemu. W ramach zadośćuczynienia. 

Moody nie wyglądał na przejętego. Lustrowali się nawzajem z uwagą, dopóki tamten nie rzucił cicho: 

— Tamtej dziewczynie, która kuliła się ze strachu w moim przedpokoju? 

Crouch nie odpowiedział. Wycelował różdżką w starca i wyszeptał zaklęcie, a głowa momentalnie opadła mu na pierś. 

Czas spać, mój malutki. Niech ci się przyśnią małe kotki, zanim udasz się na zasłużony odpoczynek u Bozi. 

 

*

 

W perspektywie zbliżających się owutemów zazdrościłam Nelly luzu, choć zważywszy na to, że delegaci z Beauxbatons byli zwolnieni z egzaminów końcowych, szybko odkryłam źródło owego luzu. Oczywiście madame Maxime prowadziła w powozie jakieś wykłady, a zarówno jej uczniowie, jak i uczniowie Karkarowa często przesiadywali w bibliotece, ich nauka nie mogła równać się z orką, jaką nauczyciele fundowali nam regularnie od początku drugiego semestru. Wertowanie spasionych podręczników było tylko odrobinę przyjemniejsze, kiedy robiłam to pod gołym niebem we własnym ogrodzie, a nie w towarzystwie młodszych Krukonów grających sobie beztrosko w eksplodującego durnia, lecz nie zmieniało to faktu, że nie miałam czasu. Dni uciekały mi przez palce nad niekończącymi się stronami teorii zaklęć i transmutacji i choć nie czułam się tak przytłoczona, jak podczas przygotowań do SUM-ów, nie byłam w stanie wygospodarować ani jednego wolnego popołudnia na poszukiwania tajemniczej panienki, o której wspomniała Mrużka. 

Dopiero podczas przerwy wielkanocnej udało mi się znaleźć wolne od książek i Nelly popołudnie i wybrać się na wycieczkę po Izbie Pamięci. Dobrze znałam tę podłużną, wypełnioną regałami i kryształowymi szkatułkami komnatę, ponieważ swego czasu spędziłam w niej niezliczone godziny na wyszukiwaniu znanych mi Rosierów. I tak, jak bez trudu w pierwszej klasie odnalazłam Emmę Montgomery i Evana Rosiera — oboje nagrodzeni medalem za zasługi na polu magii — tak bardzo szybko natknęłam się na Bartemiusza Croucha seniora (tak wydedukowałam po dacie na medalu za zasługi dla szkoły). Ani trochę się nie zdziwiłam, znajdując tam również jego syna, ponieważ był jedyną znaną mi osobą, która uzyskała dwanaście SUM-mów i dwanaście owutemów, piastując przy tym stanowisko prefekta i prefekta naczelnego, ale poza dwójką Bartemiuszów wyłowiłam jeszcze jedną osobę o nazwisku Crouch. 

Serce zatłukło mi się o przełyk na widok niepozornej czarki w kolorze ściemniałego srebra, na której poza prostym grawerunkiem sowy widniał napis: Elenai Crouch — za zajęcie pierwszego miejsca w Międzyszkolnej Olimpiadzie Historycznej

Nic więcej. Tylko to jedno niepozorne, wciśnięte między jemu podobne naczynie, choć spędziłam w tej sali dodatkową godzinę, przeglądając dokładnie każdy najmniejszy medal. Nic. Przez całe siedem lat nauki w Hogwarcie Elenai Crouch nie zabłysła niczym więcej, a ja nie miałam żadnej pewności, czy była jakkolwiek blisko spokrewniona z tymi Crouchami, ale to zawsze coś. Jakiś punkt zaczepienia. 

Dlatego postanowiłam iść za ciosem i przesiedziałam resztę dnia w bibliotece nad resztkami starych Proroków Codziennych, ale żaden z dostępnych numerów nie miał nic do powiedzenia ani o Elenai Crouch, ani o Międzyszkolnej Olimpiadzie Historycznej z 1978 roku. Jedyne, na co się natknęłam, to skąpe wzmianki o procesie grupy śmierciożerców oskarżonych o porwanie i torturowanie Alicji i Franka Longbottomów, lecz i tam informacje o synu szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów były zaskakująco szczątkowe. 

