Pierwszy
raz ucieszyłam się na falę wczesnogrudniowych sprawdzianów i prac domowych.
Doskonały pretekst, żeby nie widywać się z Crouchem. Skupienie się na znajomych
czynnościach pomogło mi odzyskać równowagę, choć nadal czułam się niesamowicie
głupio na myśl o tym, że znów miałabym znaleźć się z nim sam na sam i, nie daj
Boże, wrócić do tematu moich rodziców. A przecież zdawałam sobie sprawę, że
prędzej czy później to nastąpi. No i musiałam oddać skrzeloziele.
Momentami
sama nie wiedziałam, o co mi chodziło. Wtedy dobrze było wrócić do nauki.
Szkocja
nigdy nie kazała czekać na pierwszy śnieg. Brzydota późnej jesieni została
ukryta pod białą, zimową pelerynką. Temperatura spadła i uparcie trwała poniżej
zera, ale to wcale nie przeszkadzało roślinom rosnąć. Wystarczyło odgarnąć
śnieg i zmrożoną ściółkę, żeby odkryć skarby, jakie skrywała w sobie ziemia.
Ogródek, który urządziłam w tajemnicy za szkołą, również tętnił życiem — jakby
na pożegnanie ostatniego grudnia, który miałam spędzić w Hogwarcie. Gilówki
rozkwitły przepięknie krwistą czerwienią, błękitne listki przepiórczycy
wyciągały się chciwie do zimnych promieni słońca, a siny mech połyskiwał na
skałach niczym morze drobniutkich szafirów. Gdyby nie praca, jakiej na co dzień
wymagały, mogłabym tylko stać i na nie patrzeć. Ale ja właśnie chciałam tej
pracy. W chwilach, kiedy Hogwart opanowywała przedświąteczno-egzaminowa
gorączka, tylko tam odpoczywałam. A w tym roku — o zgrozo — zaczynały
krążyć plotki o jakimś bożonarodzeniowym balu.
Zima
sprzyjała tajemnym imprezom w pokojach wspólnych, a co za tym idzie — zakradaniu
się do kuchni. Byłam jedną z tych nielicznych osób, które wiedziały, jak dostać
się do środka, przy czym Weasleyowie i Roger Davies wykradali stamtąd słodycze
i piwo kremowe, a ja pęta kiełbasy.
Jeden
tenebris silvarum pochłaniała cztery funty na trzy dni, czasami nawet pięć,
kiedy noce były wyjątkowo mroźne, a mój ogród liczył ich sobie aż dwanaście
sztuk.
Kuchnia
miała rozmiary Wielkiej Sali, ale znacznie niższe sklepienie i sprawiała
wrażenie dużo mniejszej z powodu tysięcy garnków zawieszonych pod sufitem,
wypchanych szafek, regałów i uwijających się wciąż przy blatach skrzatów
domowych. Jedynymi powierzchniami wolnymi od składników, utensyliów kuchennych
i magicznych stworzeń było pięć długich stołów — bliźniaczo podobnych
do tych, przy których nauczyciele i uczniowie czterech domów jedli posiłki.
Mimo panującego tu ruchu lubiłam zaglądać do kuchni. Podobała mi się
przytulność, jaką tworzyły wiszące wszędzie zioła, beczki i słoje pełne
orzechów i przypraw, zapachy dobywające się z olbrzymiego kotła nad
paleniskiem, a najbardziej prosta uprzejmość skrzatów. Niektóre znałam i
uwielbiałam z nimi rozmawiać, zwłaszcza że dysponowały wiedzą o zielarstwie, do
jakiej nie miałam dostępu w bibliotece ani na zajęciach z profesor Sprout. I
zawsze częstowały eklerkami.
Korzystając
w wtorkowego okienka między lekcjami, też wybrałam się do kuchni. Gęste, prawie
czarne chmury zapowiadały śnieżycę i liczyłam, że uda mi się jeszcze nakarmić i
zabezpieczyć wszystkie tenebrisy. Wyjątkowo odmówiłam eklerka.
— Pieprzuch
jest strasznie ciekawy, jak tam oni na tym statku będą siedzieć w tej kurzawie — mruczał
przez nos, pakując w kolorową ścierkę cztery wielkie pęta kiełbasy. Wcale nie
brzmiał na zafrasowanego losem delegacji z Durmstrangu. — A tamte
Francuzy już pewno całkiem zasypane, co? Ale ich tam musiało wczoraj umrozić!
— Wcale
nie, oni tam mają podobno całkiem przytulnie — odpowiedziałam szybko,
bo nad blatem stołu odpowiadającego stołowi Puchonów pojawiła się druga znajoma
skrzacia głowa z wyliniałym koczkiem siwych włosów i kolczykami z muszelek, a
mnie zostało niecałe pół godziny do transmutacji. — Tylko tych koni
szkoda.
— Ano,
Pieprzuch zapomniał, że panienka ma przecież koleżankę z tych
Beauxbatonsów.
— A
wie panienka — Bobula dała nurka pod stół i raz-dwa była już przy nas — co
profesor Dumbledore kazał przyrządzić na bal? Ślimaki! Takie w skorupach!
Trąciła
długim palcem jeden ze swoich kolczyków i przycisnęła ręce do ust, żeby
zamaskować śmiech. Pieprzuch zarechotał bez skrępowania, aż zatrzęsła mu się
broda — identycznie siwa i przerzedzona, co włosy Bobuli.
— Panienko,
a tyle roboty będzie! — dodał z zachwytem. — I tyle
strojenia! Pieprzuch by poopowiadał, ale profesor Dumbledore zastrzegł, że to
ma być niespodzianka.
Uśmiechnęłam
się kwaśno na wspomnienie ostatniej niespodzianki ze smokami, którą zrobił mi
Crouch. A na wspomnienie Croucha uśmiech zbladł. Zabrałam od skrzata zgrabny
pakunek i zaczęłam wciskać go do torby między książki, podczas gdy Bobula nie
przestawała pytlować:
— Wszystkie
się śmiejemy ze ślimaków, ale żeby panienka widziała, ile to zabawy z takimi
nowymi przepisami. Profesor Dumbledore przyszedł na wakacjach, może sobie
panienka wyobrazić… a profesor Dumbledore nigdy nie odwiedza kuchni w lato…
przyniósł książki i powiedział: póki co to wielka tajemnica, ale w tym roku
Hogwart ugości wielkich czarodziejów i wielkie czarownice z zagranicy, oni mają
inne zwyczaje i inaczej jedzą, a naszym zadaniem będzie im usłużyć tak, żeby
czuli się u nas jak w domu. No i my czytali te książki o ślimakach, o
pieczonych ogonach wywern, o różnych mięsach, żeby jak goście przyjadą, zostały
ugoszczone tak, jak profesor Dumbledore rozka… — urwała i skrzywiła
się, bo po drugiej stronie stołu w okolicy kominka rozległ się huk
przypominający dziecko, które upadło na podłogę, a zaraz potem bełkot i serię
szybkich czknięć. — Panienka Macy nie patrzy, Bobula prosi, to
okropny widok… okropny…
Sześć
skrzatek, które nieopodal sterowały obieraczkami nad stosem kartofli, jak na
komendę rzuciły wszystko i podbiegły do siódmej — tej, która narobiła
hałasu, spadając ze stołka — i zaczęły zawijać ją w coś, co
przypominało stary obrus. Przestałam na moment pakować kiełbasę, zaintrygowana
tą dziwaczną sceną.
— Ona…
och, ona zemdlała! Może trzeba ją zabrać do skrzydła szpitalnego? — zapytałam
z bijącym sercem. Dopiero gdy Bobula znów się skrzywiła, przeszło mi przez
myśl, że może lepszym pomysłem byłoby pójście po Hagrida.
