Miało
być inaczej.
Jeszcze
nigdy nie widziałam takiego popłochu, nawet wtedy, gdy cztery lata temu do
szkoły wdarł się górski troll. Nie wiedziałam, co robić, więc przykleiłam się
do grupki, w której mignęły mi znajome twarze, ale nie poszłam z nimi w
kierunku Wieży Krukonów, tak, jak prowadził nas profesor Flitwick. Korzystając
z ogólnego zamieszania, przysunęłam się bliżej ściany i zniknęłam w drzwiach
pierwszej mijanej toalety, gdzie przeczekałam, aż na korytarzu zrobi się
zupełnie cicho.
Kręcąc
się niecierpliwie w ciemnej kabinie, doświadczałam najsilniejszej derealizacji
w swoim życiu. Myśli rozbijały się o wnętrze czaszki, zderzały się ze sobą, ale
nie były w stanie złożyć żadnego konkretnego planu. Od kiedy machina ruszyła,
zawsze miałam tę pewność, że cokolwiek by się nie działo, pod ręką będzie
Barty. On na coś wpadnie, stworzy plan, doradzi.
Ale
teraz Barty’ego nie było. To ja musiałam coś wymyślić.
I to
już.
Nasłuchiwałam.
Nie miałam pewności, czy to łomot mojego własnego serca, czy stłumiony odgłos
kroków, ale w końcu zebrałam się w sobie i powoli nacisnęłam klamkę. Bardzo
żałowałam, że nie miałam mapy.
Pierwszy
raz widok ciemnych, opustoszałych korytarzy szkolnych wydał mi się złowieszczy.
Każdy czarny kształt zbroi był kształtem czającego się w kącie aurora,
westchnienie śpiącego portretu — oddechem Dumbledore’a, jak gdyby
cały Hogwart miał w tym momencie zwrócić na mnie setki par oczu. Ruszyłam tak
dobrze sobie znaną trasą na drugie piętro, ale nie potrafiłam się nie oglądać,
nie przystawać i wstrzymywać oddechu. Spodziewałam się, że prędzej czy później
ktoś się pojawi…
I
faktycznie pojawił się. A serce i tak podjechało mi do gardła, jakby mnie
zaskoczył.
Spanikowana
wślizgnęłam się na palcach za niski cokolik z miniaturowym kamiennym gargulcem
i na kolanach — z dłonią przyciśniętą do ust i nosa — ze
zgrozą obserwowałam Snape’a oraz towarzyszącego mu brudnego skrzata domowego
kierujących się wprost do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią.
Zacisnęłam
powieki, licząc, że to tylko przywidzenie, ale nawet mimo tego kroki wciąż
trwały. Oddalały się coraz bardziej i bardziej, aż mniej więcej z połowy
korytarza dobiegł mnie trzask zamykanych drzwi.
Snape.
Mrużka. Gabinet.
Coś
poszło zdecydowanie nie tak.
Byłam
przekonana, że uświadomienie sobie tego całkowicie pozbawi mnie zdrowych
zmysłów, ale zamiast tkwić w zamrożeniu ukryta za filarem, świadomość
momentalnie mi się skurczyła. Teraz miałam w głowie tylko jedno — dostać
się do dormitorium.
Czułam
się jak w transie — jakby ktoś przejął kontrolę nad moją głową i
doprowadził bezpiecznie najpierw do Wieży Ravenclawu, a potem do sypialni.
Wszyscy Krukoni zgromadzili się w salonie. Było tak ciasno i gwarno, że nikt
nie zwrócił uwagi na jeszcze jedną spóźnioną uczennicę. Pusty pokój
siódmoklasistek wyglądał jak wtedy, kiedy opuszczałam go rano przed śniadaniem.
Minęłam cztery łóżka o różnym stopniu uporządkowania i zatrzymałam się przed
ostatnim — pościelonym jak przed testem białej rękawiczki.
Judaszowiec drgał raz po raz w swoim pojemniku z wodą, kiedy bez sekundy
wytchnienia wrzucałam do kufra wszystkie rzeczy z szafki nocnej. Byle jak, byle
szybko. Na koniec wcisnęłam roślinkę w kłębowisko szat i pomniejszyłam walizkę
do rozmiarów pudełka zapałek.
Czy
byłam świadoma, że właśnie paliłam za sobą wszystkie mosty?
Już
dawno. Godziłam się na to, odpowiadając na list Glizdogona.
Czy
czułam w związku z tym strach? O dziwo nie. Kiedy wymykałam się z dormitorium — znów
niezauważona — nawet nie obejrzałam się za siebie. W tym momencie
naprawdę cieszyłam się, że nie miałam kolegów. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt
nie zapytał, dlaczego się wymykam, skoro profesor Flitwick nakazał wszystkim
zostać, a kiedy moja nieobecność zostanie odnotowana, ja będę już daleko,
daleko stąd, pod ochronnym płaszczem Czarnego Pana. Jedyne, co towarzyszyło mi
w drodze na drugie piętro, to determinacja.
Na
miejscu spodziewałam się najgorszego, ale kiedy bezgłośnie przyłożyłam ucho do
dziurki od klucza, usłyszałam jedynie stłumiony szloch. Skradając się wraz z ciemnością,
nie potrzebowałam dużo czasu, żeby wygrzebać z czeluści pamięci zaklęcia,
jakich uczyłam się w przeszłości właśnie na taką sytuację.
Homenum
revelio, wyszeptałam w myślach, a trzy subtelne uderzenia na
wysokości klatki piersiowej ostrzegły mnie przed trzema czającymi się w środku
osobami.
Z
kim przyjdzie mi walczyć? Ze Snape’em? Z prawdziwym Szalonookim Moodym, a może
z samym Albusem Dumbledore’em? Miałam tylko jeden punkt przewagi — nikt
się mnie nie spodziewał.
Miałam
najwyżej dwie sekundy na reakcję.
Skupiona
i napięta do granic możliwości, z różdżką w pogotowiu i sercem tłukącym się w
przełyku otworzyłam drzwi.
Raz…
Półmrok.
Niewyraźna
smukła postać reaguje natychmiast.
Byłam
szybsza.
