Owutemy
zawsze rozpoczynały ciężką serię egzaminów i choć uczniowie z młodszych klas
współczuli siódmoklasistom, ja zawsze zazdrościłam im tego, że kiedy my wciąż
przeżywaliśmy powoli zbliżające się testy, oni mieli już po wszystkim i
korzystali sobie z ostatnich ciepłych szkolnych dni. Gdy profesor Flitwick
zjawił się przy stole Krukonów, żeby rozdać rozpiskę godzin i sal, w których
miały odbywać się sprawdziany z praktyki i teorii, poczułam w żołądku
charakterystyczne ssanie, jakie miało mi towarzyszyć do piątku szesnastego
czerwca, ale widok rozplanowanych przedmiotów złagodził napięcie.
Uczyłam
się regularnie i wciąż dużo pamiętałam z SUM-ów. I zamiast komisji z
ministerstwa egzaminować nas miała kadra nauczycielska. Tak sobie powtarzałam.
Zaczęliśmy
teorią i praktyką z transmutacji, ale zważywszy na znacznie uszczuploną po
SUM-ach grupę, w klasie pod czujnym okiem profesor McGonagall było nas ledwo
jedenaścioro. Obrona przed czarną magią cieszyła się znacznie większym
zainteresowaniem — głównie dlatego, że nauczający tego przedmiotu
Lockhart miał minimalne wymagania — lecz odpowiadanie na pytania
dotyczące złowrogich zaklęć i historii dementorów pod szalonym okiem Moody’ego
nie należało do najprzyjemniejszych. Co zaskakujące, część praktyczna odbyła
się zgodnie z zasadami owutemów, chociaż jeszcze przed obiadem wszyscy
zakładali się o to, z jakim Zaklęciem Niewybaczalnym będziemy musieli się
zmierzyć.
Kiedy
już weszłam w egzaminowy tryb, okazało się, że wszystko dało się znieść,
chociaż nie obyło się bez przykrości. Jak zawsze na początku czerwca osoby,
które na co dzień nie chciały dzielić ze mną szkolnej ławki — nawet
ci spoza Ravenclawu — chętnie przysiadały się do mnie podczas
posiłków albo bibliotecznych maratonów, licząc na dodatkowe notatki.
A ja — jak
ostatnia frajerka — tworzyłam kolejne kopie i rozdawałam.
Mimo
nieprzyjemnego ucisku w brzuchu czułam pewną satysfakcję. Bo co jak co, ale
notatki zawsze miałam najlepsze na roku.
Dzięki
temu, że Snape nie zgodził się, bym po piątej klasie kontynuowała eliksiry,
drugiego tygodnia egzaminów zyskałam wolne popołudnie. O piętnastej
trzydzieści, kiedy garstka bladozielonych uczniów (w tym tylko jeden Krukon)
maszerowali do lochów na swoje ostatnie starcie ze Snape’em, ja wybrałam się na
drugie piętro. Od Wielkanocy unikałam go jak ognia, lecz perspektywa
zbliżającego się Trzeciego Zadania stanowiła idealną wymówkę.
No i
zwyczajnie byłam ciekawa, co u niego.
Twarz
Moody’ego nigdy nie powalała blaskiem i świeżością, ale dziś przypominała
bardzo brzydką, bardzo starą i bardzo krzywo uszytą maskę z ludzkiej skóry — szarawej,
obrośniętej byle jak ogoloną szczeciną na policzkach i z żółtawymi sznurami
blizn.
— Źle
wyglądasz — rzuciłam na powitanie i podążyłam za nim prosto do
sypialni, gdzie zastałam kłębowisko koców i poduszek na fotelu przy oknie.
Najwyraźniej go obudziłam, bo zdawkowym odpowiedziom, jakimi mnie uraczył,
daleko było do tych, do których przywykłam.
— Masa
roboty. Prawie nie sypiam, ale jeszcze kilka dni. Ty już po wszystkim?
— Jeszcze
nie. Zostały dwa razy zaklęcia i dwa razy zielarstwo — odparłam
niewzruszona. — Jutro teoria i praktyka z profesorem Flitwickiem i
najgorsze: teoria i praktyka z zielarstwa.
Dopiero
po tym dostrzegłam błysk zainteresowania w jego zdrowym oku.
— Najgorsze? — zdziwił
się, a mnie trochę ulżyło, kiedy jego ton złagodniał. — Nie spotkałem
nikogo z większą wiedzą w tym temacie, a przez nasz dom przewinęło się trochę
ludu.
Zarumieniłam
się lekko, ale nie odwróciłam wzroku i tylko wzruszyłam ramionami.
— Potrzebuję
stu procent, żeby mieć realne szanse w ubieganiu się o grant.
Cień
przebiegł mu przez czoło i już wiedziałam, że nie miałam co liczyć na wsparcie
ministerstwa w moich dalszych naukowych planach — i to bynajmniej nie
ze względu na moje słabe wyniki owutemów.
A
Crouch jakby się opamiętał, bo mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, zanim
dodał:
— Nie
wiedziałem, że jest potrzebne aż sto procent.
— No
tak… Ale ja w innej sprawie. — Przełknęłam i poprawiłam się szybko na
krześle, w którym dopiero co przysiadłam. — Do Trzeciego Zadania
jeszcze dziesięć dni. Masz jakieś informacje… no wiesz, co później? Gdzie mamy
się udać?
Charakter
przeciągającego się milczenia wydał mi się podejrzany, jakby Barty sam nie miał
pojęcia, co miało wydarzyć się po finale. Byliśmy oboje tak skupieni na
odhaczaniu kolejnych zadań z listy, że całkowicie zatraciliśmy się w przebiegu
Turnieju Trójmagicznego. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co potem. A to potem
nadchodziło wielkimi krokami, już prawie zaglądało przez okno.
— Nigdzie.
Czarny Pan po nas przyjdzie — rzekł w końcu.
Wszystko
mi w tym nie pasowało.
— Jak
to: przyjdzie po nas? Tu? Do Hogwartu?
— Tak
jest.
Potrząsnęłam
głową, choć jednocześnie nie miałam śmiałości, by się z nim o to sprzeczać. Do
tej pory polegałam na Crouchu we wszystkim, co dotyczyło sprawy. A nawet
więcej. Przyrzekam na własne życie, pozwoliłam zaprowadzić się do domu w głębi
lasu, ryzykowałam złapaniem, by ostatecznie dowiedzieć się, że Czarny Pan
jakimś cudem zjawi się cały na biało pod koniec Trzeciego Zadania, zdradzi swój
powrót tylko po to, żeby na oczach całej szkoły obdarować dwie osoby swoim
znakiem.
