16 sierpnia 2011

15. Powrót na służbę

 

Miało być inaczej. 

Jeszcze nigdy nie widziałam takiego popłochu, nawet wtedy, gdy cztery lata temu do szkoły wdarł się górski troll. Nie wiedziałam, co robić, więc przykleiłam się do grupki, w której mignęły mi znajome twarze, ale nie poszłam z nimi w kierunku Wieży Krukonów, tak, jak prowadził nas profesor Flitwick. Korzystając z ogólnego zamieszania, przysunęłam się bliżej ściany i zniknęłam w drzwiach pierwszej mijanej toalety, gdzie przeczekałam, aż na korytarzu zrobi się zupełnie cicho. 

Kręcąc się niecierpliwie w ciemnej kabinie, doświadczałam najsilniejszej derealizacji w swoim życiu. Myśli rozbijały się o wnętrze czaszki, zderzały się ze sobą, ale nie były w stanie złożyć żadnego konkretnego planu. Od kiedy machina ruszyła, zawsze miałam tę pewność, że cokolwiek by się nie działo, pod ręką będzie Barty. On na coś wpadnie, stworzy plan, doradzi. 

Ale teraz Barty’ego nie było. To ja musiałam coś wymyślić. 

I to już. 

Nasłuchiwałam. Nie miałam pewności, czy to łomot mojego własnego serca, czy stłumiony odgłos kroków, ale w końcu zebrałam się w sobie i powoli nacisnęłam klamkę. Bardzo żałowałam, że nie miałam mapy. 

Pierwszy raz widok ciemnych, opustoszałych korytarzy szkolnych wydał mi się złowieszczy. Każdy czarny kształt zbroi był kształtem czającego się w kącie aurora, westchnienie śpiącego portretu — oddechem Dumbledore’a, jak gdyby cały Hogwart miał w tym momencie zwrócić na mnie setki par oczu. Ruszyłam tak dobrze sobie znaną trasą na drugie piętro, ale nie potrafiłam się nie oglądać, nie przystawać i wstrzymywać oddechu. Spodziewałam się, że prędzej czy później ktoś się pojawi… 

I faktycznie pojawił się. A serce i tak podjechało mi do gardła, jakby mnie zaskoczył. 

Spanikowana wślizgnęłam się na palcach za niski cokolik z miniaturowym kamiennym gargulcem i na kolanach — z dłonią przyciśniętą do ust i nosa — ze zgrozą obserwowałam Snape’a oraz towarzyszącego mu brudnego skrzata domowego kierujących się wprost do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. 

Zacisnęłam powieki, licząc, że to tylko przywidzenie, ale nawet mimo tego kroki wciąż trwały. Oddalały się coraz bardziej i bardziej, aż mniej więcej z połowy korytarza dobiegł mnie trzask zamykanych drzwi. 

Snape. Mrużka. Gabinet. 

Coś poszło zdecydowanie nie tak. 

Byłam przekonana, że uświadomienie sobie tego całkowicie pozbawi mnie zdrowych zmysłów, ale zamiast tkwić w zamrożeniu ukryta za filarem, świadomość momentalnie mi się skurczyła. Teraz miałam w głowie tylko jedno — dostać się do dormitorium. 

Czułam się jak w transie — jakby ktoś przejął kontrolę nad moją głową i doprowadził bezpiecznie najpierw do Wieży Ravenclawu, a potem do sypialni. Wszyscy Krukoni zgromadzili się w salonie. Było tak ciasno i gwarno, że nikt nie zwrócił uwagi na jeszcze jedną spóźnioną uczennicę. Pusty pokój siódmoklasistek wyglądał jak wtedy, kiedy opuszczałam go rano przed śniadaniem. Minęłam cztery łóżka o różnym stopniu uporządkowania i zatrzymałam się przed ostatnim — pościelonym jak przed testem białej rękawiczki. Judaszowiec drgał raz po raz w swoim pojemniku z wodą, kiedy bez sekundy wytchnienia wrzucałam do kufra wszystkie rzeczy z szafki nocnej. Byle jak, byle szybko. Na koniec wcisnęłam roślinkę w kłębowisko szat i pomniejszyłam walizkę do rozmiarów pudełka zapałek. 

Czy byłam świadoma, że właśnie paliłam za sobą wszystkie mosty? 

Już dawno. Godziłam się na to, odpowiadając na list Glizdogona. 

Czy czułam w związku z tym strach? O dziwo nie. Kiedy wymykałam się z dormitorium — znów niezauważona — nawet nie obejrzałam się za siebie. W tym momencie naprawdę cieszyłam się, że nie miałam kolegów. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie zapytał, dlaczego się wymykam, skoro profesor Flitwick nakazał wszystkim zostać, a kiedy moja nieobecność zostanie odnotowana, ja będę już daleko, daleko stąd, pod ochronnym płaszczem Czarnego Pana. Jedyne, co towarzyszyło mi w drodze na drugie piętro, to determinacja. 

Na miejscu spodziewałam się najgorszego, ale kiedy bezgłośnie przyłożyłam ucho do dziurki od klucza, usłyszałam jedynie stłumiony szloch. Skradając się wraz z ciemnością, nie potrzebowałam dużo czasu, żeby wygrzebać z czeluści pamięci zaklęcia, jakich uczyłam się w przeszłości właśnie na taką sytuację. 

Homenum revelio, wyszeptałam w myślach, a trzy subtelne uderzenia na wysokości klatki piersiowej ostrzegły mnie przed trzema czającymi się w środku osobami. 

Z kim przyjdzie mi walczyć? Ze Snape’em? Z prawdziwym Szalonookim Moodym, a może z samym Albusem Dumbledore’em? Miałam tylko jeden punkt przewagi — nikt się mnie nie spodziewał. 

Miałam najwyżej dwie sekundy na reakcję. 

Skupiona i napięta do granic możliwości, z różdżką w pogotowiu i sercem tłukącym się w przełyku otworzyłam drzwi. 

Raz… 

Półmrok. 

Niewyraźna smukła postać reaguje natychmiast. 

Byłam szybsza. 