Ale
Pieprzuch tylko machnął ręką i zaczął sprawnie zawijać kiełbasę w pętelki, a
minę przy tym miał taką, jakby dopiero co obserwował kogoś wymiotującego.
— Niepotrzebnie,
panienko — mruknęła Bobula. — Profesor Dumbledore w swojej
łaskawości zgodził się przyjąć do pracy dwa nowe skrzaty domowe. I te skrzaty się
nie odnajdują. Mrużka nadal rozpacza za swoim panem Crouchem, pije, a Zgredek…
chyba nie ma co opowiadać, bo straszny wstyd, ale Bobula opowie… Zgredek
zażyczył sobie zapłaty za pracę…!
— Zaraz…
co ty powiedziałaś? — wyszeptałam, stając na palcach, ale skrzatki
odpowiadające za struganie ziemniaków już zniknęły z obrusową mumią w jednym ze
składzików.
— Bobula
się zgadza, żeby płacić skrzatowi za pracę…! Bobula nigdy o czymś podobnym nie
słysza…
— Nie,
nie — przerwałam jej niecierpliwie. Serce waliło mi w piersi z
taką siłą, jakby próbowało przebić się przez żebra i wyskoczyć. — Powiedz
mi jeszcze raz, dlaczego tamta… Mrużka, tak? Dlaczego ona sobie nie
radzi?
Zamilkła
na moment, kręcąc sobie luźno zwisający lok na końcu palca — wyraźnie
zawiedziona, że nie mogła kontynuować opowieści o Zgredku i jego
wypłacie.
— Mrużka
nie posłuchała się swojego pana i pan zwolnił Mrużkę, zwykła historia,
panienko.
— Dobrze,
ale powiedziałaś, że panem Mrużki był pan Crouch? Bartemiusz Crouch?
— Ten
sam, a że pan Crouch odwiedza profesora Dumbledore’a z powodu turnieju, to
Mrużka zadręcza się, pije, nie dba o ubranie… Bobula jej powtarza, Mrużko,
pracuj, bądź jak przyzwoity skrzat, nie pij piwa, załóż strój skrzata,
zobaczysz, zrobi ci się lepiej, ale nie.
— Może
to jest jej sposób na to, żeby poradzić sobie z żałobą?
— Skrzaty
nie mają czasu na żałobę, panienko — wtrącił Pieprzuch, którego ten
temat wyraźnie irytował.
— A
dlaczego pan Crouch ją zwolnił?
— Mrużka
nie posłuchała swojego pana i tyle.
— A
kiedy to było?
Tylko
wzruszył ramionami. Oboje nie wyglądali na zainteresowanych ciągnięciem rozmowy
ani o Mrużce, ani o powodach jej utraty pracy, więc podziękowałam tylko za
kiełbasę, raz jeszcze odmówiłam eklerka i na drżących nogach opuściłam kuchnię.
Na zewnątrz byłam zupełnie spokojna. Opatuliłam się szczelnie grubym płaszczem,
wcisnęłam włosy pod czapkę i wyszłam prosto w mrok, ale w środku wszystko we
mnie buzowało. Gdyby nie zaspy i śnieg, którego z minuty na minutę przybywało,
pewnie puściłabym się pędem do ogrodu, żeby jak najszybciej załatwić sprawę
karmienia tenebrisów i udać się prosto do gabinetu nauczyciela obrony przed
czarną magią, ale lodowaty wiatr ostudził podniecenie.
Pół
godziny później — jak przystało na poukładaną Macy — pomaszerowałam
prosto na transmutację, obiad i zaklęcia, lecz w głowie bez przerwy dudniło
echo rozmowy z Pieprzuchem i Bobulą. Nie widziałam skrzatów domowych poza
Hogwartem. Wszystkie rodziny, z którymi ciotka i wujek utrzymywali kontakt,
były zupełnie zwyczajnymi rodzinami mieszkającymi wśród mugoli, na co dzień
ubierające swoje dzieci w mugolskie ubrania i robiące zakupy w mugolskich
sklepach osiedlowych. Ci, którzy mogli pozwolić sobie na domowego skrzata,
znajdowali się daleko poza zasięgiem Montgomerych, ale teraz — zamiast
słuchać Flitwicka na zaklęciach — kiedy poukładałam sobie w głowie
wszystko to, co mówił Barty, skrzat domowy zupełnie dobrze pasował do domu
szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Tylko
co zrobiła tamta skrzatka, że pan Crouch postanowił się jej pozbyć? I dlaczego
jego syn do tej pory milczał w tym temacie jak zaklęty?
A
co, jeśli sam nie wiedział?
Ostatnie
minuty przed dzwonkiem to była istna tortura. Nie mogłam się powstrzymać przed
zerkaniem na zegarek i chyba pierwszy raz nie zapisałam sobie terminu
ostatniego w tym semestrze kolokwium, ale gdy tylko ciszę zakłócił ostry,
metaliczny dźwięk, jako pierwsza zgarnęłam książki do torby i wypadłam na
korytarz. Emocje zakotłowały mi się w żołądku, jakby dopiero co dostały na to
zgodę. Klasa zaklęć znajdowała się jedynie piętro niżej i dopiero gdy
zatrzymałam się przed drzwiami gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią,
dotarło do mnie, że Moody mógł wciąż prowadzić lekcje albo przebywać w pokoju
nauczycielskim.
Ta
świadomość była jak kubeł zimnej wody, lecz zanim zdążyłam zdecydować, co robić
dalej, usłyszałam znajomy stukot drewnianej protezy o kamienną podłogę. Widok
znajomej twarzy ostatnio w innym miejscu niż Wielka Sala i klasa na trzecim
piętrze spowodował, że wnętrzności ścisnęły mi się boleśnie, ale zignorowałam
to i sama bez zaproszenia wcisnęłam się do środka.
— Mrużka…
skrzatka… skrzatka Mrużka… — wydyszałam, chwytając się za brzuch i
sapiąc jak lokomotywa. — Byłam w kuchni i widziałam skrza… skrzatkę,
pijaną skrzatkę… Inne skrzaty mówiły, że… że służyła u Croucha, a on… wyrzucił
ją za nieposłuszeństwo…
Pokój
pełen niesprawnych wykrywaczy czarnej magii zawirował mi przed oczami i
musiałam usiąść, obserwowana pilnie przez oboje oczu eks-aurora. Obszedł
biurko, ale nie opadł na fotel zaraz za nim. Oparł się o blat, ani trochę
zaniepokojony rewelacjami, którymi żyłam przez ostatnie cztery godziny, choć
zdążyłam zauważyć, że i on z czymś walczył.
— Wiem — rzucił,
podczas gdy ja nadal próbowałam złapać jeden spokojny oddech. — Dumbledore
sam mi powiedział, że zatrudnił ostatnio dwa skrzaty domowe. Skrzata Malfoyów i
skrzata Barty’ego Croucha.
— Czy
on o tym wie? — zapytałam cicho. — Wie, że jego skrzatka tu
jest?
— Nie.
I lepiej, żeby tak pozostało. Mrużka wiedziała o wielu rzeczach, o których on
wolałby, żeby nigdy nie doszły do obcych uszu. Zwłaszcza do uszu Dumbledore’a.
Ale nie martw się. Wszystko jest pod kontrolą — odparł, a zrobił to
tak szybko, że natychmiast się wyprostowałam. Moje serce przyśpieszyło
nieprzyjemnie, kiedy gwałtownie chwycił mnie za rękę. — Ja też mam ci
coś do powiedzenia. Nasz pan chce nas widzieć.
— Nasz…
kto?