Musiało
się kryć w tym coś więcej, coś, czego Crouch nie wiedział albo mi nie
mówił.
— A
co z Moodym? Co z twoim ojcem? Nadal będzie udawał, że chodzi do pracy, że… — Urwałam
i zmrużyłam oczy, przyglądając mu się uważnie. — Jest coś jeszcze,
prawda?
Coś
przypominającego olbrzymią metalową rękawicę ścisnęło mnie za gardło, gdy
zobaczyłam jeszcze jeden błysk w jego oczach — ten sam błysk co
wtedy, kiedy pierwszy raz wspomniał moje nazwisko, ale tym razem pozbawiony
figlarności, którą zdążyłam polubić.
— Powierzyłam
ci moje życie — dodałam niemal szeptem, czując serce kotłujące się na
wysokości przełyku. — Mieliśmy być ze sobą szczerzy.
Chyba
to analizował, bo pionowa zmarszczka między brwiami robiła się z sekundy na
sekundę coraz głębsza, aż…
— Zabiłem
ojca.
Oznajmił
to z opanowaniem, jakiego spodziewałabym się po Moodym, nie po Crouchu — tamtym
młodym chłopaku zanoszącym się śmiechem w ciemnym salonie domu w sercu polany.
I gdyby nie sposób, w jaki na mnie patrzył, miałabym podstawy, by uwierzyć, że
teraz to Szalonooki był Bartemiuszem udającym Szalonookiego.
— Barty,
co ty… jak to? Kiedy? — dałam radę wykrztusić.
Nie
wyglądał na ani odrobinę przejętego. Stał spokojnie, wręcz obojętnie, podparty
o laskę w sposób, jakby stanowiła ona jedynie ozdobny gadżet. Nie tego się
spodziewałam. Liczyłam na wybuch radości, lawinę emocji tak charakterystycznej
dla jego pełnej entuzjazmu osobowości, ale koślawe usta Moody’ego nawet nie
drgnęły. Czarnego oka nie podpaliła nawet iskra ekscytacji.
— Dwudziestego
czwartego maja — wyjaśnił. — Jakiś tydzień po jego
ucieczce. Wygląda na to, że zaczął walczyć z Imperiusem wcześniej, niż
zakładaliśmy, a może to Glizdogon pomylił coś w zaklęciach, w każdym razie
pozwolił mu się wymknąć. Na szczęście zawiadomił mnie na tyle wcześnie, że
byłem w stanie kontrolować mapę do momentu, aż ojciec się na niej nie pojawił.
Chciał rozmawiać z Dumbledore’em. Przez rok niewoli nasłuchał się dość, by
zniweczyć plany naszego pana, ale udało mi się dopaść go… względnie bez
strat.
— Co
to znaczy?
— Zanim
zdążyłem do niego dotrzeć, na błoniach natknął się na Pottera i Kruma. Ale bez
obaw — dodał, widząc moją minę — nie powiedział nic, co by
nam zagrażało. Kiedy Potter pobiegł po Dumbledore’a, oszołomiłem Kruma i
pozbyłem się ojca.
Gdy
pierwszy szok minął, byłam w stanie odetchnąć, ale dłonie wciąż lekko mi się
trzęsły. Objęłam się ramionami, by to zamaskować i przy okazji zetrzeć
obrzydliwie lepki pot.
— Co
z ciałem?
— Transmutowane
i zakopane. Wszystko jest pod kontrolą, Knot jest przekonany, że ze względu na
przeciążenie i problemy osobiste Crouch w końcu postradał zmysły i
prawdopodobnie sam uciekł — rzekł. — Oczywiście Dumbledore
jest przekonany, że kryje się za tym coś więcej, ale w tym momencie nie ma
znaczenia, w co wierzy.
Skinęłam
głową, ale wciąż nie potrafiłam tego tak po prostu zaakceptować. Nigdy nie
wyobrażałam sobie, jak miało wyglądać rozliczenie Barty’ego z jego
przeszłością. Oczywiście wiedziałam, że chciał zabić ojca. Wiedziałam i nie
miałam mu tego za złe, w końcu i ja miałam nadzieję, że za kilkanaście dni dostanę
swoją zemstę, ale w przypadku pana Croucha czułam swego rodzaju…
niedopowiedzenie. A co, jeżeli Bartemiusz coś przeoczył i pośpieszył się z tą
decyzją?
Natychmiast
stanęła mi przed oczami wątła sylwetka starszego czarodzieja z równym
przedziałkiem i elegancko przyciętym wąsikiem i pierwsze, o czym pomyślałam, to
czy miał szybką śmierć? Czy przeszedł serię bolesnych tortur jak
Longbottomowie? Już otworzyłam usta, by spytać, ale w tej samej chwili się
powstrzymałam.
To
była jego zemsta. Jego nagroda.
Automatycznie
zerknęłam na drzwi, za którymi na dnie kufra czekała moja i na myśl, że
miałabym to uczynić na oczach innych ludzi, poczułam intensywny ucisk w
brzuchu. Nie chciałabym, żeby ktoś na to patrzył, naruszał tak intymny moment
swoją obecnością.
Znów
spojrzałam na Croucha i raz jeszcze kiwnęłam głową. Tym razem ze
zrozumieniem.
Choć
czekały mnie jutro egzaminy z zaklęć i zielarstwa, nie byłam w stanie ani spać,
ani skupić się na powtórkach. Kilka godzin później leżałam na plecach w ciemnym
dormitorium, gapiąc się w wyszywany w gwiazdy baldachim, skubałam skórki przy
paznokciach i rozmyślałam o Moodym.
Nigdy
nie wyobrażałam sobie, jak miałoby to wyglądać, a brak detali w relacji
Barty’ego tylko podsycił apetyt mojej wyobraźni i teraz nie potrafiłam przestać
sobie tego wizualizować. Jego przypadek był zdecydowanie bardziej
skomplikowany, pełen sprzecznych uczuć, słodko-gorzkich wspomnień z dzieciństwa
i przypuszczałam, że gdyby nie Azkaban i lata niewoli we własnym domu,
uśmiercenie własnego ojca nie byłoby takie bezbolesne. Czułam ulgę, wiedząc, że
nie musiałam przeżywać żadnych wewnętrznych konfliktów w związku ze śmiercią
Moody’ego. To było proste i znane od wieków — śmierć za śmierć.