Bezbarwna wiązka skumulowanej energii przecięła powietrze i ugodziła kobietę dokładnie w pierś. I choć samo zaklęcie nie wydało z siebie najcichszego dźwięku, czarownica uderzyła plecami w biurko i przeleciała na drugą stronę, a wszystko to przy akompaniamencie rozdzierających skrzacich wrzasków. Kolekcja potrzaskanych wykrywaczy czarnej magii nakryła ją całą, tak, że musiałam odrzucić kopniakiem część z nich, żeby zobaczyć, kogo oszołomiłam. 

Dwa.

McGonagall leżała bez przytomności. Po skroni ciekła wąska stróżka krwi. 

Obróciłam się, by uciszyć skrzata, ale Mrużka momentalnie zamilkła, zakrywając sobie usta rękami. Prędko omiotłam wzrokiem gabinet i błyskawicznie spostrzegłam związanego, pozbawionego świadomości Croucha we własnej osobie. Z głową zwisającą tuż nad ramieniem leżał oparty o ścianę. Brakowało mu jednego buta i wciąż miał na sobie o wiele za dużą szatę Moody’ego, ale wciąż żył. I najwidoczniej wciąż budził współczucie skrzatki, bo kiedy tylko przecięłam krępujące go więzy, ta rzuciła mu się na pierś i załkała głośno. 

— Pan Crouch… biedny pan Crouch… i panicz Barty… Oooch, biedna Mrużka… co teraz pocznie biedna Mrużka… co teraz będzie…! 

Uklękłam przy nieprzytomnym mężczyźnie, stanowczym ruchem ręki odepchnęłam skrzatkę i, ignorując jej coraz głośniejsze łkanie, wyrecytowałam: 

— Enervate. 

Zamrugał, ale świadomość w jego oczach wyglądała na mocno ograniczoną. 

— Paniczu Barty… paniczu Barty…! Oni go zaczarować! Oni zaczarować panicza…! 

— Cicho! — syknęłam, świadoma kurczącego się czasu. Wolną ręką uderzyłam Croucha w twarz i coś zaskoczyło. Powieki jeszcze raz zatrzepotały i odrobina koloru wpłynęła na jego zwiędłą twarz. — Musimy stąd natychmiast wyjść. 

— Paniczu Barty… paniczu Barty… panicz zabić swego ojca, jak panicz mógł…! 

Potrząsnął lekko głową jak pies otrzepujący się z wody. Rozejrzał się i chyba dotarło do niego, co się stało, bo oblicze rozciągnięte w obojętności stężało, niezdrowy rumieniec błysnął plamami na skroniach i policzkach, a Crouch spróbował zerwać się z podłogi. 

— Potter… Potter jakimś cudem uciekł z cmentarza, pojedynkowali się, a teraz… dostałem veritaserum, przesłuchali mnie, zabrali go… musimy go odnaleźć, dostarczyć Czarnemu Pa… 

Przytrzymałam go i — o dziwo — runął z powrotem na podłogę. Ręce mu się trzęsły, oczy lśniły jak w gorączce i taksowały mnie jak z zamiarem zahipnotyzowania. 

— Nie! W zamku jest minister magii, a skoro cię przesłuchali, założę się, że lada chwila zaroi się tu od aurorów! Nie przydamy się Czarnemu Panu, siedząc w Azkabanie. Musimy się stąd wydostać! 

— Panicz zabić… panicz zabić… zabić pana!

Chyba do niego dotarło, bo choć usta wciąż miał zacięte, skinął głową i byłam już pewna, że mogłam go puścić. Wstał z moją pomocą i jeszcze raz omiótł wzrokiem pokój — zapewne w poszukiwaniu mapy, ale zniknął zarówno płaszcz Szalonookiego Moody’ego, jak i on sam. Przełknąwszy gorycz zawodu, podniosłam z ziemi różdżkę należącą do McGonagall. 

Tymczasem Mrużka nadal się miotała, zawodząc rozpaczliwie. 

— Accio peleryna-niewidka. — Z otwartego kufra wyskoczyło srebrzyste kłębowisko, które złapałam w locie. — Masz. Pójdziemy do przejścia. Tego, co ostatnio. 

Rzuciłam mu różdżkę, ale zanim rozłożyłam płaszcz, skrzatka rzuciła się Barty’emu do stóp, wczepiając kościste palce w nogawki spodni. Choć w głowie miałam tylko listę punktów, które musiałam odhaczyć, żeby przetrwać, ten porażająco żałosny widok sprawił, że poczułam delikatne ukłucie. Spojrzałam na Croucha, który również się zawahał. 

— Panicz nie od-odchodzi… panicz nie porzucać Mrużki! 

A sekundy uciekały. Jeżeli nikt jakimś cudem nie usłyszał tego szlochu i huku, którego narobiłam z McGonagall, ktoś i tak lada moment tu przyjdzie, żeby przetransportować tę dwójkę do ministerstwa. Poruszyłam się nerwowo. Serce waliło mi dużo bardziej niż wtedy, kiedy szłam tu z zamiarem walki z połową grona pedagogicznego. 

— Musimy iść. Natychmiast — wydyszałam. 

— Nie możemy jej tu zostawić. Za dużo wie. 

— Należy do Dumbledore’a, nie może z nami pójść. 

— Nie należy ani do Dumbledore’a, ani do nikogo. Ma ubranie, jest tu zatrudniona. 

Sapnęłam zniecierpliwiona. Przecięłam gabinet, chwyciłam Barty’ego za rękaw i pociągnęłam, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie. 

— W takim razie zabij ją albo zabierz ze sobą — szepnęłam ze złością — ale musimy już iść

Napięcie zdawało się rozsadzać pokój od środka, napierać na ściany i okna tak, jakby miało lada moment wypchnąć szyby z framug. Twarz Croucha zmieniła się. Wyrwał nogawkę z trzęsących się dłoni Mrużki i nim ta zdążyła się zorientować, co zamierzał zrobić, w gabinecie rozbłysło czerwone światło. Skrzatka runęła nieprzytomna na plecy, a on zarzucił sobie sflaczałe ciałko na ramię i w następnej sekundzie już cisnęliśmy się pod peleryną-niewidką. 

Droga na trzecie piętro, gdzie znajdował się posąg Gunhildy z Gorsemoor, zdawała się ciągnąć bardziej niż całe Trzecie Zadanie i wszystko, co się stało później. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że spotkanie Molly Weasley miało miejsce potwornie dawno temu, w poprzednim dziesięcioleciu albo w zupełnie innym wymiarze, gdzie nad Macy Rosier nie wisiała groźba Azkabanu za atak na nauczycielkę i pomoc więźniowi w ucieczce. 