Poczułam,
jak wnętrzności ściśnięte jeszcze sekundę temu czymś na kształt rękawicy z
metalu, zrobiły się dziwnie lekkie i wiotkie. Nie byłam w stanie wyrwać dłoni z
jego mocnego uścisku, ale drugą przycisnęłam sobie automatycznie do mostka.
Serce przestało galopować. Teraz waliło mocno i powoli, echo tych uderzeń
przenikało do krwi i teraz słyszałam je w uszach, czułam w całym ciele — od
zdrętwiałych palców u stóp po czubek głowy.
— Nasz
pan. — Ochrypły szept Moody’ego dochodził do mnie z oddali. — Ciebie
i mnie. Dziś w nocy.
Nagle
wszystkie te myśli i emocje związane z Mrużką i panem Crouchem wydały mi się
śmiesznie błahe. Jak mogłam przeżywać coś takiego, kiedy Czarny Pan chciał nas
zobaczyć. Zdałam sobie sprawę, że naprawdę w głębi serca wierzyłam Barty’emu i
Glizdogonowi, co być może czyniło mnie trzecim z szaleńców, lecz nie dbałam o
to, dopóki świadczyło to o mojej lojalności. Tak chciałam o tym myśleć.
Musiałam
odetchnąć i Crouch chyba też, bo oboje tkwiliśmy tak przez dłuższą chwilę w
ciszy, każde wpatrzone w jakiś nieokreślony punkt. Próbowałam określić, co
czułam w związku z tą informacją. Wszystkie wnętrzności bez wyjątku ścisnęły
się jak przed piekielnie trudnym egzaminem, ale towarzyszyła temu radość, jakiś
dziki dreszcz ekscytacji pomieszany ze strachem i tremą — jakbym tej
nocy miała postawić na szali moje największe pragnienia.
— Wiesz
coś więcej? — zapytałam nareszcie, ważąc każde słowo. — Jak
to ma wyglądać?
Podniosłam
na niego wzrok i zauważyłam, że i on na mnie spojrzał. Do Croucha chyba też
dotarło, co na nas czekało, bo napięcie zeszło z twarzy Moody’ego, policzki
stały się sflaczałe, a brwi ciężkie, jakby tylko obecność oczu powstrzymywała
je przed opadnięciem.
— Spotkamy
się tutaj, przyjdź po północy, wszyscy powinni już spać. Masz. — Sięgnął
do najbliższej szafki, pogrzebał i wyciągnął z niej to samo srebrnoszare
kłębowisko, z którym przywitał mnie w domu swojego ojca. — Peleryna-niewidka.
Nie obraziłbym się, gdybyś po drodze nie wyłapała swojego pierwszego szlabanu.
Czego się spodziewać? Nie mam pojęcia. Musisz mu zaufać.
Przełknęłam
nerwowo.
— Wiem.
Jeszcze
godzinę wcześniej obawiałam się tej wizyty, a teraz bardzo nie chciałam stąd
wychodzić. Pierwszy raz poczułam, że w tym emocjonalnym przytłoczeniu byłoby mi
lepiej, gdybym została z kimś, kto to rozumiał, ale bez słowa spakowałam
zwinięty w kulkę płaszcz i opuściłam gabinet. Na korytarzu nie zastałam nikogo — dzwonek
musiał już zadzwonić na ostatnie lekcje przed kolacją, ale ja nieszczęśliwie
skończyłam tego dnia wszystkie zajęcia. Wyjątkowo wolałabym siedzieć w klasie
jak najdłużej, żeby zająć czymś głowę. Nawet przysłuchiwaniem się durnym
rozmowom o balu, ale jak na złość pokój wspólny Krukonów prawie całkowicie się
wyludnił. Wszyscy walczyli z czasem w bibliotece, zakuwając i pisząc spóźnione
wypracowania.
Co
za głupota — żałować, że nie ma się żadnych zaległości.
Liczyłam
na spotkanie z Nelly podczas kolacji w Wielkiej Sali, ale jej krzesło zastałam
puste, a od Gastona dowiedziałam się tylko tyle, że leżała z gorączką w
powozie. Spędziłam więc pełną napięcia i niezręczności godzinę w towarzystwie
Moulina, rozpaczliwie usiłując podtrzymać dyskusję na temat egzaminów
semestralnych w Hogwarcie i Beauxbatons. Szczęśliwie nie tylko ja wychodziłam z
siebie, żeby ta rozmowa się kleiła.
Jako
obserwatorka zawsze czułam się nieco surrealistycznie, ale dziś to wrażenie
przekroczyło wszelkie granice intensywności. Siedząc w ciemnym kącie salonu, a
później ukryta za zasłonami łóżka w sypialni dla siódmoklasistek, nie mogłam
pozbyć się wrażenia, że moja naturalna niewidzialność osiągnęła swój maksymalny
poziom, choć i tak wymykając się po ciemku za dziesięć dwunasta, zarzuciłam na
siebie pelerynę-niewidkę. Była uszyta z bardzo śliskiego, wiotkiego materiału przypominającego
wyglądem wodę albo bardzo gęstą mgłę. Mijając wysokie lustro w opustoszałym
pokoju wspólnym, przystanęłam na moment. Wyjątkowe doświadczenie — zobaczyć
nic we własnym odbiciu. Gdyby nie wskazówki ciągnące uparcie w kierunku
północy, mogłabym tak stać, wyciągać i wkładać rękę pod pelerynę w
nieskończoność, ale wykręcające się ze stresu jelita skutecznie zakłócały dobrą
zabawę.
Spacerowanie
szkolnymi korytarzami po zmroku w celu zakradnięcia się do kuchni czy
wymknięcia się przed świtem do Zakazanego Lasu wydały mi się nagle dziecięcą
zabawą. Zwłaszcza kiedy drzwi do gabinetu otworzył mi Crouch we własnej
osobie.
Przeżyłam
mały wstrząs, widząc jego bladą, szczupłą twarz oświetloną od dołu zimnym
blaskiem różdżki. Okrągłe, mocno podkrążone oczy odznaczały się niepokojąco pod
jasnymi łukami brwi jak dwa blade księżyce. Zdejmując pelerynę-niewidkę,
poczułam na plecach nieprzyjemne mrowienie. Teraz, kiedy jego usta pozostawały
lodowato nieruchome, śmiało można byłoby uwierzyć we wszystko, co słyszy się o
niebezpiecznych szaleńcach zamykanych w psychiatrykach o wzmocnionym rygorze.
Zapadnięte policzki pokryte cieniem jasnego, prawie przezroczystego zarostu
nadawały jego twarzy upiornego charakteru, włosy miał znacznie dłuższe, sięgały
mu już poza ramiona, a sposób, w jaki na mnie patrzył…
Jakby
próbował przewiercić się spojrzeniem do wnętrza czaszki.
Kolejna
głupota — tęsknić za obliczem starego potwora, mając przed sobą tak
ładne i młode.
Bez
słowa wciągnął mnie do środka, nie opuszczając różdżki. Idąc tu, nie byłam
pewna, czego się po nim spodziewać. Że jak mi otworzy? Uradowany?
Podekscytowany? Że co, że będzie podskakiwał jak ośmiolatek w drodze do
aquaparku? A może zestresowany, wycierający mokre od potu ręce o boki szaty? Ja
sama właśnie tak się czułam — serce w gardle, gardło wysuszone na
wiór, nogi jak z drewna, zimne stopy w wilgotnych skarpetkach. Miałam nadzieję,
że podzieli ze mną jakiekolwiek emocje — cokolwiek, chociażby samą
ich obecność, ale to nieprawdopodobne skupienie wydało mi się
złowieszcze.
A
skoro Barty tak mnie przeraził, co się wydarzy, kiedy spotkam jego?