Jedyne, co mogłam zrobić w tej sytuacji, to zapoznać Barty’ego z moim znaleziskiem. 

Do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią wybrałam się w pierwszy dzień świąt pod pretekstem sprezentowania czekoladowego jajka. Wciąż ściskało mnie w brzuchu na myśl o tym, co wydarzyło się między nami po Drugim Zadaniu, ale liczyłam, że moje pytania o Mrużkę i tajemniczą panienkę wcisną ten temat jeszcze głębiej w niebyt. 

Tym razem otworzył mi w przebraniu Moody’ego, choć bez śladu zaskoczenia na twarzy. 

— Widziałem cię na mapie — wyjaśnił, zamykając za mną drzwi. 

W gabinecie panował świeży chłodek. Po długich godzinach spędzonych w bibliotece i Izbie Pamięci z przyjemnością zaciągnęłam się wiosennym powietrzem napływającym bezpośrednio przez otwarte okno. Obserwowałam w ciszy, jak Crouch grzebał w szufladzie biurka, z której wyciągnął olbrzymie, kartonowe jajo wypełnione po kokardę różnego rodzaju słodyczami. 

— Dziękuję, też ci przyniosłam. 

Wymieniliśmy się, a ja byłam prawie pewna, że pokryte bliznami oblicze stężało w zakłopotaniu. 

Czyli zamierzał o tym rozmawiać. 

Odchrząknęłam, ale zanim zdołałam zebrać myśli, zagadnął: 

— Ostatnio spędzasz dużo czasu z Dubois. 

Obróciłam się, unosząc brwi. 

— Dużo więcej czasu? Czy ja wiem…? 

— Uważaj na nią — rzucił tylko. — Potrafiła cię przekreślić bez zastanowienia, nie jest godna zaufania. 

— To nie do końca było tak, ale nie przyszłam tu rozmawiać o Nelly — odpowiedziałam szybko, czując się nieprzyjemnie prześwietlana przez niebieskie oko eks-aurora. Przeszłam przez gabinet i oparłam się pośladkami o krawędź wielkiego kufra, tak, żeby mieć dobry widok na Croucha. — Byłam wczoraj w Izbie Pamięci i zobaczyłam tam nagrodę za pierwsze miejsce w olimpiadzie historycznej. Nagroda należała do Elenai Crouch. 

Przysiadł na brzegu biurka i przyglądał mi się przez moment z lekko przekrzywioną głową, aż kącik jego ust uniósł się zawadiacko. 

— Zupełnym przypadkiem, co? 

— Nie, nie było żadnego przypadku. Poniekąd — odparłam bez ogródek. — Jakiś czas temu znów natknęłam się na Mrużkę. W kuchni. Była w kiepskim stanie, pijana, brudna i w rozpaczy. Bardzo przeżywa, że twój ojciec dał jej ubranie. 

— Mrużka od lat służyła w domu Crouchów. A wcześniej jej matka, babka i kilka pokoleń skrzatów domowych — wyjaśnił. — Jej rodzina jest związana z Crouchami od wieków. Można powiedzieć, że herb Crouchów jest jak ich herb. To dla niej koniec świata. 

Przytaknęłam. 

— Ona żyje w przekonaniu, że pan Crouch nadal jest jej panem. Że powinna być mu posłuszna i strzec jego sekretów — dodałam, a Barty wydął lekko usta. 

— Akurat w tym nie widzę nic złego. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby powiedziała Dumbledore’owi, co mój ojciec zrobił Bercie Jorkins. Domyślam się, że odkrycie, że wciąż żyję, zajęłoby mu może z pięć minut. 

Parsknęłam ironicznie. 

— Wygląda na to, że powodzenie naszej misji zależy od kaprysu skrzata domowego. 

— To prawda — odparł z nienaturalnym spokojem. — Dlatego prosiłbym cię, żebyś więcej nie szukała z nią kontaktu. Niech przeżywa swoją żałobę w spokoju, niech wciąż idealizuje mojego ojca, bo tylko dzięki temu Mrużka może nadal żyć. A ja bardzo nie chciałbym jej zabijać. 

