22 lipca 2011

13. Izaak Abrahamowi

 

Za każdym razem, kiedy w dormitorium któraś z uczennic opowiadała reszcie końcowy przebieg randki, wyobrażałam sobie swój pierwszy pocałunek. A zważywszy na to, że żadna z moich czterech współlokatorek nie miała jeszcze stałego partnera, za każdym razem oznaczało często — przynajmniej raz w miesiącu. Nigdy nie śmiałam mówić o tym z Nelly, zwłaszcza że jej bliżej było do Krukonek, z którymi dzieliłam sypialnię, ale przypuszczałam, że robiła to każda nieśmiała dziewczyna na świecie. Fantazjowała o chłopaku, do którego skrycie wzdychała, wyobrażała sobie bajkowe scenariusze, tylko że ja nie miałam kogo obsadzić w roli swojego księcia ze snów. A teraz wyglądało na to, że on sam zamierzał się w niej obsadzić — piętnaście lat starszy kryminalista, który zbiegł z więzienia, żeby przywrócić do władzy najpotężniejszego, potencjalnie najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika od czasów Gellerta Grindelwalda. To był język faktów. 

A co mówiło moje serce? 

Dokładnie to samo. I podobało mi się to, bo nie byłam lepsza. W dzień Drugiego Zadania uzmysłowiłam sobie, że z nikim nie łączyło mnie tak wiele, nikt — mimo tak wstrętnej codziennej powłoki — nie wywoływał tyle ciepła, nie budził takiego zaufania. Nikt. Nawet Hope czy Nelly. Patrząc na to oczami ciotki Rosalie, Lynn, Molly Weasley czy jakiejkolwiek innej osoby, jaka gdzieś kiedyś przewinęła się przez moje życie, nie potrafiłam od tego dłużej uciekać — możliwe, że i ja byłam szalona. I jedynie świadomość tego szaleństwa dzieliła mnie od skończenia w Azkabanie. 

Albo po prostu szaleństwo nie istniało, a ja miałam pecha urodzić się w świecie zdominowanych przez tę inną normalność? 

Ale bez względu na to — a może właśnie dlatego — nie potrafiłam udawać, że nic się nie stało, więc znów się odcięłam. Unikanie Croucha okazało się po stokroć łatwiejsze niż mierzenie się ze skrępowaniem, jakie wywoływało samo wspomnienie pamiętnego wieczora. Nie umiałam wyciszyć tego, co działo się w moim żołądku, gdy widziałam Croucha na zajęciach czy mijaliśmy się na korytarzach i nawet twarz i ciało Moody’ego nie było w stanie zabić tego, co Nelly nazywała motylami w brzuchu

Oczywiście natychmiast zauważyła, że coś się zmieniło. Wraz z nadejściem marca na legendarnym szarym szkockim niebie coraz częściej pojawiało się słońce, ulewne deszcze zmyły ze świata ostatnie resztki zimy, co skutkowało pierwszą eksplozją wczesnowiosennego kwitnienia, a co za tym idzie — długimi spacerami po Zakazanym Lesie. Przyjaciółka towarzyszyła mi w nich o tyle chętniej, że nie musiała znosić w powozie dręczącej obecności Gastona, a i moje uparte milczenie w temacie sławnych motyli tylko napędzało jej ciekawość. 

— Nawet nie wiesz, jak ja ci zazdroszczę — westchnęła pewnego wyjątkowo ciepłego piątkowego popołudnia. Już dawno przestała narzekać na dalekie przechadzki, zwłaszcza że za każdym razem miałam przyjaciółce do pokazania kolejne wspaniałości, jakie kryły leśne zakamarki. — Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze zauroczenie. Oczywiście byłam przekonana, że to będzie miłość na całe życie i nie wyobrażałam sobie inaczej… ach, ile ja wtedy nie spałam… Pisaliśmy ze sobą nawet w nocy, sowy latały tam i z powrotem, chociaż chodziliśmy do tej samej klasy i byliśmy razem dans le dortoir. Wszystko było takie… ekscytujące, nowe…! I też chciałam to trzymać w tajemnicy i jednocześnie wykrzyczeć całemu światu. 

— Ale tu nie ma czego trzymać w tajemnicy — odparłam prawie zgodnie z prawdą. — Ostatnie, czego mi potrzeba przed owutemami, to pierwszych zauroczeń i… i wysyłania sobie sów po nocach. Zostały trzy miesiące. Może się wydaje, ale to naprawdę mało czasu na powtórkę ze wszystkich siedmiu lat. 

— Owutemi, iii tam! — Machnęła lekceważąco ręką. — To ostatni dzwonek, żeby przeżyć jakiś szkolny romans, bo później zostaje tylko praca i pra… Oooh, c’est magnifique! Je suis au paradis! Nie rozumiem, dlaczego ten las jest zakazany, przecież to jest CUDOWNE! 

Rzuciła się do przodu w sam środek czarownej polanki pełnej zawilców. Promienie słońca bez trudu sięgały do delikatnych, białych płatków, choć na gałęziach otaczających plac drzew rozglądały się już nieśmiało pierwsze zielone zawiązki liści. Przysiadłam na wilgotnym, omszałym korzeniu rozłożystego dębu i obserwowałam z uśmiechem, jak przyjaciółka hasała wśród kwiecia, co rusz przystając i schylając się, by uświetnić swój wiosenny bukiet. Na mnie widok polany nie robił już takiego wrażenia, zwłaszcza że wciąż nie mogłam wyrzucić z głowy tamtego lutowego wieczoru. 

A Nelly nie dawała mi o tym zapomnieć. 

Nie pragnęłam niczego nikomu wykrzykiwać i niekoniecznie dlatego, że mężczyzna, który bez przerwy zaprzątał mi głowę, nie spodobałby się nikomu w moim otoczeniu. Po prostu nie potrafiłam się do tego przyznać — ani przed przyjaciółką, ani przed samą sobą. 

To tylko emocje. Naturalna reakcja na pomyślne zakończenie czegoś ważnego i frustrującego. 

Żadne głupie motyle, zauroczenia czy, tym bardziej, szkolne romanse. 

 

*

 

Pierwsze naprawdę ciepłe dni po zimie uświadomiły mi coś naprawdę ważnego — nieubłaganie zbliżał się finisz mojej przygody ze szkołą. Wraz z końcem Drugiego Zadania czas niesamowicie przyśpieszył i ledwo stopniały ostatnie śniegi, zakwitły pierwsze krokusy, w dormitorium Krukonów zapanowała przedświąteczna gorączka, a od tego tylko krok do ostatecznych egzaminów. 

Nigdy nie miałam wybitnie bliskiej relacji z Hogwartem, ale chyba tylko dlatego, że w domu Montgomerych od początku cieszyłam się dużą wolnością. A jednak wizja ostatniego Bożego Narodzenia, ostatniej Wielkanocy, ostatniej podróży Hogwart Ekspresem, ostatniej ceremonii przydziału wprawiły mnie w pewną melancholię i marcowy wypad do Hogsmeade przeżyłam tak, jakby i on miał być tym ostatnim. Otrzeźwiałam po dwóch godzinach w zatłoczonych Trzech Miotłach w intensywnym towarzystwie Nelly, ale na powrót mogłam liczyć dopiero grubo po czternastej, licząc, że po szybkim przebiegnięciu przez kuchnię odpocznę w ogrodzie. Dopiero widok, jaki zastałam przed kominkiem, sprawił, że na moment zastygłam w bezruchu. 