Bezbarwna
wiązka skumulowanej energii przecięła powietrze i ugodziła kobietę dokładnie w
pierś. I choć samo zaklęcie nie wydało z siebie najcichszego dźwięku,
czarownica uderzyła plecami w biurko i przeleciała na drugą stronę, a wszystko
to przy akompaniamencie rozdzierających skrzacich wrzasków. Kolekcja
potrzaskanych wykrywaczy czarnej magii nakryła ją całą, tak, że musiałam
odrzucić kopniakiem część z nich, żeby zobaczyć, kogo oszołomiłam.
Dwa.
McGonagall
leżała bez przytomności. Po skroni ciekła wąska stróżka krwi.
Obróciłam
się, by uciszyć skrzata, ale Mrużka momentalnie zamilkła, zakrywając sobie usta
rękami. Prędko omiotłam wzrokiem gabinet i błyskawicznie spostrzegłam
związanego, pozbawionego świadomości Croucha we własnej osobie. Z głową
zwisającą tuż nad ramieniem leżał oparty o ścianę. Brakowało mu jednego buta i
wciąż miał na sobie o wiele za dużą szatę Moody’ego, ale wciąż żył. I
najwidoczniej wciąż budził współczucie skrzatki, bo kiedy tylko przecięłam
krępujące go więzy, ta rzuciła mu się na pierś i załkała głośno.
— Pan
Crouch… biedny pan Crouch… i panicz Barty… Oooch, biedna Mrużka… co teraz
pocznie biedna Mrużka… co teraz będzie…!
Uklękłam
przy nieprzytomnym mężczyźnie, stanowczym ruchem ręki odepchnęłam skrzatkę i,
ignorując jej coraz głośniejsze łkanie, wyrecytowałam:
— Enervate.
Zamrugał,
ale świadomość w jego oczach wyglądała na mocno ograniczoną.
— Paniczu
Barty… paniczu Barty…! Oni go zaczarować! Oni zaczarować panicza…!
— Cicho! — syknęłam,
świadoma kurczącego się czasu. Wolną ręką uderzyłam Croucha w twarz i coś
zaskoczyło. Powieki jeszcze raz zatrzepotały i odrobina koloru wpłynęła na jego
zwiędłą twarz. — Musimy stąd natychmiast wyjść.
— Paniczu
Barty… paniczu Barty… panicz zabić swego ojca, jak panicz mógł…!
Potrząsnął
lekko głową jak pies otrzepujący się z wody. Rozejrzał się i chyba dotarło do
niego, co się stało, bo oblicze rozciągnięte w obojętności stężało, niezdrowy
rumieniec błysnął plamami na skroniach i policzkach, a Crouch spróbował zerwać
się z podłogi.
— Potter…
Potter jakimś cudem uciekł z cmentarza, pojedynkowali się, a teraz… dostałem
veritaserum, przesłuchali mnie, zabrali go… musimy go odnaleźć, dostarczyć
Czarnemu Pa…
Przytrzymałam
go i — o dziwo — runął z powrotem na podłogę. Ręce mu się
trzęsły, oczy lśniły jak w gorączce i taksowały mnie jak z zamiarem
zahipnotyzowania.
— Nie!
W zamku jest minister magii, a skoro cię przesłuchali, założę się, że lada
chwila zaroi się tu od aurorów! Nie przydamy się Czarnemu Panu, siedząc w
Azkabanie. Musimy się stąd wydostać!
— Panicz
zabić… panicz zabić… zabić pana!
Chyba
do niego dotarło, bo choć usta wciąż miał zacięte, skinął głową i byłam już
pewna, że mogłam go puścić. Wstał z moją pomocą i jeszcze raz omiótł wzrokiem
pokój — zapewne w poszukiwaniu mapy, ale zniknął zarówno płaszcz
Szalonookiego Moody’ego, jak i on sam. Przełknąwszy gorycz zawodu, podniosłam z
ziemi różdżkę należącą do McGonagall.
Tymczasem
Mrużka nadal się miotała, zawodząc rozpaczliwie.
— Accio
peleryna-niewidka. — Z otwartego kufra wyskoczyło srebrzyste
kłębowisko, które złapałam w locie. — Masz. Pójdziemy do przejścia.
Tego, co ostatnio.
Rzuciłam
mu różdżkę, ale zanim rozłożyłam płaszcz, skrzatka rzuciła się Barty’emu do
stóp, wczepiając kościste palce w nogawki spodni. Choć w głowie miałam tylko
listę punktów, które musiałam odhaczyć, żeby przetrwać, ten porażająco żałosny
widok sprawił, że poczułam delikatne ukłucie. Spojrzałam na Croucha, który
również się zawahał.
— Panicz
nie od-odchodzi… panicz nie porzucać Mrużki!
A
sekundy uciekały. Jeżeli nikt jakimś cudem nie usłyszał tego szlochu i huku,
którego narobiłam z McGonagall, ktoś i tak lada moment tu przyjdzie, żeby
przetransportować tę dwójkę do ministerstwa. Poruszyłam się nerwowo. Serce
waliło mi dużo bardziej niż wtedy, kiedy szłam tu z zamiarem walki z połową
grona pedagogicznego.
— Musimy
iść. Natychmiast — wydyszałam.
— Nie
możemy jej tu zostawić. Za dużo wie.
— Należy
do Dumbledore’a, nie może z nami pójść.
— Nie
należy ani do Dumbledore’a, ani do nikogo. Ma ubranie, jest tu
zatrudniona.
Sapnęłam
zniecierpliwiona. Przecięłam gabinet, chwyciłam Barty’ego za rękaw i
pociągnęłam, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie.
— W
takim razie zabij ją albo zabierz ze sobą — szepnęłam ze złością — ale
musimy już iść.
Napięcie
zdawało się rozsadzać pokój od środka, napierać na ściany i okna tak, jakby
miało lada moment wypchnąć szyby z framug. Twarz Croucha zmieniła się. Wyrwał
nogawkę z trzęsących się dłoni Mrużki i nim ta zdążyła się zorientować, co
zamierzał zrobić, w gabinecie rozbłysło czerwone światło. Skrzatka runęła
nieprzytomna na plecy, a on zarzucił sobie sflaczałe ciałko na ramię i w
następnej sekundzie już cisnęliśmy się pod peleryną-niewidką.
