2 listopada 2010

7. Sekretny ogród


Pierwsza wycieczka do Hogsmeade w tym semestrze wypadała dopiero dwudziestego pierwszego listopada na trzy dni przed pierwszym turniejowym zadaniem. Wszystkie trzy szkoły jakoś przywykły do dwóch reprezentantów Hogwartu — po części dlatego, że nie miały wyboru, a po części ze względu na fakt, że drugim reprezentantem był średnio utalentowany czternastolatek. Nikt nie widział w nim realnego kandydata na zwycięzcę. Ja również, ale ostatecznie nie o to w tym chodziło. Harry Potter musiał dostać się do turnieju i jakoś przetrwać do ostatniego zadania, a Crouch miał mu w tym pomóc. Moja rola w tym wszystkim nadal była bardzo mgliście określona. 

Żeby nie powiedzieć wcale. 

Barty nie wahał się ze zdradzeniem mi zasad Pierwszego Zadania, lecz nie widziałam w nim nic, do czego mogłabym się przysłużyć. Obejście dorosłego smoka i wykradzenie złotego jaja zawierającego wskazówkę do zadania numer dwa było wyzwaniem dla wykwalifikowanego czarodzieja, nie mówiąc o przeciętnym nastolatku, ale Crouch wydawał się w związku z tym zupełnie spokojny. Nie zostało mi nic więcej jak czekać. 

Z zamku wyruszyłam jak zwykle sama. W powietrzu już dało się wyczuć nadchodzącą zimę. Na otwartych przestrzeniach hulał wiatr, kąsał policzki i porywał do tańca rozpuszczone włosy, przymrozki o wschodzie słońca stały się codziennością, mocno skracając moje poranne spacery po lesie. Sobotnie przedpołudnie zapowiadało się — jako jedno z nielicznych — wyjątkowo słonecznie. Pojedyncze promienie zaglądały nieśmiało przez szpary w szarych chmurach znaczących bladoniebieskie niebo. Schodząc powoli ścieżką w kierunku bramy, czułam pewne braki, które nigdy dotąd nie towarzyszyły mi w drodze do wioski. Dopiero mijając chatkę Hagrida i zaparkowany nieopodal powóz Beauxbatons, zlokalizowałam pochodzenie owegu braku. 

Zatrzymałam się pod wpływem tego niespodziewanego olśnienia. Nigdy nie szukałam Nelly, bo ta zawsze znajdowała się sama. Widywałyśmy się na posiłkach czy w bibliotece, a później jakoś tak… zostawałyśmy razem do samego wieczora, kiedy trzeba było się rozstać w sali wejściowej. I tak każdego następnego dnia przez ostatnie dwadzieścia jeden dni tej niespodziewanej znajomości. 

Przez dłuższą chwilę walczyłam z bolesnym skurczem w żołądku, a kolejne mijające mnie grupki paplały i rechotały w najlepsze, ciesząc się z ładnej pogody i własnego towarzystwa. Nelly wykonała pierwszy krok i teraz ode mnie zależało, czy wyjdę jej na spotkanie, czy wrócę na ścieżkę w kierunku samotnej wycieczki do Hogsmeade. 

Jakże symbolicznie. 

Kolana miałam całkowicie miękkie, drepcząc powoli przez wyschnięty trawnik. W tym momencie pragnęłam całym sercem zamienić się miejscami z Harrym Potterem i stanąć przed dorosłym smokiem. Wszystko, byle tylko nie pukać w te niebieskie drzwi powozu. 

Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w wymyślny, zdobiony ornamentami herb Beauxbatons wymalowany złotą farbą na wysokich drzwiczkach — dwie skrzyżowane ze sobą różdżki, z której strzelały ruchome gwiazdki. Śledziłam ich drogę, jak opadały, blednąc powoli na błękitnym drewnie, ale z każdym kolejnym pojawieniem się nowych czułam się tylko gorzej i gorzej. Gula w gardle osiągnęła już chyba rozmiary smoczego jaja, bo każdy wdech wymagał coraz większego wysiłku. Niewiarygodne, że na zewnątrz było tylko pięć stopni — ręce w rękawiczkach zaczynały tonąć w pocie. 

Tylko spokojnie, Macy. Co może się stać, powtarzałam sobie bez przerwy w myślach. Nie wyrzucą cię ze szkoły za zaproszenie koleżanki na spacer.  

To pytlowanie w głowie przerwał jakiś dźwięk z wnętrza karety. Krew zaszumiała mi w uszach i automatycznie uniosłam zesztywniałe ramię. Zastukałam.

Z wyschniętym na wiór gardłem nasłuchiwałam zbliżających się kroków, aż w końcu złota klamka poruszyła się i serce we mnie zamarło. W progu stanęła jakaś ubrana w gruby sweter i czapkę dziewczyna o charakterystycznych ostrych rysach i grubych, czarnych brwiach przypominających gąsienice. Zmarszczyły się nieprzyjaźnie, kiedy ich właścicielka zmrużyła oczy i obrzuciła moje włosy jeszcze bardziej niemiłym spojrzeniem. 