Odchrząknęłam
nerwowo, choć i tak nie zamierzałam się odzywać. Obserwowałam tylko, jak
naprędce zakładał zimowy płaszcz i wciągał rękawiczki. Wszystko, co posiadał,
wyglądało na trochę za duże i staromodne — coś, co bez skrępowania
założyłby wuj Irving, gdyby nie wydatny brzuch.
On
albo pan Crouch.
— Nosisz
ubrania swojego ojca? — zapytałam cicho.
A
miałam się nie odzywać…
Spodziewałam
się piorunującego spojrzenia, syknięcia, którym przywołuje się do porządku
niegrzeczne dzieci, ale on nawet się nie skrzywił.
— Tak — odparł
krótko. — Nie mam tu nic swojego. Użyjemy tajnego przejścia.
Serce
zabiło mi mocniej, kiedy podszedł bliżej, żeby narzucić na nas
pelerynę-niewidkę.
Bliżej — zdecydowanie
dużo, dużo za blisko. Gdybym była wierząca, dziękowałabym Bogu za zgaszenie
różdżki, ale w momencie, gdy zapadła całkowita ciemność, mogłam podziękować co
najwyżej Merlinowi.
Albo
jego gaciom.
Choć
nasze kroki tonęły w chrapaniu wiszących wszędzie portretów, nie mogłam się
powstrzymać, żeby nie iść na palcach. Na karku wciąż czułam mrowienie, jakby
ktoś inny w drugiej pelerynie-niewidce śledził nas przez całe trzecie piętro do
samego posągu jednookiej wiedźmy. Nie zapytałam Croucha, skąd znał tajne
przejście i dokąd prowadziło — wystarczyło, że nieprzyjemne dreszcze
ustały, kiedy garb czarownicy zamknął się za nami i Barty wystawił spod
peleryny rękę z różdżką.
Znaleźliśmy
się tuż przed krótką zjeżdżalnią z kamienia prowadzącą do ciasnego, zimnego
korytarza. Nie wiedziałam, czy to wina strachu, magicznego płaszcza, milczenia
Croucha, czy wszystkich trzech na raz, ale poczułam się całkowicie uwięziona we
własnej głowie. Odliczałam w myślach pęknięcia w podłodze i ślizgałam się na
wilgotnych kamieniach, chociaż bez przerwy patrzyłam pod nogi. Zimne światło
różdżki nie ułatwiało, skacząc po całym tunelu pod wpływem szybkich kroków
Barty’ego. Prawie się przewróciłam, gdy nagle przystanął.
— Tu
będzie dobrze — mruknął chyba bardziej do siebie, rozglądając się po
ścianach.
Nie
miałam pojęcia, co na nich zobaczył. Dla mnie ta część korytarza nie różniła
się niczym od tej sprzed kilku minut. A jednak Crouch musiał coś wypatrzyć, bo
wyciągnął rękę jak Glizdogon na Millennium Bridge i już wiedziałam, co zaraz
nastąpi.
Teleportował
nas, kiedy tylko go dotknęłam. Spodziewałam się, że wylądujemy na skraju polany
tonącej w świetle księżyca — jasnej i przysypanej gładkimi połaciami
śniegu — ale na końcu podróży czekała mnie nieprzyjemna
niespodzianka. Zamiast rozległych pól przykrytych połyskującą srebrem zimową
kołderką i czarnego baldachimu wyszywanego w gwiazdy na miejscu zastałam
kompletną ciemność. Było też znacznie cieplej i mniej wietrznie, prawie tak,
jak w głębi Zakazanego Lasu. Zaczęłam się rozglądać i wytrzeszczać oczy — jakby
to coś miało pomóc. Dopiero gdy Crouch powtórnie zapalił różdżkę, zorientowałam
się, że faktycznie aportowaliśmy się w lesie, ale z całą pewnością nie był to
Zakazany Las. Nie znałam żadnych ścieżek biegnących przez takie gęstwiny, a tu
między drzewami wiodła słabo przysypana śniegiem droga, dosyć szeroka, by mógł
przejechać tędy samochód.
No
tak,
oświeciło mnie. Czarny Pan nie ukrywałby się w domu urzędnika.
Potykając
się o ukryte pod śniegiem korzenie, starałam się dotrzymać Crouchowi kroku, ale
miał o wiele dłuższe nogi i po kilku minutach walki z zamrożoną ściółką i
dyszenia pod peleryną-niewidką nabawiłam się palącego bólu w płucach i kłucia w
boku. Tymczasem Barty w ogóle nie zdradzał żadnych oznak zmęczenia. Był jak w
transie.
— Gdzie
my… gdzie my jesteśmy…? — wyrzuciłam z siebie, ale nie
odpowiedział.
Nie
musiał. W tym samym momencie zwolnił i zsunął z nas płaszcz, a moim oczom
ukazał się fragment podwórka z nieczynną fontanną i nietknięty, przykryty grubą
warstwą śniegu podjazd. Crouch uniósł wyżej różdżkę i światło padło na
pogrążoną w ciemności posiadłość z mrocznym, strzelistym dachem i zwietrzałymi
ornamentami wokół gzymsów. Posesję otaczał mur bardzo wysokich, grubych drzew.
Sam widok martwych okien sprawił, że po plecach przebiegł mi dreszcz — zaskakująco
lodowaty jak na dziesięć minut szybkiego, rozgrzewającego marszu. Nigdy nie
bałam się historii o duchach, ale osobliwa cisza połączona z wyłaniającym się z
mroku zamczyskiem uruchomiła te rejony wyobraźni, które do tej pory pozostawały
nietknięte przez strach.
Crouch
przystanął i spojrzał na mnie z dzikim błyskiem w oczach. Wargi miał
zaciśnięte, ramiona lekko uniesione i spięte, ale nie wyglądał na przerażonego.
Przypominał raczej debiutującego aktora na minutę przed wejściem na scenę — stremowanego,
ale i podekscytowanego. Skinął głową i oboje ruszyliśmy wolno ku wejściu.
Serce
trzepotało się w klatce piersiowej jak ptak wrzucony do klatki, a cisza
mrocznego, przestronnego holu tylko potęgowała to wrażenie. Bladolice postacie
w starych, ozdobnych ramach otworzyły oczy na dźwięk skrzypiących zawiasów i miałam
wrażenie, jakby śledziły każdy nasz krok, dopóki nie zniknęliśmy na piętrze.
Choć w zimnym świetle różdżki kręte poręcze, kolekcje antycznych bibelotów,
ciężkie i drewniane konsole wyglądały na porządnie wyczyszczone, dworzyszcze
sprawiało wrażenie niezamieszkałego. Nie miałam pojęcia, czy to przez echo
naszych kroków, czy ogrom pustych powierzchni, ale poczułam się tu jednocześnie
potwornie mała i na widoku. Zupełnie inaczej niż w Hogwarcie, choć przecież był
o wiele większy.
— To
jego dom? — zapytałam.
Bałam
się wydać z siebie dźwięk głośniejszy od szeptu.
— Nie.
Mój. — Znów na niego spojrzałam. Nie wyglądał, jakby czuł się pewnie
wśród tej ciężkiej elegancji — w odróżnieniu od domku, w którym
spotkaliśmy się po raz pierwszy. — Zaczekaj tu.
Zatrzymałam
się na środku długiego korytarza przed jednymi z podobnych do siebie drzwi i
patrzyłam, jak Crouch wsuwał się powoli przez szparę do pomieszczenia tonącego
w blasku przypominającym światło ognia z kominka. Nie pomyślałam, żeby zapalić
różdżkę i stałam tak w zupełnej ciemności — spocona ze strachu, z
lodowatymi stopami i zaciśniętą szczęką. Byłam zbyt zesztywniała, żeby się
poruszyć — ze strachu? Z zimna? Z oszołomienia?