Uderzyło mnie to, co powiedział, choć była tylko domowym skrzatem. Uderzyło bardziej niż perspektywa porzucenia Montgomerych czy konieczność śmierci czternastoletniego chłopaka. Niewiele rozmawialiśmy z Crouchem na temat jego dzieciństwa, które mimo wielkiego bogactwa i dwojga kochających się rodziców wydawało mi się ciężkie. Siedziało tam coś, czego mi nie mówił. Coś związanego z ojcem, choć jego rywalizacja z synem o względy żony i patologiczna ambicja przerzucana na małego chłopca była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Taka nienawiść nie brała się znikąd. Nie wpychała młodego człowieka w ramiona czarnej magii. 

A Mrużka wydawała się jedynym ciepłym, bezpiecznym i stałym obiektem w tamtym pustym, zimnym domu. 

— Nie o niej przyszłam rozmawiać — powiedziałam po chwili. — Wasza skrzatka wspomniała o pani, paniczu i panience, po których cierpi pan Crouch. 

Taksował mnie przez moment, jakby oceniał korzyści z wyjawienia prawdy, aż przeciągająca się cisza zaczęła mówić sama przez się, więc rzekł: 

— Zgadza się, mam siostrę. 

Choć od razu się przyznał, doświadczyłam ukłucia zawodu, jakbym przyłapała go na kłamstwie. I chociaż wiedziałam, że nie był mi winien opowieści z drzewa genealogicznego rodu Crouchów, poczułam złość — on jako pierwszy zaczął węszyć wokół mojej rodziny, a sam przemilczał temat istnienia własnej siostry, jak gdyby nie była warta wspomnienia. 

Niewidzialna — tak samo jak ja. 

— Dlaczego nic nie mówiłeś? — spytałam. — Opowiadałeś o swoim ojcu, o matce… 

Dziwny cień, jaki przebiegł przez jego twarz, sprawił, że zamilkłam. Przypomniałam sobie, co poczułam, kiedy Barty zwrócił się do mnie nazwiskiem moich rodziców i natychmiast pożałowałam tej napastliwości, lecz kiedy znów się odezwał, nie brzmiał na rozwścieczonego. W tonie jego głosu nie było skrępowania, tylko wciąż ten sam niewzruszony spokój. 

— Elenai zaginęła wiele lat temu. Była jak iskierka. Energiczna, radosna, zakochana w świecie, ale przy tym bardzo dziecinna. — Nieprzerwanie się we mnie wpatrywał, lecz oczy zaszły mu mgłą wspomnień, zwłaszcza w momencie, gdy krzywe wargi Moody’ego wykrzywił delikatny uśmiech. — Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo nie spełniała wymagań ojca… Ale nigdy się tym nie przejmowała. Ona jedyna była odporna na atmosferę, jaką wokół siebie rozsiewał — jakby bez przerwy nosiła w sobie Patronusa. 

Bałam się przełknąć, żeby nie wybić go z transu, choć w środku cała skręcałam się z ciekawości. Chwilę wcześniej wmaszerowałam tu z naręczem pytań, a teraz nie potrafiłam się ruszyć, łowiąc chciwie każde słowo. Czułam to wyraźnie — ta pełna napięcia cisza, jaką momentami czułam, rezonowała właśnie wokół Elenai. 

— Nauczyliśmy się bez niej żyć — kontynuował, obejmując się ramionami, po czym parsknął krótkim, pozbawionym humoru śmiechem. — Na tyle, na ile można żyć w zawieszeniu, w ciągłym oczekiwaniu na… w sumie na cokolwiek. Strzęp informacji, pogłoskę, jakikolwiek ślad… 

— …czy w ogóle żyje? — dokończyłam za niego szeptem, gdy urwał, a jego oczy odzyskały dawną przejrzystość. 