Droga
na trzecie piętro, gdzie znajdował się posąg Gunhildy z Gorsemoor, zdawała się
ciągnąć bardziej niż całe Trzecie Zadanie i wszystko, co się stało później. Nie
mogłam pozbyć się wrażenia, że spotkanie Molly Weasley miało miejsce potwornie
dawno temu, w poprzednim dziesięcioleciu albo w zupełnie innym wymiarze, gdzie
nad Macy Rosier nie wisiała groźba Azkabanu za atak na nauczycielkę i pomoc
więźniowi w ucieczce.
Czułam
się, jakby ktoś prowadził mnie jak po nitce. Ból kostki narastał z każdym
krokiem, a konieczność poruszania się na palcach nie ułatwiała. Uważając, by
nie zwrócić uwagi portretów, które wyjątkowo nie spały, przeszukiwałam
rozpaczliwie wszystkie opanowane przez lata zaklęcia, ale żadne z nich nie
wyciszało. Dopiero kiedy Barty mruknął Dissendium, a w garbie statuy
pojawiło się przejście, poczułam, że mogłam odpuścić.
Crouch
pomógł mi wleźć do środka. Ciemność, która nas ogarnęła, była jak łyk
słodkiego, ciepłego eliksiru bezpieczeństwa.
Jeszcze
chwilkę, jeszcze kilka minut… kilkadziesiąt stóp i będziemy bezpieczni,
powtarzałam sobie w myślach jak mantrę. Znajdziemy się poza terenem szkoły,
poza zasięgiem mapy i nikt nas nie złapie.
— Macy,
stój — wychrypiał Crouch, kiedy teren zaczął gwałtownie się
obniżać.
Nie
stanęłam. Mocniej zacisnęłam dłoń na jego ramieniu i brnęłam dalej do
przodu.
Jeszcze
chwilkę, jeszcze kilka minut…
— Zatrzymaj
się — powtórzył ostrzej, a koniec różdżki profesor McGonagall
rozświetlił mrok pod płaszczem. Automatycznie zmrużyłam oczy, ale to nic nie
dało. Wszystko było w czarnych plamach. Twarz Barty’ego, za duża szata, bure,
wilgotne ściany. — Zdajesz sobie sprawę, że odchodząc ze mną, palisz
za sobą mosty?
Zabawne,
że pół godziny temu użyłam tego samego określenia.
Spojrzałam
mu w oczy i zdałam sobie sprawę, że patrzyły już zupełnie trzeźwo, poważnie,
bez krztyny otępienia jak jeszcze w gabinecie.
— Zdaję
sobie sprawę. Idziemy. Musimy się stąd wydostać.
Pociągnęłam
go, choć wycieńczone stresem ciało zaczynało się buntować. Nie chciałam myśleć
o tym, co by się stało, gdybym postanowiła zostać w dormitorium, ale odpychane
z całej siły wizje natarczywie szukały wejścia i rozgaszczały się w mojej
głowie jedna po drugiej — profesor Flitwick zaglądający do Wieży
Krukonów, Dumbledore przetrząsający mapę Hogwartu, madame Maxime przesłuchująca
Nelly, bo jak to możliwe, że Nelly nie wiedziała, że…
Jeszcze
jedno ukłucie.
Nelly.
Przez cały ten czas ani raz nie zadałam sobie trudu, żeby się nad tym
zastanowić. Nad kłopotami, jakich jej narobiłam, godząc się na tę
przyjaźń.
Ale
w tej samej chwili korytarz zaczął się prostować i blade światło różdżki
zatrzymało się na ścianie. Dotarliśmy do końca przejścia, a niewyraźny kształt
klapy w suficie świadczył o tym, że byliśmy w Hogsmeade. Dokładnie pod piwnicą
Miodowego Królestwa. Na ten widok olbrzymi kamień spadł mi z serca, ale gdy
tylko uniosłam różdżkę, Barty natychmiast ją złapał.
— Mogą
na nas czekać — rzucił szeptem i chwycił mnie mocno za rękę.
Nic
więcej nie powiedział. Poczułam szarpnięcie w okolicy pępka i znów wpadłam w
przepastną ciemność, ale tym razem bez duszącego smrodu stęchlizny. Pędziliśmy
przez ciasną nicość, zgniatani przez ciśnienie wygniatające powietrze z naszych
płuc, ale w momencie, gdy dyskomfort stał się nie do zniesienia, uderzyłam
gwałtownie stopami o miękkie podłoże.
Nogi
załamały się pode mną i byłabym upadła, gdyby nie ręka wciąż trzymająca
moją.
Znaleźliśmy
się na ciemnym, zaniedbanym podwórku z przodu piętrowego domku. Domku, w którym
już raz byłam. Rozkoszna cisza zakłócana jedynie cykaniem z rozległych łąk
obmyła moje zmysły jak ciepła woda. Na ścieżce nikt się nie kręcił, nie migał
światłem z różdżki, a znajome wrażenie ciężkości strzegącej posesji zaklęć
sprawiło, że roześmiałam się w głos.
Spojrzałam
na Barty’ego i on też się uśmiechał. Padliśmy sobie w ramiona jak wtedy po
Drugim Zadaniu, ale tym razem bez szarpiących się wewnątrz emocji. Jedyne, co
czułam, to szczęście. Szczęście i wszechogarniającą ulgę, która — choć
chwilowa — koiła lepiej niż jakiekolwiek lecznicze eliksiry. Wtuliłam
twarz w jego pierś, ale nie pozwolił mi trwać w tym słodkim zawieszeniu.
Nachylił się, by zajrzeć mi w oczy, a ja dostrzegłam błysk łez i szczęście,
jakiego nigdy u niego nie widziałam.
Jakiego
nie widziałam jeszcze nigdy u nikogo.
— Potter
powiedział… Czarny Pan powrócił — wyrzucił z siebie i zaczerpnął
powietrza. — Wszystko poszło zgodnie z planem.
— Ale…
zaraz, sam mówiłeś… Potter uciekł z cmentarza…
— Na
cmentarzu coś poszło nie tak, ale to nic nie zmienia — wyszeptał z
przejęciem. — Udało nam się, żyjemy, Czarny Pan teraz nas odnajdzie
i… osiągnęliśmy wszystko! Przywróciliśmy mu moc! Daliśmy mu to… Macy,
wyobrażasz sobie to? Przywróciliśmy do życia boga!