Czułam się, jakby ktoś prowadził mnie jak po nitce. Ból kostki narastał z każdym krokiem, a konieczność poruszania się na palcach nie ułatwiała. Uważając, by nie zwrócić uwagi portretów, które wyjątkowo nie spały, przeszukiwałam rozpaczliwie wszystkie opanowane przez lata zaklęcia, ale żadne z nich nie wyciszało. Dopiero kiedy Barty mruknął Dissendium, a w garbie statuy pojawiło się przejście, poczułam, że mogłam odpuścić. 

Crouch pomógł mi wleźć do środka. Ciemność, która nas ogarnęła, była jak łyk słodkiego, ciepłego eliksiru bezpieczeństwa. 

Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka minut… kilkadziesiąt stóp i będziemy bezpieczni, powtarzałam sobie w myślach jak mantrę. Znajdziemy się poza terenem szkoły, poza zasięgiem mapy i nikt nas nie złapie. 

— Macy, stój — wychrypiał Crouch, kiedy teren zaczął gwałtownie się obniżać. 

Nie stanęłam. Mocniej zacisnęłam dłoń na jego ramieniu i brnęłam dalej do przodu. 

Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka minut… 

— Zatrzymaj się — powtórzył ostrzej, a koniec różdżki profesor McGonagall rozświetlił mrok pod płaszczem. Automatycznie zmrużyłam oczy, ale to nic nie dało. Wszystko było w czarnych plamach. Twarz Barty’ego, za duża szata, bure, wilgotne ściany. — Zdajesz sobie sprawę, że odchodząc ze mną, palisz za sobą mosty? 

Zabawne, że pół godziny temu użyłam tego samego określenia. 

Spojrzałam mu w oczy i zdałam sobie sprawę, że patrzyły już zupełnie trzeźwo, poważnie, bez krztyny otępienia jak jeszcze w gabinecie. 

— Zdaję sobie sprawę. Idziemy. Musimy się stąd wydostać. 

Pociągnęłam go, choć wycieńczone stresem ciało zaczynało się buntować. Nie chciałam myśleć o tym, co by się stało, gdybym postanowiła zostać w dormitorium, ale odpychane z całej siły wizje natarczywie szukały wejścia i rozgaszczały się w mojej głowie jedna po drugiej — profesor Flitwick zaglądający do Wieży Krukonów, Dumbledore przetrząsający mapę Hogwartu, madame Maxime przesłuchująca Nelly, bo jak to możliwe, że Nelly nie wiedziała, że… 

Jeszcze jedno ukłucie. 

Nelly. Przez cały ten czas ani raz nie zadałam sobie trudu, żeby się nad tym zastanowić. Nad kłopotami, jakich jej narobiłam, godząc się na tę przyjaźń. 

Ale w tej samej chwili korytarz zaczął się prostować i blade światło różdżki zatrzymało się na ścianie. Dotarliśmy do końca przejścia, a niewyraźny kształt klapy w suficie świadczył o tym, że byliśmy w Hogsmeade. Dokładnie pod piwnicą Miodowego Królestwa. Na ten widok olbrzymi kamień spadł mi z serca, ale gdy tylko uniosłam różdżkę, Barty natychmiast ją złapał. 

— Mogą na nas czekać — rzucił szeptem i chwycił mnie mocno za rękę. 

Nic więcej nie powiedział. Poczułam szarpnięcie w okolicy pępka i znów wpadłam w przepastną ciemność, ale tym razem bez duszącego smrodu stęchlizny. Pędziliśmy przez ciasną nicość, zgniatani przez ciśnienie wygniatające powietrze z naszych płuc, ale w momencie, gdy dyskomfort stał się nie do zniesienia, uderzyłam gwałtownie stopami o miękkie podłoże. 

Nogi załamały się pode mną i byłabym upadła, gdyby nie ręka wciąż trzymająca moją. 

Znaleźliśmy się na ciemnym, zaniedbanym podwórku z przodu piętrowego domku. Domku, w którym już raz byłam. Rozkoszna cisza zakłócana jedynie cykaniem z rozległych łąk obmyła moje zmysły jak ciepła woda. Na ścieżce nikt się nie kręcił, nie migał światłem z różdżki, a znajome wrażenie ciężkości strzegącej posesji zaklęć sprawiło, że roześmiałam się w głos. 

Spojrzałam na Barty’ego i on też się uśmiechał. Padliśmy sobie w ramiona jak wtedy po Drugim Zadaniu, ale tym razem bez szarpiących się wewnątrz emocji. Jedyne, co czułam, to szczęście. Szczęście i wszechogarniającą ulgę, która — choć chwilowa — koiła lepiej niż jakiekolwiek lecznicze eliksiry. Wtuliłam twarz w jego pierś, ale nie pozwolił mi trwać w tym słodkim zawieszeniu. Nachylił się, by zajrzeć mi w oczy, a ja dostrzegłam błysk łez i szczęście, jakiego nigdy u niego nie widziałam. 

Jakiego nie widziałam jeszcze nigdy u nikogo. 

— Potter powiedział… Czarny Pan powrócił — wyrzucił z siebie i zaczerpnął powietrza. — Wszystko poszło zgodnie z planem. 

— Ale… zaraz, sam mówiłeś… Potter uciekł z cmentarza… 

— Na cmentarzu coś poszło nie tak, ale to nic nie zmienia — wyszeptał z przejęciem. — Udało nam się, żyjemy, Czarny Pan teraz nas odnajdzie i… osiągnęliśmy wszystko! Przywróciliśmy mu moc! Daliśmy mu to… Macy, wyobrażasz sobie to? Przywróciliśmy do życia boga! 

Gorący, rwany oddech raz po raz okalał mi twarz, gdy chwycił w dłonie moje policzki i przyciągnął tak, że prawie zetknęliśmy się nosami. Drżał. I ja chyba też, czując, że to nie była już tylko ulga. Nie myślałam o Voldemorcie jak o bogu, raczej jak o przewodniku, mentorze, który doceniłby moje zdolności. Nie oceniał. Albo jak o duchu, jakiego do tej pory nie potrafiłam sobie zwizualizować — zwłaszcza po tamtej pamiętnej nocy w Crouchwood Hall.