Klasyczne wyrównanie rachunków, ale teraz, kiedy perspektywa odebrania życia
mordercy moich rodziców była na wyciągnięcie ręki, zaczęłam wątpić w swoją
odwagę. Czy zimna krew, o której tak często słyszałam od wujka i ciotki,
ograniczała się wyłącznie do wyrywania mleczaków i braku płaczu na widok
rozbitego kolana?
Zasnęłam
nad ranem — z myślami o własnym frajerstwie i rozmytymi wizjami
martwej twarzy pana Croucha — a kiedy jakieś trzy godziny później
zadzwonił budzik, wstałam zaskakująco rześka i bez najmniejszego stresu przed
najważniejszymi sprawdzianami w mojej siedmioletniej edukacji, jak gdyby nagle
wszystko, co związane ze szkołą, przestało mieć znaczenie jako prawdziwy,
DOROSŁY problem.
W
zamian za to zaczęłam codziennie śledzić informacje w Proroku Codziennym.
Teraz — inaczej niż wcześniej — czytałam gazetę od deski do
deski, wszystko, łącznie z ogłoszeniami i klepsydrami na ostatnich stronach,
ale temat zaginięcia szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
nie został nigdzie poruszony, jakby ministerstwo zamierzało zatuszować sprawę
tak, jak było w przypadku Berty Jorkins.
Tak
bardzo zagłębiłam się w ten temat, że przegrzebałam w bibliotece wszystkie
zbierane od wakacji zeszłego roku gazety informacyjne, ale — podobnie
jak teraz — w artykułach nie padła nawet wzmianka o zaginionej
pracownicy ministerstwa. Wyglądało na to, że ministerstwo nie widziało — albo
NIE CHCIAŁO widzieć — że coś zaczynało się dziać.
Nie
potrafiłam tego pojąć.
Spodziewałam
się, że kiedy egzaminy dobiegną końca, wsiąknę w zielone tereny Hogwartu jak co
roku o tej porze, tym bardziej, że lato zapowiadało się naprawdę przepięknie,
ale nie potrafiłam temu odpuścić. Nie interesowało mnie już tak bardzo, co
Czarny Pan zamierzał zrobić po swoim powrocie. Interesowało mnie, co wiedziało
ministerstwo, ale jedyne, co mogłam zrobić, to mocować się w bibliotece z
własną frustracją.
Pierwszy
raz — i to naprawdę boleśnie — odczułam brak grona
znajomych, bo okazało się, że naprawdę olbrzymia grupa uczniów miała kogoś na
jakimś stanowisku w urzędzie. Gdybym była Fredem Weasleyem, Cho Chang albo
Pamelą Redmoss, wystarczyłaby jedna sowa do domu, żeby poznać wszystkie
najświeższe plotki, których przecież musiało być sporo ze względu na pozycję
pana Croucha i jego powiązanie z Turniejem Trójmagicznym. Przemknęło mi nawet
przez myśl, że może podpuszczenie Lynn w zestawieniu z drobnym Confundusem
mogłoby załatwić sprawę, ale czułam opór przed zaklinaniem własnej kuzynki.
Nawet tej nielubianej.
— Merde!
Sto dwadzieścia procent z zielarstwa! Nawet nie wiedziałam, że tak można! — wykrzyknęła
Nelly jakiś tydzień później.
Wyniki
z owutemów wręczono nam oficjalnie podczas śniadania dokładnie na pięć dni
przez Trzecim Zadaniem i choć poszło mi lepiej, niż zakładałam, ukłucie radości
było krótkotrwałe. Miałam wrażenie, że nawet Dubois cieszyła się z nich
bardziej podczas wspólnego spaceru po błoniach. Młodziutka, żywozielona trawka
kładła się miękko z każdym wonnym powiewem letniego wiatru, chabrowego nieba
nie kalała ani jedna chmurka, a to wszystko prawie wyłącznie dla nas — wraz
z końcem owutemów błonia prawie zupełnie opustoszały, a w zamku zaroiło się od
zestresowanych egzaminami uczniów.
— Ano.
Nie jest źle.
— Żartujesz?
Moi starzy daliby się pokroić za szóstkę z zaklęć i transmutacji. I co teraz? Z
takimi wynikami pewnie jakiś departament, co? Ministerstwo od międzynarodowej
współpracy albo przestrzegania prawa? Z takimi wynikami przyjmą cię wszędzie, i
to z pocałowaniem ręki.
Zachichotałam
pod nosem, wspominając uniemożliwiające mi to nieszczęsne eliksiry.
— Nie,
ministerstwo mnie nie kręci — odparłam. — Myślałam o
badaniach. Ciekawi mnie sposób odżywiania mięsożernych roślin oraz naturalny
sposób ewolucji diety po zmianie podłoża i klimatu. Okazuje się, że niektóre
gatunki łatwo przechodzą na weganizm, kiedy warunki stają się bardziej
surowe.
Po
uśmiechu poznałam, że tak, jak mnie nie kręciła praca w ministerstwie, tak ona
nie była zafascynowana badaniem mięsożernych roślin, więc szybko zakończyłam
temat i zapytałam o jej plany na „po szkole”.
— Chciałabym
może najpierw gdzieś pojechać, nie wiem, może Ateny? Albo do Rzymu? Trochę
odpocząć po tej siedmioletniej orce, a potem zaczepić się gdzieś na jakimś
stażu? Nie jestem pewna, może jakaś międzynarodowa współpraca czarodziejów? Mój
angielski jest ekstra, na niemiecki i włoski też nie narzekam… albo Bank
Gringotta? Można dużo zarobić i zwiedzić trochę świata, chociaż ta współpraca z
goblinami… fuj! Chciałabym spróbować tylu rzeczy!
— Co
cię powstrzymuje?
Zmarszczyła
lekko czoło.
— W
próbowaniu chyba nic — mruknęła i nagle wzrok jej pociemniał,
wszelkie ślady radosnej Nelly momentalnie zniknęły, a mnie przeszedł lodowaty
dreszcz, bo znów miałam obok siebie tę bezwzględną i oschłą, która kilka
miesięcy temu tak beznamiętnie zerwała naszą przyjaźń. — Raczej to,
że mocno zmieniły mi się plany.
Poleciałam
wzrokiem za jej spojrzeniem — jeszcze jeden dreszcz.