— O… o matko — wymsknęło mi się. 

Nie widziałam Mrużki od prawie dwóch miesięcy i choć już wtedy nie wyglądała najlepiej, bez trudu dało się ją odróżnić od szaroburych, piwnicznych ścian. Pozbyła się sukienki i kapelusza, ale nie miała na sobie stroju typowego dla hogwarckiego skrzata. Łachmany, w które była ubrana, przywodziły na myśl brudne szmaty. Jako jedyna siedziała bezczynnie na stołku i kiwała się sennie, ściskając między kolanami opróżnioną do połowy butelkę piwa kremowego. 

Bobula, która jak zwykle przyjęła mnie z otwartymi ramionami, powędrowała wzrokiem za moim spojrzeniem i westchnęła teatralnie. 

— Ano. Aż wstyd tu kogoś wpuszczać — oznajmiła, kręcąc głową z politowaniem. — Panienka nie patrzy, nieładny widok. 

— Nadal przeżywa pana Croucha? 

— Oj, tak. Pije już sześć butelek dziennie. I, co gorsza, prawie nie pracuje — wyszeptała z przejęciem i natychmiast zakryła sobie usta długimi palcami, rozglądając się w popłochu na boki, jakby w obawie, że zdradziła czyjś paskudny sekret. — Panienka tego nikomu nie zdradza, Bobula bardzo prosi! Mrużka będzie mieć kłopoty… 

— Oczywiście, że nie — mruknęłam, nie mogąc oderwać wzroku od tamtej żałosnej kupki nieszczęść. — Mogę z nią porozmawiać? 

— Może panienka, może, ale Bobula ostrzega, że to nic nie da. 

Ignorując paczkę, którą niecierpliwie próbował wepchnąć mi w ręce inny skrzat, na palcach przemknęłam między stołami i taboretami. Szłam tam w pełni świadoma, że gdyby chodziło o kogoś innego, możliwe, że nawet bym go nie zauważyła, ale wszystko, co wiązało się z Crouchami, teraz przyciągało moją uwagę jak magnes. 

Chyba nigdy nie widziałam tak pustych, szklanych oczu. Kiedy spostrzegłam ją tu po raz ostatni, bez przerwy płakała, ale teraz na pomarszczonym ryjku nie było śladu łez. Nic, jedynie głęboka, porażająca rozpacz. Skrzatka nawet na mnie nie spojrzała, choć przysiadłam na piętach tuż obok, licząc, że samą intensywnością spojrzenia przyciągnę jej uwagę. Mrużka gapiła się w przestrzeń i tylko raz na jakiś czas podrygiwała lekko pod wpływem bezgłośnego czkania. Nie tylko nie pracowała, ale musiała unikać kąpieli, bo kwaśny odór potu, kremowego piwa i dawno niepranej odzieży aż kąsał nozdrza. 

— Mrużko, co się stało? Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 

Skrzatka drgnęła gwałtownie i zakołysała się niebezpiecznie na stołku. 

— Skąd panienka zna im-mię… imię Mrużki? — zapytała słabym głosem. — Dlaczego pan-nienka pyta Mrużkę? 

Naciągane kłamstwo albo nieprzyjemna prawda. 

— Inne skrzaty niepokoją się, że od kilku miesięcy nie pracujesz i pijesz — zaczęłam ostrożnie, ale ta uwaga nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Jedynie pofałdowane czoło zrobiło się jeszcze bardziej pomarszczone, a w oczach błysnęły łzy. 

— Mrużka nie chce prac-cować w Hogwarcie, Mrużka chce wrócić do swojego pana… pan Mrużki samotny, biedny… 

— Twój pan… czyli pan Crouch? 

Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy gwałtownie obróciła się i wbiła we mnie tak przeszywający wzrok, że w odpowiedzi miałam ochotę się odsunąć. Mieszanka szaleństwa i rozpaczy. 

— Skąd panienka wie o panu Crouchu? Panienka zna pana Mrużki? P-pan wspom-minał o Mrużce…? 

— Nie, nie! — odpowiedziałam natychmiast, kręcąc głową. — Znam kogoś, kto pracuje w ministerstwie… 

Ale ona zdawała się już mnie nie słuchać. Znów zaczęła się kiwać i z każdym kolejnym szarpnięciem odrobina piwa kremowego lądowała na tym, co w przeszłości musiało być miniaturową bluzeczką. 

— Biedny pan… biedny pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez panicza… Och, i jak pan sobie teraz poradzi… sam w pustym domu… 

Przez jedną długą, trwającą całą wieczność minutę patrzyłam, jak zanosiła się coraz większym płaczem, aż bełkotane przez nią słowa stały się całkowicie niezrozumiałe. Dopiero gdy pojawiła się piątka skrzatów i zabrały się za zawijanie jej w kraciastą serwetę, poczułam się dziwnie zakłopotana zamieszaniem, jakiego narobiłam. Wyłowiłam wzrokiem Bobulę, która podeszła bez słowa, niosąc przygotowany pakunek. 

— Przykro mi… — bąknęłam tylko, ale ta wzruszyła ramionami. 

— Bobula mówiła, z Mrużką już tak będzie. Panienka już idzie, Bobula bardzo przeprasza, że panienka musiała na to patrzeć. 

W obawie przed utratą przychylności reszty skrzatów podziękowałam i jak najszybciej opuściłam kuchnię. Choć skierowałam swoje kroki z powrotem na błonia, kwadrans wcześniej miałam zdecydowanie większą ochotę na prace ogrodowe. W tym momencie jedyne, co tłukło mi się w głowie, to słowa Mrużki. 

Biedny pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez panicza. 

Bez panienki i panicza. 

Może jednak warto było popsuć sobie stosunki ze skrzatami domowymi, jeżeli pan Crouch skrywał przed światem coś więcej niż pusty grób żony i syna-śmierciożercę pod peleryną-niewidką. 

 

*

 

Trzy miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego. 

Zamieszać trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. 

Był w kropce. 

Nigdy nie podchodził do związków poważnie, ale nie dlatego, że był dupkiem. Po prostu nigdy w żaden nie wszedł. Pochłonięty nauką nie miał na to czasu, więc nie chciał zawracać głowy dziewczynom, które liczyły na coś poważnego, a te, które od czasu do czasu przewijały się przez jego życie, nie marzyły o ślubie i dzieciach. Układ idealny. 

Co nie oznaczało, że nie zdarzyło mu się zauroczyć w dziesięć lat starszej nauczycielce od hiszpańskiego albo w Puchonce z równoległej klasy, ale nie trwało to dłużej jak do końca szkoły. Później zajął się ważniejszymi sprawami. No i do żadnej z nich nie czuł tego, czego doświadczał z Macy. I nie miał na myśli tylko tamtego pocałunku. 

