8 sierpnia 2011

14. Ostatni wschód słońca w Hogwarcie

 

Owutemy zawsze rozpoczynały ciężką serię egzaminów i choć uczniowie z młodszych klas współczuli siódmoklasistom, ja zawsze zazdrościłam im tego, że kiedy my wciąż przeżywaliśmy powoli zbliżające się testy, oni mieli już po wszystkim i korzystali sobie z ostatnich ciepłych szkolnych dni. Gdy profesor Flitwick zjawił się przy stole Krukonów, żeby rozdać rozpiskę godzin i sal, w których miały odbywać się sprawdziany z praktyki i teorii, poczułam w żołądku charakterystyczne ssanie, jakie miało mi towarzyszyć do piątku szesnastego czerwca, ale widok rozplanowanych przedmiotów złagodził napięcie. 

Uczyłam się regularnie i wciąż dużo pamiętałam z SUM-ów. I zamiast komisji z ministerstwa egzaminować nas miała kadra nauczycielska. Tak sobie powtarzałam.

Zaczęliśmy teorią i praktyką z transmutacji, ale zważywszy na znacznie uszczuploną po SUM-ach grupę, w klasie pod czujnym okiem profesor McGonagall było nas ledwo jedenaścioro. Obrona przed czarną magią cieszyła się znacznie większym zainteresowaniem — głównie dlatego, że nauczający tego przedmiotu Lockhart miał minimalne wymagania — lecz odpowiadanie na pytania dotyczące złowrogich zaklęć i historii dementorów pod szalonym okiem Moody’ego nie należało do najprzyjemniejszych. Co zaskakujące, część praktyczna odbyła się zgodnie z zasadami owutemów, chociaż jeszcze przed obiadem wszyscy zakładali się o to, z jakim Zaklęciem Niewybaczalnym będziemy musieli się zmierzyć. 

Kiedy już weszłam w egzaminowy tryb, okazało się, że wszystko dało się znieść, chociaż nie obyło się bez przykrości. Jak zawsze na początku czerwca osoby, które na co dzień nie chciały dzielić ze mną szkolnej ławki — nawet ci spoza Ravenclawu — chętnie przysiadały się do mnie podczas posiłków albo bibliotecznych maratonów, licząc na dodatkowe notatki. 

A ja — jak ostatnia frajerka — tworzyłam kolejne kopie i rozdawałam. 

Mimo nieprzyjemnego ucisku w brzuchu czułam pewną satysfakcję. Bo co jak co, ale notatki zawsze miałam najlepsze na roku. 

Dzięki temu, że Snape nie zgodził się, bym po piątej klasie kontynuowała eliksiry, drugiego tygodnia egzaminów zyskałam wolne popołudnie. O piętnastej trzydzieści, kiedy garstka bladozielonych uczniów (w tym tylko jeden Krukon) maszerowali do lochów na swoje ostatnie starcie ze Snape’em, ja wybrałam się na drugie piętro. Od Wielkanocy unikałam go jak ognia, lecz perspektywa zbliżającego się Trzeciego Zadania stanowiła idealną wymówkę. 

No i zwyczajnie byłam ciekawa, co u niego. 

Twarz Moody’ego nigdy nie powalała blaskiem i świeżością, ale dziś przypominała bardzo brzydką, bardzo starą i bardzo krzywo uszytą maskę z ludzkiej skóry — szarawej, obrośniętej byle jak ogoloną szczeciną na policzkach i z żółtawymi sznurami blizn. 

— Źle wyglądasz — rzuciłam na powitanie i podążyłam za nim prosto do sypialni, gdzie zastałam kłębowisko koców i poduszek na fotelu przy oknie. Najwyraźniej go obudziłam, bo zdawkowym odpowiedziom, jakimi mnie uraczył, daleko było do tych, do których przywykłam. 

— Masa roboty. Prawie nie sypiam, ale jeszcze kilka dni. Ty już po wszystkim? 

— Jeszcze nie. Zostały dwa razy zaklęcia i dwa razy zielarstwo — odparłam niewzruszona. — Jutro teoria i praktyka z profesorem Flitwickiem i najgorsze: teoria i praktyka z zielarstwa. 

Dopiero po tym dostrzegłam błysk zainteresowania w jego zdrowym oku. 

— Najgorsze? — zdziwił się, a mnie trochę ulżyło, kiedy jego ton złagodniał. — Nie spotkałem nikogo z większą wiedzą w tym temacie, a przez nasz dom przewinęło się trochę ludu. 

Zarumieniłam się lekko, ale nie odwróciłam wzroku i tylko wzruszyłam ramionami. 

— Potrzebuję stu procent, żeby mieć realne szanse w ubieganiu się o grant. 

Cień przebiegł mu przez czoło i już wiedziałam, że nie miałam co liczyć na wsparcie ministerstwa w moich dalszych naukowych planach — i to bynajmniej nie ze względu na moje słabe wyniki owutemów. 

A Crouch jakby się opamiętał, bo mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, zanim dodał: 

— Nie wiedziałem, że jest potrzebne aż sto procent. 

— No tak… Ale ja w innej sprawie. — Przełknęłam i poprawiłam się szybko na krześle, w którym dopiero co przysiadłam. — Do Trzeciego Zadania jeszcze dziesięć dni. Masz jakieś informacje… no wiesz, co później? Gdzie mamy się udać? 

Charakter przeciągającego się milczenia wydał mi się podejrzany, jakby Barty sam nie miał pojęcia, co miało wydarzyć się po finale. Byliśmy oboje tak skupieni na odhaczaniu kolejnych zadań z listy, że całkowicie zatraciliśmy się w przebiegu Turnieju Trójmagicznego. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co potem. A to potem nadchodziło wielkimi krokami, już prawie zaglądało przez okno. 

— Nigdzie. Czarny Pan po nas przyjdzie — rzekł w końcu. 

Wszystko mi w tym nie pasowało. 

— Jak to: przyjdzie po nas? Tu? Do Hogwartu? 

— Tak jest. 

Potrząsnęłam głową, choć jednocześnie nie miałam śmiałości, by się z nim o to sprzeczać. Do tej pory polegałam na Crouchu we wszystkim, co dotyczyło sprawy. A nawet więcej. Przyrzekam na własne życie, pozwoliłam zaprowadzić się do domu w głębi lasu, ryzykowałam złapaniem, by ostatecznie dowiedzieć się, że Czarny Pan jakimś cudem zjawi się cały na biało pod koniec Trzeciego Zadania, zdradzi swój powrót tylko po to, żeby na oczach całej szkoły obdarować dwie osoby swoim znakiem. 