— Przyszłam do Nelly — powiedziałam natychmiast, zanim zdążyła się odezwać. 

Nie odwracając ode mnie oczu, zawołała coś śpiewnie po francusku, a z głębi powozu dało się słyszeć entuzjastyczną odpowiedź i dźwięk przyśpieszonych kroków. Speszona świdrującym wzrokiem Francuzki nie śmiałam zerknąć  do środka, dopóki tuż nad ramieniem koleżanki nie pojawił się płowy czubek głowy Nelly. 

— Macy, co tak wcześnie? — zawołała, wpychając się między framugę i swoją ciemnowłosą koleżankę. 

— Mamy dzisiaj w-wypad do Hogsmeade — odparłam stłumionym głosem. — Nie chciałabyś się z nami… ze mną wybrać? 

Jej jasne oczy zrobiły się jeszcze bardziej przejrzyste. 

— Jeszcze pytasz! Bien sûr, że bym chciała! Zaczekaj, pójdę zapytać. 

Zniknęły obie w zaskakująco szerokim, wyłożonym delikatną lamperią korytarzu, przez chwilę dało się słyszeć jakąś szybką wymianę zdań po francusku przeplataną jeszcze szybszą bieganiną, a po niecałej minucie w drzwiach powozu stanęli Nelly i Gaston — oboje ubrani w grube, granatowe płaszcze z miniaturowymi herbami szkoły i identycznymi ocieplanymi tiarami. 

— To co, idziemy? — zapytała Nelly, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. — Słyszałam, że Hogsmeade to największa wioska w Wielkiej Brytanii zamieszkała w stu procentach przez czarodziejów. To prawda? 

— Tak, chociaż Hogsmeade nie jest wcale takie duże — odparłam, kiedy weszliśmy z powrotem na dróżkę prowadzącą do bramy. — W Wielkiej Brytanii większość czarodziejów mieszka raczej między mugolami, wiecie, asymilują się. Zwłaszcza ci, którzy nie są czystej krwi. A jak jest u was? 

— To zależy, gdzie mieszkasz. Moja rodzina jest z Paryża, tam niestety trzeba się ukrywać przed mugolami, ale Gaston mieszka w takiej wiosce bez ani jednego mugola. Prawda, Gaston? 

— Ano — odparł nieco zmieszany jak zawsze, kiedy był zaskoczony nagłą koniecznością wypowiedzenia się po angielsku. — Ja mieszka w Fointclair, to jest… eee… sześćdziesiąt dziesięć kilometry od Dunkerque… może ti była? Mamy sto procent czarodzieje i la plus grance usine d’Amortentia… eee… robimi duzio eliksirów do kochania. 

Udałam, że nie zauważyłam cienia frustracji przebiegającego przez twarz Nelly, w zamian za to uśmiechnęłam się do Gastona, którego twarz pociemniała gwałtownie pod wpływem ostrego spojrzenia dziewczyny. 

— W Fointclair jest wielka fabryka eliksirów miłosnych — wyjaśniła. — Ale w porównaniu do Wielkiej Brytanii czarodziejskie rodziny żyją u nas chyba bardziej bliżej siebie. Bardziej rodzinnie. Ja mam tylko starszą siostrę, ale Gaston ma trzy siostry i trzech braci, moi rodzice tak samo, nawet jak wyprowadzają się z rodzinnych domów, wszyscy mieszkają w tych samych miejscowościach i na tych samych osiedlach… 

Rozkoszowałam się tą drogą do Hogsmeade, choć od wielu poprzednich różniła się tylko tym, że nie pokonałam jej sama. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak przyjemne mogło być towarzystwo innych ludzi. Słuchanie długich opowieści z podróży Nelly po Stanach Zjednoczonych, zabawnych anegdotek z rodzinnego życia Gastona i jego uroczych przejęzyczeń. Mijając tabliczkę z napisem Witamy w Hogsmeade, czułam się lekka i rozgrzana, jakbym wypiła butlę grzanego piwa kremowego.

Tak, jakbym miała przyjaciół.

I choć po dwudziestu jeden dniach znajomości wiedziałam o Nelly i Gastonie więcej niż o własnym kuzynie, sama czułam blokadę przed tym, żeby się otworzyć. Znałam imiona wszystkich czternastu kotów pani Dubois, piekielnie skomplikowaną historię zawodów miłosnych jej starszej córki Rosamonde, a także opowieści ze szpitala, w którym pracował pan Moulin, ale sama obawiałam się prawdy. Czułam się bezpiecznie, podkoloryzowując lub pomijając niektóre szczegóły z własnego życia. Te wszystkie bajki o matce podróżniczce i jej tragicznej śmierci zawsze poruszały każdego, komu opowiadała o tym ciotka Rosalie. A Nelly i Gaston niczym się od nich nie różnili. 