Machnąć różdżką nad eliksirem. 

Oczywiście mógł sobie wmawiać, że chodziło tylko o zrozumienie w jego obsesji na punkcie Czarnego Pana, ale Crouch był już na to za stary. I był za stary na to, żeby przed sobą udawać, że to, do czego doszło między nim i Macy po drugim zadaniu, wynikało wyłącznie z emocji, choć te niezaprzeczalnie przyśpieszyły nieuniknione. 

Od pierwszej sekundy, kiedy zobaczył ją wchodzącą za Glizdogonem do ciemnego przedpokoju, wiedział, że było w niej coś intrygującego. Intensywność i porażająca dojrzałość spojrzenia potęgowana przez lodowaty błękit tęczówek, pewność siebie, z której, jak łatwo się przekonał, w sobie nie dostrzegała, ale Barty szybko przestał widzieć w niej jedynie fascynujący obiekt. Nawet się nie zorientował, kiedy kontrast między jej eteryczną urodą a siłą przekonań zaczął sprawiać, że robiło mu się gorąco. Nie potrafił nie fantazjować o długich, ognistych włosach opadających miękkimi falami na drobne piersi, o własnych ramionach zamykających ją w uścisku, o dłoniach sunących przez wąską kibić na kościste plecy i niżej, dużo niżej do samych pośladków… 

— Cholera…! — zaklął cicho głosem Moody’ego i błyskawicznie cofnął zaklęcie, ale było za późno. 

Baza zasyczała, zabulgotała i pomieszczenie raz-dwa wypełniła nieprzyjemna, gryząca woń spalenizny. Zdecydowanie zbyt wysoka temperatura — i zdecydowanie nie tam, gdzie jej potrzebował. Upominając się niewyraźnym mamrotaniem, nie bez trudu upchnął w głąb myśli zaplanowane na noc strzępy wizji i wrócił do eliksiru wielosokowego. Na szczęście przypalił tylko to, co mógł bez ograniczeń ściągać z wioskowej apteki, ale zegar powiedział mu, że stracił na tym nie tylko osiem sykli, ale i dwadzieścia trzy minuty. 

Akurat czas na kolejny łyk eliksiru. 

Jeszcze raz. 

Trzy miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego. 

Zamieszać trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. 

Machnąć różdżką nad eliksirem. 

Z większą ostrożnością zabrał się za powtórne przygotowanie ślazu, ale podczas bardziej mechanicznych czynności nie potrafił do końca wyrzucić Macy z głowy. Na co dzień był Moodym. Myślał jak on, spędzał z nim długie godziny na niekończących się rozmowach o poglądach i życiu, choć czuł się już całkiem pewnie w jego skórze. Ale bywały momenty, zwłaszcza na zajęciach z Krukonami z siódmej klasy, kiedy miał ją tak blisko — zawsze w pierwszej ławce, z uwagą chłonącą wszystko, co mówił. Nie potrafił nie zerkać na nią podczas posiłków, wodzić wzrokiem magicznego oka na korytarzach, nie spoglądać na kropkę z jej nazwiskiem, kiedy śledził Pottera na mapie. 

I nie chodziło tylko o pożądanie. Po prostu — chciał jej w swojej codzienności. 

Po zakończeniu wszystkich kroków składających się na pierwszą część mikstury z przyzwyczajenia spojrzał na mapę, po czym otworzył wciśnięty w kąt kufer i zajrzał do środka. Choć loch na jego dnie miał ledwo kilkanaście stóp głębokości, mrok, jaki tam panował, był nie do rozproszenia przez znajdujące się w gabinecie lampy. Crouch musiał przyświecić różdżką, by zobaczyć prawdziwego Szalonookiego, dokładnie tak, jak go wczoraj zostawił — wciśniętego w kąt, z kikutem spoczywającym na udzie zdrowej bosej nogi i twarzą przysłoniętą plątaniną brudnych, przetłuszczonych włosów. Smród, jaki tam panował, dla normalnego człowieka byłby nie do wytrzymania, ale po rocznych wczasach w Azkabanie nie istniały wonie, jakich Barty nie potrafiłby znieść. 

Pomagając sobie magią i laską, zsunął się na dół i z ciężkim sapnięciem wylądował na zimnych, kamiennych płytach, po czym przystąpił do ich zwykłego rytuału. Obcięcie włosów, posiłek skradziony podczas kolacji w Wielkiej Sali, oględziny i dopiero potem rozmowa. Po wysłuchaniu setek historii Rudolfusa i Bellatriks z licznych porwań i przetrzymywania mugoli Barty lubił myśleć, że i Moody’emu sprawiały przyjemność ich wieczorne dyskusje. Dopiero widząc prawdziwego eks-aurora, był w stanie czuć się choć trochę sobą — nawet mając na sobie jego powłokę. 

Mężczyzna potrzebował chwili, żeby się ocknąć. Z miesiąca na miesiąc zajmowało mu to coraz więcej czasu, poruszał się jak mucha w gęstym wywarze, jedynie oko, którym łypał na Croucha przez brudną grzywę, pozostawało niezmiennie żywotne. Koślawe wargi drgnęły w niezgrabnym uśmieszku, gdy pod wpływem zaklęcia sięgnął po kawał smażonej ryby. 

— I jak? — zapytał tonem początkującego artysty, który dopiero co odważył się pokazać bliskim swoje dzieła, a Bartemiusz odpowiedział: 

— Pierwszorzędnie. Sekret tkwi w cyklicznej zmianie zaklęć, żeby umysł nie wytworzył tolerancji na Imperiusa. 

— Płodozmian. 

— Można tak powiedzieć. Ale ty pewnie dobrze to znasz. I wiesz, że do tego, by oprzeć się tym wszystkim zaklęciom, potrzeba dużo silnej woli i motywacji — odparł. — Czego tobie wyraźnie brakuje. 

Czarodziej zdawał się tym nie przejmować, bo zarechotał głucho z ustami pełnymi mięsa i dodał: 

— Nie to, co ty i twój ojciec, co? 

— Zgadza się. Nie mogliście zdzierżyć siebie nawzajem, chociaż mieliście tę samą obsesję. 

Patrzył w ciszy, jak Moody żuł powoli resztki obiadu. Upiorna, woskowa twarz odzyskała odrobinę koloru, ale wyglądała na znacznie starszą i bardziej niezdrową od tej, którą Crouch codziennie rano oglądał w lustrze. 

— O tak — przyznał w końcu Moody, a w głosie wyraźnie zabrzmiała jadowita nuta. — Nie było w nim ani iskry pasji, tylko uprzedzenia i czysta pogoń za karierą. Nie pojmował moich fascynacji. Powiedział mi kiedyś… tak, pamiętam to do dziś, „Moody, tylko się panu zdaje, że jest pan myśliwym”. Do końca nie był w stanie zrozumieć, że ja na nich nie polowałem. Żeby dorwać śmierciożercę, musisz zacząć myśleć jak śmierciożerca. Wiedział to wtedy każdy średnio rozgarnięty auror, ale dla Croucha wszystko musiało się mieścić w granicach procedur. Do końca był ograniczony, nawet wtedy, kiedy wmanewrowałeś tego biednego chłopaka do Turnieju. 