Musiało się kryć w tym coś więcej, coś, czego Crouch nie wiedział albo mi nie mówił. 

— A co z Moodym? Co z twoim ojcem? Nadal będzie udawał, że chodzi do pracy, że… — Urwałam i zmrużyłam oczy, przyglądając mu się uważnie. — Jest coś jeszcze, prawda? 

Coś przypominającego olbrzymią metalową rękawicę ścisnęło mnie za gardło, gdy zobaczyłam jeszcze jeden błysk w jego oczach — ten sam błysk co wtedy, kiedy pierwszy raz wspomniał moje nazwisko, ale tym razem pozbawiony figlarności, którą zdążyłam polubić. 

— Powierzyłam ci moje życie — dodałam niemal szeptem, czując serce kotłujące się na wysokości przełyku. — Mieliśmy być ze sobą szczerzy. 

Chyba to analizował, bo pionowa zmarszczka między brwiami robiła się z sekundy na sekundę coraz głębsza, aż… 

— Zabiłem ojca. 

Oznajmił to z opanowaniem, jakiego spodziewałabym się po Moodym, nie po Crouchu — tamtym młodym chłopaku zanoszącym się śmiechem w ciemnym salonie domu w sercu polany. I gdyby nie sposób, w jaki na mnie patrzył, miałabym podstawy, by uwierzyć, że teraz to Szalonooki był Bartemiuszem udającym Szalonookiego. 

— Barty, co ty… jak to? Kiedy? — dałam radę wykrztusić. 

Nie wyglądał na ani odrobinę przejętego. Stał spokojnie, wręcz obojętnie, podparty o laskę w sposób, jakby stanowiła ona jedynie ozdobny gadżet. Nie tego się spodziewałam. Liczyłam na wybuch radości, lawinę emocji tak charakterystycznej dla jego pełnej entuzjazmu osobowości, ale koślawe usta Moody’ego nawet nie drgnęły. Czarnego oka nie podpaliła nawet iskra ekscytacji. 

— Dwudziestego czwartego maja — wyjaśnił. — Jakiś tydzień po jego ucieczce. Wygląda na to, że zaczął walczyć z Imperiusem wcześniej, niż zakładaliśmy, a może to Glizdogon pomylił coś w zaklęciach, w każdym razie pozwolił mu się wymknąć. Na szczęście zawiadomił mnie na tyle wcześnie, że byłem w stanie kontrolować mapę do momentu, aż ojciec się na niej nie pojawił. Chciał rozmawiać z Dumbledore’em. Przez rok niewoli nasłuchał się dość, by zniweczyć plany naszego pana, ale udało mi się dopaść go… względnie bez strat. 

— Co to znaczy? 

— Zanim zdążyłem do niego dotrzeć, na błoniach natknął się na Pottera i Kruma. Ale bez obaw — dodał, widząc moją minę — nie powiedział nic, co by nam zagrażało. Kiedy Potter pobiegł po Dumbledore’a, oszołomiłem Kruma i pozbyłem się ojca. 

Gdy pierwszy szok minął, byłam w stanie odetchnąć, ale dłonie wciąż lekko mi się trzęsły. Objęłam się ramionami, by to zamaskować i przy okazji zetrzeć obrzydliwie lepki pot. 

— Co z ciałem? 

— Transmutowane i zakopane. Wszystko jest pod kontrolą, Knot jest przekonany, że ze względu na przeciążenie i problemy osobiste Crouch w końcu postradał zmysły i prawdopodobnie sam uciekł — rzekł. — Oczywiście Dumbledore jest przekonany, że kryje się za tym coś więcej, ale w tym momencie nie ma znaczenia, w co wierzy. 

Skinęłam głową, ale wciąż nie potrafiłam tego tak po prostu zaakceptować. Nigdy nie wyobrażałam sobie, jak miało wyglądać rozliczenie Barty’ego z jego przeszłością. Oczywiście wiedziałam, że chciał zabić ojca. Wiedziałam i nie miałam mu tego za złe, w końcu i ja miałam nadzieję, że za kilkanaście dni dostanę swoją zemstę, ale w przypadku pana Croucha czułam swego rodzaju… niedopowiedzenie. A co, jeżeli Bartemiusz coś przeoczył i pośpieszył się z tą decyzją? 

Natychmiast stanęła mi przed oczami wątła sylwetka starszego czarodzieja z równym przedziałkiem i elegancko przyciętym wąsikiem i pierwsze, o czym pomyślałam, to czy miał szybką śmierć? Czy przeszedł serię bolesnych tortur jak Longbottomowie? Już otworzyłam usta, by spytać, ale w tej samej chwili się powstrzymałam. 

To była jego zemsta. Jego nagroda. 

Automatycznie zerknęłam na drzwi, za którymi na dnie kufra czekała moja i na myśl, że miałabym to uczynić na oczach innych ludzi, poczułam intensywny ucisk w brzuchu. Nie chciałabym, żeby ktoś na to patrzył, naruszał tak intymny moment swoją obecnością. 

Znów spojrzałam na Croucha i raz jeszcze kiwnęłam głową. Tym razem ze zrozumieniem. 

Choć czekały mnie jutro egzaminy z zaklęć i zielarstwa, nie byłam w stanie ani spać, ani skupić się na powtórkach. Kilka godzin później leżałam na plecach w ciemnym dormitorium, gapiąc się w wyszywany w gwiazdy baldachim, skubałam skórki przy paznokciach i rozmyślałam o Moodym. 

Nigdy nie wyobrażałam sobie, jak miałoby to wyglądać, a brak detali w relacji Barty’ego tylko podsycił apetyt mojej wyobraźni i teraz nie potrafiłam przestać sobie tego wizualizować. Jego przypadek był zdecydowanie bardziej skomplikowany, pełen sprzecznych uczuć, słodko-gorzkich wspomnień z dzieciństwa i przypuszczałam, że gdyby nie Azkaban i lata niewoli we własnym domu, uśmiercenie własnego ojca nie byłoby takie bezbolesne. Czułam ulgę, wiedząc, że nie musiałam przeżywać żadnych wewnętrznych konfliktów w związku ze śmiercią Moody’ego. To było proste i znane od wieków — śmierć za śmierć. Klasyczne wyrównanie rachunków, ale teraz, kiedy perspektywa odebrania życia mordercy moich rodziców była na wyciągnięcie ręki, zaczęłam wątpić w swoją odwagę. Czy zimna krew, o której tak często słyszałam od wujka i ciotki, ograniczała się wyłącznie do wyrywania mleczaków i braku płaczu na widok rozbitego kolana? 