Zresztą nie musiałam zbyt często kłamać. Oni byli zachwyceni, mogąc mówić o sobie, a ja mogąc słuchać. 

— Mon Dieu, ile ludzi! — wykrzyknął Moulin, rozglądając się dookoła. — A taka mała Hogsmeade! 

— Faktycznie dużo więcej niż zwykle — mruknęłam. 

— To pewnie ze względu na Pierwsze Zadanie. To już we wtorek, dacie wiarę? Chodźmy tam, spójrzcie, jacy dziwnie ubrani ludzie! — Nelly bez skrępowania pokazała palcem na grupę ciemnoskórych, odzianych w złote płaszcze mężczyzn trzęsących się z zimna nieopodal Trzech Mioteł. — To chyba przedstawiciele z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z Egiptu! Tam widziałam kiedyś takie szaty. Chodźmy, przekonamy się.

Z lekko ściśniętym gardłem powlokłam się za nimi, rozważając, czy dwadzieścia jeden dni znajomości to dość, by zdiagnozować u nowej koleżanki patologiczną otwartość na nowe doświadczenia. Obserwując, jak zagadywała ubranych na złoto obcokrajowców, doszłam jednak do wniosku, że gdyby nie owa patologia, ta wycieczka do Hogsmeade nie różniłaby się dla mnie od wszystkich poprzednich. 

— Ona zawsze taka — zagadnął Gaston, uśmiechając się przepraszająco, podczas gdy kilkanaście stóp od nas Nelly szczebiotała płynnie po angielsku. — Ze wszystkim bi gadała i gadała. 

— Nie szkodzi — odparłam i wsunęłam ręce głęboko do kieszeni. Będąc z nim sam na sam, wciąż czułam skrępowanie jego obecnością, prawie tak intensywnie, jak on moją. Kiedy Dubois znikała, zabierała ze sobą wszystkie tematy, na które moglibyśmy rozmawiać. — No więc… Jak nastroje przed Pierwszym Zadaniem? Nelly już wybaczyła Fleur, że to ona będzie reprezentować Beauxbatons? 

Choć starałam się mówić powoli, trzy poziome zmarszczki na czole Gastona pogłębiały się z każdym kolejnym słowem. 

— No… Oni nie lubią się dużo od czwartego roku, kiedy Fleur zabrała chłopaka Nelly — odpowiedział w końcu i jeszcze raz zerknął szybko w stronę Trzech Mioteł. — Pierwsza miłość, ty rozumiesz. Tak w tajemnicy ja powiem, Fleur nic nie robiła, wiesz, ona tylko wygląda i jest i, voilà, każdy chłopak jej. 

— To okropne — mruknęłam. 

I ja popatrzyłam na gromadę czarodziejów w złocie i Nelly między nimi. Niczego jej nie brakowało. Rozmawiając z tamtymi mężczyznami, promieniała, jakby była do tego stworzona — do żartowania, zagadywania i czarowania uśmiechem. Nie było w tym żadnej sztuczności. Żadnego przerysowanego potrząsania włosami, trzepotania rzęsami, żadnego chichotania rodem z taniej obyczajówki dla nastolatek. Nelly była klasą samą w sobie, ale kiedy widywałam przy naszym stole Fleur, wszystkie dziewczęta w jej otoczeniu gasły. I nie dlatego, że Fleur Delacour intencjonalnie zabierała im blask. Po prostu przyćmiewała je wszystkie własnym światłem. Nie mogłam nie lubić tamtej za to, że była piękna, ale mogłam tak czuć dlatego, że skrzywdziła Nelly — celowo bądź nie, ale zrobiła to. Mogłam tak czuć, choć w ogóle jej nie znałam. Nigdy do tej pory nie doświadczyłam tak żarliwej lojalności, ale kiedy już się pojawiła, miałam wrażenie, że przyszła mi całkowicie naturalnie. 

— Okazuje się — powiedziała Dubois, podbiegając do nas znienacka — że w pozostałych szkołach dużo się teraz mówi o przywróceniu regularności turnieju, jeżeli w tym roku wszystko pójdzie dobrze. Chcą nawet dyskutować o rozszerzeniu go na pozostałe szkoły na świecie, nie tylko na Europę, dacie wiarę? 

— I oni tak tobie to powiedzieli? — zapytał zdumiony Gaston. — Tak o? 

Nelly zrobiła wyzywającą minę. 

— Ma się ten dar przekonywania, co? — Wyglądała na piekielnie z siebie zadowoloną. — To co, Macy, co nam najpierw pokażesz? 

Odkleiliśmy się nieco od grupki obcokrajowców i zbierających się pod wejściem uczniów z plakietkami z napisem Kibicuj Cedrikowi Diggory’emu, a ja rozejrzałam się po głównym placu. Rzeczywiście tym razem po Hogsmeade kręcili się nie tylko uczniowie, ale i cała masa dorosłych czarodziejów. 