— Tylko jak mamy teraz go odnaleźć…? 

— On sam nas znajdzie. Wierzę, że tak się stanie — odparł. — Nie istnieje nikt bardziej mu oddany. Potrzebuje nas. 

Barty miał rację — byliśmy mu potrzebni. Jemu, Czarnemu Panu, najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi na świecie. Ja byłam mu potrzebna. Ta wątła, naiwna dziewczyna, która uwierzyła anonimowemu mężczyźnie na Millennium Bridge, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi i zdobyć SUM-a z eliksirów. Choć chyba jednak nie aż tak wątła, skoro skutecznie rozbroiła profesor McGonagall. Jej różdżka w dłoniach Barty’ego — niczym trofeum — stanowiła dowód, że potrafiłam

Tak. Zdecydowanie mogłam. I chciałam. 

Uskrzydlona tym odkryciem, tym razem już z pełną świadomością tego, co robiłam, zbliżyłam się jeszcze trochę i pocałowałam go. Odpowiedział na to z entuzjazmem, namiętnie, ale bez nerwowości, jaką pamiętałam z lutego. Trwaliśmy tak przez długą, pełną słodkiego uniesienia chwilę — dwoje szczęśliwców celebrujących zwycięstwo, o którym marzyliśmy przez całe życie. Jego miękkie usta i ręce sunące zachłannie po włosach i plecach wymazały mi z głowy resztki obaw związanych z naszą ucieczką. Nie było aurorów plądrujących sąsiednie łąki, Azkabanu, przesłuchań — tylko my tkwiący w pełnym żaru uścisku. A kiedy się od siebie odsunęliśmy, nie uciekłam. Nie błądziłam wzrokiem ani nie jąkałam się bez sensu. Zachichotałam tylko bezgłośnie, czując gorąco zalewające policzki, ale Barty nie wyglądał na zakłopotanego. Przyglądał mi się przez chwilę z niezwykłą intensywnością, głęboko, jakby pocałunek został przerwany zbyt wcześnie. Jakby coś miało jeszcze potem nastąpić, ale nie zrobił następnego kroku. Ostatni raz pieszczotliwie przejechał dłonią po mojej skroni i zaproponował, żebym chociaż chwilę się zdrzemnęła, ale to nie był jeszcze moment na sen. 

Na liście został ostatni punkt do spełnienia. 

— Muszę pójść do Gringotta, zanim wszyscy się zorientują, że pomogłam ci uciec — wyjaśniłam. 

W jego oczach błysnęła obawa, ale nie dyskutował. Skinął tylko głową i pokazał mi miejsce, gdzie mogłam po wszystkim bezpiecznie się aportować. Z powiększonego kufra wyciągnęłam jesienną pelerynę — jedyne ubranie czarownicy, pod którym mogłam ukryć szkolny mundurek — i punkt pierwsza dwadzieścia trzy zniknęłam w ciasnej, duszącej otchłani. 

Nie miałam pojęcia, czy to świadomość powrotu Czarnego Pana, czy zupełnie nowy obraz samej siebie, ale szłam w stronę banku całkowicie pewna, że tej nocy ze wszystkim sobie poradzę. Noc na Pokątnej odarła tę ulicę z całej jej przytulności, jaka wypełniała ją za dnia. Ciemne witryny były zwykłymi witrynami, martwe, puste zaułki nie różniły się niczym od zaułków mugolskiego Londynu, który tak dobrze znałam. Świeciły się tylko pojedyncze okna na piętrach i on — olbrzymi gmach pośrodku niewielkiego deptaka. 

Może gobliny, które zasiadały za długą, wysoką ladą, zaskoczyła ta późna wizyta, ale nie dały tego po sobie poznać, gdy szłam pewnym krokiem przez środek porządnie oświetlonej sali. Ten, przy którym się zatrzymałam, przywitał mnie grzecznym dobry wieczór, jak gdyby codziennie o tej porze obsługiwał dziewczęta w jesiennych pelerynach. 

— Dobry wieczór — odpowiedziałam uprzejmie. — Nazywam się Macy Rosier, chciałabym wejść do swojej krypty. 

 

*

 

Spodziewał się, że aurorzy odnajdą dom znacznie szybciej, ale doszedł do wniosku, że ich pierwszym wyborem było Crouchwood Hall. Otoczone bagnami dworzyszcze w samym sercu lasu znacznie bardziej nadawało się na kwaterę porywaczy szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. I w sumie mieli rację, choć równie dobrze mogli stanąć przed ścianą losowego mugolskiego budynku i oczekiwać, że ta odskoczy. 

Tym bardziej, że mugolskie ściany rzadko miały zwyczaj odskakiwać — podobnie jaki kilkusetletnie rezydencje starych, czarodziejskich rodów otwierać się przed nieproszonymi gośćmi. 

Na wszelki wypadek odświeżył wszystkie ochronne zaklęcia otaczające dom, choć wyglądało na to, że mieli jeszcze przynajmniej kilka godzin względnego spokoju. Przeczesanie rozległych łąk Clovy musiało być czasochłonne nawet dla pracowników ministerstwa. 

A może zwłaszcza dla nich. 

Czuł, że efekt veritaserum powoli mijał, ale i tak przetrząsnął wszystkie skrytki, w których ojciec mógł przechowywać mikstury. Znalazł kilka flaszeczek z eliksirem pieprzowym, coś na sen i na nerwy, ale żadnego neutralizatora ani niczego, co mogłoby mu się teraz przydać. 

No nic — musiał uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż Czarny Pan sam się z nim skontaktuje. 

Ułożywszy nieprzytomną Mrużkę na kanapie w salonie, zamknął się w toalecie na piętrze, gdzie pozbył się za dużego buta, szat aurora i długo badał swoje odzyskane ciało. Nie był w stanie wyrwać się z objęć derealizacji — zupełnie jakby tak dobrze znany mu młodzieniec o mlecznobiałej, piegowatej karnacji, lichym zaroście i długich, jasnych włosach zamieszkiwał ciało Barty’ego tak, jak Barty przez ostatni rok zamieszkiwał ciało Alastora Moody’ego. Możliwe, że to kwestia światła, ale czuł się dziwnie, analizując nadzwyczaj idealną symetrię własnej twarzy. 