Barty prychnął cicho. 

— Już wtedy był pod działaniem Imperiusa. 

— Może i tak. Ale Crouch, którego znałem, byłby w stanie go poświęcić, jeżeli tego wymagałoby ministerstwo. Zresztą — zarechotał ochryple — sam wiesz najlepiej. 

Poczuł gorycz na języku, ale jedyne, na co się zdobył, to ponury śmiech. Nie potrzebował wiele, by resztki majaczących gdzieś z tyłu obrazów Macy na dobre się roztarły i zastąpiły je inne żywe, ostre wspomnienia z czasów, kiedy nie było mowy o żadnych dekretach, zaciętej wojnie z Czarnym Panem i wyłapywaniu śmierciożerców. Realne piekło działo się w domu — przy akompaniamencie konwenansów, idealnej ciszy i dobrych manier podczas wspólnych posiłków. 

Tak, zaśmiał się, choć chciało mu się rzygać. 

— Nie masz pojęcia, jak złym był człowiekiem — rzekł. — Ale długo nie pożyje. Zresztą jak i ty, ale ciebie Czarny Pan obiecał komuś innemu. W ramach zadośćuczynienia. 

Moody nie wyglądał na przejętego. Lustrowali się nawzajem z uwagą, dopóki tamten nie rzucił cicho: 

— Tamtej dziewczynie, która kuliła się ze strachu w moim przedpokoju? 

Crouch nie odpowiedział. Wycelował różdżką w starca i wyszeptał zaklęcie, a głowa momentalnie opadła mu na pierś. 

Czas spać, mój malutki. Niech ci się przyśnią małe kotki, zanim udasz się na zasłużony odpoczynek u Bozi. 

 

*

 

W perspektywie zbliżających się owutemów zazdrościłam Nelly luzu, choć zważywszy na to, że delegaci z Beauxbatons byli zwolnieni z egzaminów końcowych, szybko odkryłam źródło owego luzu. Oczywiście madame Maxime prowadziła w powozie jakieś wykłady, a zarówno jej uczniowie, jak i uczniowie Karkarowa często przesiadywali w bibliotece, ich nauka nie mogła równać się z orką, jaką nauczyciele fundowali nam regularnie od początku drugiego semestru. Wertowanie spasionych podręczników było tylko odrobinę przyjemniejsze, kiedy robiłam to pod gołym niebem we własnym ogrodzie, a nie w towarzystwie młodszych Krukonów grających sobie beztrosko w eksplodującego durnia, lecz nie zmieniało to faktu, że nie miałam czasu. Dni uciekały mi przez palce nad niekończącymi się stronami teorii zaklęć i transmutacji i choć nie czułam się tak przytłoczona, jak podczas przygotowań do SUM-ów, nie byłam w stanie wygospodarować ani jednego wolnego popołudnia na poszukiwania tajemniczej panienki, o której wspomniała Mrużka. 

Dopiero podczas przerwy wielkanocnej udało mi się znaleźć wolne od książek i Nelly popołudnie i wybrać się na wycieczkę po Izbie Pamięci. Dobrze znałam tę podłużną, wypełnioną regałami i kryształowymi szkatułkami komnatę, ponieważ swego czasu spędziłam w niej niezliczone godziny na wyszukiwaniu znanych mi Rosierów. I tak, jak bez trudu w pierwszej klasie odnalazłam Emmę Montgomery i Evana Rosiera — oboje nagrodzeni medalem za zasługi na polu magii — tak bardzo szybko natknęłam się na Bartemiusza Croucha seniora (tak wydedukowałam po dacie na medalu za zasługi dla szkoły). Ani trochę się nie zdziwiłam, znajdując tam również jego syna, ponieważ był jedyną znaną mi osobą, która uzyskała dwanaście SUM-mów i dwanaście owutemów, piastując przy tym stanowisko prefekta i prefekta naczelnego, ale poza dwójką Bartemiuszów wyłowiłam jeszcze jedną osobę o nazwisku Crouch. 

Serce zatłukło mi się o przełyk na widok niepozornej czarki w kolorze ściemniałego srebra, na której poza prostym grawerunkiem sowy widniał napis: Elenai Crouch — za zajęcie pierwszego miejsca w Międzyszkolnej Olimpiadzie Historycznej

Nic więcej. Tylko to jedno niepozorne, wciśnięte między jemu podobne naczynie, choć spędziłam w tej sali dodatkową godzinę, przeglądając dokładnie każdy najmniejszy medal. Nic. Przez całe siedem lat nauki w Hogwarcie Elenai Crouch nie zabłysła niczym więcej, a ja nie miałam żadnej pewności, czy była jakkolwiek blisko spokrewniona z tymi Crouchami, ale to zawsze coś. Jakiś punkt zaczepienia. 

Dlatego postanowiłam iść za ciosem i przesiedziałam resztę dnia w bibliotece nad resztkami starych Proroków Codziennych, ale żaden z dostępnych numerów nie miał nic do powiedzenia ani o Elenai Crouch, ani o Międzyszkolnej Olimpiadzie Historycznej z 1978 roku. Jedyne, na co się natknęłam, to skąpe wzmianki o procesie grupy śmierciożerców oskarżonych o porwanie i torturowanie Alicji i Franka Longbottomów, lecz i tam informacje o synu szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów były zaskakująco szczątkowe. 

Jedyne, co mogłam zrobić w tej sytuacji, to zapoznać Barty’ego z moim znaleziskiem. 

Do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią wybrałam się w pierwszy dzień świąt pod pretekstem sprezentowania czekoladowego jajka. Wciąż ściskało mnie w brzuchu na myśl o tym, co wydarzyło się między nami po Drugim Zadaniu, ale liczyłam, że moje pytania o Mrużkę i tajemniczą panienkę wcisną ten temat jeszcze głębiej w niebyt. 

Tym razem otworzył mi w przebraniu Moody’ego, choć bez śladu zaskoczenia na twarzy. 

— Widziałem cię na mapie — wyjaśnił, zamykając za mną drzwi. 

W gabinecie panował świeży chłodek. Po długich godzinach spędzonych w bibliotece i Izbie Pamięci z przyjemnością zaciągnęłam się wiosennym powietrzem napływającym bezpośrednio przez otwarte okno. Obserwowałam w ciszy, jak Crouch grzebał w szufladzie biurka, z której wyciągnął olbrzymie, kartonowe jajo wypełnione po kokardę różnego rodzaju słodyczami. 

— Dziękuję, też ci przyniosłam. 

Wymieniliśmy się, a ja byłam prawie pewna, że pokryte bliznami oblicze stężało w zakłopotaniu. 

Czyli zamierzał o tym rozmawiać. 

Odchrząknęłam, ale zanim zdołałam zebrać myśli, zagadnął: 

— Ostatnio spędzasz dużo czasu z Dubois. 