Ze
szczytu łagodnego wzgórza, za którym znajdował się szereg cieplarni, schodziło
właśnie trzech ubranych na niebiesko chłopców. Nawet z tej odległości poznałam
boską fryzurę Jeana-Loupa, ale to widok barczystej sylwetki Gastona spowodował
w moim żołądku nieprzyjemne sensacje.
— Przykro
mi — bąknęłam.
Nie
odpowiedziała. Odetchnęła tylko głęboko, uspokajająco i potrząsnęła głową,
jakby oganiała się od wyjątkowo natrętnej muchy, a kiedy na mnie spojrzała, do
twarzy znów miała przyklejony szeroki uśmiech.
— Trudno.
Nic nie dzieje się bez powodu — oznajmiła niezbyt przekonująco
wesołym tonem. — Ej! A może wpadłabyś do mnie do Francji? Te
krwiożercze rośliny chyba mogą trochę zaczekać?
— Tylko…
wiesz, ja w ogóle nie znam francuskiego…
— Nie
szkodzi! Moi rodzice bardzo dobrze mówią po angielsku, od lat prowadzą interesy
w Wielkiej Brytanii! Och, tak, przyjedź do nas w odwiedziny! Będzie wspaniale,
zobaczysz, najpierw przejdziemy się po najlepszych knajpach w Paryżu,
wybierzemy się na koncert… akurat w lipcu Les Boucs Noirs będą grać, jak po
powrocie się pośpieszę, to zdążę jeszcze kupić bilety w loży honorowej… to dla
mnie, a dla ciebie… hmm… Wiem! W Lyon jest największy we Francji ogród
botaniczny! Będziesz zachwycona! Nasz skrzat kradł stamtąd rośliny do zielnika,
jaki mieliśmy zrobić przez wakacje na zielarstwo przed drugą klasą. Macy,
musisz przyjechać! Jesteś oficjalnie zaproszona!
Zatrzymała
się gwałtownie, chwytając mnie za ręce, a zrobiła to z takim entuzjazmem, że
wymazała mi z głowy wszelkie wymówki. Jedyne, o czym wciąż myślałam, to Czarny
Pan. Wątpiłam, by plany, jakie miał wobec mnie, obejmowały pracę naukową czy
tournée po francuskich knajpach, ale wzrok proszącego szczeniaczka sprawił, że
musiałam przytaknąć.
Nelly
wydała z siebie głośne, entuzjastyczne „Ju-hu!” i zaczęła snuć długą, pełną
szczegółów historię skrzatki Eulalie towarzyszącej panu Dubois w służbowym
wyjściu do ogrodu botanicznego, a ja słuchałam tego z uwagą, czując gasnący na
ustach uśmiech.
Dopiero
teraz zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilka dni i nasza przyjaźń umrze śmiercią
naturalną. Wraz z końcem szkoły Macy Savour zniknie z życia Nelly Dubois, a ona
bardzo szybko się po tym pozbiera, bo przecież ma już duże doświadczenie w
traceniu ludzi.
Ładne,
energiczne, młode blondynki nie przyjaźniły się ze śmierciożercami. Po prostu
nie.
*
Słońce
wzeszło dziś nad wyrośniętym żywopłotem o czwartej dwadzieścia pięć.
Oglądał
to z okna gabinetu na drugim piętrze — jego ostatni wschód w
Hogwarcie. Najpierw delikatny fiolet zgasił pierwsze gwiazdy, rozlewając się
nierówno po całym horyzoncie, ale kiedy pojawił się róż i pomarańczowe tony,
kolory zaczęły przechodzić przez siebie gładko i równomiernie jak po lekkich ruchach
wprawnej ręki malarza.
Żałował,
że przez resztę roku nie znalazł chwili, by się tym rozkoszować, choć przecież
zaraz po zrzuceniu kajdan Imperiusa obiecał sobie, że właśnie to zacznie robić — cieszyć
się życiem i doceniać drobiazgi, może odtworzyć stary ogród. Pielęgnować w
sobie cechy matki, nie ojca.
Ale
to właśnie dzięki jego cechom — myślał o tym z obrzydzeniem — był
tu, gdzie był.
Bez
sentymentu odkleił się od okna i podszedł do kawowego stolika, na którym
czekała rozłożona mapa. W pokoju dyrektora kropka z nazwiskiem Dumbledore’a
zaczęła przemieszczać się już jakiś kwadrans wcześniej, co oznaczało, że Barty
mógł rozpocząć ostatnią fazę: puchar.
Skłamałby,
gdyby powiedział, że się nie denerwował. Nie obawiał się, że wpadnie — nie,
ten skurcz w żołądku to zdecydowanie nie od tego. Wiedział, że zarówno
Dumbledore, jak i pozostali sędziowie zachowają większą niż zazwyczaj czujność,
nie tylko ze względu na plotki dotyczące Bartemiusza Croucha, ale wszyscy
czuli, że coś wisiało w powietrzu.
A
może czuli to tylko on i Dumbledore?
Przed
wejściem do gabinetu wypił jeszcze jeden spory łyk eliksiru. Dyrektor już
czekał, blady i z podpuchniętymi oczami, ale przywitał swojego starego
przyjaciela ciepłym uśmiechem.
— Dzięki,
już piłem — mruknął Crouch w odpowiedzi na propozycję kawy. — Spodziewałem
się Karkarowa i Maxime.
— Wolałem
załatwić sprawę pucharu bez ich obecności — rzekł, a widząc uniesione
brwi Szalonookiego, dodał spokojnie: — Im mniej ludzi, tym lepiej, to
wszystko. Nie ma w tym zamku osoby, której ufałbym bardziej niż tobie. W
niektórych sprawach nawet do siebie miałbym ograniczone zaufanie.
— Lepiej,
żeby nikt tego nie usłyszał…
Dumbledore
zachichotał i wskazał niedbale na ścianę obwieszoną portretami.
— Póki
ja tu rządzę, można im ufać — odparł. — Masz
pelerynę?
— Oczywiście.
Wydobył
z wewnętrznej kieszeni płaszcza kulkę wielkości kafla i strzepnął ją
delikatnie, a nieśmiałe światło wschodu zamigotało w srebrzystej tkaninie.
Dyrektor skinął głową i obrócił się do biurka, na którym stał już przygotowany
puchar turnieju — srebrne trofeum z dwoma prostymi uchwytami i
wygrawerowanym napisem: 146 Turniej Trójmagiczny — 1994/1995.