Zasnęłam nad ranem — z myślami o własnym frajerstwie i rozmytymi wizjami martwej twarzy pana Croucha — a kiedy jakieś trzy godziny później zadzwonił budzik, wstałam zaskakująco rześka i bez najmniejszego stresu przed najważniejszymi sprawdzianami w mojej siedmioletniej edukacji, jak gdyby nagle wszystko, co związane ze szkołą, przestało mieć znaczenie jako prawdziwy, DOROSŁY problem. 

W zamian za to zaczęłam codziennie śledzić informacje w Proroku Codziennym. Teraz — inaczej niż wcześniej — czytałam gazetę od deski do deski, wszystko, łącznie z ogłoszeniami i klepsydrami na ostatnich stronach, ale temat zaginięcia szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów nie został nigdzie poruszony, jakby ministerstwo zamierzało zatuszować sprawę tak, jak było w przypadku Berty Jorkins. 

Tak bardzo zagłębiłam się w ten temat, że przegrzebałam w bibliotece wszystkie zbierane od wakacji zeszłego roku gazety informacyjne, ale — podobnie jak teraz — w artykułach nie padła nawet wzmianka o zaginionej pracownicy ministerstwa. Wyglądało na to, że ministerstwo nie widziało — albo NIE CHCIAŁO widzieć — że coś zaczynało się dziać. 

Nie potrafiłam tego pojąć. 

Spodziewałam się, że kiedy egzaminy dobiegną końca, wsiąknę w zielone tereny Hogwartu jak co roku o tej porze, tym bardziej, że lato zapowiadało się naprawdę przepięknie, ale nie potrafiłam temu odpuścić. Nie interesowało mnie już tak bardzo, co Czarny Pan zamierzał zrobić po swoim powrocie. Interesowało mnie, co wiedziało ministerstwo, ale jedyne, co mogłam zrobić, to mocować się w bibliotece z własną frustracją. 

Pierwszy raz — i to naprawdę boleśnie — odczułam brak grona znajomych, bo okazało się, że naprawdę olbrzymia grupa uczniów miała kogoś na jakimś stanowisku w urzędzie. Gdybym była Fredem Weasleyem, Cho Chang albo Pamelą Redmoss, wystarczyłaby jedna sowa do domu, żeby poznać wszystkie najświeższe plotki, których przecież musiało być sporo ze względu na pozycję pana Croucha i jego powiązanie z Turniejem Trójmagicznym. Przemknęło mi nawet przez myśl, że może podpuszczenie Lynn w zestawieniu z drobnym Confundusem mogłoby załatwić sprawę, ale czułam opór przed zaklinaniem własnej kuzynki. Nawet tej nielubianej. 

— Merde! Sto dwadzieścia procent z zielarstwa! Nawet nie wiedziałam, że tak można! — wykrzyknęła Nelly jakiś tydzień później. 

Wyniki z owutemów wręczono nam oficjalnie podczas śniadania dokładnie na pięć dni przez Trzecim Zadaniem i choć poszło mi lepiej, niż zakładałam, ukłucie radości było krótkotrwałe. Miałam wrażenie, że nawet Dubois cieszyła się z nich bardziej podczas wspólnego spaceru po błoniach. Młodziutka, żywozielona trawka kładła się miękko z każdym wonnym powiewem letniego wiatru, chabrowego nieba nie kalała ani jedna chmurka, a to wszystko prawie wyłącznie dla nas — wraz z końcem owutemów błonia prawie zupełnie opustoszały, a w zamku zaroiło się od zestresowanych egzaminami uczniów. 

— Ano. Nie jest źle. 

— Żartujesz? Moi starzy daliby się pokroić za szóstkę z zaklęć i transmutacji. I co teraz? Z takimi wynikami pewnie jakiś departament, co? Ministerstwo od międzynarodowej współpracy albo przestrzegania prawa? Z takimi wynikami przyjmą cię wszędzie, i to z pocałowaniem ręki. 

Zachichotałam pod nosem, wspominając uniemożliwiające mi to nieszczęsne eliksiry. 

— Nie, ministerstwo mnie nie kręci — odparłam. — Myślałam o badaniach. Ciekawi mnie sposób odżywiania mięsożernych roślin oraz naturalny sposób ewolucji diety po zmianie podłoża i klimatu. Okazuje się, że niektóre gatunki łatwo przechodzą na weganizm, kiedy warunki stają się bardziej surowe. 

Po uśmiechu poznałam, że tak, jak mnie nie kręciła praca w ministerstwie, tak ona nie była zafascynowana badaniem mięsożernych roślin, więc szybko zakończyłam temat i zapytałam o jej plany na „po szkole”. 

— Chciałabym może najpierw gdzieś pojechać, nie wiem, może Ateny? Albo do Rzymu? Trochę odpocząć po tej siedmioletniej orce, a potem zaczepić się gdzieś na jakimś stażu? Nie jestem pewna, może jakaś międzynarodowa współpraca czarodziejów? Mój angielski jest ekstra, na niemiecki i włoski też nie narzekam… albo Bank Gringotta? Można dużo zarobić i zwiedzić trochę świata, chociaż ta współpraca z goblinami… fuj! Chciałabym spróbować tylu rzeczy! 

— Co cię powstrzymuje? 

Zmarszczyła lekko czoło. 

— W próbowaniu chyba nic — mruknęła i nagle wzrok jej pociemniał, wszelkie ślady radosnej Nelly momentalnie zniknęły, a mnie przeszedł lodowaty dreszcz, bo znów miałam obok siebie tę bezwzględną i oschłą, która kilka miesięcy temu tak beznamiętnie zerwała naszą przyjaźń. — Raczej to, że mocno zmieniły mi się plany. 

Poleciałam wzrokiem za jej spojrzeniem — jeszcze jeden dreszcz. 

Ze szczytu łagodnego wzgórza, za którym znajdował się szereg cieplarni, schodziło właśnie trzech ubranych na niebiesko chłopców. Nawet z tej odległości poznałam boską fryzurę Jeana-Loupa, ale to widok barczystej sylwetki Gastona spowodował w moim żołądku nieprzyjemne sensacje. 

— Przykro mi — bąknęłam. 

Nie odpowiedziała. Odetchnęła tylko głęboko, uspokajająco i potrząsnęła głową, jakby oganiała się od wyjątkowo natrętnej muchy, a kiedy na mnie spojrzała, do twarzy znów miała przyklejony szeroki uśmiech. 