Gorący,
rwany oddech raz po raz okalał mi twarz, gdy chwycił w dłonie moje policzki i
przyciągnął tak, że prawie zetknęliśmy się nosami. Drżał. I ja chyba też,
czując, że to nie była już tylko ulga. Nie myślałam o Voldemorcie jak o bogu,
raczej jak o przewodniku, mentorze, który doceniłby moje zdolności. Nie
oceniał. Albo jak o duchu, jakiego do tej pory nie potrafiłam sobie
zwizualizować — zwłaszcza po tamtej pamiętnej nocy w Crouchwood Hall.
— Tylko
jak mamy teraz go odnaleźć…?
— On
sam nas znajdzie. Wierzę, że tak się stanie — odparł. — Nie
istnieje nikt bardziej mu oddany. Potrzebuje nas.
Barty
miał rację — byliśmy mu potrzebni. Jemu, Czarnemu Panu,
najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi na świecie. Ja byłam mu potrzebna.
Ta wątła, naiwna dziewczyna, która uwierzyła anonimowemu mężczyźnie na
Millennium Bridge, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi i zdobyć SUM-a z eliksirów.
Choć chyba jednak nie aż tak wątła, skoro skutecznie rozbroiła profesor
McGonagall. Jej różdżka w dłoniach Barty’ego — niczym trofeum — stanowiła
dowód, że potrafiłam.
Tak.
Zdecydowanie mogłam. I chciałam.
Uskrzydlona
tym odkryciem, tym razem już z pełną świadomością tego, co robiłam, zbliżyłam
się jeszcze trochę i pocałowałam go. Odpowiedział na to z entuzjazmem,
namiętnie, ale bez nerwowości, jaką pamiętałam z lutego. Trwaliśmy tak przez
długą, pełną słodkiego uniesienia chwilę — dwoje szczęśliwców
celebrujących zwycięstwo, o którym marzyliśmy przez całe życie. Jego miękkie
usta i ręce sunące zachłannie po włosach i plecach wymazały mi z głowy resztki
obaw związanych z naszą ucieczką. Nie było aurorów plądrujących sąsiednie łąki,
Azkabanu, przesłuchań — tylko my tkwiący w pełnym żaru uścisku. A
kiedy się od siebie odsunęliśmy, nie uciekłam. Nie błądziłam wzrokiem ani nie
jąkałam się bez sensu. Zachichotałam tylko bezgłośnie, czując gorąco zalewające
policzki, ale Barty nie wyglądał na zakłopotanego. Przyglądał mi się przez
chwilę z niezwykłą intensywnością, głęboko, jakby pocałunek został przerwany
zbyt wcześnie. Jakby coś miało jeszcze potem nastąpić, ale nie zrobił
następnego kroku. Ostatni raz pieszczotliwie przejechał dłonią po mojej skroni
i zaproponował, żebym chociaż chwilę się zdrzemnęła, ale to nie był jeszcze
moment na sen.
Na
liście został ostatni punkt do spełnienia.
— Muszę
pójść do Gringotta, zanim wszyscy się zorientują, że pomogłam ci uciec — wyjaśniłam.
W
jego oczach błysnęła obawa, ale nie dyskutował. Skinął tylko głową i pokazał mi
miejsce, gdzie mogłam po wszystkim bezpiecznie się aportować. Z powiększonego
kufra wyciągnęłam jesienną pelerynę — jedyne ubranie czarownicy, pod
którym mogłam ukryć szkolny mundurek — i punkt pierwsza dwadzieścia
trzy zniknęłam w ciasnej, duszącej otchłani.
Nie
miałam pojęcia, czy to świadomość powrotu Czarnego Pana, czy zupełnie nowy
obraz samej siebie, ale szłam w stronę banku całkowicie pewna, że tej nocy ze
wszystkim sobie poradzę. Noc na Pokątnej odarła tę ulicę z całej jej
przytulności, jaka wypełniała ją za dnia. Ciemne witryny były zwykłymi
witrynami, martwe, puste zaułki nie różniły się niczym od zaułków mugolskiego
Londynu, który tak dobrze znałam. Świeciły się tylko pojedyncze okna na
piętrach i on — olbrzymi gmach pośrodku niewielkiego deptaka.
Może
gobliny, które zasiadały za długą, wysoką ladą, zaskoczyła ta późna wizyta, ale
nie dały tego po sobie poznać, gdy szłam pewnym krokiem przez środek porządnie
oświetlonej sali. Ten, przy którym się zatrzymałam, przywitał mnie grzecznym dobry
wieczór, jak gdyby codziennie o tej porze obsługiwał dziewczęta w
jesiennych pelerynach.
— Dobry
wieczór — odpowiedziałam uprzejmie. — Nazywam się Macy
Rosier, chciałabym wejść do swojej krypty.
*
Spodziewał
się, że aurorzy odnajdą dom znacznie szybciej, ale doszedł do wniosku, że ich
pierwszym wyborem było Crouchwood Hall. Otoczone bagnami dworzyszcze w samym
sercu lasu znacznie bardziej nadawało się na kwaterę porywaczy szefa
Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. I w sumie mieli rację, choć
równie dobrze mogli stanąć przed ścianą losowego mugolskiego budynku i
oczekiwać, że ta odskoczy.
Tym
bardziej, że mugolskie ściany rzadko miały zwyczaj odskakiwać — podobnie
jaki kilkusetletnie rezydencje starych, czarodziejskich rodów otwierać się
przed nieproszonymi gośćmi.
Na
wszelki wypadek odświeżył wszystkie ochronne zaklęcia otaczające dom, choć
wyglądało na to, że mieli jeszcze przynajmniej kilka godzin względnego spokoju.
Przeczesanie rozległych łąk Clovy musiało być czasochłonne nawet dla
pracowników ministerstwa.
A
może zwłaszcza dla nich.
Czuł,
że efekt veritaserum powoli mijał, ale i tak przetrząsnął wszystkie skrytki, w
których ojciec mógł przechowywać mikstury. Znalazł kilka flaszeczek z eliksirem
pieprzowym, coś na sen i na nerwy, ale żadnego neutralizatora ani niczego, co
mogłoby mu się teraz przydać.
No
nic — musiał uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż Czarny Pan sam
się z nim skontaktuje.