Nadzwyczaj idealną — z parą jednakowych oczu, zdrowym nosem i kompletnym uzębieniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale w tym momencie wydał się sobie bezwstydnie przystojny. Wystarczyło mieć skórę, która nie przypominała szarpanej wołowiny. 

Zszedł na dół niecałe pół godziny później, czując się jeszcze bardziej nieswojo we własnych ubraniach i w pomieszczeniach przesyconych zapachem słodko-gorzkich wspomnień sprzed Azkabanu. Poziom zakurzenia świadczył o tym, że nikt nie zaglądał do domu od bardzo dawna. Spiżarka świeciła pustkami, nie licząc resztek puszkowanego żarcia, jakim przez pewien czas żywił się ojciec, dopóki Glizdogon nie sprowadził go do Crouchwood Hall, pojedyncze kwiaty, które przetrwały bez opieki skrzatki, dawno zwiędły, a trawa w ogrodzie wręcz błagała o przycięcie. 

Świetnie, Mrużka się ucieszy, zawsze lubiła wyzwania, pomyślał naiwnie. 

Właśnie, Mrużka. 

Przyświecając sobie różdżką McGonagall, wrócił do salonu, gdzie odnalazł skrzatkę niezmiennie leżącą na kanapie, z tą jedną różnicą, że miała już otwarte oczy. 

A jednak nie był tak naiwny. Niewidzialne więzy nie pozwalały jej się przemieścić ani o cal, świeżo odnowione zaklęcia blokowały teleportację wewnątrz domu. Crouch zbliżył się powoli do kominka i rozpalił ogień, a ciepłe, miłe dla oka światło zalało część pokoju, nadając mu odrobinę dawnej zwodniczej przytulności. 

— Przykro mi, że musiałem cię spętać — odezwał się, a jego własny głos wydał mu się jeszcze bardziej nieadekwatny niż dwie zdrowe nogi i odbicie w lustrze. — Nie służysz już tej rodzinie, nie mam pewności, że nie sprowadzisz tu aurorów. 

— Mrużka przyrzekła pani chronić panicza Barty’ego. 

— Pana Barty’ego — poprawił ją łagodnie i przysiadł na piętach tyłem do kominka. Ciepło buchające z paleniska zawzięcie napierało mu na plecy. — Teraz jestem panem tego domu. Ostatnim spadkobiercą, od kiedy zabiłem mojego ojca. Powiedz mi, Mrużko, nadal zamierzasz mnie chronić, chociaż wiesz, że to zrobiłem? Nie było w tym przypadku i dobrze wiesz, że marzyłem o tym od dawna. I nie tylko przez to, co zrobił. Gdybym chciał wzbudzić w kimś współczucie, mógłbym się tym zasłaniać, ale prawda jest taka, że zabiłem go przede wszystkim dlatego, że chciałem. Jak ci się podoba taki pan? 

Okrągłe, brązowe oczy wypełniły się łzami, ale zamiast rozpaczy pojawiła się determinacja, jakiej Barty nie widział w nich od dnia, gdy ojciec pozbył się skrzatki w tamtą pamiętną noc. 

— Wcale się nie podoba. Ale Mrużka wierzy, że pan Barty ma w sobie dobroć swojej najdroższej matki, która oddała życie za jego wolność. Mrużka zawsze będzie lojalna, chociaż dostała ubranie i jest niczyja. 

Ostatnie słowa sprawiły, że głos jej zwilgotniał, ale nie popłynęła więcej ani jedna łza. Spieczone usteczka zacisnęła w wąską linię, oczy zrobiły się jeszcze większe i wpatrywały się w niego z pełną żaru nadzieją, dopóki nie skinął różdżką, a na dłoni pojawiła się znikąd zwykła poszewka na poduszkę. 

— Dobroć mojej matki — powtórzył z zadumą. — Dobroć mojej matki zaprowadziła ją do grobu. A zło doprowadziło tam ojca, więc chyba to nic nie znaczy. Nie ma dobra i zła, Mrużko. Jest tylko Czarny Pan. 

— Mrużka zrobi wszystko, żeby pan przywrócił Mrużkę do służby. 

Zaśmiał się pod nosem cicho i bez humoru. Zawdzięczał jej życie i choć była tylko domowym skrzatem, na myśl, że mogłaby zniknąć, cierpła mu skóra. 

— Nie będę oczekiwał od ciebie wszystkiego — rzekł, wodząc palcami po poszewce. — Mrużko, przyjmuję cię pod mój dach. Wyrzekniesz się ubrania i od tej chwili będziesz służyć temu domowi z oddaniem, a twoją służbę zakończy śmierć albo ubranie. 

Koniec różdżki rozjarzył się bielą, która pochłonęła na moment jasną tkaninę, a skrzatka wydała z siebie długie, spazmatyczne westchnienie. Łzy spłynęły po pergaminowych policzkach i zniknęły w głębokich bruzdach, a Barty mógł przysiąc, że w zeszłym roku jeszcze ich nie widział. Cofnął wszystkie ochronne zaklęcia, czując przy tym dziwną słabość zwiastującą wzruszenie — jakby wraz z cząstką czegoś znajomego duchowa obecność matki po tylu latach stała się wyczuwalna. 

Czy pochwalałaby jego uczynki? 

Skoro poświęciła życie, by ofiarować mu wolność, zapewne się z tym pogodziła. I Mrużka również będzie musiała to zrobić. 

— Zamknij pokój Elenai — polecił jej, kiedy stanęła na trzęsących się nogach, ocierając twarz rękawem brudnej bluzeczki. — I przygotuj pokój rodziców dla Macy. Zostanie z nami przez jakiś czas. 

Drgnęła nerwowo, ale ciało szybko przypomniało sobie dawne zwyczaje, bo prawie natychmiast pochyliła się w głębokim ukłonie. 

— Nie podoba ci się to — dodał. 

Chyba była na siebie zła za ten ruch, lecz więcej z niczym się nie zdradziła, tylko wyrecytowała do podłogi: 

— Mrużka wykonuje swoje polecenia. Mrużka nie jest od osądzania, co jej się podoba, a co nie. 