Chyba
ze wszystkiego po trochu. Niewiarygodne, że jeszcze kilka godzin wcześniej
rozkładałam na czynniki pierwsze jakieś skrzacie problemy.
Napięta
do granic możliwości łowiłam uchem każdy najlżejszy dźwięk, ale dom zdawał się
pochłaniać wszystkie naturalne odgłosy. Żadnego tykania zegara gdzieś w głębi
korytarza, żadnej pracy drewnianej podłogi czy odgłosu wiatru z zewnątrz.
Dopiero po piekielnie długiej, zdawałoby się, trwającej wieczność chwili z
wnętrza pomieszczenia dobiegły mnie znajome kroki Croucha. Gdy stanął w
drzwiach, na tle pomarańczowego półmroku był wyłącznie czarną sylwetką w za
dużej szacie.
— Oczekuje
cię — oznajmił cicho niezwykle podniosłym tonem, a do mnie dotarło,
że przez całą drogę tajnym przejściem i ścieżką przez las nie zapytałam, jak
miałam się zachować. Jak odpowiadać, czy się ukłonić, czy patrzeć…
Czy
miałam na co patrzeć, przemknęło mi przez myśl.
Ale
nie było już czasu.
Próg
przekroczyłam cała w nerwach. Idąc na spotkanie z Glizdogonem, czułam się jak bajce.
Podobnie podczas ataku na Moody’ego — to wszystko wydawało mi się
snem albo historią wyczytaną z cudzego pamiętnika, ale dziś świadomość tego, co
zaraz miało się wydarzyć, silnie osadziła mnie we własnej głowie. Jedynym
źródłem światła w tym pokoju istotnie był kominek prawie w całości zasłonięty
wysokim oparciem fotela. W pierwszej chwili odruchowo zmrużyłam oczy, oślepiona
tym łagodnym blaskiem. Rozejrzałam się prędko, choć w głębi serca przeczuwałam,
że wszystko kręciło się właśnie wokół tego fotela. Ciemny zarys ciężkich mebli,
zaciągniętych zasłon i wykwintnego łoża z baldachimem wydawał mi się jedynie
tłem — na pierwszym planie rysował się jedynie ten prosty fotel.
Odszukałam wzrokiem Barty’ego, który tylko skinął zachęcająco głową, więc
postąpiłam naprzód… najpierw jedna stopa, druga… jaki ten dywan śliski…
Tylko
się nie potknij, modliłam się w duchu.
Miałam
wrażenie, że czas się zatrzymał, więc i ja przystanęłam jakoś nieforemnie
pochylona na środku pokoju — dokładnie między fotelem i Crouchem. Jak
posłaniec na ziemi niczyjej. Coś powstrzymywało mnie przed przekroczeniem tej
niewidocznej bariery, jakby jakaś podświadomie wyczuwalna aura, której nikt nie
powinien zaburzać.
I w
tym samym momencie ciszę przeciął dźwięczny, wysoki głos — jak dobrze
naostrzony nóż.
— Macy
Rosier — rozległo się zza oparcia. — Podejdź tu. Chcę cię
obejrzeć.
Poczułam
się tak, jakby na dno żołądka opadł mi wielki głaz. Z gardłem zawiązanym w
supeł zbliżyłam się do kominka i tylko szok, jakiego doznałam po zobaczeniu
tego, co siedziało w fotelu, powstrzymał mnie od odskoczenia do tyłu.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Nie
miałam pojęcia, czego się spodziewać, ale po nieśmiałych rozmowach z Crouchem
oczekiwałam czegoś podobnego do zjawy. Jakiejś półprzezroczystej postaci
podobnej do duchów w Hogwarcie albo Yody z szóstej części Gwiezdnych Wojen,
ale z całą pewnością nie TEGO.
Humanoidalne
stworzenie przywodzące na myśl zniekształcone, przeraźliwie chude dziecko
opatulone w kawał czarnej tkaniny wyglądało jak wyciągnięte z horroru klasy C,
ale ani trochę nie bawiło. Wręcz przeciwnie. Ciemnoczerwona skóra przypominała
spaloną, prawie zwęgloną, ale na płaskiej, deformowanej twarzy nie było ani
śladu bólu. Olbrzymie czerwone oczy z pionowymi szparkami zamiast źrenic
zmrużyły się nieco, z wyraźną przyjemnością chłonąc moje przerażenie — a
wpatrywały się z taką intensywnością, że za nic w świecie nie potrafiłam
oderwać od nich wzroku. Jedyne pałające życiem w tej wstrętnej sylwetce. Siła
przyciągania pochłaniała jak czarna dziura. Zachłannie, przerażająco, bez
możliwości ucieczki, jakby pożerał moje myśli, wertował je jak książkę. To
coś — inaczej nie potrafiłam tego określić — posiadało
jakąś ludzką mimikę, bo po chwili uśmiechnęło się z lubością, chyba z aprobatą,
lecz oczy pozostawały nadal tak samo zimne i nieruchome jak u smoka lub u
węża.
Cisza
zdawała się pulsować, dopóki stworzenie nie wydało z siebie jakiegoś wysokiego,
wibrującego odgłosu. Odgłosu łudząco podobnego do śmiechu.
— Jesteś
dobra, ale musisz jeszcze poćwiczyć — oznajmiło z prześmiewczą nutą. — Rozpraszają
cię emocje. Jesteś wstrząśnięta tym, co widzisz? Spodziewałaś się ducha z
bajki? Przykro mi, że musiałem cię rozczarować.
Nie
byłam pewna, czy to ten osobliwy, nieludzki głos, czy bijąca od niego moc, ale
świadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba — to był on.
Okaleczony, przeklęty, wyrwany z własnego ciała, zniszczony, ale jednak on.
Czarny Pan, którego obawiałam się nazywać nawet we własnych myślach.
Przytłoczona tym faktem wbiłam wzrok w podłogę i padłam na kolana, tłukąc je
sobie boleśnie na kamiennym fragmencie podłogi przed kominkiem.
Dotarła
do mnie powaga tego wszystkiego.
A on
znów zarechotał tym upiornym, nieludzkim śmiechem.
— Złożyłaś
Przysięgę Wieczystą — kontynuował. — Tak bardzo pragnęłaś
powrotu Lorda Voldemorta, że postawiłaś na szali własne życie, zaufałaś dwóm
obcym czarodziejom. Dlaczego?
— Dowiedziałam
się o moich rodzicach… lata temu — wydukałam. W głowie miałam zupełną
pustkę, ale kiedy nareszcie zaczęłam mówić, dobrze wiedziałam, co chciałam
powiedzieć. — Służyli swojemu panu i zginęli dla niego… zabił ich
Alastor Moody i teraz ja chcę… pragnę, żeby ich pan był teraz moim panem.
— I
zemsta. Pragniesz zemsty, Macy Rosier.
— Nie.
Tylko sprawiedliwości.
Milczał
przez chwilę, słyszałam tylko szmer oddechu Barty’ego i trzask palącego się
drewna. Ja wstrzymałam swój oddech. Mogłam jedynie klęczeć i czekać na wyrok — cokolwiek
by to nie było.
— Twój
anioł stróż opowiedział mi o tobie, Macy Rosier — przemówił w końcu. — O
twoich marzeniach, o przygotowaniach, jakie czyniłaś, kiedy twój pan nareszcie
cię odnajdzie i da ci twoją upragnioną zemstę… i pozycję po twoim ojcu i matce.
To, zdaje się, łączy cię z moim drogim Bartemiuszem, zgadza się? Rosierowie
byli tak samo zawzięci i ta zawziętość przyniosła im przekleństwo śmierci.
Zginęli w imię swojego pana, zdradzeni przez jednego z przyjaciół.