Obróciłam się, unosząc brwi. 

— Dużo więcej czasu? Czy ja wiem…? 

— Uważaj na nią — rzucił tylko. — Potrafiła cię przekreślić bez zastanowienia, nie jest godna zaufania. 

— To nie do końca było tak, ale nie przyszłam tu rozmawiać o Nelly — odpowiedziałam szybko, czując się nieprzyjemnie prześwietlana przez niebieskie oko eks-aurora. Przeszłam przez gabinet i oparłam się pośladkami o krawędź wielkiego kufra, tak, żeby mieć dobry widok na Croucha. — Byłam wczoraj w Izbie Pamięci i zobaczyłam tam nagrodę za pierwsze miejsce w olimpiadzie historycznej. Nagroda należała do Elenai Crouch. 

Przysiadł na brzegu biurka i przyglądał mi się przez moment z lekko przekrzywioną głową, aż kącik jego ust uniósł się zawadiacko. 

— Zupełnym przypadkiem, co? 

— Nie, nie było żadnego przypadku. Poniekąd — odparłam bez ogródek. — Jakiś czas temu znów natknęłam się na Mrużkę. W kuchni. Była w kiepskim stanie, pijana, brudna i w rozpaczy. Bardzo przeżywa, że twój ojciec dał jej ubranie. 

— Mrużka od lat służyła w domu Crouchów. A wcześniej jej matka, babka i kilka pokoleń skrzatów domowych — wyjaśnił. — Jej rodzina jest związana z Crouchami od wieków. Można powiedzieć, że herb Crouchów jest jak ich herb. To dla niej koniec świata. 

Przytaknęłam. 

— Ona żyje w przekonaniu, że pan Crouch nadal jest jej panem. Że powinna być mu posłuszna i strzec jego sekretów — dodałam, a Barty wydął lekko usta. 

— Akurat w tym nie widzę nic złego. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby powiedziała Dumbledore’owi, co mój ojciec zrobił Bercie Jorkins. Domyślam się, że odkrycie, że wciąż żyję, zajęłoby mu może z pięć minut. 

Parsknęłam ironicznie. 

— Wygląda na to, że powodzenie naszej misji zależy od kaprysu skrzata domowego. 

— To prawda — odparł z nienaturalnym spokojem. — Dlatego prosiłbym cię, żebyś więcej nie szukała z nią kontaktu. Niech przeżywa swoją żałobę w spokoju, niech wciąż idealizuje mojego ojca, bo tylko dzięki temu Mrużka może nadal żyć. A ja bardzo nie chciałbym jej zabijać. 

Uderzyło mnie to, co powiedział, choć była tylko domowym skrzatem. Uderzyło bardziej niż perspektywa porzucenia Montgomerych czy konieczność śmierci czternastoletniego chłopaka. Niewiele rozmawialiśmy z Crouchem na temat jego dzieciństwa, które mimo wielkiego bogactwa i dwojga kochających się rodziców wydawało mi się ciężkie. Siedziało tam coś, czego mi nie mówił. Coś związanego z ojcem, choć jego rywalizacja z synem o względy żony i patologiczna ambicja przerzucana na małego chłopca była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Taka nienawiść nie brała się znikąd. Nie wpychała młodego człowieka w ramiona czarnej magii. 

A Mrużka wydawała się jedynym ciepłym, bezpiecznym i stałym obiektem w tamtym pustym, zimnym domu. 

— Nie o niej przyszłam rozmawiać — powiedziałam po chwili. — Wasza skrzatka wspomniała o pani, paniczu i panience, po których cierpi pan Crouch. 

Taksował mnie przez moment, jakby oceniał korzyści z wyjawienia prawdy, aż przeciągająca się cisza zaczęła mówić sama przez się, więc rzekł: 

— Zgadza się, mam siostrę. 

Choć od razu się przyznał, doświadczyłam ukłucia zawodu, jakbym przyłapała go na kłamstwie. I chociaż wiedziałam, że nie był mi winien opowieści z drzewa genealogicznego rodu Crouchów, poczułam złość — on jako pierwszy zaczął węszyć wokół mojej rodziny, a sam przemilczał temat istnienia własnej siostry, jak gdyby nie była warta wspomnienia. 

Niewidzialna — tak samo jak ja. 

— Dlaczego nic nie mówiłeś? — spytałam. — Opowiadałeś o swoim ojcu, o matce… 

Dziwny cień, jaki przebiegł przez jego twarz, sprawił, że zamilkłam. Przypomniałam sobie, co poczułam, kiedy Barty zwrócił się do mnie nazwiskiem moich rodziców i natychmiast pożałowałam tej napastliwości, lecz kiedy znów się odezwał, nie brzmiał na rozwścieczonego. W tonie jego głosu nie było skrępowania, tylko wciąż ten sam niewzruszony spokój. 

— Elenai zaginęła wiele lat temu. Była jak iskierka. Energiczna, radosna, zakochana w świecie, ale przy tym bardzo dziecinna. — Nieprzerwanie się we mnie wpatrywał, lecz oczy zaszły mu mgłą wspomnień, zwłaszcza w momencie, gdy krzywe wargi Moody’ego wykrzywił delikatny uśmiech. — Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo nie spełniała wymagań ojca… Ale nigdy się tym nie przejmowała. Ona jedyna była odporna na atmosferę, jaką wokół siebie rozsiewał — jakby bez przerwy nosiła w sobie Patronusa. 

Bałam się przełknąć, żeby nie wybić go z transu, choć w środku cała skręcałam się z ciekawości. Chwilę wcześniej wmaszerowałam tu z naręczem pytań, a teraz nie potrafiłam się ruszyć, łowiąc chciwie każde słowo. Czułam to wyraźnie — ta pełna napięcia cisza, jaką momentami czułam, rezonowała właśnie wokół Elenai. 

— Nauczyliśmy się bez niej żyć — kontynuował, obejmując się ramionami, po czym parsknął krótkim, pozbawionym humoru śmiechem. — Na tyle, na ile można żyć w zawieszeniu, w ciągłym oczekiwaniu na… w sumie na cokolwiek. Strzęp informacji, pogłoskę, jakikolwiek ślad… 

— …czy w ogóle żyje? — dokończyłam za niego szeptem, gdy urwał, a jego oczy odzyskały dawną przejrzystość. 

— Że nie żyje. — Miękkość, z jaką to wypowiedział, wstrząsnęła mną. — Z czasem nadzieja zaczyna ciążyć. W pewnym momencie każda prawda wydaje ci się wybawieniem, nawet wieści o śmierci. Wszystko, żeby tylko przerwać ten niekończący się ciąg oczekiwań. 

— Przykro mi — tylko tyle zdołałam wykrztusić. 

Nikt nigdy nie zwierzył mi się z czegoś podobnego. Wszelkie sekrety i bolączki, jakich miałam okazję słuchać, należały do Hope — adekwatnie dziecięce, naiwne i proste, na które odpowiedź sama się nasuwała. W tym momencie nie miałam pojęcia, co należało powiedzieć, jak się zachować… podejść i poklepać go po ramieniu? Potaknąć? A może zaprzeczyć, że wszystko będzie dobrze i Elenai kiedyś się znajdzie? 