Chciała odejść, ale szybko ją zatrzymał. Zanim Macy wróci, a zegar podpowiadał mu, że stanie się to lada chwila, musiał wszystko skrzatce wyjaśnić, musiała zrozumieć i zaakceptować. Zwłaszcza że liczył, że ten tymczasowy pobyt potrwa jak najdłużej. Po pięciu miesiącach codziennego śledzenia Krukonki na mapie nie potrafił przyzwyczaić się do myśli, że Macy tak po prostu miałaby wyparować z jego życia. 

— Ona nie ma dokąd pójść — rzekł. — Nie może wrócić do swojej rodziny, bo tak jak mnie grozi jej więzienie. Wydostała nas z Hogwartu. 

Rozumiała. Widział to w jej oczach — była w końcu całkiem inteligentną skrzatką i chyba właśnie dlatego zajmowała szczególne miejsce w jego sercu. Nie dlatego, że przez lata codziennie przygotowywała mu ulubione desery i namawiała ojca na drobne rozrywki. Miała przy tym własne zdanie i Barty po prostu lubił z nią rozmawiać. 

— Mrużka wszystko przygotuje — odparła i odeszła dopiero wtedy, gdy pozwolił jej skinieniem głowy. 

W dobrym momencie — na schodach rozległ się trzask sygnalizujący aportację, a zaraz po tym huk zbijanej doniczki. 

— Reparo — mruknęła Macy, gdy wyjrzał przez boczne okienko. Pomachała w odpowiedzi i czym prędzej wślizgnęła się do środka. Oczy miała czujne i okrągłe ze strachu, ale na ustach czaił się nerwowy uśmiech. Pokazała mu powiększoną sakiewkę i rzuciła na wydechu: — Jest tego więcej, ale bez względu na to, czy jestem kryminalistką, czy jeszcze nie, czuję się bezpiecznie, wiedząc, że w razie wpadki zostanie mi jeszcze jakieś złoto. Rzuciłam Imperius na goblina, który mnie obsługiwał. Myślę, że i tak ministerstwo się zorientuje, że tam byłam, ale jeżeli mam okazję chociaż trochę odciągnąć to w czasie… 

Zawiesiła głos, a intensywność spojrzenia, jakim zmierzyła Croucha, wywołało w jego brzuchu przyjemny skurcz — zwłaszcza na wspomnienie pocałunku, jakim go pożegnała. Przyjął od niej skórzany worek i zważył w dłoni. 

— Kolejny punkt do azkabańskiego CV — mruknął. 

— Myślę, że Imperius rzucony na goblina, żeby wybrać złoto z własnej skrytki, nawet nie stoi obok tego, co zrobiłeś z ojcem — odparła i choć Barty zdążył już trochę ją poznać, był zaskoczony lekkością, z jaką to powiedziała. 

Rozejrzała się po korytarzu, a potem po salonie, w którym opadli w fotelach po przeciwnych stronach ławy. Ogień buzujący w kominku oświetlał mocno jedną część twarzy dziewczyny, maskując ślady zmęczenia, ale ta ukryta w cieniu zdradzała ogromną podkowę pod okiem. Milczeli przez dłuższy czas, każde pogrążone we własnych myślach, delektując się ciszą. Jedynie z piętra docierał stłumiony dźwięk otwieranych i zamykanych szafek. Macy też to usłyszała, bo zapytała: 

— Ufasz jej? 

— Powierzyłbym jej własne życie — odparł bez zastanowienia. 

Nie skrzywiła się. Nie dramatyzowała, nie próbowała go przekonać, tylko skinęła głową i przymknęła powieki, a do Barty’ego dotarło, jak była młoda. Przez cały rok prawie wcale o tym nie myślał, choć wtedy jeszcze pozostawała uczennicą, ale tożsamość Moody’ego tak mocno wryła mu się w jego własną, że nie postrzegał siebie jako Barty’ego Croucha. Raczej jako pustą skorupę, którą w całości wypełnił emerytowany auror. I nawet teraz — choć nie miał jeszcze trzydziestu trzech lat, a wiek Szalonookiego przestał mu ciążyć — odnosił wrażenie, że dla Macy to wszystko było za wcześnie. 

Za wcześnie, chociaż przecież sam odkrył swoje powołanie jeszcze w Hogwarcie. 

Ale on miał mentorów. Uczył się od Bellatriks i Rudolfa, prowadził z Rabastanem długie rozmowy, wiedział, co może go czekać, ile musiał poświęcić, a Macy miała stanąć przed Czarnym Panem tu i teraz — gotowa na służbę. Żałował, że nie poświęcił temu więcej czasu, jakby z góry założył, że wiedziała to wszystko tylko ze względu na ogromną determinację. 

— Potter opowiedział mi o wszystkim, co się stało na cmentarzu — rzekł, a dziewczyna natychmiast otworzyła oczy. 

— To prawda, że pojawił się z ciałem Cedrika Diggory’ego? — spytała zachrypniętym głosem. — Skąd się tam wziął Diggory? 

Owszem, może była młoda, pomyślał, widząc, jak lustrowała go wzrokiem. Wzrokiem zupełnie dojrzałej, świadomej kobiety. Ale powinna wiedzieć — może właśnie ze względu na tak młody wiek. 

— Usuwałem wszystkie możliwe do usunięcia przeszkody. Pozbyłem się Delacour, zaczarowałem Kruma, ale nie miałem wpływu na idiotyczną szlachetność Pottera — wyjaśnił. — Kiedy Krum zaatakował Diggory’ego, Potter, zdaje się, oszołomił Kruma i później wspaniałomyślnie uznał, że powinni z Diggorym wspólnie złapać za puchar. 

I opowiedział jej o wszystkim, czego dowiedział się od chłopaka. O cmentarzu, o Glizdogonie i o śmierci Diggory’ego, o pojedynku z Czarnym Panem i ucieczce Harry’ego Pottera, a następnie o veritaserum, własnym przesłuchaniu w obecności Dumbledore’a… i o tym, co powiedział o niej, przy czym zdawało mu się, że to wszystko miało miejsce bardzo dawno temu — w jakimś odległym świecie, w zupełnie innym życiu. Macy nie odezwała się ani słowem. Przysłuchiwała się temu z lekko zmarszczonym czołem, jakby próbowała doszukać się tam drugiego dna. 