— Mój
panie… anioł stróż? — wydukałam, nie rozumiejąc.
— Och,
mówię o twoim małym, tchórzliwym aniele stróżu Glizdogonie. Wszyscy
chcielibyśmy, żeby czuwał nad nami wielki Michał, Gabriel albo Rafał, ale taki
Glizdogon też może okazać się przydatny — ciągnął. Gdy ośmieliłam się
na niego zerknąć, nie przestawał się uśmiechać. Różdżka w jego nienaturalnie
wielkiej, przypominającej trupią dłoni tańczyła lekko. — Dostaniesz
swoją zemstę, Macy. A teraz odejdź, zobaczyłem już dość. Zostaw mnie z
Bartemiuszem.
Wstanie
okazało się trudniejsze niż przekroczenie granicy za fotelem, ale zanim
zmusiłam swoje zdrętwiałe nogi do ruchu, czyjeś dłonie podźwignęły mnie delikatnie
za ramiona. Wzrok Croucha — nadzwyczaj łagodny — sugestywnie
omiótł drzwi, więc tam się skierowałam. Czułam się dziwnie bezwładna i bardzo,
bardzo zmęczona. Właśnie tak wyobrażałam sobie stan pod wpływem
Imperiusa.
Ciemność
na korytarzu okazała się niesamowicie pokrzepiająca i odarta ze wszelkich
upiornych konotacji. Odzyskawszy czucie w stopach, zapaliłam różdżkę i ruszyłam
wolno wzdłuż korytarza, zatrzymując się na chwilę przy gobelinach i obrazach
zawieszonych między kolejnymi drzwiami.
Minęła
cała wieczność, aż się ze mną zrównał. A może tak mi się tylko zdawało?
Zatrzymałam się przy jednym z okien, przyglądając się słabo zarysowanym stawom
na tyłach domu. Na parterze musiał być ktoś jeszcze, chyba Glizdogon, bo
fragment zaśnieżonego podwórka rozświetlił mdły, żółtawy blask świec zakłócany
co chwilę przez cień jakiejś pochylonej sylwetki.
— Potrzebowałam
trochę… ochłonąć — mruknęłam, choć widok na smętny krajobraz nie dodawał
ani odrobiny otuchy.
Stanął
bardzo blisko. Tak blisko, że miejsce na ramieniu, które dotknęło jego ramię,
zaczęło mrowić, ale nie było to nieprzyjemne mrowienie. W tej sytuacji
wszystko, co choć odrobinę znajome, dawało jakąś namiastkę równowagi.
— Tu
tego nie dostaniesz. Chodź.
Z
ulgą opuściłam dziwnie uśpione mury Crouchwood Hall — jak wyczytałam
ze szczytu któregoś z ozdobnych gobelinów. Nie miałam pojęcia, czy to wrażenie
po spotkaniu tej przerażającej istoty z fotela, czy mroczna aura samego domu,
ale nie miałam najmniejszej ochoty tam wracać. Nawet się nie obejrzałam, kiedy
Crouch wyciągnął ku mnie rękę. Teleportował nas do miejsca, które wyobrażałam
sobie zobaczyć na samym początku — łagodne, przysypane śniegiem
pagórki rozciągające się po sam horyzont, jedna jedyna droga prowadząca do
miasteczka, a nad tym wszystkim księżyc niczym samotna srebrna bombka, którą
ktoś pominął podczas rozbierania choinki. W oddali dało się zauważyć czarny
kształt budynku górującego nad łąkami niczym skała wystająca z oceanu.
Tak.
Tu zdecydowanie można było odetchnąć.
— Tamten
dwór w lesie… to twój rodzinny dom? — zapytałam nieśmiało.
— W
pewnym sensie. To jest rodzinna posiadłość Crouchów. Matka nie mogła go znieść,
więc przenieśliśmy się tutaj. Ojciec kupił niewielką działkę niedaleko terenów,
które od lat należą do jego rodziny.
— Po
tym, jak trafiłeś do Azkabanu?
Zaśmiał
się tym dzikim, perlistym śmiechem, ale nie dało się w nim usłyszeć krztyny
humoru.
— Nie.
Chodziłem jeszcze do szkoły, jakoś między czwartym i piątym rokiem, o ile
dobrze pamiętam. Matka miała dość tego, że wciąż się mijamy, zresztą… ona była
jak piwonia. Nie mogła znieść tamtego miejsca. Tej wilgoci, tych stawów,
pustych korytarzy, tej wiecznej ciemności, tego, że wszystko, co posadziła,
natychmiast zdychało…
— Wcale
się nie dziwię — mruknęłam pod nosem i dopiero po chwili zdałam sobie
sprawę, jak to zabrzmiało, ale Barty nie wydawał się dotknięty. Nadal szedł
przed siebie z rękami głęboko w kieszeniach, wpatrując się w zmrożone iskierki
mieniące się na śniegu pod stopami. Oczy szkliły mu się jak w transie.
— Rodzina
mojej matki miała całkiem spore gospodarstwo nad morzem — kontynuował. — Masa
otwartej przestrzeni, wielkie białe klify, wiatr w płucach… Nigdy się nie
skarżyła, ale wszyscy widzieliśmy, że tu więdnie. Zresztą wszyscy więdliśmy,
wszyscy poza Wielkim Nieobecnym. Ale w końcu sam wyszedł z propozycją
przeniesienia się gdzieś bliżej ludzi. Oczywiście nie za blisko, nie zniósłby,
gdyby świat mógł ją mieć. On był zdolny do domyślania się, ale tylko
wtedy, kiedy chodziło o nią.
Była
w tym nutka goryczy, lecz nie miałam pojęcia, jak z nim o tym rozmawiać. Czy w
ogóle to robić. Czułam, że temat matki wciąż pozostawał w nim tkliwy jak świeża
rana, a ja nigdy nikogo nie pocieszałam. Nie miałam pojęcia, jakich słów użyć,
żeby to nie wydawało się nieszczere, więc zazwyczaj nie mówiłam nic.
Szliśmy
przez chwilę w milczeniu. Śnieg skrzypiał pod naszymi butami, iskrzył się w
srebrnym blasku księżyca ja stałam się nagle zupełnie nieczuła na piękno tych
czarownych wzgórz. Wydały mi się teraz puste i martwe.
— A
po Azkabanie? — zapytałam w końcu.
— Po
Azkabanie popadł w jeszcze większą paranoję. Bez matki mógł mnie nienawidzić z
czystym sumieniem, zresztą ze wzajemnością. A kiedy wyrzucił Mrużkę, byłem
pewien, że prędzej czy później jeden zabije drugiego. Że to kwestia czasu, tym
bardziej, że coraz częściej miewałem przebłyski świadomości.
— Dlaczego
ją wyrzucił?
To
pytanie kręciło mi się po głowie, od kiedy opuściłam kuchnię, a i on musiał to
podejrzewać, bo parsknął cicho pod nosem.
— Ten
Mroczny Znak na niebie podczas Mistrzostw Świata Quidditcha — zaczął
ironicznie, a jak natychmiast pokiwałam głową. Akurat to jedno wydarzenie
śledziłam z ciekawością. — Mrużka wypraszała na ojcu, żeby od czasu
do czasu fundował mi jakieś rozrywki. Żeby miał coś życia. Za czasów szkolnych
grałem w drużynie i Mrużka zaczęła przekonywać ojca, by zabrał mnie na mecz w
ramach nagrody za dobre sprawowanie. Oczywiście w pierwszej chwili odmówił, ale
ona błagała go miesiącami i w końcu się zgodził. Wszystko przygotował.