— Trudno. Nic nie dzieje się bez powodu — oznajmiła niezbyt przekonująco wesołym tonem. — Ej! A może wpadłabyś do mnie do Francji? Te krwiożercze rośliny chyba mogą trochę zaczekać? 

— Tylko… wiesz, ja w ogóle nie znam francuskiego… 

— Nie szkodzi! Moi rodzice bardzo dobrze mówią po angielsku, od lat prowadzą interesy w Wielkiej Brytanii! Och, tak, przyjedź do nas w odwiedziny! Będzie wspaniale, zobaczysz, najpierw przejdziemy się po najlepszych knajpach w Paryżu, wybierzemy się na koncert… akurat w lipcu Les Boucs Noirs będą grać, jak po powrocie się pośpieszę, to zdążę jeszcze kupić bilety w loży honorowej… to dla mnie, a dla ciebie… hmm… Wiem! W Lyon jest największy we Francji ogród botaniczny! Będziesz zachwycona! Nasz skrzat kradł stamtąd rośliny do zielnika, jaki mieliśmy zrobić przez wakacje na zielarstwo przed drugą klasą. Macy, musisz przyjechać! Jesteś oficjalnie zaproszona!

Zatrzymała się gwałtownie, chwytając mnie za ręce, a zrobiła to z takim entuzjazmem, że wymazała mi z głowy wszelkie wymówki. Jedyne, o czym wciąż myślałam, to Czarny Pan. Wątpiłam, by plany, jakie miał wobec mnie, obejmowały pracę naukową czy tournée po francuskich knajpach, ale wzrok proszącego szczeniaczka sprawił, że musiałam przytaknąć. 

Nelly wydała z siebie głośne, entuzjastyczne „Ju-hu!” i zaczęła snuć długą, pełną szczegółów historię skrzatki Eulalie towarzyszącej panu Dubois w służbowym wyjściu do ogrodu botanicznego, a ja słuchałam tego z uwagą, czując gasnący na ustach uśmiech. 

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilka dni i nasza przyjaźń umrze śmiercią naturalną. Wraz z końcem szkoły Macy Savour zniknie z życia Nelly Dubois, a ona bardzo szybko się po tym pozbiera, bo przecież ma już duże doświadczenie w traceniu ludzi. 

Ładne, energiczne, młode blondynki nie przyjaźniły się ze śmierciożercami. Po prostu nie. 

 

*

 

Słońce wzeszło dziś nad wyrośniętym żywopłotem o czwartej dwadzieścia pięć. 

Oglądał to z okna gabinetu na drugim piętrze — jego ostatni wschód w Hogwarcie. Najpierw delikatny fiolet zgasił pierwsze gwiazdy, rozlewając się nierówno po całym horyzoncie, ale kiedy pojawił się róż i pomarańczowe tony, kolory zaczęły przechodzić przez siebie gładko i równomiernie jak po lekkich ruchach wprawnej ręki malarza. 

Żałował, że przez resztę roku nie znalazł chwili, by się tym rozkoszować, choć przecież zaraz po zrzuceniu kajdan Imperiusa obiecał sobie, że właśnie to zacznie robić — cieszyć się życiem i doceniać drobiazgi, może odtworzyć stary ogród. Pielęgnować w sobie cechy matki, nie ojca. 

Ale to właśnie dzięki jego cechom — myślał o tym z obrzydzeniem — był tu, gdzie był. 

Bez sentymentu odkleił się od okna i podszedł do kawowego stolika, na którym czekała rozłożona mapa. W pokoju dyrektora kropka z nazwiskiem Dumbledore’a zaczęła przemieszczać się już jakiś kwadrans wcześniej, co oznaczało, że Barty mógł rozpocząć ostatnią fazę: puchar. 

Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie denerwował. Nie obawiał się, że wpadnie — nie, ten skurcz w żołądku to zdecydowanie nie od tego. Wiedział, że zarówno Dumbledore, jak i pozostali sędziowie zachowają większą niż zazwyczaj czujność, nie tylko ze względu na plotki dotyczące Bartemiusza Croucha, ale wszyscy czuli, że coś wisiało w powietrzu. 

A może czuli to tylko on i Dumbledore? 

Przed wejściem do gabinetu wypił jeszcze jeden spory łyk eliksiru. Dyrektor już czekał, blady i z podpuchniętymi oczami, ale przywitał swojego starego przyjaciela ciepłym uśmiechem. 

— Dzięki, już piłem — mruknął Crouch w odpowiedzi na propozycję kawy. — Spodziewałem się Karkarowa i Maxime. 

— Wolałem załatwić sprawę pucharu bez ich obecności — rzekł, a widząc uniesione brwi Szalonookiego, dodał spokojnie: — Im mniej ludzi, tym lepiej, to wszystko. Nie ma w tym zamku osoby, której ufałbym bardziej niż tobie. W niektórych sprawach nawet do siebie miałbym ograniczone zaufanie. 

— Lepiej, żeby nikt tego nie usłyszał… 

Dumbledore zachichotał i wskazał niedbale na ścianę obwieszoną portretami. 

— Póki ja tu rządzę, można im ufać — odparł. — Masz pelerynę? 

— Oczywiście. 

Wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza kulkę wielkości kafla i strzepnął ją delikatnie, a nieśmiałe światło wschodu zamigotało w srebrzystej tkaninie. Dyrektor skinął głową i obrócił się do biurka, na którym stał już przygotowany puchar turnieju — srebrne trofeum z dwoma prostymi uchwytami i wygrawerowanym napisem: 146 Turniej Trójmagiczny — 1994/1995

Wymknął się pod peleryną-niewidką i z nagrodą pod pachą. Choć korytarze o tej porze świeciły pustkami, starał się nie robić hałasu — ot tak, na wszelki wypadek, gdyby Snape’owi przyszło do głowy wykorzystać ostatnie dni obecności Moody’ego na węszenie. Był ostatnią osobą, z jaką Crouch miał ochotę teraz się przeciąć. 

Świadomość, że za kilkanaście godzin będzie po wszystkim, wywoływała w nim dziwną mieszankę spokoju i ekscytacji. Z przyjemnością zaciągnął się świeżym powietrzem poranka. Gdy dotarł do ścieżki prowadzącej w stronę labiryntu, zwolnił nieco, żeby rozkoszować się tym czarownym widokiem — widokiem, jaki ujrzy ponownie prawdopodobnie dopiero wtedy, kiedy Czarny Pan znów go tu po coś wyśle. 