Ale drugiego dna nie było. Po prostu nie wszystko poszło zgodnie z planem. 

Kończąc, spodziewał się, że jakoś to skomentuje, zacznie wypytywać, ale Macy siedziała w bezruchu i przyglądała mu się czujnie, jakby wciąż mówił. Było mu z tym cholernie niewygodnie, choć przecież przez lata ojcowskiej niewoli przywykł do ciężkiej aury milczenia. Czuł, że musiał poruszyć ten jeden temat, który ze wstydu do tej pory ledwo musnął, mimo że wszystko aż się w nim skręcało. Przełknął z trudem palącą suchość w gardle. 

— To wszystko, co im powiedziałem o tobie i twoich rodzicach… 

— Wiem, Barty — przerwała mu bez kropli goryczy w głosie. — Wiem, jak działa veritaserum. Myślę, że i bez veritaserum Dumbledore natychmiast powiązałby moje zniknięcie z twoją ucieczką. W końcu to Dumbledore. Nie, to nie to, po prostu… nadal nic się nie zmienia. Trwamy w zawieszeniu. Ostatni rok dawał mi poczucie dążenia do czegoś określonego, a teraz znów nie wiem, na czym stoję. 

Rozumiał i nie rozumiał jednocześnie. Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co mówiła Macy, bo właśnie tym była praca dla Czarnego Pana — jedną wielką ekscytującą niewiadomą. I Croucha właśnie to pociągało. Sława, złoto i groza, jaką mogłoby budzić jego nazwisko wśród zwykłych ludzi, były wyłącznie skutkiem ubocznym, o który nie dbał. 

— Nie pocieszę cię: tak by było, nawet gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. 

Wydęła usta w uśmiechu. 

— Wiem. Ale chociaż jedno byłoby pewne na sto procent. Niepewność. 

Ich dywagacje przerwał jeszcze jeden odgłos teleportacji. Trzask wyrwał ich z sennego odrętwienia, tak, że oboje zerwali się na równe nogi, ale nim któreś wyjrzało na korytarz, rozległo się spokojne pukanie do drzwi. 

Crouch opuścił lekko różdżkę. 

W tej sytuacji aurorzy nie pukaliby do drzwi. A już z całą pewnością nie pukaliby spokojnie

Zbliżył się do wejścia i ostrożnie odsunął zasłonkę w wąskim okienku tuż obok framugi, a na zewnątrz, mimo rozpływającej się powoli ciemności, spostrzegł czyjeś ramię spowite w czerń oraz kończącą ją dłoń o bardzo długich i bardzo białych palcach. Palcach, które już kiedyś widział i wryły mu się w pamięć tak mocno, że nieraz nawiedzały go w snach. 

Wpuścił przybysza do środka i bez wahania upadł na kolana, jakby próg jego domu przekroczył sam Bóg. I po części tak właśnie było, ponieważ mężczyzna nie przypominał w pełni człowieka. Bardzo wysoki i chudy, odziany w długą, czarną szatę, emanował jakąś dziwną, upiorną poświatą — bardziej wyczuwalną niż dostrzegalną gołym okiem, choć Barty nie widział do tej pory tak przeraźliwie bladej, prawie doskonale białej skóry. Intensywność spojrzenia czerwonych oczu nie pozwalała spoglądać prosto w twarz — prawie jak pod groźbą utraty życia — choć Barty’emu wystarczyło zerknąć, by wiedzieć, że na posągowej twarzy próżno było szukać gniewu. Cienkie, wężowe szparki zamiast nosa trwały w bezruchu, podobnie wąskie usta, dopóki Czarny Pan nie przemówił spokojnym, niemal łagodnym głosem: 

— Dwójka moich najbardziej oddanych sług. A więc udało wam się wydostać z Hogwartu. 

Macy milczała na klęczkach, sztywna i z rękami na podłodze, ale Crouch czuł, że to na nim skupiło się to prześwietlające, pełne żaru spojrzenie — był pewien, że przez ułamek sekundy w tych dwóch wielkich rubinach błysnęło zaskoczenie. 

— Tak jest — odpowiedział. — W pierwszej chwili myśleliśmy, że to aurorzy. 

Wysoki, pobłażliwy, choć zupełnie pozbawiony humoru śmiech wypełnił każdy kąt przedpokoju. 

— Owszem. Wiem od Glizdogona, że dokonano już pierwszych prób sforsowania posiadłości, ale potęga starożytnych zaklęć po tysiąckroć przewyższa żałosne iskierki, jakie jest w stanie wytworzyć rozwodniona krew mieszańców. 

Nie mówił. Syczał. Rozkazał im podnieść wzrok i Barty natychmiast to uczynił, czując przenikającą go na wskroś magię swego pana. Napierała ze wszystkich stron, koiła, była jak haust czystego powietrza po latach zamknięcia w ciasnym, dusznym lochu. Tkwili tak w ciszy, poddani tej natarczywej energii, aż sekundy znów zdawały się ciążyć, jak gdyby Lord Voldemort oczekiwał, że zostanie ugoszczony. 

Dopiero wtedy do niego dotarło. 

Czarny Pan w jego domu — w pełni sił, we własnym ciele, które pomogli mu odzyskać. Crouch poczuł, jak mieszanka patosu i wzruszenia ścisnęła go za serce, tak, że przez chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa. 

— Nasz pan ma prawo tu wejść w każdej chwili — wydusił z siebie, gdy ten rozejrzał się wokół, jakby skanował pomieszczenia przez ściany. — O każdej porze dnia i nocy. Wszystko tu jest dla jego dyspozycji. 

— Mimo wszystko szanuję zasady dobrego wychowania — rzekł, a oczy mu rozbłysły. Wzrokiem zatrzymał się za plecami Croucha, w miejscu, gdzie wciąż klęczała Macy. — Wiem już wszystko. Tym razem to wy jesteście zaproszeni do mojego domu. Glizdogon zjawi się wieczorem. 

Schylił się, a biała, długopalczasta dłoń chwyciła Barty’ego za ramię i podciągnęła — z zaskakującą siłą i delikatnością, zmuszając, by się wyprostował, a on, choć zwykle górował nad większością swoich szkolnych przyjaciół, poczuł się przy Voldemorcie niezwykle mały i słaby. Miejsce, którego dotknęła ręka Czarnego Pana, paliło jeszcze długo po tym, jak on sam się teleportował. 