Ułożywszy
nieprzytomną Mrużkę na kanapie w salonie, zamknął się w toalecie na piętrze,
gdzie pozbył się za dużego buta, szat aurora i długo badał swoje odzyskane
ciało. Nie był w stanie wyrwać się z objęć derealizacji — zupełnie
jakby tak dobrze znany mu młodzieniec o mlecznobiałej, piegowatej karnacji,
lichym zaroście i długich, jasnych włosach zamieszkiwał ciało Barty’ego tak,
jak Barty przez ostatni rok zamieszkiwał ciało Alastora Moody’ego. Możliwe, że
to kwestia światła, ale czuł się dziwnie, analizując nadzwyczaj idealną
symetrię własnej twarzy.
Nadzwyczaj
idealną — z parą jednakowych oczu, zdrowym nosem i kompletnym
uzębieniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale w tym momencie wydał się
sobie bezwstydnie przystojny. Wystarczyło mieć skórę, która nie przypominała
szarpanej wołowiny.
Zszedł
na dół niecałe pół godziny później, czując się jeszcze bardziej nieswojo we
własnych ubraniach i w pomieszczeniach przesyconych zapachem słodko-gorzkich
wspomnień sprzed Azkabanu. Poziom zakurzenia świadczył o tym, że nikt nie
zaglądał do domu od bardzo dawna. Spiżarka świeciła pustkami, nie licząc
resztek puszkowanego żarcia, jakim przez pewien czas żywił się ojciec, dopóki
Glizdogon nie sprowadził go do Crouchwood Hall, pojedyncze kwiaty, które
przetrwały bez opieki skrzatki, dawno zwiędły, a trawa w ogrodzie wręcz błagała
o przycięcie.
Świetnie,
Mrużka się ucieszy, zawsze lubiła wyzwania, pomyślał
naiwnie.
Właśnie,
Mrużka.
Przyświecając
sobie różdżką McGonagall, wrócił do salonu, gdzie odnalazł skrzatkę niezmiennie
leżącą na kanapie, z tą jedną różnicą, że miała już otwarte oczy.
A
jednak nie był tak naiwny. Niewidzialne więzy nie pozwalały jej się przemieścić
ani o cal, świeżo odnowione zaklęcia blokowały teleportację wewnątrz domu.
Crouch zbliżył się powoli do kominka i rozpalił ogień, a ciepłe, miłe dla oka
światło zalało część pokoju, nadając mu odrobinę dawnej zwodniczej
przytulności.
— Przykro
mi, że musiałem cię spętać — odezwał się, a jego własny głos wydał mu
się jeszcze bardziej nieadekwatny niż dwie zdrowe nogi i odbicie w lustrze. — Nie
służysz już tej rodzinie, nie mam pewności, że nie sprowadzisz tu
aurorów.
— Mrużka
przyrzekła pani chronić panicza Barty’ego.
— Pana
Barty’ego — poprawił ją łagodnie i przysiadł na piętach tyłem do
kominka. Ciepło buchające z paleniska zawzięcie napierało mu na plecy. — Teraz
jestem panem tego domu. Ostatnim spadkobiercą, od kiedy zabiłem mojego ojca.
Powiedz mi, Mrużko, nadal zamierzasz mnie chronić, chociaż wiesz, że to
zrobiłem? Nie było w tym przypadku i dobrze wiesz, że marzyłem o tym od dawna.
I nie tylko przez to, co zrobił. Gdybym chciał wzbudzić w kimś współczucie,
mógłbym się tym zasłaniać, ale prawda jest taka, że zabiłem go przede wszystkim
dlatego, że chciałem. Jak ci się podoba taki pan?
Okrągłe,
brązowe oczy wypełniły się łzami, ale zamiast rozpaczy pojawiła się
determinacja, jakiej Barty nie widział w nich od dnia, gdy ojciec pozbył się
skrzatki w tamtą pamiętną noc.
— Wcale
się nie podoba. Ale Mrużka wierzy, że pan Barty ma w sobie dobroć swojej
najdroższej matki, która oddała życie za jego wolność. Mrużka zawsze będzie
lojalna, chociaż dostała ubranie i jest niczyja.
Ostatnie
słowa sprawiły, że głos jej zwilgotniał, ale nie popłynęła więcej ani jedna
łza. Spieczone usteczka zacisnęła w wąską linię, oczy zrobiły się jeszcze
większe i wpatrywały się w niego z pełną żaru nadzieją, dopóki nie skinął
różdżką, a na dłoni pojawiła się znikąd zwykła poszewka na poduszkę.
— Dobroć
mojej matki — powtórzył z zadumą. — Dobroć mojej matki
zaprowadziła ją do grobu. A zło doprowadziło tam ojca, więc chyba to nic nie
znaczy. Nie ma dobra i zła, Mrużko. Jest tylko Czarny Pan.
— Mrużka
zrobi wszystko, żeby pan przywrócił Mrużkę do służby.
Zaśmiał
się pod nosem cicho i bez humoru. Zawdzięczał jej życie i choć była tylko
domowym skrzatem, na myśl, że mogłaby zniknąć, cierpła mu skóra.
— Nie
będę oczekiwał od ciebie wszystkiego — rzekł, wodząc palcami po
poszewce. — Mrużko, przyjmuję cię pod mój dach. Wyrzekniesz się
ubrania i od tej chwili będziesz służyć temu domowi z oddaniem, a twoją służbę
zakończy śmierć albo ubranie.
Koniec
różdżki rozjarzył się bielą, która pochłonęła na moment jasną tkaninę, a
skrzatka wydała z siebie długie, spazmatyczne westchnienie. Łzy spłynęły po
pergaminowych policzkach i zniknęły w głębokich bruzdach, a Barty mógł
przysiąc, że w zeszłym roku jeszcze ich nie widział. Cofnął wszystkie ochronne
zaklęcia, czując przy tym dziwną słabość zwiastującą wzruszenie — jakby
wraz z cząstką czegoś znajomego duchowa obecność matki po tylu latach stała się
wyczuwalna.
Czy
pochwalałaby jego uczynki?
Skoro
poświęciła życie, by ofiarować mu wolność, zapewne się z tym pogodziła. I
Mrużka również będzie musiała to zrobić.
— Zamknij
pokój Elenai — polecił jej, kiedy stanęła na trzęsących się nogach,
ocierając twarz rękawem brudnej bluzeczki. — I przygotuj pokój
rodziców dla Macy. Zostanie z nami przez jakiś czas.