Wymknął
się pod peleryną-niewidką i z nagrodą pod pachą. Choć korytarze o tej porze
świeciły pustkami, starał się nie robić hałasu — ot tak, na wszelki
wypadek, gdyby Snape’owi przyszło do głowy wykorzystać ostatnie dni obecności
Moody’ego na węszenie. Był ostatnią osobą, z jaką Crouch miał ochotę teraz się
przeciąć.
Świadomość,
że za kilkanaście godzin będzie po wszystkim, wywoływała w nim dziwną mieszankę
spokoju i ekscytacji. Z przyjemnością zaciągnął się świeżym powietrzem poranka.
Gdy dotarł do ścieżki prowadzącej w stronę labiryntu, zwolnił nieco, żeby
rozkoszować się tym czarownym widokiem — widokiem, jaki ujrzy
ponownie prawdopodobnie dopiero wtedy, kiedy Czarny Pan znów go tu po coś
wyśle.
Myśl,
że jutro o tej porze będzie stał u boku swego pana jako jemu najbliższy,
najbardziej oddany sługa, sprawiała, że derealizacja wykręcała mu zmysły.
Zalane złotym słońcem błonia, zapach wczesnego lata, rosnący w oczach żywopłot — to
wszystko wydawało się tak nierzeczywiste, że musiał na moment zacisnąć
powieki.
Niewiele
pomogło, jedynie zdrowe oko załzawiło w momencie ponownego spotkania z ostrym
blaskiem.
Podróż
do serca labiryntu zajęła mu pół godziny — dodatkowe punkty za
czarodziejskie oko, ujemne za tę przeklętą nogę. Gałęzie posłusznie
rozstępowały się przed jego różdżką, aż dotarł do środka bez naruszenia choćby
jednej przeszkody — wyraźnie zarysowanego okrągłego placu z pustym
cokołem, na szczycie którego stanął puchar. Crouch przyglądał mu się przez
chwilę niewidzącym wzrokiem, bo oczami wyobraźni już widział strzępki obrazów.
Potter pędzący w kierunku wygranej, ciemność rozświetlająca się
charakterystycznym niebieskim światłem, chłopak znikający z trofeum w ręku, by
pojawić się… no właśnie, gdzie?
Barty
uniósł różdżkę i wycelował nią dokładnie w napis na czarze.
Nigdy
dotąd nie tworzył świstoklika, a tym bardziej nie modyfikował miejsca, w jakie
przedmiot miał przenieść dotykającego, ale nie czuł strachu. Wierzył… nie, on wiedział,
że mu się powiedzie — gdyby było inaczej, Czarny Pan nie powierzyłby
mu tego zadania. Wymyśliłby inne rozwiązanie, prostsze, żeby dostarczyć sobie
Pottera na cmentarz w Little Hangleton.
Każda
komórka jego ciała skupiła się na tym miejscu i zaklęcie padło, a puchar
rozjarzył się błękitem — takim, w jaki powoli przechodził róż nad
horyzontem. I już, gotowe. Teraz świstoklik miał przenieść tu Czarnego Pana, by
przejął kontrolę nad szkołą i wyniósł go ponad wszystkich śmierciożerców. Od
kiedy Barty pozbył się ojca, nie myślał o niczym innym. Nawet to, co czuł do
Macy, odsunęło się posłusznie w cień, bo teraz nic — ABSOLUTNIE NIC — nie
mogło go rozpraszać.
Wrócił
do zamku już bez peleryny-niewidki, ale wciąż nie spotkał tam żywej duszy. I
tak, jakby Crouch opuścił gabinet dyrektora na sekundę czy dwie, Dumbledore
czekał tam na niego przy biurku, odwrócony twarzą do portretu Armando
Dippeta.
— Bez
komplikacji?
— Bez
najmniejszych. Teraz tylko Trzecie Zadanie i z górki, co?
Jasne
oczy czarodzieja zamigotały.
— Pytanie:
z górki dokąd? — Nawet nie krył rozgoryczenia. — Ale i ja
nie marzę o niczym innym, jak żeby ten turniej dobiegł już końca. Miej oko na
wszystkich uczestników, Alastorze. Ten, kto odpowiada za umieszczenie Harry’ego
w turnieju, ma ostatnią szansę, by podjąć próbę zamachu, nie patrząc, ilu
niewinnych ludzi przy tym skrzywdzi.
Tylko
te oczy — błękitne i niesamowicie przejrzyste — zdawały się
żyć. Teraz, gdy nikt obcy nie patrzył, reszta Dumbledore’a wyglądała
niesamowicie staro i przygnębiająco, a w sercu Barty’ego rozbłysło
przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie dlatego Czarny Pan zamierzał
dostać się do Hogwartu. Tego wieczora miała zginąć jeszcze jedna osoba.
— Będę
gotowy — odparł.
*
Do
uroczystego rozpoczęcia Trzeciego Zadania zostało ledwo kilka minut i dało się
to wyczuć, choć wyglądało na to, że znów niczego nie zobaczymy. Labirynt
porastający boisko do quidditcha mierzył dobre kilkadziesiąt stóp i mogliśmy
się wpatrywać jedynie w stół sędziowski lub w siebie nawzajem. Zdumiona
zauważyłam, że na miejscu, które zwykle zajmował Percy, tym razem siedział
Korneliusz Knot w wyjściowej, granatowej szacie. Cytrynowozielony melonik, który
miał na głowie, już z daleka rzucał się w oczy, zwłaszcza że pozostali
sędziowie wybrali ubrania w stonowanych kolorach i niknęli w zapadającym
zmroku.
— To
wasz minister? — zapytała Nelly, pokazując palcem, a kiedy
przytaknęłam, wydęła lekko usta. Choć nie lubiła Fleur Delacour, wiedziałam, o
czym pomyślała. Kolejna osoba, której w teorii mogło zależeć na tym, żeby
puchar trafił do Hogwartu. — Ciekawa jestem, co z tym drugim
organizatorem…
— Panem
Crouchem?
— Mhm,
wydawał się solidny.
— Słyszałam,
że choruje… Bill?
Dokładnie
poziom nad nami między plecakami i nogami Gryfonów i uczniów z Beauxbatons
przeciskał się wysoki, szczupły chłopak w czarnej, stylizowanej na rockową szacie
i długimi, rudymi włosami spiętymi w kucyk. Na dźwięk mojego głosu obrócił się
i uśmiech rozjaśnił mu twarz.
— Macy?
Myślałem, że siedzisz z Krukonami! Mamo, patrz, kto tu jest!
Dopiero
teraz dostrzegłam przysadzistą, niską kobietę z burzą identycznych jak u jej
syna włosów, tyle że te otaczały jej głowę jak wielka, ognista aureola.