— Że nie żyje. — Miękkość, z jaką to wypowiedział, wstrząsnęła mną. — Z czasem nadzieja zaczyna ciążyć. W pewnym momencie każda prawda wydaje ci się wybawieniem, nawet wieści o śmierci. Wszystko, żeby tylko przerwać ten niekończący się ciąg oczekiwań. 

— Przykro mi — tylko tyle zdołałam wykrztusić. 

Nikt nigdy nie zwierzył mi się z czegoś podobnego. Wszelkie sekrety i bolączki, jakich miałam okazję słuchać, należały do Hope — adekwatnie dziecięce, naiwne i proste, na które odpowiedź sama się nasuwała. W tym momencie nie miałam pojęcia, co należało powiedzieć, jak się zachować… podejść i poklepać go po ramieniu? Potaknąć? A może zaprzeczyć, że wszystko będzie dobrze i Elenai kiedyś się znajdzie? 

Kiedy? Nieważne. Kiedyś. 

Na szczęście Barty zdjął ze mnie ciężki obowiązek reakcji. Z zaskakującą lekkością odbił się od krawędzi blatu i dodał: 

— Niepotrzebnie. Nie jestem głupcem. Wiem, do jakiego towarzystwa ją ciągnęło. Wierzę, że jest dokładnie taka sama szansa na to, że od dziesięciu lat leży zakopana w płytkim grobie, jak i na to, że w każdym możliwym momencie wróci z drugiego końca globu, zaskoczona, że matka nie żyje, a jej brat jest zbiegłym więźniem. 

Nie chciało mi się pomieścić w głowie, że mógł opowiadać o tym z taką łatwością, lecz może i była jakaś prawda w tym, co mówił: nauczył się żyć w oczekiwaniu. Ostatecznie przez całe dorosłe życie na coś czekał. Na uznanie ojca, na wyrwanie się ze szponów Imperiusa, na powrót Czarnego Pana. 

Patrzyłam w ciszy, jak znów kręcił się przy biurku, ale tym razem wyciągnął z szuflady o wiele mniejszy, zapakowany w urodzinowy papier pakunek, a moje policzki natychmiast zrobiły się gorące z zakłopotania. W mig zrozumiałam, do czego Crouch zmierzał. 

— Co prawda do dwudziestego pierwszego kwietnia jeszcze trochę, ale nie chcę go dłużej trzymać w kartonie — rzekł, wręczając mi podarunek. 

Miałam ochotę wyjąć sobie oczy i schować do kieszeni, wszystko, byle nie widzieć, z jakim zaciekawieniem mi się przyglądał, kiedy usiłowałam wyjąkać jakieś trzymające się kupy podziękowanie. Dostawanie prezentów na urodziny było na drugim miejscu w tabeli zawstydzeń wszechczasów — zaraz po czekaniu, aż wszyscy skończą odśpiewywać Sto lat

Kolorowy papier zerwałam jak plaster — szybko, żeby nie przeciągać bólu. 

— To sadzonka śpiewającego judaszowca — wyjaśnił Crouch. Moim oczom ukazał się papierowy kubeczek z kompostem, a w nim niepozorna, miękka gałązka pokryta czymś przypominającym różowawy mech. — Nadaje się do posadzenia w ziemi, gdy pierwszy raz zaśpiewa, ale musisz się dobrze zastanowić nad miejscem, bo nie lubią, kiedy je się przesadza. Ostrzegam, na początku strasznie fałszują. 

Roześmiałam się. Mimo początkowego zażenowania poczułam w sercu ognik przyjemnego ciepła. Na gałązce zauważyłam niewielkie zgrubienia zapowiadające pączki. 

— Moje współlokatorki nie będą szczęśliwe. 

— I przywiązuje się do tego, kto jej śpiewa, a w nagrodę robi to samo — dodał, przyglądając mi się uważnie, a ja znów parsknęłam śmiechem i potrząsnęłam głową. 

— O nie, może lepiej nie mówmy o moim śpiewaniu, wszyscy lepiej na tym wyjdą. Łącznie z judaszowcem. 

— Dobrze — odparł dziwnie miękkim tonem. — W takim razie pomówmy o Drugim Zadaniu. 