— Ja zawsze najpierw idę do Miodowego Królestwa, później do antykwariatu, a na koniec do Trzech Mioteł. A później mogę wam pokazać sklep Zonka, Wrzeszczącą Chatę, Kościół Czarnej Baronowej… Tu nie ma zbyt wiele do zwiedzania. 

Przystali na moją propozycję z niezwykłym entuzjazmem, choć im dłużej spacerowaliśmy po wiosce, tym bardziej wydawała mi się zwykła i ciasna — takie nic w porównaniu z Paryżem i miasteczkiem z największą światową fabryką eliksirów miłosnych. Mimo to Nelly i Gaston nie wyglądali na znudzonych. Zrobili ogromne zakupy w sklepie ze słodyczami, zachwycali się piekielnie słodkim piwem kremowym w zatłoczonym barze, a Moulina trudno było oderwać od kolorowych psikusów w ulubionym sklepie Lynn. Mijając tłum Puchonów i Gryfonów (pierwszy mignął tym drugim plakietkami z napisem Potter cuchnie), spotkaliśmy ją jak zwykle otoczoną wianuszkiem koleżanek. Pomachała mi skrępowana (jak zwykle, kiedy musiała się do mnie przyznać przed swoim towarzystwem), a ja tylko skinęłam w odpowiedzi głową, ale już zniknęła za drzwiami Kawiarni Księżycowej. 

Nelly obejrzała się za Gryfonami — oczywiście, że tak. Nic jej nie umykało. 

— Kto to taki? — zapytała. 

Policzki zaszczypały mnie od rumieńca, kiedy poczułam na sobie dziwny wzrok Gastona. 

— O, jakie wi podobne — skomentował tylko. 

— Ach… to moja kuzynka — mruknęłam. Nie wiedzieć czemu to słowo przeszło mi przez gardło z niezwykłym trudem. 

— Dlaczego o niej nie wiem? — drążyła, krzywiąc się w przesadnym grymasie jak małe dziecko. 

Wiedziałam, że się droczyła, ale wstyd eksplodował w żołądku z jeszcze większym impetem niż pod wpływem spojrzenia Moulina. Wbiłam wzrok w ścieżkę, obserwując własne buty i znikające pod nimi wdeptane w ziemię resztki zeschłych liści. 

— Ona jest w Gryffindorze, ja w Ravenclawie. Więzi między domami nie są takie silne — skłamałam. — Wiecie, każdy ma swoje towarzystwo. 

— Nie masz ti rodziny w twój dom? 

— Nie. Wszyscy są w Gryffindorze. 

Kolejne kłamstwo, które przyszło mi łatwiej niż odpowiedzenie na świdrujący wzrok Gastona. Czułam go jeszcze chwilę po tym, jak Nelly zaabsorbował inny temat. 

— No i widzisz, to jest to, co ci kiedyś mówiłam: to są sztuczne podziały, które nie przynoszą niczego dobrego. Swoją drogą, ciekawa jestem, jak klimaty w domu Harry’ego Pottera. Reszta szkoły chyba go nienawidzi, co? Ciekawa jestem, czy w ogóle podejdzie do Pierwszego Zadania. Delacour jest kłębkiem nerwów… 

Używała sobie na niej z widoczną satysfakcją przez cały spacer dookoła Wrzeszczącej Chaty i później na gorącej czekoladzie w herbaciarni u pani Puddifoot, gdzie przez różowe, falbaniaste i kwieciste ozdóbki poziom słodkości wystrzelił poza skalę. Dopiero gdy nasze żołądki zaczęły wygrywać pierwsze dźwięki marszu głodowego i zdecydowaliśmy się wracać, na ścieżce prowadzącej do Hogwartu pojawiła się gromadka ubranych w jednakowe granatowe płaszczyki dziewczyn z Beauxbatons. Rozpoznałam tę, która otworzyła mi rano drzwi do karety. Na nasz widok ich twarze natychmiast się rozjaśniły i cała czwórka zaczęła podskakiwać i wołać coś po francusku. Nelly odkrzyknęła i w pierwszej chwili wystrzeliła w ich kierunku jak z procy, ale nagle coś ją zablokowało. 

— Dziewczyny olewają obiad w Hogwarcie i idą do knajpy, podobno ojciec Damiette przyjechał i wynajął tu gdzieś całą salę! — wykrzyknęła podekscytowana i zamachała na mnie i Gastona rękami. 

Popatrzyłam na chłopaka, który tylko wzruszył ramionami i ruszył za dziewczynami, ale mnie na samą myśl o obiedzie w towarzystwie zupełnie obcych Francuzów rozbolał brzuch. Mechanicznie cofnęłam się o krok, usiłując nadrobić uśmiechem. 