Uśmiechnęła się ciepło na mój widok i oboje — ku niezadowoleniu
siedzących — zaczęli przeciskać się w przeciwnym kierunku. Obserwowałam
ich z mieszaniną ciekawości i zakłopotania, trochę żałując, że w ogóle się
odezwałam. Na myśl, że miałabym spędzić z nimi całe Trzecie Zadanie i to, co po
nim — cokolwiek by to nie było — zrobiło mi się
gorąco.
— To
moja koleżanka z Beauxbatons, Nelly Dubois — dodałam, kiedy oczy
Weasleyów zatrzymały się na wpatrzonej w nich Nelly. — A to moja
ciocia Molly i Bill.
Zarówno
Molly Weasley, jak i Dubois miały osobliwe miny, kiedy jeszcze raz się sobie
przedstawiały, przy czym w oczach ciotki połyskiwała nieufność, a w oczach
mojej przyjaciółki zainteresowanie — zwłaszcza gdy wyciągała rękę,
żeby przywitać się z Billem. Byłam pewna, że nie umknęło to uwadze jego
matki.
— Gratuluję
owutemów, Rosalie już się chwaliła, że bardzo dobrze ci poszło — zagaiła. — I
co, następny przystanek: Urząd Eksperymentów i Odkryć Nadzwyczajnych?
— Tak.
— Rosalie
mówiła, że chcesz badać jakieś ludożerne rośliny, dobrze pamiętam?
— Właściwie
to rośliny mięsożerne — poprawiłam ją. — Między innymi
Kapturzyca Północna, Wampirzyk Korzenny, Krętopnączę i Bagienna Gardzielnica.
Do większości mam dostęp w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza do Gardzielnicy, w
zeszłym roku znalazłam ogromne pole na wschód od Yeovil.
Molly
Weasley wysłuchała tego z uśmiechem, rozglądając się dyskretnie dookoła — tak,
jak rozglądają się osoby, które szukają sposobu, żeby odejść.
— Znakomicie,
znakomicie… Gdyby Fred i George mieli chociaż jeden procent twoich dorosłych
zainteresowań, ale nie — westchnęła. — Im w głowie tylko
jakieś dowcipy, pojedynki na lipne różdżki, gigantojęzyczne toffi… A za rok
owutemy.
Nie
wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc i ja się uśmiechnęłam.
— Jak
tam Percy? Też będzie dzisiaj sędziował? — zapytałam, siląc się na
słodki ton. — Jeszcze go nie widziałam.
— Och,
nie, nie… ma jakieś swoje, hmm… zobowiązania wobec pana Croucha… — wyjąkała,
nie patrząc mi w oczy, a jej pulchne policzki momentalnie przybrały kolor
dojrzałych wiśni. — Nie, w Trzecim Zadaniu ma ponoć sędziować Knot…
Ach, jest i Ron! Ron, tutaj jesteśmy! Miło cię było zobaczyć, Macy!
Zanim
odeszła, zaprosiła mnie jeszcze pośpiesznie do siebie do Nory — jak
co roku, doskonale wiedząc, że nigdy nie skorzystam z tego zaproszenia — po
czym razem z Billem raz-dwa przepchnęli się po raz trzeci przez ten sam rząd
krzywiących się z niezadowolenia uczniów. Nelly nie odpowiedziała, ale
uniesione wysoko brwi przyjaciółki dały mi znać o tym, co sądziła o tym
nerwowym pożegnaniu.
Tymczasem
na boisku tuż przed ciemnym wejściem do namiotu pojawili się reprezentanci oraz
towarzyszący im Ludo Bagman. Przyłożył sobie różdżkę do gardła i jego dziarski,
magicznie wzmocniony głos rozbrzmiał na tle podekscytowanego szumu.
— Panie
i panowie, sekundy dzielą nas od ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego!
Pozwólcie, że przypomnę, jak prezentuje się aktualna punktacja. Pan Cedrik
Diggory i pan Harry Potter, oboje ze Szkoły Hogwart, prowadzą łeb w łeb, mając
równo po osiemdziesiąt pięć punktów! — rzekł i zrobił krótką pauzę,
by trybuny mogły się wyklaskać i wykrzyczeć. — Na drugim miejscu
depczący im po piętach Wiktor Krum z Instytutu Durmstrang: osiemdziesiąt
punktów. I trzecie miejsce: Fleur Delacour z Akademii Magii Beauxbatons! I w
takiej też kolejności nasi reprezentanci wkroczą do labiryntu! A więc, na mój
gwizdek… Harry i Cedrik! Trzy… dwa… jeden…
Ludzie
w wieżach zamilkli, a ciszę rozdarł ostry dźwięk gwizdka i chłopcy wbiegli
prosto w mrok labiryntu. Serce na moment zamarło mi w piersi — w tym
momencie Gryfon przypieczętował swój los. Za godzinę albo sześć — nikt
nie wiedział, ile to miało trwać, nawet Czarny Pan — na błoniach
pojawi się… kto? Lord Voldemort we własnej osobie? W przebraniu Gryfona, a może
wyłoni się z niego jeszcze ktoś inny, by inwigilować Hogwart tak, że nikt się
nie zorientuje.
Oddychałam
ciężko, walcząc o każdy oddech, ale nikt tego nie słyszał. Ludo Bagman wpuścił
do środka Fleur i prawie natychmiast zaczął zapoznawać widzów z przeszkodami, z
jakimi zawodnicy zmierzą się na swojej drodze w kierunku pucharu. Gdyby nie
stres wywracający mi wnętrzności na lewą stronę, Trzecie Zadanie mogło być
najprzyjemniejszym ze wszystkich. Letni wietrzyk miło chłodził po upalnym dniu,
lampy rozpraszały mrok łagodnym, pomarańczowym światłem, sprzedawcy z Hogsmeade
roznosili przekąski, a opowieści komentatora podgrzewały dyskusje i
zakłady.
Pierwsza
osoba odpadła bardzo szybko. Niecały kwadrans po wejściu do labiryntu na
atramentowym, upstrzonym gwiazdami niebie pojawiła się jeszcze jedna — olbrzymia,
czerwona jak rubin, znacząc solidny X nad miejscem, skąd błyskawicznie Hagrid
wyciągnął omdlałą Fleur Delacour. Zamarłam jak cała reszta widowni. Kłykcie
Nelly pobielały, gdy ta zacisnęła dłonie na barierce. Oczywiście Ludo Bagman
zaczął błyskawicznie uspokajać zaniepokojony tłum, ale dziewczyna nie wróciła
już z namiotu medycznego.