Drgnęła
nerwowo, ale ciało szybko przypomniało sobie dawne zwyczaje, bo prawie
natychmiast pochyliła się w głębokim ukłonie.
—
Nie podoba ci się to — dodał.
Chyba
była na siebie zła za ten ruch, lecz więcej z niczym się nie zdradziła, tylko
wyrecytowała do podłogi:
— Mrużka
wykonuje swoje polecenia. Mrużka nie jest od osądzania, co jej się podoba, a co
nie.
Chciała
odejść, ale szybko ją zatrzymał. Zanim Macy wróci, a zegar podpowiadał mu, że
stanie się to lada chwila, musiał wszystko skrzatce wyjaśnić, musiała zrozumieć
i zaakceptować. Zwłaszcza że liczył, że ten tymczasowy pobyt potrwa jak
najdłużej. Po pięciu miesiącach codziennego śledzenia Krukonki na mapie nie
potrafił przyzwyczaić się do myśli, że Macy tak po prostu miałaby wyparować z
jego życia.
— Ona
nie ma dokąd pójść — rzekł. — Nie może wrócić do swojej
rodziny, bo tak jak mnie grozi jej więzienie. Wydostała nas z Hogwartu.
Rozumiała.
Widział to w jej oczach — była w końcu całkiem inteligentną skrzatką
i chyba właśnie dlatego zajmowała szczególne miejsce w jego sercu. Nie dlatego,
że przez lata codziennie przygotowywała mu ulubione desery i namawiała ojca na
drobne rozrywki. Miała przy tym własne zdanie i Barty po prostu lubił z nią
rozmawiać.
— Mrużka
wszystko przygotuje — odparła i odeszła dopiero wtedy, gdy pozwolił
jej skinieniem głowy.
W
dobrym momencie — na schodach rozległ się trzask sygnalizujący
aportację, a zaraz po tym huk zbijanej doniczki.
— Reparo — mruknęła
Macy, gdy wyjrzał przez boczne okienko. Pomachała w odpowiedzi i czym prędzej
wślizgnęła się do środka. Oczy miała czujne i okrągłe ze strachu, ale na ustach
czaił się nerwowy uśmiech. Pokazała mu powiększoną sakiewkę i rzuciła na
wydechu: — Jest tego więcej, ale bez względu na to, czy jestem
kryminalistką, czy jeszcze nie, czuję się bezpiecznie, wiedząc, że w razie
wpadki zostanie mi jeszcze jakieś złoto. Rzuciłam Imperius na goblina, który
mnie obsługiwał. Myślę, że i tak ministerstwo się zorientuje, że tam byłam, ale
jeżeli mam okazję chociaż trochę odciągnąć to w czasie…
Zawiesiła
głos, a intensywność spojrzenia, jakim zmierzyła Croucha, wywołało w jego
brzuchu przyjemny skurcz — zwłaszcza na wspomnienie pocałunku, jakim
go pożegnała. Przyjął od niej skórzany worek i zważył w dłoni.
— Kolejny
punkt do azkabańskiego CV — mruknął.
— Myślę,
że Imperius rzucony na goblina, żeby wybrać złoto z własnej skrytki, nawet nie
stoi obok tego, co zrobiłeś z ojcem — odparła i choć Barty zdążył już
trochę ją poznać, był zaskoczony lekkością, z jaką to powiedziała.
Rozejrzała
się po korytarzu, a potem po salonie, w którym opadli w fotelach po przeciwnych
stronach ławy. Ogień buzujący w kominku oświetlał mocno jedną część twarzy
dziewczyny, maskując ślady zmęczenia, ale ta ukryta w cieniu zdradzała ogromną
podkowę pod okiem. Milczeli przez dłuższy czas, każde pogrążone we własnych
myślach, delektując się ciszą. Jedynie z piętra docierał stłumiony dźwięk
otwieranych i zamykanych szafek. Macy też to usłyszała, bo zapytała:
— Ufasz
jej?
— Powierzyłbym
jej własne życie — odparł bez zastanowienia.
Nie
skrzywiła się. Nie dramatyzowała, nie próbowała go przekonać, tylko skinęła
głową i przymknęła powieki, a do Barty’ego dotarło, jak była młoda. Przez cały
rok prawie wcale o tym nie myślał, choć wtedy jeszcze pozostawała uczennicą,
ale tożsamość Moody’ego tak mocno wryła mu się w jego własną, że nie postrzegał
siebie jako Barty’ego Croucha. Raczej jako pustą skorupę, którą w całości
wypełnił emerytowany auror. I nawet teraz — choć nie miał jeszcze
trzydziestu trzech lat, a wiek Szalonookiego przestał mu ciążyć — odnosił
wrażenie, że dla Macy to wszystko było za wcześnie.
Za
wcześnie, chociaż przecież sam odkrył swoje powołanie jeszcze w
Hogwarcie.
Ale
on miał mentorów. Uczył się od Bellatriks i Rudolfa, prowadził z Rabastanem
długie rozmowy, wiedział, co może go czekać, ile musiał poświęcić, a Macy miała
stanąć przed Czarnym Panem tu i teraz — gotowa na służbę. Żałował, że
nie poświęcił temu więcej czasu, jakby z góry założył, że wiedziała to wszystko
tylko ze względu na ogromną determinację.
— Potter
opowiedział mi o wszystkim, co się stało na cmentarzu — rzekł, a
dziewczyna natychmiast otworzyła oczy.
— To
prawda, że pojawił się z ciałem Cedrika Diggory’ego? — spytała
zachrypniętym głosem. — Skąd się tam wziął Diggory?
Owszem,
może była młoda, pomyślał, widząc, jak lustrowała go
wzrokiem. Wzrokiem zupełnie dojrzałej, świadomej kobiety. Ale powinna
wiedzieć — może właśnie ze względu na tak młody wiek.
— Usuwałem
wszystkie możliwe do usunięcia przeszkody. Pozbyłem się Delacour, zaczarowałem
Kruma, ale nie miałem wpływu na idiotyczną szlachetność Pottera — wyjaśnił. — Kiedy
Krum zaatakował Diggory’ego, Potter, zdaje się, oszołomił Kruma i później
wspaniałomyślnie uznał, że powinni z Diggorym wspólnie złapać za puchar.