Cały spokój zburzył jednym zdaniem. Wnętrzności zwinęły mi się w ciasny supeł. 

— O Drugim Zadaniu…? 

— O tym, co po było po nim. 

Nie zamierzał dać za wygraną, choć nie miałam pojęcia, czy dało się coś tutaj wygrać. Oplotłam się ciasno ramionami, starając się nie odwracać wzroku, ale spojrzenie jego czarnego oka przewiercało na wylot. Kwietniowe powietrze, które jeszcze chwilę temu przyjemnie chłodziło, teraz zdawało się parzyć. 

— To emocje — wyrzuciłam z siebie. — Za dużo emocji… Nie powinniśmy się na tym skupiać. Trzecie Zadanie, Harry Potter, owutemy… tak, owutemy, muszę… muszę już iść, pouczyć się… przepraszam i… i dziękuję za… 

Odetchnęłam dopiero za drzwiami, speszona jak nigdy. W połowie drogi do Wieży Krukonów zorientowałam się, że zgubiłam połowę słodyczy ze swojego wielkanocnego jajka, ale nie wróciłam ich szukać w obawie, że Barty’emu mogło przyjść do głowy coś dziwacznie książkowego jak pójście za mną. Tamta sprawa zdecydowanie wymagała omówienia, lecz na samą myśl czułam budzące się przerażenie. Pytanie — przed czym bardziej? Przed propozycją czegoś więcej czy wyjaśnienia, że to nic nie znaczyło? Zdecydowanie lepiej spałam, dryfując w niewiedzy. 

A jakiś szczęśliwiec zapewne naje się dzisiaj toffi do syta. 

 

*

 

Rzadko dostawał sowy z domu. 

Raczej to on wysyłał informacje — możliwie jak najbardziej zaszyfrowane — żeby Czarny Pan czuł się bezpiecznie. Crouch zdążył poznać historię Quirrella i robił wszystko, by nie stać się tym samym nieporadnym sługą, o którym jego pan będzie w przyszłości wypowiadał się z jednakową pogardą. 

Od kiedy znalazł się w Hogwarcie, z Crouchwood Hall przyleciały dwie sowy. Pierwsza w zimie — z zaproszeniem dla niego i Macy, druga z wiadomością o dziwnym zachowaniu ojca, po której Czarny Pan zabronił mu wychodzić do pracy. A teraz trzecia — informująca o tym, że ojciec uciekł. 

Barty nie był zaskoczony. Zakładał, że Glizdogon się nie sprawdzi, nawet jeżeli otrzymał dokładne wskazówki, w jaki sposób żonglować zaklęciami tak, by więzień nie wyrobił sobie tolerancji na Imperiusa. 

I tak długo wytrzymał. A teraz z całą pewnością próbował dostać się do Dumbledore’a, więc Crouch czekał. Czekał i obserwował. Mapa Pottera spadła mu jak z nieba. 

Nie informował o niczym Macy. Pochłonięta nauką i unikaniem go, ograniczyła do minimum wizyty w gabinecie na drugim piętrze, ale to nic, może nawet i lepiej. Czuł, że powoli zbliżał się czas jego nagrody za dobrze wykonaną pracę. Nagrody, którą musiał odebrać sam. Ślęczał więc nad mapą dniami i nocami, nadużywając eliksiru dodającego wigoru, ale w końcu — po tygodniu pozornego spokoju — spostrzegł na krawędzi pergaminu myszkujący punkcik oznaczony znajomym imieniem i nazwiskiem. Bartemiusz Crouch zbliżał się powoli do skraju Zakazanego Lasu, ale nim noga Szalonookiego pozwoliła Barty’emu opuścić zamek, dzikszą część błoni przemierzały jeszcze dwie osoby — Harry Potter i Wiktor Krum. 

Przyśpieszył kroku. Serce biło mu w piersi jak dzwon — mocno, szybko i donośnie, tak, że kiedy już dotarł do skraju lasu, nie był w stanie tego wyciszyć. I nie chodziło o pośpiech. To się stanie tego wieczora. Słońce powoli zmierzało ku zachodowi, krwawiąc czerwoną łuną po horyzoncie tuż pod ciemniejącym niebem — niczym zapowiedź zbliżającego się morderstwa. Słusznego. Wyczekanego.  