Myśl, że jutro o tej porze będzie stał u boku swego pana jako jemu najbliższy, najbardziej oddany sługa, sprawiała, że derealizacja wykręcała mu zmysły. Zalane złotym słońcem błonia, zapach wczesnego lata, rosnący w oczach żywopłot — to wszystko wydawało się tak nierzeczywiste, że musiał na moment zacisnąć powieki. 

Niewiele pomogło, jedynie zdrowe oko załzawiło w momencie ponownego spotkania z ostrym blaskiem. 

Podróż do serca labiryntu zajęła mu pół godziny — dodatkowe punkty za czarodziejskie oko, ujemne za tę przeklętą nogę. Gałęzie posłusznie rozstępowały się przed jego różdżką, aż dotarł do środka bez naruszenia choćby jednej przeszkody — wyraźnie zarysowanego okrągłego placu z pustym cokołem, na szczycie którego stanął puchar. Crouch przyglądał mu się przez chwilę niewidzącym wzrokiem, bo oczami wyobraźni już widział strzępki obrazów. Potter pędzący w kierunku wygranej, ciemność rozświetlająca się charakterystycznym niebieskim światłem, chłopak znikający z trofeum w ręku, by pojawić się… no właśnie, gdzie? 

Barty uniósł różdżkę i wycelował nią dokładnie w napis na czarze. 

Nigdy dotąd nie tworzył świstoklika, a tym bardziej nie modyfikował miejsca, w jakie przedmiot miał przenieść dotykającego, ale nie czuł strachu. Wierzył… nie, on wiedział, że mu się powiedzie — gdyby było inaczej, Czarny Pan nie powierzyłby mu tego zadania. Wymyśliłby inne rozwiązanie, prostsze, żeby dostarczyć sobie Pottera na cmentarz w Little Hangleton. 

Każda komórka jego ciała skupiła się na tym miejscu i zaklęcie padło, a puchar rozjarzył się błękitem — takim, w jaki powoli przechodził róż nad horyzontem. I już, gotowe. Teraz świstoklik miał przenieść tu Czarnego Pana, by przejął kontrolę nad szkołą i wyniósł go ponad wszystkich śmierciożerców. Od kiedy Barty pozbył się ojca, nie myślał o niczym innym. Nawet to, co czuł do Macy, odsunęło się posłusznie w cień, bo teraz nic — ABSOLUTNIE NIC — nie mogło go rozpraszać. 

Wrócił do zamku już bez peleryny-niewidki, ale wciąż nie spotkał tam żywej duszy. I tak, jakby Crouch opuścił gabinet dyrektora na sekundę czy dwie, Dumbledore czekał tam na niego przy biurku, odwrócony twarzą do portretu Armando Dippeta. 

— Bez komplikacji? 

— Bez najmniejszych. Teraz tylko Trzecie Zadanie i z górki, co? 

Jasne oczy czarodzieja zamigotały. 

— Pytanie: z górki dokąd? — Nawet nie krył rozgoryczenia. — Ale i ja nie marzę o niczym innym, jak żeby ten turniej dobiegł już końca. Miej oko na wszystkich uczestników, Alastorze. Ten, kto odpowiada za umieszczenie Harry’ego w turnieju, ma ostatnią szansę, by podjąć próbę zamachu, nie patrząc, ilu niewinnych ludzi przy tym skrzywdzi. 

Tylko te oczy — błękitne i niesamowicie przejrzyste — zdawały się żyć. Teraz, gdy nikt obcy nie patrzył, reszta Dumbledore’a wyglądała niesamowicie staro i przygnębiająco, a w sercu Barty’ego rozbłysło przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie dlatego Czarny Pan zamierzał dostać się do Hogwartu. Tego wieczora miała zginąć jeszcze jedna osoba. 

— Będę gotowy — odparł. 

 

*

 

Do uroczystego rozpoczęcia Trzeciego Zadania zostało ledwo kilka minut i dało się to wyczuć, choć wyglądało na to, że znów niczego nie zobaczymy. Labirynt porastający boisko do quidditcha mierzył dobre kilkadziesiąt stóp i mogliśmy się wpatrywać jedynie w stół sędziowski lub w siebie nawzajem. Zdumiona zauważyłam, że na miejscu, które zwykle zajmował Percy, tym razem siedział Korneliusz Knot w wyjściowej, granatowej szacie. Cytrynowozielony melonik, który miał na głowie, już z daleka rzucał się w oczy, zwłaszcza że pozostali sędziowie wybrali ubrania w stonowanych kolorach i niknęli w zapadającym zmroku. 

— To wasz minister? — zapytała Nelly, pokazując palcem, a kiedy przytaknęłam, wydęła lekko usta. Choć nie lubiła Fleur Delacour, wiedziałam, o czym pomyślała. Kolejna osoba, której w teorii mogło zależeć na tym, żeby puchar trafił do Hogwartu. — Ciekawa jestem, co z tym drugim organizatorem… 

— Panem Crouchem? 

— Mhm, wydawał się solidny. 

— Słyszałam, że choruje… Bill? 

Dokładnie poziom nad nami między plecakami i nogami Gryfonów i uczniów z Beauxbatons przeciskał się wysoki, szczupły chłopak w czarnej, stylizowanej na rockową szacie i długimi, rudymi włosami spiętymi w kucyk. Na dźwięk mojego głosu obrócił się i uśmiech rozjaśnił mu twarz. 

— Macy? Myślałem, że siedzisz z Krukonami! Mamo, patrz, kto tu jest! 

Dopiero teraz dostrzegłam przysadzistą, niską kobietę z burzą identycznych jak u jej syna włosów, tyle że te otaczały jej głowę jak wielka, ognista aureola. Uśmiechnęła się ciepło na mój widok i oboje — ku niezadowoleniu siedzących — zaczęli przeciskać się w przeciwnym kierunku. Obserwowałam ich z mieszaniną ciekawości i zakłopotania, trochę żałując, że w ogóle się odezwałam. Na myśl, że miałabym spędzić z nimi całe Trzecie Zadanie i to, co po nim — cokolwiek by to nie było — zrobiło mi się gorąco. 

— To moja koleżanka z Beauxbatons, Nelly Dubois — dodałam, kiedy oczy Weasleyów zatrzymały się na wpatrzonej w nich Nelly. — A to moja ciocia Molly i Bill. 

Zarówno Molly Weasley, jak i Dubois miały osobliwe miny, kiedy jeszcze raz się sobie przedstawiały, przy czym w oczach ciotki połyskiwała nieufność, a w oczach mojej przyjaciółki zainteresowanie — zwłaszcza gdy wyciągała rękę, żeby przywitać się z Billem. Byłam pewna, że nie umknęło to uwadze jego matki. 