Zaprowadził nas do loży honorowej jeszcze przed otwarciem bramek, ja byłem pod
peleryną-niewidką, a Mrużka miała powtarzać, że trzyma ojcu miejsce. Oczywiście
nie miałem zielonego pojęcia, co się wokół mnie działo, ale w pewnym momencie
przebudziłem się i zdałem sobie sprawę, gdzie jestem. Ukradłem różdżkę
chłopakowi, który siedział za mną… co ciekawe, wtedy nie zdawałem sobie sprawy
z tego, jak los postanowił skrzyżować nasze ścieżki, bo tym chłopakiem okazał
się być Harry Potter. W pierwszej chwili planowałem użyć tej różdżki, żeby
zaatakować ojca, wtedy Imperius i wszystkie inne zaklęcia, za pomocą których
mnie kontrolował, przestałyby działać, ale wieczorem w namiocie usłyszałem tych
zdrajców, jak się bawili.
— Zdrajców?
Jego
twarz się zmieniła. W miękkim, zimnym świetle okalającym ją z góry wyglądała
jak twarz anioła — idealna we wszystkim, bez żadnej zmarszczki, ale
emanująca jakąś niepokojącą, powodującą ciarki energią. Pod maską niewinnych,
jasnych oczu i łagodnego czoła czaił się mrok, którego nie dało się
przegapić. Mrok poruszający w moim sercu jakąś nieznaną dotąd strunę.
— Lucjusz
Malfoy, Nott, Crabbe, Goyle, Yaxley… zdrajcy, którzy złotem i łgarstwami
wywinęli się od kary, kiedy nasz pan zaginął. I zamiast go odnaleźć, wrócili na
swoje ciepłe posadki w ministerstwie, Świętym Mungu i zagranicznych firmach jak
Karkarow, udając za niebyłe wszystko to, co zrobił dla nich Czarny Pan. Jak
wyniósł ich ponad wszystkich, przyjmując do grona swoich elitarnych
popleczników. Coś mnie wtedy opętało, uznałem, że muszę ich ukarać — mówił
z coraz silniejszą emocją w głosie, choć wcale nie brzmiał na rozwścieczonego.
Wyglądał, jakby ogarnął go ułamek tego, co czuł wtedy na polu namiotowym, a ja
słuchałam, wpatrując się w niego jak zaczarowana. — Ojciec poleciał
ratować tych mugoli, z którymi się zabawiali. Chciałem pędzić za nim, ale
Mrużka zobaczyła mnie w tym stanie. Przeraziła się. Postanowiła mnie odciągnąć,
użyła do tego swoich zaklęć, zaciągnęła mnie do lasu z dala od tych wszystkich
zamieszek, ale wciąż miałem różdżkę. Wystrzeliłem z niej Mroczny Znak. Tyle,
ile mogłem zrobić. Możesz myśleć, że to szalone, ale w tamtym momencie byłem
zdesperowany, owładnięty czymś… jakimś poczuciem niesprawiedliwości… nie jestem
pewien, ale kolejny raz sobie udowodniłem, że działanie pod wpływem impulsu
było nieopłacalne. Pod Mrocznym Znakiem pojawili się ludzie z ministerstwa,
zaczęli strzelać zaklęciami na oślep i tak trafili mnie i Mrużkę. Ktoś ją
odnalazł i ojciec zrozumiał, że i ja też tu jestem. Pozbył się Mrużki, bo
pozwoliła mi uciec… bo znów powiązano go ze śmierciożercami. Jak wtedy, kiedy
mnie złapali. Wszystko w nim odżyło.
Mściwa
satysfakcja zapłonęła mu w oczach, wykrzywiła wargi, czyniąc jego twarz
nieludzką. Piękną, ale nieludzką jak twarz Czarnego Pana w tamtym fotelu przed
kominkiem. Płonęła identycznym ogniem, choć jedynym światłem był lodowaty blask
księżyca. Coś ścisnęło mnie za serce. W pierwszej chwili myślałam, że to
strach, ale było w tym coś jeszcze.
Podziw.
Nigdy
dotąd nie czułam się dostatecznie swobodnie, by pytać o Azkaban i o to, co
wydarzyło się po nim, choć przecież Crouch okazał się pierwszą osobą, przy
której mogłam doświadczyć jakiejkolwiek swobody związanej z obcowaniem z
drugim człowiekiem. Bałam się tajemnicy, która się pod tym kryła, ale teraz
zaczynałam rozumieć tę jego zapalczywość, ten płomień, który rozświetlał go od
środka, kiedy mówił o Czarnym Panu. Tylko to trzymało Bartemiusza przy życiu.
Sprawiło, że przetrwał Azkaban, terror w domu ojca, niebezpieczeństwo związane
z podszywaniem się od Moody’ego — lojalność wobec jego pana.
Zapragnęłam
tego samego ognia — jak niczego innego do tej pory.
— Jesteś
jego najlepszym żołnierzem — powiedziałam cicho. Ze ściśniętym
gardłem obserwowałam, jak mrok w jego oczach powoli rozpraszało jakieś
wewnętrzne światło. — Chciałabym mieć takie zacięcie… i taką
odporność, żeby znosić to wszystko.
— Masz
to wszystko — odparł i zrobiło mi się nagle bardzo ciepło, choć wiatr
tańczył na otwartej przestrzeni, nie robiąc sobie nic z mojego zimowego
płaszcza, czapki i rękawiczek. — Dzieci rzadko kiedy są tak wytrwałe
w swoich postanowieniach, a ty poświęciłaś całe dzieciństwo, żeby znaleźć się
tu, gdzie jesteś. Myślę, że oboje jesteśmy tymi, których Czarny Pan potrzebował
w takim momencie.
Poczułam
uśmiech narastający w kącikach ust i natychmiast spuściłam głowę. Mimo
przyjemnej błogości w brzuchu nie potrafiłam przyjąć tych słów ot tak, jakby
naprawdę mi się należały.
— Dlaczego
on tak wygląda? — zagaiłam, żeby zmienić temat. — Myślałam,
że będzie… no nie wiem… duchem albo czymś…
W
powietrzu zawisło pewne niedopowiedzenie, bo on chyba też się nad tym
zastanawiał. Przez chwilę znów słychać było tylko skrzypienie śniegu pod butami
i dwa szybkie oddechy. Samotny dom zaczął maleć i stał się wyłącznie niewyraźną
ciemną plamą majaczącą daleko od drogi.
— Nie
wiem — odrzekł po minucie czy dwóch, nie kryjąc wahania. — Czarny
Pan zgłębił tajniki czarnej magii, o jakich nam się nie śniło. Myślę… myślę, że
tylko dzięki niej przeżył tamtą noc, a teraz dzięki nam odzyska dawne ciało…
dawną potęgę. I im dłużej pozostanie w cieniu, tym dla nas wszystkich
lepiej.
— A… — Tym
razem to ja się zawahałam. — A co miał na myśli, mówiąc, że Glizdogon
był moim aniołem stróżem? Nie mam nic do Glizdogona, ale wydaje mi się trochę…
hmm… śliski? Albo czegoś nie zrozumiałam…?
Urwałam,
kiedy parsknął śmiechem i ta podniosła atmosfera poufałej rozmowy prysła jak
bańka mydlana. Spojrzałam na niego z rosnącym wyrzutem, a on nie przestawał
rechotać.
— Ach,
bo ty nie wiesz… i zrozumiałe, że nie wiesz, ponieważ Pettigrew raczej się z
tym nie obnosi — powiedział, a wszelkie ślady po surowym,
przerażającym Crouch zniknął. — Glizdogon jest animagiem, zmienia się
w szczura. To taka jego „zdolność specjalna”. Przez ostatnie lata ukrywał się u
pewnej rodziny jako zwierzątko domowe. U rodziny, która bardzo często
odwiedzała twoją ciotkę…
— U
Weasleyów! — wpadłam mu w słowo.