Dotarł do nich okrężną drogą, nie odrywając wzroku od nieuniknionego spotkania trzech kropek. Napięcie wiązało mu wnętrzności w coraz ciaśniejszy supeł, kiedy — zaczajony w cieniu drzew — przysłuchiwał się najpierw dyskusji Pottera i Kruma, a zaraz potem chaotycznej samorozmowie. Nie potrzebował mapy, żeby rozpoznać to rwane bełkotanie, ale jedyne, co mógł w tym momencie zrobić, to czekać i gorąco się modlić, by jego ojciec nie wyjawił zbyt wiele. 

Wolał uniknąć czyszczenia pamięci. W pośpiechu zbyt łatwo o pomyłkę. 

— N-nie… nie opuszczaj mnie! — Pełne desperacji charczenie wyraźnie rozbrzmiało na tle wieczornej ciszy. — Ja… ja uciekłem… uciekłem i muszę ostrzec… muszę powiedzieć… muszę zobaczyć… Dumbledore’a… Daj mi Dumbledore’a… moja wina… Berta Jorkins… mój syn… wszystko moja wina… powiedz Dumbledore’owi, że… Harry Potter… Czarny Pan… silniejszy… Harry Potter… 

— Pójdę… pójdę po Dumbledore’a, tylko niech mnie pan puści, panie Crouch! — odkrzyknął Gryfon i znów rozległy się dźwięki rozpaczliwej szarpaniny. — Pomóż mi! Pilnuj go, dobrze? Niech się stąd nie rusza, a ja pójdę…! Wrócę tu z Dumbledore’em! 

— A prędko to zrobisz?! — zawołał za nim Bułgar, ale Potter puścił się pędem w stronę zamku, znikając w szybko zapadającej ciemności. 

Serce podskoczyło Crouchowi do gardła. Spojrzał na mapę, która szeptała zachęcająco: to jest twój czas, innego nie będzie. 

Wszystko tak, jak należy: nieruchoma kropka Hagrida w chatce, francuska delegacja w powozie, Potter wbiegający do sali wejściowej, a na błoniach żywego ducha, tylko ojciec, Krum i on sam. Ruszył wolno w ich stronę, nie dbając o to, że laska i noga robiły nieco szumu. Chłopak dyszał i miotał się wokół zbiega, który znów przemawiał płynnie do drzewa, wydając mu służbowe polecenia. 

— I, Weatherby, nie zapomnij potwierdzić spotkania z Ludonem Bagmanem. Przyszły czwartek, szesnasta trzydzieści, tak, jak ustalaliśmy, choć nie spodziewam się, że zjawi się punktualnie. Nie rozumiem, co kierowało ministrem, kiedy kompletował organizatorów. To, że trzydzieści lat temu przejawiał coś na kształt talentu miotlarskiego, nie oznacza, że poradzi sobie z organizacją Turnieju Trójmagicznego… 

Barty wytknął spod peleryny-niewidki sam czubek różdżki i w momencie, gdy Bułgar obrócił głowę, by spojrzeć na zamek, zaklęcie oszałamiające niemal bezgłośnie przecięło powietrze i bezwładne ciało zwaliło się z głuchym hukiem na trawę. 

Wysunął się z ciemności i znalazł się na otwartym terenie. Choć ludzkie oko z trudem było w stanie wyłowić kształt klęczącej męskiej sylwetki, oko Alastora Moody’ego bez trudu dostrzegało każdy detal tej żałosnej postaci. Czarodziej w podartej, zakrwawionej szacie wyglądał tak, jakby postradał zmysły. Szaleństwo na zapadniętej, pokrytej zarostem twarzy nijak miało się do sposobu, w jaki przemawiał. Kłębowisko o wiele za długich, wyliniałych włosów było pełne zeschłych liści i drobnych gałązek, pomarszczone dłonie starca pokryte śladami krwi i brudu, a szata cała w strzępach. 