— Szkoda,
że Beauxbatons wypadł z gry — mruknęła Dubois, gdy pierwszy szok
minął. — Ale kiedy czara wybrała Delacour, wiedziałam, że nic z tego.
Obstawiam tego waszego przystojniaka, ewentualnie Kruma. A ty co, nadal
kibicujesz Potterowi?
— Zgadza
się. Rozwiązywanie łamigłówek, pokonywanie przeszkód to coś w jego stylu — odpowiedziałam. — W
drugiej klasie uciekł mu pociąg i dotarł do szkoły latającym samochodem. Z
Londynu. A na koniec uderzył w bijącą wierzbę i uszedł z życiem.
Nelly
z entuzjazmem podjęła temat, a ja — jak na moje niewielkie
zainteresowanie plotkami — mogłam się pochwalić zaskakująco dużą
wiedzą na temat wyczynów Gryfona w szkole. Napięcie nieco mi zeszło, dopóki
ciemne niebo drugi raz tego wieczora nie rozjarzył czerwony blask. Wiedziałam,
że Barty zamierzał doprowadzić chłopaka za rękę do serca labiryntu, dlatego nie
zdziwiłam się, kiedy kilka minut później wyłonił się z Wiktorem Krumem na
niewidzialnych noszach. Wieża wypełniona przez delegację z Durmstrangu
zatrzęsła się pod gniewnym tupotem uczniów, ale — inaczej jak w
przypadku Fleur — nieprzytomnego Bułgara odebrała wyłącznie pani
Pomfrey. Dopiero gdy wróciłam wzrokiem do sędziowskiego stołu, spostrzegłam, że
miejsce zajmowane zwykle przez Karkarowa było puste.
Wnętrzności
ścisnęły mi się ze strachu.
Odszukałam
wzrokiem Moody’ego — w ostatniej chwili tuż przed tym, jak zniknął za
czarną ścianą żywopłotu. O ile Delacour wypadająca z gry nie zrobiła na nikim
większego wrażenia, tak eliminacja Kruma sprawiła, że trybuny zafalowały
mieszanką zawodu, radości i gniewu.
Odpadła
dwójka. Został jeszcze jeden, żeby Harry Potter mógł bezpiecznie dotrzeć do
pucharu.
Ale
minuty ciągnęły się boleśnie jak zdrapywany powoli strup. Zlepiały się w
kwadrans, pół godziny, godzinę, półtorej…
Czy
to już?
Może
Puchon wyeliminował się sam albo Crouch zdecydował pozostawić go w labiryncie,
żeby nie wywołać podejrzeń?
Choć
z czasem wszyscy powinni być znużeni przeciągającym się oczekiwaniem, napięcie
w powietrzu rosło. Nelly kręciła się nerwowo na swoim miejscu, ja nie byłam w
stanie przestać obgryzać wnętrza policzków.
A
co, jeśli świstoklik nie zadziałał? A co, jeśli Potter nie dotarł do pucharu? A
jeśli to Cedrik…?
Gonitwę
myśli zaburzyło pojawienie się dwóch postaci dokładnie w centrum pustego placu
przed wejściem do labiryntu. Bezgłośnie. Nagle. Bez ostrzeżenia.
Serce
podskoczyło mi do gardła tak, że i ja miałam ochotę zerwać się na nogi, ale
kiedy dotarło do mnie, na co patrzyłam, nie byłam w stanie się poruszyć. Oblana
od stóp do głów zimnym potem gapiłam się na dwie nieruchome na pierwszy rzut
oka kukły — kukłę Cedrika Diggory’ego i kukłę Harry’ego Pottera,
sczepionych ze sobą za ręce niczym dwie porcelanowe laleczki.
Chyba
Hope kiedyś miała podobne — dwie dziewczynki na huśtawce…
Potrząsnęłam
głową, by przegonić tę absurdalną wizję, ale zdałam sobie sprawę, że zrobiłam
to tylko we własnych myślach. Wciąż nie potrafiłam się ruszyć. Coś podpowiadało
mi — nie miałam pojęcia co — że nie wszystko wyszło zgodnie
z planem.
Potter
nie miał wrócić. A już z całą pewnością nie miał wrócić z Diggorym. Nie miał
ściskać jego nieruchomego nadgarstka, tłumaczyć coś histerycznie blademu jak
papier Dumbledore’owi, który klęczał przy nim i wraz z Knotem usiłowali ich
rozdzielić.
Rozdzielić
te dwie laleczki na huśtawce.
Nagłe
poderwanie się Nelly wybiło mnie z transu.
— Qu’est-il
arrivé? Co oni tam krzyczą?
Ludzie
za nami zaczęli tłoczyć się do wyjścia, bo każdy chciał to zobaczyć.
Dziesiątki, setki głosów nakładających się na siebie, przekrzykujących się tak,
że trudno było wyłowić coś z tej mieszaniny, dopóki razem z Dubois nie
znalazłyśmy się na wąskiej klatce schodowej. Ktoś na dole zawołał: Diggory!
Cedrik Diggory nie żyje! I tak poszło to dalej. Dziewczyny płakały, młodsi
uczniowie piszczeli, ludzie napierali na siebie ze wszystkich stron, bo jedni
chcieli zobaczyć to na własne oczy, a inni uciec. Boisko przypominało zagrodę
pełną owiec, do której ktoś wrzucił wygłodniałe wilki. Obróciłam się, usiłując
nie dać się przewrócić i jednocześnie zobaczyć, co działo się przed wejściem do
labiryntu, ale spostrzegłam jedynie cytrynowozielony melonik Knota i charakterystyczną
stalowoszarą grzywę Moody’ego prostującego się niezgrabnie z miejsca, gdzie
minutę wcześniej wylądował Harry Potter.
Ktoś
kopnął mnie w kostkę i prawie upadłam.
— C’est
vrai? Macy, c’est vrai?! Diggory nie żyje…?
— Nie
wiem! Nie widziałam! — skłamałam.
Zignorowałam
ostry ból w nodze. Złapałyśmy się z Nelly za ręce, żeby tłum nas nie
rozdzielił, ale nim zdążyłam pomyśleć, zostałyśmy wepchnięte między niebieskie
mundurki i czyjaś wielka, ozdobione opalami dłoń pociągnęła przyjaciółkę w
przeciwnym kierunku. Mocno, bardzo mocno, tak, że nie byłam w stanie jej dłużej
utrzymać. Spocone palce wyślizgnęły mi się i Dubois natychmiast zniknęła,
porwana przez tłum uczniów z Beauxbatons. Szaro-bura masa ludzi nie przestawała
płynąć, hałas pulsował, napierał ze wszystkich stron, pochłaniał niczym
piekielnie żarłoczna czarna dziura.