I
opowiedział jej o wszystkim, czego dowiedział się od chłopaka. O cmentarzu, o
Glizdogonie i o śmierci Diggory’ego, o pojedynku z Czarnym Panem i ucieczce
Harry’ego Pottera, a następnie o veritaserum, własnym przesłuchaniu w obecności
Dumbledore’a… i o tym, co powiedział o niej, przy czym zdawało mu się, że to
wszystko miało miejsce bardzo dawno temu — w jakimś odległym świecie,
w zupełnie innym życiu. Macy nie odezwała się ani słowem. Przysłuchiwała się
temu z lekko zmarszczonym czołem, jakby próbowała doszukać się tam drugiego
dna.
Ale
drugiego dna nie było. Po prostu nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Kończąc,
spodziewał się, że jakoś to skomentuje, zacznie wypytywać, ale Macy siedziała w
bezruchu i przyglądała mu się czujnie, jakby wciąż mówił. Było mu z tym
cholernie niewygodnie, choć przecież przez lata ojcowskiej niewoli przywykł do
ciężkiej aury milczenia. Czuł, że musiał poruszyć ten jeden temat, który ze
wstydu do tej pory ledwo musnął, mimo że wszystko aż się w nim skręcało.
Przełknął z trudem palącą suchość w gardle.
— To
wszystko, co im powiedziałem o tobie i twoich rodzicach…
— Wiem,
Barty — przerwała mu bez kropli goryczy w głosie. — Wiem,
jak działa veritaserum. Myślę, że i bez veritaserum Dumbledore natychmiast
powiązałby moje zniknięcie z twoją ucieczką. W końcu to Dumbledore. Nie, to nie
to, po prostu… nadal nic się nie zmienia. Trwamy w zawieszeniu. Ostatni rok
dawał mi poczucie dążenia do czegoś określonego, a teraz znów nie wiem, na czym
stoję.
Rozumiał
i nie rozumiał jednocześnie. Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co mówiła
Macy, bo właśnie tym była praca dla Czarnego Pana — jedną wielką
ekscytującą niewiadomą. I Croucha właśnie to pociągało. Sława, złoto i groza,
jaką mogłoby budzić jego nazwisko wśród zwykłych ludzi, były wyłącznie skutkiem
ubocznym, o który nie dbał.
— Nie
pocieszę cię: tak by było, nawet gdyby wszystko poszło zgodnie z planem.
Wydęła
usta w uśmiechu.
— Wiem.
Ale chociaż jedno byłoby pewne na sto procent. Niepewność.
Ich
dywagacje przerwał jeszcze jeden odgłos teleportacji. Trzask wyrwał ich z
sennego odrętwienia, tak, że oboje zerwali się na równe nogi, ale nim któreś
wyjrzało na korytarz, rozległo się spokojne pukanie do drzwi.
Crouch
opuścił lekko różdżkę.
W
tej sytuacji aurorzy nie pukaliby do drzwi. A już z całą pewnością nie pukaliby
spokojnie.
Zbliżył
się do wejścia i ostrożnie odsunął zasłonkę w wąskim okienku tuż obok framugi,
a na zewnątrz, mimo rozpływającej się powoli ciemności, spostrzegł czyjeś ramię
spowite w czerń oraz kończącą ją dłoń o bardzo długich i bardzo białych
palcach. Palcach, które już kiedyś widział i wryły mu się w pamięć tak mocno,
że nieraz nawiedzały go w snach.
Wpuścił
przybysza do środka i bez wahania upadł na kolana, jakby próg jego domu
przekroczył sam Bóg. I po części tak właśnie było, ponieważ mężczyzna nie
przypominał w pełni człowieka. Bardzo wysoki i chudy, odziany w długą, czarną
szatę, emanował jakąś dziwną, upiorną poświatą — bardziej wyczuwalną
niż dostrzegalną gołym okiem, choć Barty nie widział do tej pory tak
przeraźliwie bladej, prawie doskonale białej skóry. Intensywność spojrzenia
czerwonych oczu nie pozwalała spoglądać prosto w twarz — prawie jak
pod groźbą utraty życia — choć Barty’emu wystarczyło zerknąć, by
wiedzieć, że na posągowej twarzy próżno było szukać gniewu. Cienkie, wężowe
szparki zamiast nosa trwały w bezruchu, podobnie wąskie usta, dopóki Czarny Pan
nie przemówił spokojnym, niemal łagodnym głosem:
— Dwójka
moich najbardziej oddanych sług. A więc udało wam się wydostać z
Hogwartu.
Macy
milczała na klęczkach, sztywna i z rękami na podłodze, ale Crouch czuł, że to
na nim skupiło się to prześwietlające, pełne żaru spojrzenie — był
pewien, że przez ułamek sekundy w tych dwóch wielkich rubinach błysnęło
zaskoczenie.
— Tak
jest — odpowiedział. — W pierwszej chwili myśleliśmy, że to
aurorzy.
Wysoki,
pobłażliwy, choć zupełnie pozbawiony humoru śmiech wypełnił każdy kąt
przedpokoju.
— Owszem.
Wiem od Glizdogona, że dokonano już pierwszych prób sforsowania posiadłości,
ale potęga starożytnych zaklęć po tysiąckroć przewyższa żałosne iskierki, jakie
jest w stanie wytworzyć rozwodniona krew mieszańców.
Nie
mówił. Syczał. Rozkazał im podnieść wzrok i Barty natychmiast to uczynił,
czując przenikającą go na wskroś magię swego pana. Napierała ze wszystkich
stron, koiła, była jak haust czystego powietrza po latach zamknięcia w ciasnym,
dusznym lochu. Tkwili tak w ciszy, poddani tej natarczywej energii, aż sekundy
znów zdawały się ciążyć, jak gdyby Lord Voldemort oczekiwał, że zostanie
ugoszczony.
Dopiero
wtedy do niego dotarło.
Czarny
Pan w jego domu — w pełni sił, we własnym ciele, które pomogli mu
odzyskać. Crouch poczuł, jak mieszanka patosu i wzruszenia ścisnęła go za
serce, tak, że przez chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa.
— Nasz
pan ma prawo tu wejść w każdej chwili — wydusił z siebie, gdy ten
rozejrzał się wokół, jakby skanował pomieszczenia przez ściany. — O
każdej porze dnia i nocy. Wszystko tu jest dla jego dyspozycji.