Kiedy? Nieważne. Kiedyś. 

Na szczęście Barty zdjął ze mnie ciężki obowiązek reakcji. Z zaskakującą lekkością odbił się od krawędzi blatu i dodał: 

— Niepotrzebnie. Nie jestem głupcem. Wiem, do jakiego towarzystwa ją ciągnęło. Wierzę, że jest dokładnie taka sama szansa na to, że od dziesięciu lat leży zakopana w płytkim grobie, jak i na to, że w każdym możliwym momencie wróci z drugiego końca globu, zaskoczona, że matka nie żyje, a jej brat jest zbiegłym więźniem. 

Nie chciało mi się pomieścić w głowie, że mógł opowiadać o tym z taką łatwością, lecz może i była jakaś prawda w tym, co mówił: nauczył się żyć w oczekiwaniu. Ostatecznie przez całe dorosłe życie na coś czekał. Na uznanie ojca, na wyrwanie się ze szponów Imperiusa, na powrót Czarnego Pana. 

Patrzyłam w ciszy, jak znów kręcił się przy biurku, ale tym razem wyciągnął z szuflady o wiele mniejszy, zapakowany w urodzinowy papier pakunek, a moje policzki natychmiast zrobiły się gorące z zakłopotania. W mig zrozumiałam, do czego Crouch zmierzał. 

— Co prawda do dwudziestego pierwszego kwietnia jeszcze trochę, ale nie chcę go dłużej trzymać w kartonie — rzekł, wręczając mi podarunek. 

Miałam ochotę wyjąć sobie oczy i schować do kieszeni, wszystko, byle nie widzieć, z jakim zaciekawieniem mi się przyglądał, kiedy usiłowałam wyjąkać jakieś trzymające się kupy podziękowanie. Dostawanie prezentów na urodziny było na drugim miejscu w tabeli zawstydzeń wszechczasów — zaraz po czekaniu, aż wszyscy skończą odśpiewywać Sto lat

Kolorowy papier zerwałam jak plaster — szybko, żeby nie przeciągać bólu. 

— To sadzonka śpiewającego judaszowca — wyjaśnił Crouch. Moim oczom ukazał się papierowy kubeczek z kompostem, a w nim niepozorna, miękka gałązka pokryta czymś przypominającym różowawy mech. — Nadaje się do posadzenia w ziemi, gdy pierwszy raz zaśpiewa, ale musisz się dobrze zastanowić nad miejscem, bo nie lubią, kiedy je się przesadza. Ostrzegam, na początku strasznie fałszują. 

Roześmiałam się. Mimo początkowego zażenowania poczułam w sercu ognik przyjemnego ciepła. Na gałązce zauważyłam niewielkie zgrubienia zapowiadające pączki. 

— Moje współlokatorki nie będą szczęśliwe. 

— I przywiązuje się do tego, kto jej śpiewa, a w nagrodę robi to samo — dodał, przyglądając mi się uważnie, a ja znów parsknęłam śmiechem i potrząsnęłam głową. 

— O nie, może lepiej nie mówmy o moim śpiewaniu, wszyscy lepiej na tym wyjdą. Łącznie z judaszowcem. 

— Dobrze — odparł dziwnie miękkim tonem. — W takim razie pomówmy o Drugim Zadaniu. 

Cały spokój zburzył jednym zdaniem. Wnętrzności zwinęły mi się w ciasny supeł. 

— O Drugim Zadaniu…? 

— O tym, co po było po nim. 

Nie zamierzał dać za wygraną, choć nie miałam pojęcia, czy dało się coś tutaj wygrać. Oplotłam się ciasno ramionami, starając się nie odwracać wzroku, ale spojrzenie jego czarnego oka przewiercało na wylot. Kwietniowe powietrze, które jeszcze chwilę temu przyjemnie chłodziło, teraz zdawało się parzyć. 

— To emocje — wyrzuciłam z siebie. — Za dużo emocji… Nie powinniśmy się na tym skupiać. Trzecie Zadanie, Harry Potter, owutemy… tak, owutemy, muszę… muszę już iść, pouczyć się… przepraszam i… i dziękuję za… 

Odetchnęłam dopiero za drzwiami, speszona jak nigdy. W połowie drogi do Wieży Krukonów zorientowałam się, że zgubiłam połowę słodyczy ze swojego wielkanocnego jajka, ale nie wróciłam ich szukać w obawie, że Barty’emu mogło przyjść do głowy coś dziwacznie książkowego jak pójście za mną. Tamta sprawa zdecydowanie wymagała omówienia, lecz na samą myśl czułam budzące się przerażenie. Pytanie — przed czym bardziej? Przed propozycją czegoś więcej czy wyjaśnienia, że to nic nie znaczyło? Zdecydowanie lepiej spałam, dryfując w niewiedzy. 

A jakiś szczęśliwiec zapewne naje się dzisiaj toffi do syta. 

 

*

 

Rzadko dostawał sowy z domu. 

Raczej to on wysyłał informacje — możliwie jak najbardziej zaszyfrowane — żeby Czarny Pan czuł się bezpiecznie. Crouch zdążył poznać historię Quirrella i robił wszystko, by nie stać się tym samym nieporadnym sługą, o którym jego pan będzie w przyszłości wypowiadał się z jednakową pogardą. 

Od kiedy znalazł się w Hogwarcie, z Crouchwood Hall przyleciały dwie sowy. Pierwsza w zimie — z zaproszeniem dla niego i Macy, druga z wiadomością o dziwnym zachowaniu ojca, po której Czarny Pan zabronił mu wychodzić do pracy. A teraz trzecia — informująca o tym, że ojciec uciekł. 

Barty nie był zaskoczony. Zakładał, że Glizdogon się nie sprawdzi, nawet jeżeli otrzymał dokładne wskazówki, w jaki sposób żonglować zaklęciami tak, by więzień nie wyrobił sobie tolerancji na Imperiusa. 

I tak długo wytrzymał. A teraz z całą pewnością próbował dostać się do Dumbledore’a, więc Crouch czekał. Czekał i obserwował. Mapa Pottera spadła mu jak z nieba. 

Nie informował o niczym Macy. Pochłonięta nauką i unikaniem go, ograniczyła do minimum wizyty w gabinecie na drugim piętrze, ale to nic, może nawet i lepiej. Czuł, że powoli zbliżał się czas jego nagrody za dobrze wykonaną pracę. Nagrody, którą musiał odebrać sam. Ślęczał więc nad mapą dniami i nocami, nadużywając eliksiru dodającego wigoru, ale w końcu — po tygodniu pozornego spokoju — spostrzegł na krawędzi pergaminu myszkujący punkcik oznaczony znajomym imieniem i nazwiskiem. Bartemiusz Crouch zbliżał się powoli do skraju Zakazanego Lasu, ale nim noga Szalonookiego pozwoliła Barty’emu opuścić zamek, dzikszą część błoni przemierzały jeszcze dwie osoby — Harry Potter i Wiktor Krum. 