Zostałam
sama.
~fear
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 14:36
pierwsza?;]
8 sierpnia 2011 o 14:40
UsuńOwszem xD
~fear
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 14:39
uff udało się:] rozdział jest tak cudownie tajemniczy, że nie mogłam się od niego oderwać, chociaż i tak mi przerwano-.- Cóż takie życie. Ciekawa jestem co teraz zrobi Macy. Uh. Nie mogę się jakoś rozpisać i wyrazić to co bym chciała. Jakie ciężkie to życie xD W każdym razie bardzo, bardzo mi się podobało i czekam na rozdział kolejny z wielką niecierpliwością:D
8 sierpnia 2011 o 14:51
UsuńHaha, a jak myślisz, co się z Bartym stanie? xD
~olka
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 18:09
Macy będzie musiała utrzymać tajemnicę,żeby Barty się nie dowiedział że ona była w domu w lesie…………….Pozdrawiam.
8 sierpnia 2011 o 18:20
UsuńJuż niedługo ten sekret będzie dla niej coraz cięższy do utrzymania xD
~Doska
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 18:18
o rany, ale mi dodałaś adrenaliny xd ciężko mi powiedzieć czy Barty przeżyje czy nie, bo nie wiem co ty tam wymyślisz w tej zwariowanej główce, chciałabym, żeby przeżył, ale równie dobrze możesz go uśmiercić, więc nie jestem pewna… ale chyba przeżyje xd
11 września 2014 o 13:12
UsuńTylko o czym wtedy będę pisać opowiadanie, skoro głównego bohatera zabraknie xD
~Doska
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 18:18
o rany, ale mi dodałaś adrenaliny xd ciężko mi powiedzieć czy Barty przeżyje czy nie, bo nie wiem co ty tam wymyślisz w tej zwariowanej główce, chciałabym, żeby przeżył, ale równie dobrze możesz go uśmiercić, więc nie jestem pewna… ale chyba przeżyje xd
8 sierpnia 2011 o 18:24
UsuńHahaha, ja jestem akurat taką osobą, że lubię namieszać, więc wielce prawdopodobne, że go zabiję. No dobra, mam już ten rozdział dawno temu napisany, ale chcę Was w niepewności przetrzymać xD
~Nieśmiertelna
OdpowiedzUsuń8 sierpnia 2011 o 18:39
Za bardzo kochasz Barty’ego, żeby utracił duszę :DJeju, jak ja nie lubię jak kończysz tajemnicze rozdział ;c
8 sierpnia 2011 o 19:15
UsuńNa szczęście moje uczucia tutaj nie mają nic do rzeczy xD Hahaha, lubię mącić w opowiadaniach xD
~florence.
OdpowiedzUsuń9 sierpnia 2011 o 11:11
Barty musi żyć! Bo tak to za szybko by się skończył ten ich romans :D. Ciekawi mnie ten pierścień. Napisz coś szybko :) .Kończysz czwórkę?
9 sierpnia 2011 o 11:26
UsuńHahaha, jestem zUa :D Tak, kończę, a jak skończę, to 17 sierpnia będzie przeszłość Barty’ego z scp xD Oj, wredna te przeszłość będzie xD
~Caitlin
OdpowiedzUsuń11 sierpnia 2011 o 08:31
Co obstawiam? Hmm, z jednej strony, gdyby stracił duszę, to Macy byłaby załamana i chciałaby zemścić się na tych ‚dobrych’, ale z drugiej strony wtedy też mogłaby się zerwać nitka przywiązania do Czarnego Pana… Ale niech tam będzie, że straci :)Ach, myślę, że Macy nie będzie zbyt zadowolona, słysząc odpowiedź na pytanie „Dlaczego Potter przeżył?”. No, ale czekam na cd :)Pozdrawiam!
11 sierpnia 2011 o 15:16
UsuńHahaha, czyli pół na pół. Cóż, Czarny Pan liczy się dla Macy nie tylko dlatego, że Barty jest mu bezwzględnie oddany. Na początku chciała przyłączyć się do Voldemorta, a to, że poznała Croucha, to był tylko przypadek. Kiedy rozdział u Ciebie? xD
~Przepowiednia
OdpowiedzUsuń11 sierpnia 2011 o 18:25
Gratuluję pierwszej rocznicy i biorę się za czytanie.
11 sierpnia 2011 o 20:55
UsuńDziękuję bardzo, pierwsza rocznica zawsze jest najważniejsza ze wszystkich xD
~Isabelle
OdpowiedzUsuń11 sierpnia 2011 o 20:12
Po pierwsze Cudowny szablon, ostatnio coś mi odbija z tymi szablonami… o.O notka jest świetna! myślę, że nasz kochany Barty nie zginie, bardzo go polubiłam z drugiej strony, gdyby zginął w nowych rozdziałach wiele by się wydarzyło. No cóż to pozostawiam tobie, dziękuję za dedykację^^ w końcu dla wszystkich co nie? :D pozdrawiam i czekam na kolejną notkę:) http://everything-scares.blog.onet.pl/
11 sierpnia 2011 o 21:01
UsuńMnie ostatnio w ogóle z szablonami odbija. Nie wiem, czemu. Hahaha, czy Barty zatrzyma duszę, czy utraci – będzie się działo xD
~Nicole Riddle
OdpowiedzUsuń13 sierpnia 2011 o 21:14
O matko, czemu ja wcześnie nie znalazłam twojego bloga, chociaż mijamy się w komentarzach na tylu blogach? Sama nie wiem.Barty <3 Uwielbiam go! Był ciekawą postacią.Pisz szybciej, PS; dodam cię do linków kiedy tylko się za nie wezmę, bo doszło dużo Nowych i sama się gubię kogo powiadamiac a kogo nie.Co do szablonu który cię prosiłam na the reason to cry u Caitlin to napisze szczegóły na gg jeśli tylko dopadnę mojego laptopa i wolny kabel do sieci, bo wifi nawala. ;)Pozdrawiam serdecznie
31 sierpnia 2011 o 21:36
UsuńAno, faktycznie xD Haha, ale tak to jest. Spoko, ja też Cię dodam do linków xD