— Mimo
wszystko szanuję zasady dobrego wychowania — rzekł, a oczy mu
rozbłysły. Wzrokiem zatrzymał się za plecami Croucha, w miejscu, gdzie wciąż
klęczała Macy. — Wiem już wszystko. Tym razem to wy jesteście
zaproszeni do mojego domu. Glizdogon zjawi się wieczorem.
Schylił
się, a biała, długopalczasta dłoń chwyciła Barty’ego za ramię i podciągnęła — z
zaskakującą siłą i delikatnością, zmuszając, by się wyprostował, a on, choć
zwykle górował nad większością swoich szkolnych przyjaciół, poczuł się przy
Voldemorcie niezwykle mały i słaby. Miejsce, którego dotknęła ręka Czarnego
Pana, paliło jeszcze długo po tym, jak on sam się teleportował.
Znów
zostali sami, ale już nie samotni.
Wcale
go nie zaskoczyło, że to Macy odezwała się jako pierwsza.
— Dlaczego
pojawił się tu osobiście? — zapytała szeptem, wciąż wpatrując się w
miejsce, w którym zniknął.
Pierwszy
raz poczuł w związku z nim nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
— Słyszałaś,
co powiedział — rzekł i gestem zaprosił ją na schody. — Jesteśmy
mu najbardziej oddani. Najwidoczniej uznał, że na to zasługujemy.
Choć
prawda była jedynie połowiczna, dziewczyna nie drążyła tematu. Na zewnątrz
zaczynało świtać. Bez słowa pozwoliła się zaprowadzić do sypialni na piętrze,
gdzie czekało przygotowane łóżko i wyciągnięta z kufra piżama. Macy posłała
Barty’emu ostatni niemrawy uśmiech, jak gdyby zmęczenie w połączeniu z szokiem
spowodowanym tą niespodziewaną wizytą wyssało z niej resztkę sił. Kiedy drzwi
się za nią zamknęły, a Crouch zszedł na dół, wcale nie czuł się senny. Przez
kuchenne okno obserwował powolną wędrówkę słońca i mierzył się z nieprzyjemną
prawdą, która — był tego pewny — musiała zaświtać również w
głowie Krukonki: przybył tu, żeby się przekonać, czy ona wciąż żyła. Czy
pozostali mu wierni. Czy czekali.
I
ten błysk zaskoczenia w jego oczach…
~olka
OdpowiedzUsuń16 sierpnia 2011 o 23:50
To co Macy zobaczyła w lustrze było dość przerażające……….Pozdrawiam.
17 sierpnia 2011 o 13:41
UsuńTo ją będzie dłuuugo prześladować xD
~fear
OdpowiedzUsuń17 sierpnia 2011 o 09:27
Jej! Jak się cieszę, że Macy udało się uratować Cruch’a! A tak się o niego bałam. Ufff. To co Macy zobaczyła w tym lustrze mną wstrząsnęło brr! Co raz bardziej jestem ciekawa, jaki to ponury sekret skrywa ten „opuszczony” dom. No cóż rozdział jak zwykle cudowny xD Nie mogę się doczekać rozdziału, w którym będą opisane wydarzenia z Departamentu Tajemnic. Pozdrawiam:
~fear
Usuń17 sierpnia 2011 o 09:28
Zapomniałabym wspominałaś coś o możliwości zrobienia szablonu, chętnie skorzystam i wdzięczna będę ;]
17 sierpnia 2011 o 14:00
UsuńOk, to ja kończę rozdział na czwórkę, robię nowego bloga, a potem szablon. Czyli tak – Harry, Hermiona, Draco? xD
~fear
Usuń17 sierpnia 2011 o 23:26
Tak, wielkie dzięki. Widząc twoje szblony jestem pewna, że będzie cudowny. Dziękuje
18 sierpnia 2011 o 16:57
UsuńBędę się starać, jak tylko mogę, w końcu twarz Hermiony trudno jest mi znieść xD
~fear
Usuń18 sierpnia 2011 o 19:38
Rozumiem, ja tez średnio ją lubię, ale miałam ochotę na coś tego typu no i potrzebowałam Hermiony:D Dlatego piszę w 3 osobie:D Jeszcze raz dziękuje:D
19 sierpnia 2011 o 08:40
UsuńHaha, taak, w pierwszej osobie pisać za Hermionę to naprawdę trzeba być hardcorem xD
17 sierpnia 2011 o 13:58
UsuńHahaha, nareszcie wolna! Nareszcie mogę opisywać wszystko tak, jak chce, łiiii xD I części Pottera mnie nie ograniczają xD
~fear
Usuń17 sierpnia 2011 o 23:28
I bardzo dobrze. Może będziesz tak litościwa i ocalisz jeszcze raz Syriusza co? ;]
18 sierpnia 2011 o 17:15
UsuńA może do bitwy w Ministerstwie wcale nie dojdzie? xD
~fear
Usuń18 sierpnia 2011 o 19:39
Oo! To jeszcze lepszy pomysł;] No to mnie zaciekawiłaś! Czekam z niecierpliwością;]
Julia_S
OdpowiedzUsuń18 sierpnia 2011 o 18:59
Hej :) Chcę ci powiedzieć, że bardzo mi się podoba twój styl pisania. Piszesz tak… swobodnie, lekko. Zostałaś dodana do linków na http://marauders-world.blog.onet.pl/Ach, i mogłabyś informować mnie o nowych postach ?
19 sierpnia 2011 o 08:42
UsuńSpoko, mogłabym :D
unnamed20@onet.pl
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2011 o 23:26
Dzięki Bogu! udało jej się go uratować, ja już myślałam, że zabijesz kochanego Bartego :( ale cóż pozory mylą :D bardzo mi się podoba, czekam na kolejną NN :) everything-scares
23 sierpnia 2011 o 20:34
UsuńHahaha, nie zabiłabym go, bo by już nudno było xD
~Nieśmiertelna
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2011 o 20:42
Przerażasz mnie trochę swoimi pomysłami xD ale i tak Cię uwielbiam <3oo, dedykacja dla mnie xD miło
28 sierpnia 2011 o 16:36
UsuńHahahaha, mam straszne pomysły, ave m/