— Hej, ty też idziesz z nami! — zawołała, odwracając się plecami do swoich koleżanek. 

Teraz wszystkie bez wyjątku patrzyły prosto na mnie.

Jedyne, o czym marzyłam, to żeby zapaść się pod ziemię. Miałam wrażenie, że krew z całego ciała skumulowała mi się w policzkach. 

— Dz-dziękuję… chyba już wrócę do szkoły, muszę jeszcze… no wiesz… — Dlaczego nie mogłam przestać się jąkać? Nigdy się nie jąkałam. — Wysłać sowę i… ale nie przejmuj się, bawcie się dobrze… 

Musiałam odchrząknąć, bo gula w gardle rosła z każdym kolejnym słowem. Nie patrząc na nikogo, pomachałam im jeszcze na pożegnanie i odeszłam tak sprężystym krokiem, na jaki pozwalały mi nogi. Kolana miałam miękkie jak rozgotowany makaron. Ostatnie, czego pragnęłam na drugą część tego przemiłego dnia, to oceniające spojrzenia Damiette i jej prychających na wszystko koleżanek. 

A samotny powrót do Hogwartu wcale nie okazał się zły. Deszczowe chmury, które straszyły przez cały ranek, rozpłynęły się gdzieś w trakcie naszej wycieczki po Hogsmeade i teraz, kiedy promienie przenikały przez nagie korony drzew, było tu całkiem przyjemnie. Zmysły nienawykłe do wszędobylskiej, głośnej obecności Nelly odpoczywały w miękkości znajomych, leśnych odgłosów. Jak zwykle zboczyłam ze ścieżki i szłam w nieznacznym oddaleniu od drogi i wracających do szkoły uczniów. Co jakiś czas zatrzymywałam się, rozgarniałam butem wilgotną ściółkę i kucałam, by delikatnie wyciągnąć z ziemi nową sadzonkę. Noxbellum Arcanis. Wietrznica Fioletowa. I nawet Zimokwiat Południowy, chociaż jak do tej pory nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu. 

Znakomite łowy jak na zupełnie nieplanowany spacer. 

— Cholernie mnie ciekawi — rozległ się nagle stłumiony głos mężczyzny gdzieś z lewej strony — co ty później robisz z tymi sadzonkami. 

— Zupę — odparłam lekko, kiedy między grubymi pniami pojawiła się pokraczna sylwetka Moody’ego. Przystanęłam, by mógł spokojnie dokuśtykać, pomagając sobie drewnianą laską. — Jak mnie tu znalazłeś? To tylko oko czy są jeszcze jakieś magiczne protezy, o których nie wiem? 

— Tym razem wyjątkowo tylko oko — wydyszał, gdy się ze mną zrównał i ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku zamku. Na wszelki wypadek odbiłam jeszcze bardziej na prawo, choć przejścia między dwiema częściami lasu już dawno nie było stąd widać. — Ale trudno było nie usłyszeć twojej nowej koleżanki. 

— Fakt, czasami jest troszeczkę głośna… 

Parsknął pod resztką tego, co zostało z jego nosa. 

— Troszeczkę. Komar jest troszeczkę głośny, kiedy lata ci nad uchem, a ty próbujesz spać. 

Łypnęłam na niego z ukosa, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Gdziekolwiek trzymał prawdziwego Moody’ego, spędzał z nim zdecydowanie zbyt dużo czasu. 

— Każdy ma swoje wady. Ty na przykład zbyt pochopnie oceniasz. I czasami chichoczesz jak hiena. 

Obrzucił mnie jednym z tych oburzonych spojrzeń, w którym wzięło udział nie tylko zwykłe, ale i zaczarowane oko. 

— O, młoda damo, wypraszam sobie te insynuacje — warknął groźnym głosem Moody’ego. — Zgadzam się, że możesz powiedzieć na mój temat wiele złego, ale nie to, że mój śmiech jest porównywalny do chichotu hieny. Określiłbym go raczej jako słowiczy trel albo intensywny, zaraźliwy i pełen entuzjazmu. 

Zachichotałam w rękaw, bo drzewa powoli zaczynały się przerzedzać, zwiastując zbliżające się błonia. 

— Niech ci będzie. I tak, może i Nelly jest głośna, ale poza tym jest troskliwa, inteligentna, a ja… — zawahałam się przez sekundę. — A ja czuję się z nią tak, jakbym miała przyjaciółkę. Chyba pierwszy raz w życiu. 

Urwałam zawstydzona i choć nie powiedziałam niczego, czego mogłabym się wstydzić, znów poczułam się tak, jakbym odsłoniła zbyt wiele. Crouch chyba też to w ten sposób odebrał, bo szliśmy przez moment w ciszy, wsłuchani w szelest liści pod naszymi stopami. W tym miejscu było już zupełnie sucho i ciepło. 