— Gratuluję owutemów, Rosalie już się chwaliła, że bardzo dobrze ci poszło — zagaiła. — I co, następny przystanek: Urząd Eksperymentów i Odkryć Nadzwyczajnych? 

— Tak. 

— Rosalie mówiła, że chcesz badać jakieś ludożerne rośliny, dobrze pamiętam? 

— Właściwie to rośliny mięsożerne — poprawiłam ją. — Między innymi Kapturzyca Północna, Wampirzyk Korzenny, Krętopnączę i Bagienna Gardzielnica. Do większości mam dostęp w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza do Gardzielnicy, w zeszłym roku znalazłam ogromne pole na wschód od Yeovil. 

Molly Weasley wysłuchała tego z uśmiechem, rozglądając się dyskretnie dookoła — tak, jak rozglądają się osoby, które szukają sposobu, żeby odejść. 

— Znakomicie, znakomicie… Gdyby Fred i George mieli chociaż jeden procent twoich dorosłych zainteresowań, ale nie — westchnęła. — Im w głowie tylko jakieś dowcipy, pojedynki na lipne różdżki, gigantojęzyczne toffi… A za rok owutemy. 

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc i ja się uśmiechnęłam. 

— Jak tam Percy? Też będzie dzisiaj sędziował? — zapytałam, siląc się na słodki ton. — Jeszcze go nie widziałam. 

— Och, nie, nie… ma jakieś swoje, hmm… zobowiązania wobec pana Croucha… — wyjąkała, nie patrząc mi w oczy, a jej pulchne policzki momentalnie przybrały kolor dojrzałych wiśni. — Nie, w Trzecim Zadaniu ma ponoć sędziować Knot… Ach, jest i Ron! Ron, tutaj jesteśmy! Miło cię było zobaczyć, Macy! 

Zanim odeszła, zaprosiła mnie jeszcze pośpiesznie do siebie do Nory — jak co roku, doskonale wiedząc, że nigdy nie skorzystam z tego zaproszenia — po czym razem z Billem raz-dwa przepchnęli się po raz trzeci przez ten sam rząd krzywiących się z niezadowolenia uczniów. Nelly nie odpowiedziała, ale uniesione wysoko brwi przyjaciółki dały mi znać o tym, co sądziła o tym nerwowym pożegnaniu. 

Tymczasem na boisku tuż przed ciemnym wejściem do namiotu pojawili się reprezentanci oraz towarzyszący im Ludo Bagman. Przyłożył sobie różdżkę do gardła i jego dziarski, magicznie wzmocniony głos rozbrzmiał na tle podekscytowanego szumu. 

— Panie i panowie, sekundy dzielą nas od ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego! Pozwólcie, że przypomnę, jak prezentuje się aktualna punktacja. Pan Cedrik Diggory i pan Harry Potter, oboje ze Szkoły Hogwart, prowadzą łeb w łeb, mając równo po osiemdziesiąt pięć punktów! — rzekł i zrobił krótką pauzę, by trybuny mogły się wyklaskać i wykrzyczeć. — Na drugim miejscu depczący im po piętach Wiktor Krum z Instytutu Durmstrang: osiemdziesiąt punktów. I trzecie miejsce: Fleur Delacour z Akademii Magii Beauxbatons! I w takiej też kolejności nasi reprezentanci wkroczą do labiryntu! A więc, na mój gwizdek… Harry i Cedrik! Trzy… dwa… jeden… 

Ludzie w wieżach zamilkli, a ciszę rozdarł ostry dźwięk gwizdka i chłopcy wbiegli prosto w mrok labiryntu. Serce na moment zamarło mi w piersi — w tym momencie Gryfon przypieczętował swój los. Za godzinę albo sześć — nikt nie wiedział, ile to miało trwać, nawet Czarny Pan — na błoniach pojawi się… kto? Lord Voldemort we własnej osobie? W przebraniu Gryfona, a może wyłoni się z niego jeszcze ktoś inny, by inwigilować Hogwart tak, że nikt się nie zorientuje. 

Oddychałam ciężko, walcząc o każdy oddech, ale nikt tego nie słyszał. Ludo Bagman wpuścił do środka Fleur i prawie natychmiast zaczął zapoznawać widzów z przeszkodami, z jakimi zawodnicy zmierzą się na swojej drodze w kierunku pucharu. Gdyby nie stres wywracający mi wnętrzności na lewą stronę, Trzecie Zadanie mogło być najprzyjemniejszym ze wszystkich. Letni wietrzyk miło chłodził po upalnym dniu, lampy rozpraszały mrok łagodnym, pomarańczowym światłem, sprzedawcy z Hogsmeade roznosili przekąski, a opowieści komentatora podgrzewały dyskusje i zakłady. 

Pierwsza osoba odpadła bardzo szybko. Niecały kwadrans po wejściu do labiryntu na atramentowym, upstrzonym gwiazdami niebie pojawiła się jeszcze jedna — olbrzymia, czerwona jak rubin, znacząc solidny X nad miejscem, skąd błyskawicznie Hagrid wyciągnął omdlałą Fleur Delacour. Zamarłam jak cała reszta widowni. Kłykcie Nelly pobielały, gdy ta zacisnęła dłonie na barierce. Oczywiście Ludo Bagman zaczął błyskawicznie uspokajać zaniepokojony tłum, ale dziewczyna nie wróciła już z namiotu medycznego. 

— Szkoda, że Beauxbatons wypadł z gry — mruknęła Dubois, gdy pierwszy szok minął. — Ale kiedy czara wybrała Delacour, wiedziałam, że nic z tego. Obstawiam tego waszego przystojniaka, ewentualnie Kruma. A ty co, nadal kibicujesz Potterowi? 

— Zgadza się. Rozwiązywanie łamigłówek, pokonywanie przeszkód to coś w jego stylu — odpowiedziałam. — W drugiej klasie uciekł mu pociąg i dotarł do szkoły latającym samochodem. Z Londynu. A na koniec uderzył w bijącą wierzbę i uszedł z życiem. 