Bez cienia litości stanął przed ojcem i zdarł z głowy pelerynę, lecz niewidzące oczy klęczącego mężczyzny nadal patrzyły przez Barty’ego gdzieś w dal, nieruchome i puste jak u porcelanowej lalki. 

— …sprowadzenie smoków na Pierwsze Zadanie będzie, ma się rozumieć, ściśle związane ze współpracą z Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami — kontynuował. — Proszę zerknąć do mojego kalendarza i jeszcze dziś umówić spotkanie z Wilfredem Sterlingiem, muszę się dowiedzieć, jakimi rasami dysponują… Dlaczego tak stoisz? Weatherby…? We-Weatherby? 

Urwał i w momencie, gdy odrobina świadomości ożywiła te dwie przekrwione szklane kule, Crouch uniósł laskę i jej końcem pchnął go tak mocno, że łupnął plecami o ziemię. Ten prosty, czysto mugolski odruch wypełnił Barty’ego czymś ciepłym, gęstym i słodkim — niczym wielki łyk herbaty z sokiem malinowym. Czując goniący go czas, pozwolił sobie na chwilę ciszy. Pożerał. Wchłaniał. Scalał się ze świadomością, że ten człowiek — leżący u jego stóp jak stara, porzucona kukła — wyda ostatnie tchnienie właśnie w tym stanie. Bez świeżo przyciętego wąsa, w podartych, cuchnących, brudnych łachmanach, z ziemią pod paznokciami. Ten, u którego zawsze wszystko musiało być na tip-top. 

Zabawne, że pomyślał akurat o tym. 

Podpierając się laską, przyklęknął na jednym kolanie i wcisnął koniec różdżki w dołek w miejscu, gdzie stykały się obojczyki. 

— Nie, ojcze. Barty — wysyczał szeptem. Spodziewał się, że głos mu zadrży, ale nie. Był opanowany, prawie łagodny, jakby zwracał się do dziecka. — Twój Barty. 

Ostatnie ślady szaleństwa zniknęły z wychudłej twarzy. Zostało tylko przerażenie. Czyste, smakowite przerażenie. Milczał, choć Crouch nie spodziewał się odpowiedzi. Błonia nie rozbłysły oślepiającym, zielonym światłem, choć zaklęcie padło — czysto, szybko, bez najmniejszych komplikacji. Mężczyzna zacharczał, ciało szarpnęło się w konwulsjach i zastygło na moment, wyprężone w nienaturalnej pozycji. Sflaczało dopiero po chwili, kiedy serce eksplodowało bezgłośnie w klatce piersiowej. Nieruchome oblicze zastygło w bólu, z na wpół przymkniętymi powiekami i pianą na spieczonych wargach. 

Za mnie. Za matkę. Za Elenai. 

Dla Czarnego Pana. 

I już. Takie to proste — jakby rozgniótł podeszwą gnijącego pomidora. Spodziewał się, że ulga, jaką odczuje, sprawi, że odpłynie jak po dużej ilości alkoholu albo dobrym seksie, ale nic podobnego się nie wydarzyło. 

Jedynie poczucie domkniętej sprawy. 

Wciągnął ciało między drzewa, a później głębiej w las i tak, jak ojciec jego niecały rok temu, tak teraz on nakrył je peleryną-niewidką i spojrzał na mapę. 

W sam raz. 

Harry Potter był już na drugim piętrze najpierw jedynie w towarzystwie Snape’a, ale bardzo szybko dołączył do nich dyrektor, po czym we dwójkę ruszyli prędko z powrotem na błonia. 

Znów był Szalonookim. Udał się w stronę jeziora, dokładnie tą samą trasą, jaką pokonał wcześniej. Obserwując na mapie rosnące wokół Kruma zgromadzenie, miał wrażenie, że czas zdawał się nie istnieć, choć wszelkie ślady po zachodzącym słońcu zniknęły i teraz błonia otulała gęsta ciemność nocy. Nim dołączył do grupy, łyknął jeszcze porządnie z piersiówki. 