— Rozumiem, sam byłem odludkiem — odezwał się w końcu, gdy między konarami dało się dostrzec niewyraźny zarys szkolnych wieżyczek. — Zresztą tak jak moja matka. Tylko ojciec uwielbiał brylować w towarzystwie. Pławił się w tym, w pewnym momencie gdyby mógł, nie wracałby do domu. 

Przypomniałam sobie uroczystą kolację przywitania delegatów, wybór reprezentantów i tego sztywnego, poprawnego do granic możliwości czarodzieja z patologicznie równym przedziałkiem i w szacie bez ani jednej zmarszczki i poczułam ukłucie żalu. 

— Jak znosisz jego obecność? — zapytałam cicho, wpatrzona we własne buty. 

— Tak, jak znosiłem dotychczas. Jest niczym więcej jak narzędziem w rękach naszego pana. 

Zadrżałam, gdy znów wspomniał o nim, ale nie śmiałam się do tego odnieść. Każde spotkanie z Bartym, każda rozmowa na osobności wyczulała moje zmysły, wyostrzała czujność na właśnie takie momenty, kiedy padała wzmianka o Czarnym Panu. Sama jednocześnie obawiałam się pytać, prawie sparaliżowana strachem przed prawdą. 

Pytanie — prawdą na jaki temat? Na temat Czarnego Pana czy samego Croucha? 

— Skoro nie miałeś towarzystwa — zaczęłam niepewnie — to jak go poznałeś? 

— Fakt jest taki, że nie poznałem — odparł po dłuższej chwili i byłam prawie pewna, że usłyszałam w jego głosie zakłopotanie. — Złudzenie kosztowało mnie rok wśród dementorów i dwanaście lat w więzieniu dziesięć razy gorszym niż Azkaban. I w końcu po tych wszystkich latach, mogłoby się wydawać, pechowych, mój ojciec przyczynił się do tego, że nareszcie go poznałem. Jego i Glizdogona. 

Musiałam oddychać powoli i głęboko, żeby opanować szaleńcze bicie serca. Zerknęłam z ukosa na Croucha i odkryłam, że pokryta bliznami twarz przybrała dziwny wyraz głębokiej melancholii. Tęsknoty, która chyba nigdy nie skalała tego surowego oblicza, ale wydawała mi się niesamowicie spójna z obrazem Barty’ego, choć widziałam go we własnej postaci niecałe dwa razy. 

— Jak do tego doszło? 

— Ha, widzisz… — Uśmiechnął się do siebie, jakby myślał o czymś niesamowicie intymnym. — Kiedyś ci o tym opowiem. Kiedyś. W innej oprawie. 

Pokiwałam głową i wróciłam do śledzenia własnych butów. 

— Rozumiem. A to pierwsze złudzenie? Zaufałeś im tak po prostu? Tak… — Urwałam. — Hmm… 

— Jak ty? W ciemno? — dokończył za mnie i zarechotał. — Tak. Chociaż być może miałem trochę więcej punktów zaczepienia. To niby tylko trzynaście lat, ale te trzynaście lat temu, zwłaszcza w snobistycznej sferze starych rodów czystej krwi, do których notabene należały rodziny mojej matki i mojego ojca, panowała pewna zasada. Kto ma wiedzieć, ten wie. Mój ojciec już dawno wsiąkł w politykę, ale te wszystkie wystawne kolacyjki, spotkania, wypady do teatru w dekadenckim światku nadal się działy. Wiedziałem, z kim należało się zaprzyjaźnić, a oni chętnie przyjęli mnie do swojego grona. Zwłaszcza że mieli dzięki temu bezpośredni dostęp do zaplecza ministerstwa, ponieważ odbywałem wtedy staż w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nie ukrywałem, że bardzo mi to wtedy schlebiało. 

— Ale nie wyszło. Czytałam o tym w starych Prorokach w bibliotece. 

— Nie wyszło — przyznał bez cienia żalu. — Niektóre decyzje muszą być okupione niepowodzeniem, by inne wydarzenia mogły się zadziać. Z perspektywy czasu nie uważam tego za stratę. 

— Mam nadzieję, że tym razem skończysz lepiej. Mam taką nadzieję między innymi dlatego, że też biorę w tym udział. — Przystanęłam na granicy między jeziorem i lasem, w miejscu, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy. — To… do zobaczenia. Ja muszę jeszcze gdzieś pójść. 

Zaśmiał się cicho pod nosem i powędrował magicznym okiem w stronę zamku. Na widocznej w oddali ścieżce przecinającej błonia uczniowie zmierzali na obiad. Na uniesione brwi Moody’ego odpowiedziałam potrząśnięciem ręki, w której trzymałam garść zebranych po drodze roślin. 

— Knujemy wspólnie, ale tego nie chcesz mi pokazać? — spytał zaczepnie. 

Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, to miał rację, a jednak czułam się bardzo niekomfortowo, prowadząc go do zakątka, które do tej pory miałam wyłącznie na własność. Mimo całej sympatii do Croucha, z każdym krokiem pęczniała mi w żołądku niezgoda i coś na kształt wstydu — jak gdybym w głębi serca spodziewała się, że mnie wyśmieje, kiedy w końcu to zobaczy. 

Wysunęłam się na przód, cała spięta i z wolną ręką wciśniętą głęboko w kieszeń. Do miejsca, gdzie szliśmy, nie wiodła żadna ścieżka. Dla uczniów nie było tam nic atrakcyjnego — żadnych Zakazanych Lasów, jezior czy Bijących Wierzb, wyłącznie mało ciekawe łąki otoczone z dwóch stron ścianą niewielkich zagajników. Od pewnego momentu nawet Hagrid nie dbał o trawniki, więc późną wiosną i wczesną jesienią musiałam przedzierać się przez sięgające pasa trawy. Jedyne, co mogło zachwycać, to widok na góry. Po jakichś pięciu minutach szybkiego marszu w całkowitej ciszy odbiłam mocno na prawo za wielkim przewróconym drzewem i stamtąd jeszcze niecałe dwie minuty między starymi brzozami do łąki zasłanej rozrzuconymi głazami. Stamtąd było już naprawdę blisko do pierwszych przedgórzy zarośniętych iglakami. 

Ze ściśniętym sercem obejrzałam się na Croucha. 

— I to ta twoja wielka tajemnica? — zapytał, dysząc nieznacznie w wielkim cielsku Moody’ego. 

— Zważywszy na ostatnie wydarzenia, jej waga nieco zmalała — odpowiedziałam. — Hoduję tu sobie rośliny, które znajduję w Zakazanym Lesie. 

Patrzyłam niecierpliwie, aż coś powie — jakby w oczekiwaniu na werdykt. Czy stwierdzi, że to głupie, czy nie. Ale Barty tylko patrzył, chłonął krajobraz każdym okiem z osobna. Przysiadł na jednej ze skał i prześlizgiwał się wzrokiem po ostrych szczytach widocznych bardzo dokładnie na tle czystego, błękitnego nieba. A kiedy był już pełen tego górskiego piękna, przyglądał się w milczeniu schludnym rabatom z Miedziowcami Szeptuchy odznaczającymi się jadowicie pomarańczowymi i fuksjowymi listkami na tle brunatnej ziemi, gniazdom Czerwonych Piołunów i przytulonym do głazów Płonącym Pokrzywom lśniące w słońcu jak oblane prawdziwym złotem. 

— Teraz jesteśmy kwita. Tajemnica za tajemnicę — rzekł w końcu. 

— Mam nadzieję — odparłam i uklękłam w zacienionej przez wierzby części ogrodu, żeby posadzić Zimokwiaty. Torba zsunęła mi się z ramienia i zniknęła w trawie. — Wcześniej sadziłam za szklarniami, profesor Sprout dawała mi czasami nawóz albo jakieś odżywki, ale Marcus Turner i Roger Davies robili mi na złość, więc przeniosłam się tu. W teorii to nadal teren szkoły i nie podchodzi pod Zakazany Las, więc nie robię nic nielegalnego. 

Znów usłyszałam jego śmiech, tym razem dużo głośniejszy i bardziej swobodny. 

— Jeszcze nie spotkałem dziewczyny, która wymykałaby się ze szkoły, żeby urządzić sobie sekretny ogródek — powiedział, ale nie zabrzmiało to jak oskarżenie. — To najlepszy powód do wymykania się, jaki słyszałem. 

Poczułam, jak wielki kamień spadł mi z serca, choć to było naprawdę dziwne usłyszeć takie słowa wypowiadane przez Moody’ego. 


___________

Rozdział szybciej, niż przypuszczałam. Dzisiaj na geografii i biologii pisałam xD Ale tylko tak przelotnie, trudny materiał omawiamy. Chyba trochę za dużo tajemnicy ujawniłam, ale chciałabym szybko przez ten czwarty tom Pottera przebrnąć, żeby rozwinąć akcję. Chciałam, by ten rozdział był ciekawy, dlatego jest nieco krótszy. Dedykacja dla soft love :* 

22 komentarze:

  1. ~Lumis
    2 listopada 2010 o 19:34

    Czy zechciałabyś usiąść przy jednym z naszych restauracyjnych stolików? Nic prostszego. Zapraszam do restauracja-krytykow, po ocenę, jeśli się skusisz.Pozdrawiam i przepraszam za spam. Lumis

    OdpowiedzUsuń
  2. ~Lumis
    2 listopada 2010 o 19:35

    Czy zechciałabyś usiąść przy jednym z naszych restauracyjnych stolików? Nic prostszego. Zapraszam do restauracja-krytykow, po ocenę, jeśli się skusisz.Pozdrawiam i przepraszam za spam. Lumis

    OdpowiedzUsuń
  3. ~olka
    2 listopada 2010 o 23:33

    Barty był trochę zły że Macy poszła do lasu,ale przynajmniej ona już wie co jest w tym lesie…………….Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4 listopada 2010 o 13:39
      Właśnie nie, jest wręcz przeciwnie. Ma więcej pytań, niż odpowiedzi.