Znów zostali sami, ale już nie samotni. 

Wcale go nie zaskoczyło, że to Macy odezwała się jako pierwsza. 

— Dlaczego pojawił się tu osobiście? — zapytała szeptem, wciąż wpatrując się w miejsce, w którym zniknął. 

Pierwszy raz poczuł w związku z nim nieprzyjemny ucisk w brzuchu. 

— Słyszałaś, co powiedział — rzekł i gestem zaprosił ją na schody. — Jesteśmy mu najbardziej oddani. Najwidoczniej uznał, że na to zasługujemy. 

Choć prawda była jedynie połowiczna, dziewczyna nie drążyła tematu. Na zewnątrz zaczynało świtać. Bez słowa pozwoliła się zaprowadzić do sypialni na piętrze, gdzie czekało przygotowane łóżko i wyciągnięta z kufra piżama. Macy posłała Barty’emu ostatni niemrawy uśmiech, jak gdyby zmęczenie w połączeniu z szokiem spowodowanym tą niespodziewaną wizytą wyssało z niej resztkę sił. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, a Crouch zszedł na dół, wcale nie czuł się senny. Przez kuchenne okno obserwował powolną wędrówkę słońca i mierzył się z nieprzyjemną prawdą, która — był tego pewny — musiała zaświtać również w głowie Krukonki: przybył tu, żeby się przekonać, czy ona wciąż żyła. Czy pozostali mu wierni. Czy czekali. 

I ten błysk zaskoczenia w jego oczach… 

___________
I kolejny rozdział przepisany w Dębkach. Dość długi, nareszcie mogę się rozwinąć i odstąpić od fabuły „Harry’ego Pottera”. Dziwne, że to wszystko tak szybko idzie. Dopiero rozdział piętnasty, a tutaj minął już jeden rok w opowiadaniu. Kolejny odcinek już niebawem, ale może troszkę więcej czasu minie, bo skończyły mi się rozdziały w Wordzie, teraz znów muszę coś przepisać z zeszytu. Dedykacja dla Nieśmiertelnej :*
PS: Zapraszam na moją stronę na facebooku: klik. Tam pojawiają się informacje na temat tego, co piszę xD

* pod gwiazdką link do bohaterów. 

19 komentarzy:

  1. ~olka
    16 sierpnia 2011 o 23:50

    To co Macy zobaczyła w lustrze było dość przerażające……….Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 17 sierpnia 2011 o 13:41
      To ją będzie dłuuugo prześladować xD

      Usuń
  2. ~fear
    17 sierpnia 2011 o 09:27

    Jej! Jak się cieszę, że Macy udało się uratować Cruch’a! A tak się o niego bałam. Ufff. To co Macy zobaczyła w tym lustrze mną wstrząsnęło brr! Co raz bardziej jestem ciekawa, jaki to ponury sekret skrywa ten „opuszczony” dom. No cóż rozdział jak zwykle cudowny xD Nie mogę się doczekać rozdziału, w którym będą opisane wydarzenia z Departamentu Tajemnic. Pozdrawiam:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~fear
      17 sierpnia 2011 o 09:28

      Zapomniałabym wspominałaś coś o możliwości zrobienia szablonu, chętnie skorzystam i wdzięczna będę ;]

      Usuń
    2. 17 sierpnia 2011 o 14:00
      Ok, to ja kończę rozdział na czwórkę, robię nowego bloga, a potem szablon. Czyli tak – Harry, Hermiona, Draco? xD

      Usuń
    3. ~fear
      17 sierpnia 2011 o 23:26

      Tak, wielkie dzięki. Widząc twoje szblony jestem pewna, że będzie cudowny. Dziękuje

      Usuń
    4. 18 sierpnia 2011 o 16:57
      Będę się starać, jak tylko mogę, w końcu twarz Hermiony trudno jest mi znieść xD

      Usuń
    5. ~fear
      18 sierpnia 2011 o 19:38

      Rozumiem, ja tez średnio ją lubię, ale miałam ochotę na coś tego typu no i potrzebowałam Hermiony:D Dlatego piszę w 3 osobie:D Jeszcze raz dziękuje:D

      Usuń
    6. 19 sierpnia 2011 o 08:40
      Haha, taak, w pierwszej osobie pisać za Hermionę to naprawdę trzeba być hardcorem xD

      Usuń
    7. 17 sierpnia 2011 o 13:58
      Hahaha, nareszcie wolna! Nareszcie mogę opisywać wszystko tak, jak chce, łiiii xD I części Pottera mnie nie ograniczają xD

      Usuń
    8. ~fear
      17 sierpnia 2011 o 23:28

      I bardzo dobrze. Może będziesz tak litościwa i ocalisz jeszcze raz Syriusza co? ;]

      Usuń
    9. 18 sierpnia 2011 o 17:15
      A może do bitwy w Ministerstwie wcale nie dojdzie? xD

      Usuń
    10. ~fear
      18 sierpnia 2011 o 19:39

      Oo! To jeszcze lepszy pomysł;] No to mnie zaciekawiłaś! Czekam z niecierpliwością;]

      Usuń
  3. Julia_S
    18 sierpnia 2011 o 18:59

    Hej :) Chcę ci powiedzieć, że bardzo mi się podoba twój styl pisania. Piszesz tak… swobodnie, lekko. Zostałaś dodana do linków na http://marauders-world.blog.onet.pl/Ach, i mogłabyś informować mnie o nowych postach ?

    OdpowiedzUsuń
  4. unnamed20@onet.pl
    22 sierpnia 2011 o 23:26

    Dzięki Bogu! udało jej się go uratować, ja już myślałam, że zabijesz kochanego Bartego :( ale cóż pozory mylą :D bardzo mi się podoba, czekam na kolejną NN :) everything-scares

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 sierpnia 2011 o 20:34
      Hahaha, nie zabiłabym go, bo by już nudno było xD

      Usuń
  5. ~Nieśmiertelna
    27 sierpnia 2011 o 20:42

    Przerażasz mnie trochę swoimi pomysłami xD ale i tak Cię uwielbiam <3oo, dedykacja dla mnie xD miło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 28 sierpnia 2011 o 16:36
      Hahahaha, mam straszne pomysły, ave m/

      Usuń