— Hagridzie, sprowadź tu profesora Karkarowa, jego uczeń został napadnięty. A kiedy to zrobisz, powiadom, proszę, profesora Moody’ego… 

— Nie ma potrzeby, Dumbledore — wyrzucił na wydechu Barty. — Jestem. Przeklęta noga… gdyby nie to, byłbym szybciej… Co się stało? Snape wspominał coś o Crouchu… 

— O Crouchu? — wtrącił Hagrid. 

— Hagridzie, idź, po Karkarowa — powtórzył ostrzej dyrektor. 

— Ach, no tak, racja… Już lecę, panie psorze, lecę… 

I faktycznie poleciał, aż ziemia zadudniła pod jego wielkimi stopami, a Dumbledore jakby czekał, aż gajowy się oddali, bo natychmiast powiedział: 

— Nie wiem, gdzie jest Barty Crouch, ale trzeba go koniecznie odnaleźć. 

— Zajmę się tym. 

Teraz już legalnie i bez obaw zapalił różdżkę i pokuśtykał w las. Z trudem łapał powietrze, a kikut piekł go niemiłosiernie, mocno otarty o drewniane wnętrze protezy, ale Bartemiusz odsunął od siebie wszelkie fizyczne dolegliwości. Jeszcze tylko chwilę, jeszcze kilka minut, może kwadrans i wszyscy się rozejdą. Obserwował na mapie, jak Hagrid prowadził Karkarowa, a następnie — zapewne po krótkiej, burzliwej dyskusji — cała piątka podzieliła się na grupki i każdy odszedł w swoją stronę. Hagrid z Potterem do Wieży Gryffindoru, profesorowie i Krum w stronę jeziora. 

Miał do dyspozycji całe błonia. Zniknął nawet brytan gajowego. 

Crouch nie zamierzał taszczyć ze sobą ciała. Gdy zerwał z niego pelerynę-niewidkę, lodowate światło różdżki oświetliło upiornie woskową, tężejącą twarz nieboszczyka, ale ten widok nie wywołał w Bartym żadnych niechcianych odruchów. Żadnych zimnych dreszczy, żadnych żołądkowych sensacji. 

Nic. Przecież znów był Moodym. 

Transmutował zwłoki w kość i z nietypową dla siebie obojętnością zakopał to na działce za chatką Hagrida. Bo dlaczego nie. Maj. Gajowy powinien już zasiać dynie, jeżeli chciał, by były gotowe na Halloween. 

Raz jeszcze pociągnął z butelki. 

A teraz do Dumbledore’a. 



___________

Odcinek nie tak długi, jakbym chciała, ale dla Trzeciego Zadania postanowiłam dać oddzielny rozdział. Pomysł z Elenai przyszedł mi nagle, całkiem niedawno. Jak wrócę znad morza, dodam ją do bohaterów, bo teraz nie mam Photoshopa na tym komputerze, żeby obrównać zdjęcie. Dedykacja dla Afrodyty :* 

6 komentarzy:

  1. ~olka
    22 lipca 2011 o 19:25

    Dzięki temu szlabanowi Macy przeczytała dane Elenai.Ciekawe czemu Barty nic o niej nie mówił…………….Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 lipca 2011 o 20:24
      Bo jej wspomnienie jest… noo… zbyt bolesne xD

      Usuń
  2. ~Afrodyta
    23 lipca 2011 o 20:02

    Dopiero teraz to przeczytałam .Czytam już tyle blogów a na ten rzadko zaglądam ale dziś stwierdziłam że to grzech bo to ciekawe opowiedanie. Muszę przeczytać poprzednie rozdziały ;))dziękuję za dedykację ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 lipca 2011 o 20:49
      Ano… ma się te pomysły. Szkoda tylko, że tak mało czasu.

      Usuń
  3. ~Doska
    31 lipca 2011 o 20:15

    jestem jestem… podoba mi się i jestem ciekawa co tam wymyśliłaś dalej skoro „akcja rozwija się po odrodzeniu Voldka” :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 31 lipca 2011 o 21:11
      No pewnie, bo w końcu co ja mogę teraz zrobić? On się i tak musi odrodzić, za dużo swojej akcji nie wplotę xD

      Usuń