W
historii Pettigrew od początku nie kleiło mi się, jak ktoś taki miałby
przetrwać tyle lat w ukryciu, mając jednocześnie tyle wiedzy z pierwszej ręki,
ale uznałam, że mógł po prostu otrzymać w spadku pelerynę-niewidkę. Albo
talenty magiczne, o które Crouch go nie podejrzewał.
— Zgadza
się. Glizdogon słuchał wynurzeń twojej ciotki, jej obaw co do ciebie i twoich
rodziców, a później zaczął myszkować.
Nie
powiedział tego, ale po uśmiechu w mig zrozumiałam, co miał na myśli. Gorąco
rozlało mi się po policzkach — tym razem niezbyt przyjemne. Na myśl,
że tamten człowiek o lepkim spojrzeniu biegał sobie po mojej sypialni, czytał
pamiętnik dorastającej dziewczynki, być może przeglądał jakieś dokumenty,
szukał ukrytego dna w szufladzie z bielizną ciotki, spłynęło na mnie wrażenie
całkowitego odarcia z prywatności. Z drugiej strony tylko dzięki temu znalazłam
się w miejscu, w którym teraz byłam.
Zagryzłam
spierzchnięte wargi.
— Od
teraz rzucam zaklęcie demaskujące na każdego szczura, którego spotkam,
przysięgam — mruknęłam buntowniczo, choć czułam, że złość szybko
zaczęła się ulatniać.
Pojawiło
się coś jeszcze. Bliskość, której doświadczałam przy Nelly — jakbyśmy
z Crouchem dopiero teraz stali do siebie twarzą w twarz, a nie tylko obok
siebie. Przełknęłam ślinę, bijąc się z narastającym stresem.
Tak
się… odsłonić? Pierwszy raz? I to przed kimś, kto wciąż pozostawał nieodkrytą
mapą?
— Ja…
przepraszam za tamto. No wiesz. — Odchrząknęłam. — Za to po
Pierwszym Zadaniu. Przyzwyczaiłam się, że muszę dużo kłamać. Ciotka i wujek nie
wiedzą, że ja znam historię moich rodziców… jak zginęli i czym się zajmowali.
Poza tobą, Glizdogonem i nim nikt nie wie.
Nie
wyglądał na zaskoczonego.
Co
za niespodzianka.
— Wiem,
Macy — odparł lekko. — To dobry odruch — nie
mówić wszystkiego od razu.
~olka
OdpowiedzUsuń27 grudnia 2010 o 22:49
Dobrze że Moody widział to,i Jerry poniósł karę za to co chciał zrobić Macy…………..Pozdrawiam.
27 grudnia 2010 o 22:55
UsuńMiałoby mu to na sucho ujść? Żartujesz? xD
~Florence.
OdpowiedzUsuń28 grudnia 2010 o 10:22
Szablon jest śliczny,a dziewczyna w nagłówku po prostu piękna. Rozdział był świetny. Ale z tego Jerry’ego to imbecyl. Dobrze, że Barty ich znalazł. Jej, jaka ta Nelly zaślepiona. Miłość jest zgubna ; D. Rozdział ogólnie był świetny. Chyba muszę przeczytać jecz DLR i SCP. Teraz czytam „Czwórkę Hogwartu” :D{rozkoszne-noce}{ich-milosc}
28 grudnia 2010 o 10:43
UsuńCzwórka jest nieco nudna, przyznam. Ale scp… noo, powodzenia xD Już prawie 300 rozdziałów mam xD
~Florence.
Usuń28 grudnia 2010 o 15:03
Będę czytała 1O rozdziałów dziennie. xDW końcu Selene rozwaliłam w jeden dzień. :D
28 grudnia 2010 o 15:44
UsuńTak? Ooo, gratuluję wytrwałości xD
zuzanka331361@buziaczek.pl
Usuń28 grudnia 2010 o 18:20
Dzięki. :D Jak się wciągnę, to nic mnie nie powstrzyma ;pp
28 grudnia 2010 o 18:27
UsuńTeż bym tak chciała, ja jestem leniwa, i to strasznie xD
~fear
OdpowiedzUsuń28 grudnia 2010 o 23:53
Dzięki Bogu że Moody był blisko! Przed oczami miałam już najczarniejszy scenariusz. Jednakże rozdział był przejmujący i świetny.Weny życzę
29 grudnia 2010 o 08:31
UsuńHahaha, gdybym jednak dopuściła do gwałtu, to chyba byście się wściekli, nie? xD
~Tula
OdpowiedzUsuń29 grudnia 2010 o 21:39
Podziwiam cierpliwość Macy, gdyby taki Schelbott złożył mi choć jedną niestosowną propozycję nie byłoby czego po nim zbierać z podłogi. Szumowina jedna! Deprawator nieletnich! Gwałciciel! Dobra, już się na nim wyżyłam ;)Wkurza mnie ten Iwan, i to strasznie. Nie wiem jak, ale Macy ma się zakochać w Bartym, ich miłość ma być trudna i skomplikowana, a w końcu on ma umrzeć, a Macy jakoś się po tym pozbierać. Przewiduję jednak, że na pewno mnie czymś zaskoczysz, bo u ciebie zawsze pojawiają się niespodziewane zwroty akcji. Jednak gdybyś uśmierciła Iwana nie płakałabym po nim xd
30 grudnia 2010 o 07:43
UsuńBarty wcale nie ma umrzeć, o nie. Jemu ma się stać coś o wiele gorszego, on ma stracić duszę. No, ale do tego dojdziemy, pewnie za niedługo. Ta czwarta część to tak naprawdę tylko początek opowiadania, dokładniej wszystko będę opisywać, kiedy Macy skończy Hogwart xD No, ale nie bez przyczyny jej ciotka dobrze zna Dumbledore’a xD
~Tula
Usuń30 grudnia 2010 o 15:27
Tak, grunt to wprowadzić na początku coś, do czego później można się odnieść ;) Ja czasami wplatam do mojego opowiadania jakieś nieistotne wątki, bo wiem, że w przyszłości może mnie coś oświecić i będę mogła je wykorzystać.
30 grudnia 2010 o 16:29
UsuńJa tak samo, ale czasami daję ich tak dużo i są takie dziwne, że niektórzy nie rozumieją, o co w tym chodzi. Niektórzy… żeby tylko xD Raczej każdy nie rozumie xD Robię tak zwłaszcza na Siostrzenicy xD
~Tula
Usuń30 grudnia 2010 o 21:04
Co do Siostrzenicy nie raz zbierałam się, żeby ją przeczytać, ale długość rozdziałów powala. Chyba zostawię ją sobie na ferie, a może nawet na wakacje, bo do tego opowiadania będę potrzebowała dużo czasu ;)
30 grudnia 2010 o 21:15
UsuńAno fakt, jest ich troche. Cos mi sie komputer psuje, na czworke hogwartu nic jutro nie napisze, na Siostrzenice i dlr moze mi sie uda xD
~Doska
OdpowiedzUsuń3 stycznia 2011 o 17:18
Po początku, który mnie trochę zmulił, fabuła staje się coraz bardziej atrakcyjna i przyznaję, że wkręciłam się :) Czekam na kolejny rozdział i dodaję ten blog do swoich linków xd pzdr :*
5 stycznia 2011 o 16:14
UsuńWiesz, im głębiej w treść, tym ciekawiej. Przynajmniej tutaj.
31 year old Programmer III Phil Borghese, hailing from Le Gardeur enjoys watching movies like "See Here, Private Hargrove" and Graffiti. Took a trip to Monastery of Batalha and Environs and drives a Duesenberg Model SJ Convertible Coupe. Wiecej informacji
OdpowiedzUsuń