Przyśpieszył kroku. Serce biło mu w piersi jak dzwon — mocno, szybko i donośnie, tak, że kiedy już dotarł do skraju lasu, nie był w stanie tego wyciszyć. I nie chodziło o pośpiech. To się stanie tego wieczora. Słońce powoli zmierzało ku zachodowi, krwawiąc czerwoną łuną po horyzoncie tuż pod ciemniejącym niebem — niczym zapowiedź zbliżającego się morderstwa. Słusznego. Wyczekanego.  

Dotarł do nich okrężną drogą, nie odrywając wzroku od nieuniknionego spotkania trzech kropek. Napięcie wiązało mu wnętrzności w coraz ciaśniejszy supeł, kiedy — zaczajony w cieniu drzew — przysłuchiwał się najpierw dyskusji Pottera i Kruma, a zaraz potem chaotycznej samorozmowie. Nie potrzebował mapy, żeby rozpoznać to rwane bełkotanie, ale jedyne, co mógł w tym momencie zrobić, to czekać i gorąco się modlić, by jego ojciec nie wyjawił zbyt wiele. 

Wolał uniknąć czyszczenia pamięci. W pośpiechu zbyt łatwo o pomyłkę. 

— N-nie… nie opuszczaj mnie! — Pełne desperacji charczenie wyraźnie rozbrzmiało na tle wieczornej ciszy. — Ja… ja uciekłem… uciekłem i muszę ostrzec… muszę powiedzieć… muszę zobaczyć… Dumbledore’a… Daj mi Dumbledore’a… moja wina… Berta Jorkins… mój syn… wszystko moja wina… powiedz Dumbledore’owi, że… Harry Potter… Czarny Pan… silniejszy… Harry Potter… 

— Pójdę… pójdę po Dumbledore’a, tylko niech mnie pan puści, panie Crouch! — odkrzyknął Gryfon i znów rozległy się dźwięki rozpaczliwej szarpaniny. — Pomóż mi! Pilnuj go, dobrze? Niech się stąd nie rusza, a ja pójdę…! Wrócę tu z Dumbledore’em! 

— A prędko to zrobisz?! — zawołał za nim Bułgar, ale Potter puścił się pędem w stronę zamku, znikając w szybko zapadającej ciemności. 

Serce podskoczyło Crouchowi do gardła. Spojrzał na mapę, która szeptała zachęcająco: to jest twój czas, innego nie będzie. 

Wszystko tak, jak należy: nieruchoma kropka Hagrida w chatce, francuska delegacja w powozie, Potter wbiegający do sali wejściowej, a na błoniach żywego ducha, tylko ojciec, Krum i on sam. Ruszył wolno w ich stronę, nie dbając o to, że laska i noga robiły nieco szumu. Chłopak dyszał i miotał się wokół zbiega, który znów przemawiał płynnie do drzewa, wydając mu służbowe polecenia. 

— I, Weatherby, nie zapomnij potwierdzić spotkania z Ludonem Bagmanem. Przyszły czwartek, szesnasta trzydzieści, tak, jak ustalaliśmy, choć nie spodziewam się, że zjawi się punktualnie. Nie rozumiem, co kierowało ministrem, kiedy kompletował organizatorów. To, że trzydzieści lat temu przejawiał coś na kształt talentu miotlarskiego, nie oznacza, że poradzi sobie z organizacją Turnieju Trójmagicznego… 

Barty wytknął spod peleryny-niewidki sam czubek różdżki i w momencie, gdy Bułgar obrócił głowę, by spojrzeć na zamek, zaklęcie oszałamiające niemal bezgłośnie przecięło powietrze i bezwładne ciało zwaliło się z głuchym hukiem na trawę. 

Wysunął się z ciemności i znalazł się na otwartym terenie. Choć ludzkie oko z trudem było w stanie wyłowić kształt klęczącej męskiej sylwetki, oko Alastora Moody’ego bez trudu dostrzegało każdy detal tej żałosnej postaci. Czarodziej w podartej, zakrwawionej szacie wyglądał tak, jakby postradał zmysły. Szaleństwo na zapadniętej, pokrytej zarostem twarzy nijak miało się do sposobu, w jaki przemawiał. Kłębowisko o wiele za długich, wyliniałych włosów było pełne zeschłych liści i drobnych gałązek, pomarszczone dłonie starca pokryte śladami krwi i brudu, a szata cała w strzępach. 

Bez cienia litości stanął przed ojcem i zdarł z głowy pelerynę, lecz niewidzące oczy klęczącego mężczyzny nadal patrzyły przez Barty’ego gdzieś w dal, nieruchome i puste jak u porcelanowej lalki. 

— …sprowadzenie smoków na Pierwsze Zadanie będzie, ma się rozumieć, ściśle związane ze współpracą z Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami — kontynuował. — Proszę zerknąć do mojego kalendarza i jeszcze dziś umówić spotkanie z Wilfredem Sterlingiem, muszę się dowiedzieć, jakimi rasami dysponują… Dlaczego tak stoisz? Weatherby…? We-Weatherby? 

Urwał i w momencie, gdy odrobina świadomości ożywiła te dwie przekrwione szklane kule, Crouch uniósł laskę i jej końcem pchnął go tak mocno, że łupnął plecami o ziemię. Ten prosty, czysto mugolski odruch wypełnił Barty’ego czymś ciepłym, gęstym i słodkim — niczym wielki łyk herbaty z sokiem malinowym. Czując goniący go czas, pozwolił sobie na chwilę ciszy. Pożerał. Wchłaniał. Scalał się ze świadomością, że ten człowiek — leżący u jego stóp jak stara, porzucona kukła — wyda ostatnie tchnienie właśnie w tym stanie. Bez świeżo przyciętego wąsa, w podartych, cuchnących, brudnych łachmanach, z ziemią pod paznokciami. Ten, u którego zawsze wszystko musiało być na tip-top. 

Zabawne, że pomyślał akurat o tym. 

Podpierając się laską, przyklęknął na jednym kolanie i wcisnął koniec różdżki w dołek w miejscu, gdzie stykały się obojczyki. 

— Nie, ojcze. Barty — wysyczał szeptem. Spodziewał się, że głos mu zadrży, ale nie. Był opanowany, prawie łagodny, jakby zwracał się do dziecka. — Twój Barty. 

Ostatnie ślady szaleństwa zniknęły z wychudłej twarzy. Zostało tylko przerażenie. Czyste, smakowite przerażenie. Milczał, choć Crouch nie spodziewał się odpowiedzi. Błonia nie rozbłysły oślepiającym, zielonym światłem, choć zaklęcie padło — czysto, szybko, bez najmniejszych komplikacji. Mężczyzna zacharczał, ciało szarpnęło się w konwulsjach i zastygło na moment, wyprężone w nienaturalnej pozycji. Sflaczało dopiero po chwili, kiedy serce eksplodowało bezgłośnie w klatce piersiowej. Nieruchome oblicze zastygło w bólu, z na wpół przymkniętymi powiekami i pianą na spieczonych wargach. 