Nelly z entuzjazmem podjęła temat, a ja — jak na moje niewielkie zainteresowanie plotkami — mogłam się pochwalić zaskakująco dużą wiedzą na temat wyczynów Gryfona w szkole. Napięcie nieco mi zeszło, dopóki ciemne niebo drugi raz tego wieczora nie rozjarzył czerwony blask. Wiedziałam, że Barty zamierzał doprowadzić chłopaka za rękę do serca labiryntu, dlatego nie zdziwiłam się, kiedy kilka minut później wyłonił się z Wiktorem Krumem na niewidzialnych noszach. Wieża wypełniona przez delegację z Durmstrangu zatrzęsła się pod gniewnym tupotem uczniów, ale — inaczej jak w przypadku Fleur — nieprzytomnego Bułgara odebrała wyłącznie pani Pomfrey. Dopiero gdy wróciłam wzrokiem do sędziowskiego stołu, spostrzegłam, że miejsce zajmowane zwykle przez Karkarowa było puste. 

Wnętrzności ścisnęły mi się ze strachu. 

Odszukałam wzrokiem Moody’ego — w ostatniej chwili tuż przed tym, jak zniknął za czarną ścianą żywopłotu. O ile Delacour wypadająca z gry nie zrobiła na nikim większego wrażenia, tak eliminacja Kruma sprawiła, że trybuny zafalowały mieszanką zawodu, radości i gniewu. 

Odpadła dwójka. Został jeszcze jeden, żeby Harry Potter mógł bezpiecznie dotrzeć do pucharu. 

Ale minuty ciągnęły się boleśnie jak zdrapywany powoli strup. Zlepiały się w kwadrans, pół godziny, godzinę, półtorej… 

Czy to już? 

Może Puchon wyeliminował się sam albo Crouch zdecydował pozostawić go w labiryncie, żeby nie wywołać podejrzeń? 

Choć z czasem wszyscy powinni być znużeni przeciągającym się oczekiwaniem, napięcie w powietrzu rosło. Nelly kręciła się nerwowo na swoim miejscu, ja nie byłam w stanie przestać obgryzać wnętrza policzków. 

A co, jeśli świstoklik nie zadziałał? A co, jeśli Potter nie dotarł do pucharu? A jeśli to Cedrik…? 

Gonitwę myśli zaburzyło pojawienie się dwóch postaci dokładnie w centrum pustego placu przed wejściem do labiryntu. Bezgłośnie. Nagle. Bez ostrzeżenia. 

Serce podskoczyło mi do gardła tak, że i ja miałam ochotę zerwać się na nogi, ale kiedy dotarło do mnie, na co patrzyłam, nie byłam w stanie się poruszyć. Oblana od stóp do głów zimnym potem gapiłam się na dwie nieruchome na pierwszy rzut oka kukły — kukłę Cedrika Diggory’ego i kukłę Harry’ego Pottera, sczepionych ze sobą za ręce niczym dwie porcelanowe laleczki. 

Chyba Hope kiedyś miała podobne — dwie dziewczynki na huśtawce… 

Potrząsnęłam głową, by przegonić tę absurdalną wizję, ale zdałam sobie sprawę, że zrobiłam to tylko we własnych myślach. Wciąż nie potrafiłam się ruszyć. Coś podpowiadało mi — nie miałam pojęcia co — że nie wszystko wyszło zgodnie z planem. 

Potter nie miał wrócić. A już z całą pewnością nie miał wrócić z Diggorym. Nie miał ściskać jego nieruchomego nadgarstka, tłumaczyć coś histerycznie blademu jak papier Dumbledore’owi, który klęczał przy nim i wraz z Knotem usiłowali ich rozdzielić. 

Rozdzielić te dwie laleczki na huśtawce. 

Nagłe poderwanie się Nelly wybiło mnie z transu. 

— Qu’est-il arrivé? Co oni tam krzyczą? 

Ludzie za nami zaczęli tłoczyć się do wyjścia, bo każdy chciał to zobaczyć. Dziesiątki, setki głosów nakładających się na siebie, przekrzykujących się tak, że trudno było wyłowić coś z tej mieszaniny, dopóki razem z Dubois nie znalazłyśmy się na wąskiej klatce schodowej. Ktoś na dole zawołał: Diggory! Cedrik Diggory nie żyje! I tak poszło to dalej. Dziewczyny płakały, młodsi uczniowie piszczeli, ludzie napierali na siebie ze wszystkich stron, bo jedni chcieli zobaczyć to na własne oczy, a inni uciec. Boisko przypominało zagrodę pełną owiec, do której ktoś wrzucił wygłodniałe wilki. Obróciłam się, usiłując nie dać się przewrócić i jednocześnie zobaczyć, co działo się przed wejściem do labiryntu, ale spostrzegłam jedynie cytrynowozielony melonik Knota i charakterystyczną stalowoszarą grzywę Moody’ego prostującego się niezgrabnie z miejsca, gdzie minutę wcześniej wylądował Harry Potter. 

Ktoś kopnął mnie w kostkę i prawie upadłam. 

— C’est vrai? Macy, c’est vrai?! Diggory nie żyje…?

— Nie wiem! Nie widziałam! — skłamałam. 

Zignorowałam ostry ból w nodze. Złapałyśmy się z Nelly za ręce, żeby tłum nas nie rozdzielił, ale nim zdążyłam pomyśleć, zostałyśmy wepchnięte między niebieskie mundurki i czyjaś wielka, ozdobione opalami dłoń pociągnęła przyjaciółkę w przeciwnym kierunku. Mocno, bardzo mocno, tak, że nie byłam w stanie jej dłużej utrzymać. Spocone palce wyślizgnęły mi się i Dubois natychmiast zniknęła, porwana przez tłum uczniów z Beauxbatons. Szaro-bura masa ludzi nie przestawała płynąć, hałas pulsował, napierał ze wszystkich stron, pochłaniał niczym piekielnie żarłoczna czarna dziura. 

Zostałam sama. 

___________
No i zaczyna się prawdziwe opowiadanie. Rozdział nie tak długi, ale chciałam wzbudzić pewne napięcie w sercach czytelników, bo od tego momentu wszystko będzie zupełnie inaczej niż w „Potterze”. Wiem, nie lubicie mnie. Ale mam propozycję. W komentarzach obstawiajcie: Barty przeżyje czy utraci duszę?
To pierwsza rocznica Douce Fleur. Jestem bardzo zadowolona, że wytrwaliście ze mną do jubileuszowego rozdziału i mam nadzieję, że czeka nas co najmniej drugie tyle wspólnej… że się tak wyrażę, współpracy. Pierwszy rok zawsze jest najtrudniejszy, wielu bloggerów nie jest w stanie tyle przejść, ja pewnie też byłabym wśród nich, gdyby nie to, że czytacie. Dlatego dedykuję ten rozdział Wam wszystkim. No, to widzimy się za kilka dni. Chciałabym Was jeszcze zaprosić na mojego nowego bloga: Łzy Marii Magdaleny. Postaram się coś tam dzisiaj opublikować xD

* Wypowiedź z książki „Harry Potter i Czara Ognia”, rozdział trzydziesty pierwszy pt. „Trzecie Zadanie”. 