      Usuń
  4. ~Shori
    5 listopada 2010 o 20:36

    Zapraszam na http://kowai-hanashi.blog.onet.pl/. Sory za spam, pierwszy raz to robię, ale zależy mi na popularności bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ~Shori
    7 listopada 2010 o 13:25

    Zapraszam na HIDOI-HANASHI.BLOG.ONET.PL Pojawiła się NN i KONKURS. przepraszan za spam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. ~Tula
    11 listopada 2010 o 12:03

    Oczywiście jak to ja, rozdział przeczytałam kilka dni temu, ale wiesz jaką mam chęć do komentowania. Czasami zbieram się nawet miesiąc! Dobra, notka oczywiście podobała mi się. Chata na polanie… na pewno nie jest tylko niewinną chatą, bo skąd to przyciąganie i strach Barty’ego? Jestem ciekawa, kiedy w końcu wyjawi Macy jej tajemnicę. Mam nadzieję, że niedługo.Dobra, to tyle. Mam naprawdę zły humor, ale udało mi się napisać kilka zdań xd czekam na kolejną notkę :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 11 listopada 2010 o 17:31
      Ano, mam już dwa rozdziały na przód napisane, ale nie mam czasu, żeby je przepisać xD Z tej chatki na chwilę zejdę, chcę pokłócić Macy z Nelly xD

      Usuń
    2. ~Tula
      11 listopada 2010 o 18:27

      O to fajnie, lubię, gdy bohaterowie się kłócą, a nie przepadam za bardzo za Nelly.

      Usuń
    3. 12 listopada 2010 o 18:05
      Noo, skoro teraz nie przepadasz, to zobaczymy, co powiesz, kiedy obie skończą 7 klasę xD

      Usuń
    4. ~Tula
      20 listopada 2010 o 19:29

      Ej, to nie fair, specjalnie podnosisz napięcie niby coś sugerując, ale niczego nie potwierdzając. Ładnie to tak torturować wierną czytelniczkę?

      Usuń
    5. 25 listopada 2010 o 16:13
      Ale w końcu się dowiecie, a napięcie jest bardzo dobre xD

      Usuń
  7. ~SK
    11 listopada 2010 o 20:13

    Na KOWAI-HANASHI.BLOG.ONET.PL Pojawiły się KOLEJNE NN i KONKURSY. przepraszam za spam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. misia218@buziaczek.pl
    12 listopada 2010 o 16:02

    Z góry przepraszam za SPAM, ale trzeba się jakoś reklamować ;)Serdecznie zapraszam na nowego bloga http://slodki-poemat.blog.onet.pl/ ! Pojawił się pierwszy rozdział „Trudne wybory” Zapraszam ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. ~Florence.
    19 listopada 2010 o 14:51

    Świetna notka. Ciekawi mnie ten las. Co takiego sie w nimkryje że Macy nie może tam chodzić? Ma nadzieję ze ta tajemnica sie rozwiąże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 20 listopada 2010 o 11:52
      Wszystko od razu byście wiedzieć chcieli xD Czekajcie cierpliwie, a się dowiecie xD

      Usuń
    2. zuzanka331361@buziaczek.pl
      1 grudnia 2010 o 20:35

      Ciekawość ludzka rzecz ;DFlorence.

      Usuń
    3. 2 grudnia 2010 o 14:45
      No właśnie ;>Ale rozdział może w weekend opublikuję, zobaczy się. Bo już napisany jest, tylko na swojego kompa wbić się muszę, żeby przepisać na worda i opublikować xD

      Usuń
  10. bano_j@op.pl
    22 listopada 2010 o 20:47

    Rozdział wcale nie krótki (ja to dopiero piszę krótkie xD). Oczywicha bardzo mi się podoba i liczę, ze szybko pojawi się nowy. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 25 listopada 2010 o 16:10
      Krótki, w porównaniu np. do pierwszego to krótki xD

      Usuń
  11. ~soft love
    5 grudnia 2010 o 15:10

    Wreszcie miałam okazję przeczytać ten rozdział. Komputer za hasłowany. Utrudniony dostęp. Wracam do rozdziału. Jest ciekawy, tajemniczy. Po prostu chce się czytać. I dziękuje za dedykacje:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 5 grudnia 2010 o 20:12
      Ano, u mnie też komp zahasłowany. Po prostu koszmar. Tylko w weekendy się mogę wbić, i to tylko czasami ostatnio, nie tylko przez hasło, ale i naukę. Ale nowy rozdział już niedługo będzie, 8 prawdopodobnie, ale dziś już go napisałam xD

      Usuń