22 komentarze:

  1. ~fear
    8 sierpnia 2011 o 14:36

    pierwsza?;]

    OdpowiedzUsuń
  2. ~fear
    8 sierpnia 2011 o 14:39

    uff udało się:] rozdział jest tak cudownie tajemniczy, że nie mogłam się od niego oderwać, chociaż i tak mi przerwano-.- Cóż takie życie. Ciekawa jestem co teraz zrobi Macy. Uh. Nie mogę się jakoś rozpisać i wyrazić to co bym chciała. Jakie ciężkie to życie xD W każdym razie bardzo, bardzo mi się podobało i czekam na rozdział kolejny z wielką niecierpliwością:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 8 sierpnia 2011 o 14:51
      Haha, a jak myślisz, co się z Bartym stanie? xD

      Usuń
  3. ~olka
    8 sierpnia 2011 o 18:09

    Macy będzie musiała utrzymać tajemnicę,żeby Barty się nie dowiedział że ona była w domu w lesie…………….Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 8 sierpnia 2011 o 18:20
      Już niedługo ten sekret będzie dla niej coraz cięższy do utrzymania xD

      Usuń
  4. ~Doska
    8 sierpnia 2011 o 18:18

    o rany, ale mi dodałaś adrenaliny xd ciężko mi powiedzieć czy Barty przeżyje czy nie, bo nie wiem co ty tam wymyślisz w tej zwariowanej główce, chciałabym, żeby przeżył, ale równie dobrze możesz go uśmiercić, więc nie jestem pewna… ale chyba przeżyje xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 września 2014 o 13:12
      Tylko o czym wtedy będę pisać opowiadanie, skoro głównego bohatera zabraknie xD

      Usuń
  5. ~Doska
    8 sierpnia 2011 o 18:18

    o rany, ale mi dodałaś adrenaliny xd ciężko mi powiedzieć czy Barty przeżyje czy nie, bo nie wiem co ty tam wymyślisz w tej zwariowanej główce, chciałabym, żeby przeżył, ale równie dobrze możesz go uśmiercić, więc nie jestem pewna… ale chyba przeżyje xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 8 sierpnia 2011 o 18:24
      Hahaha, ja jestem akurat taką osobą, że lubię namieszać, więc wielce prawdopodobne, że go zabiję. No dobra, mam już ten rozdział dawno temu napisany, ale chcę Was w niepewności przetrzymać xD

      Usuń
  6. ~Nieśmiertelna
    8 sierpnia 2011 o 18:39

    Za bardzo kochasz Barty’ego, żeby utracił duszę :DJeju, jak ja nie lubię jak kończysz tajemnicze rozdział ;c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 8 sierpnia 2011 o 19:15
      Na szczęście moje uczucia tutaj nie mają nic do rzeczy xD Hahaha, lubię mącić w opowiadaniach xD

      Usuń
  7. ~florence.
    9 sierpnia 2011 o 11:11

    Barty musi żyć! Bo tak to za szybko by się skończył ten ich romans :D. Ciekawi mnie ten pierścień. Napisz coś szybko :) .Kończysz czwórkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 9 sierpnia 2011 o 11:26
      Hahaha, jestem zUa :D Tak, kończę, a jak skończę, to 17 sierpnia będzie przeszłość Barty’ego z scp xD Oj, wredna te przeszłość będzie xD

      Usuń
  8. ~Caitlin
    11 sierpnia 2011 o 08:31

    Co obstawiam? Hmm, z jednej strony, gdyby stracił duszę, to Macy byłaby załamana i chciałaby zemścić się na tych ‚dobrych’, ale z drugiej strony wtedy też mogłaby się zerwać nitka przywiązania do Czarnego Pana… Ale niech tam będzie, że straci :)Ach, myślę, że Macy nie będzie zbyt zadowolona, słysząc odpowiedź na pytanie „Dlaczego Potter przeżył?”. No, ale czekam na cd :)Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 sierpnia 2011 o 15:16
      Hahaha, czyli pół na pół. Cóż, Czarny Pan liczy się dla Macy nie tylko dlatego, że Barty jest mu bezwzględnie oddany. Na początku chciała przyłączyć się do Voldemorta, a to, że poznała Croucha, to był tylko przypadek. Kiedy rozdział u Ciebie? xD

      Usuń
  9. ~Przepowiednia
    11 sierpnia 2011 o 18:25

    Gratuluję pierwszej rocznicy i biorę się za czytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 sierpnia 2011 o 20:55
      Dziękuję bardzo, pierwsza rocznica zawsze jest najważniejsza ze wszystkich xD

      Usuń
  10. ~Isabelle
    11 sierpnia 2011 o 20:12

    Po pierwsze Cudowny szablon, ostatnio coś mi odbija z tymi szablonami… o.O notka jest świetna! myślę, że nasz kochany Barty nie zginie, bardzo go polubiłam z drugiej strony, gdyby zginął w nowych rozdziałach wiele by się wydarzyło. No cóż to pozostawiam tobie, dziękuję za dedykację^^ w końcu dla wszystkich co nie? :D pozdrawiam i czekam na kolejną notkę:) http://everything-scares.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 sierpnia 2011 o 21:01
      Mnie ostatnio w ogóle z szablonami odbija. Nie wiem, czemu. Hahaha, czy Barty zatrzyma duszę, czy utraci – będzie się działo xD

      Usuń
  11. ~Nicole Riddle
    13 sierpnia 2011 o 21:14

    O matko, czemu ja wcześnie nie znalazłam twojego bloga, chociaż mijamy się w komentarzach na tylu blogach? Sama nie wiem.Barty <3 Uwielbiam go! Był ciekawą postacią.Pisz szybciej, PS; dodam cię do linków kiedy tylko się za nie wezmę, bo doszło dużo Nowych i sama się gubię kogo powiadamiac a kogo nie.Co do szablonu który cię prosiłam na the reason to cry u Caitlin to napisze szczegóły na gg jeśli tylko dopadnę mojego laptopa i wolny kabel do sieci, bo wifi nawala. ;)Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 31 sierpnia 2011 o 21:36
      Ano, faktycznie xD Haha, ale tak to jest. Spoko, ja też Cię dodam do linków xD

      Usuń