Za mnie. Za matkę. Za Elenai. 

Dla Czarnego Pana. 

I już. Takie to proste — jakby rozgniótł podeszwą gnijącego pomidora. Spodziewał się, że ulga, jaką odczuje, sprawi, że odpłynie jak po dużej ilości alkoholu albo dobrym seksie, ale nic podobnego się nie wydarzyło. 

Jedynie poczucie domkniętej sprawy. 

Wciągnął ciało między drzewa, a później głębiej w las i tak, jak ojciec jego niecały rok temu, tak teraz on nakrył je peleryną-niewidką i spojrzał na mapę. 

W sam raz. 

Harry Potter był już na drugim piętrze najpierw jedynie w towarzystwie Snape’a, ale bardzo szybko dołączył do nich dyrektor, po czym we dwójkę ruszyli prędko z powrotem na błonia. 

Znów był Szalonookim. Udał się w stronę jeziora, dokładnie tą samą trasą, jaką pokonał wcześniej. Obserwując na mapie rosnące wokół Kruma zgromadzenie, miał wrażenie, że czas zdawał się nie istnieć, choć wszelkie ślady po zachodzącym słońcu zniknęły i teraz błonia otulała gęsta ciemność nocy. Nim dołączył do grupy, łyknął jeszcze porządnie z piersiówki. 

— Hagridzie, sprowadź tu profesora Karkarowa, jego uczeń został napadnięty. A kiedy to zrobisz, powiadom, proszę, profesora Moody’ego… 

— Nie ma potrzeby, Dumbledore — wyrzucił na wydechu Barty. — Jestem. Przeklęta noga… gdyby nie to, byłbym szybciej… Co się stało? Snape wspominał coś o Crouchu… 

— O Crouchu? — wtrącił Hagrid. 

— Hagridzie, idź, po Karkarowa — powtórzył ostrzej dyrektor. 

— Ach, no tak, racja… Już lecę, panie psorze, lecę… 

I faktycznie poleciał, aż ziemia zadudniła pod jego wielkimi stopami, a Dumbledore jakby czekał, aż gajowy się oddali, bo natychmiast powiedział: 

— Nie wiem, gdzie jest Barty Crouch, ale trzeba go koniecznie odnaleźć. 

— Zajmę się tym. 

Teraz już legalnie i bez obaw zapalił różdżkę i pokuśtykał w las. Z trudem łapał powietrze, a kikut piekł go niemiłosiernie, mocno otarty o drewniane wnętrze protezy, ale Bartemiusz odsunął od siebie wszelkie fizyczne dolegliwości. Jeszcze tylko chwilę, jeszcze kilka minut, może kwadrans i wszyscy się rozejdą. Obserwował na mapie, jak Hagrid prowadził Karkarowa, a następnie — zapewne po krótkiej, burzliwej dyskusji — cała piątka podzieliła się na grupki i każdy odszedł w swoją stronę. Hagrid z Potterem do Wieży Gryffindoru, profesorowie i Krum w stronę jeziora. 

Miał do dyspozycji całe błonia. Zniknął nawet brytan gajowego. 

Crouch nie zamierzał taszczyć ze sobą ciała. Gdy zerwał z niego pelerynę-niewidkę, lodowate światło różdżki oświetliło upiornie woskową, tężejącą twarz nieboszczyka, ale ten widok nie wywołał w Bartym żadnych niechcianych odruchów. Żadnych zimnych dreszczy, żadnych żołądkowych sensacji. 

Nic. Przecież znów był Moodym. 

Transmutował zwłoki w kość i z nietypową dla siebie obojętnością zakopał to na działce za chatką Hagrida. Bo dlaczego nie. Maj. Gajowy powinien już zasiać dynie, jeżeli chciał, by były gotowe na Halloween. 

Raz jeszcze pociągnął z butelki. 

A teraz do Dumbledore’a. 



___________

Odcinek nie tak długi, jakbym chciała, ale dla Trzeciego Zadania postanowiłam dać oddzielny rozdział. Pomysł z Elenai przyszedł mi nagle, całkiem niedawno. Jak wrócę znad morza, dodam ją do bohaterów, bo teraz nie mam Photoshopa na tym komputerze, żeby obrównać zdjęcie. Dedykacja dla Afrodyty :* 

10 lipca 2011

12. Poza kontrolą

 

Od rana chodziłam jak struta. 

Gdyby nie tamten liścik, w ogóle nie zastanawiałabym się nad wycieczką do Hogsmeade — zwyczajnie bym na nią nie poszła i jedyne, nad czym bym rozmyślała, to czy kiełbasa z osła nie była zbyt lekka dla moich tenebrisów, a nie krążyła o siódmej rano po damskiej toalecie. 

Sprawa nie powinna być paląca, inaczej Crouch nie czekałby na Hogsmeade, ale gdyby gabinet nauczyciela obrony przed czarną magią nadal stanowił jego bezpieczną przystań, zaprosiłby mnie do gabinetu

A jeśli okaże się, że to nic takiego, mogę po prostu wrócić. Zresztą — przypomniałam sobie — i tak miałam tam pewne sprawy do załatwienia. Planowałam zasiać petunie, a trudno się sieje bez nasion… i lobelie. Tak, lobelie też brzmiały dobrze. 

Zatem Szklarnia Morgany, a Barty przy okazji. 

Wyrwana z zadumy przez dobijającą się do drzwi toalety Georgianę Cooper, wróciłam do sypialni, żeby przygotować się do przeprawy przez prawie metrowe zaspy. Szczerze wątpiłam, by specjalnie na okoliczność wycieczki ktoś odśnieżył drogę do wioski. Nie wiedziałam, co bardziej cierpiało — moje zmarznięte nogi czy oczy piekące od tej wszechogarniającej bieli, a w Szkocji zawsze mogliśmy liczyć na naprawdę długie zimy. Mijając wielką grupę Puchonów towarzyszących Cedrikowi Diggory’emu w drodze w Trzech Mioteł, poczułam w brzuchu ucisk współczucia na myśl, że prawie dokładnie za miesiąc on i pozostała trójka reprezentantów będą zmuszeni spędzić godzinę w jeziorze. Mijając znak powitalny Hogsmeade, zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób miałam odnaleźć Croucha, skoro nie umówiliśmy się w żadnym konkretnym miejscu, ale wystarczyło wejść głębiej między sklepiki z zaparowanymi witrynami i przez kurtynę sypiącego się z nieba śniegu natychmiast spostrzegłam charakterystyczny ruch utykającego człowieka. 

Rozglądając się dyskretnie co jakiś czas, ruszyłam wolno za oddalającym się Moodym. Serce łomotało mi coraz mocniej, bo zamiast na obrzeża zagłębiał się coraz bardziej w wioskę, aż znalazłam się na głównej ulicy pełnej dorosłych i uczniów. Miałam wrażenie, że peleryna srebrnoszarych włosów oddalała się z nietypową dla eks-aurora szybkością, aż zniknęła gdzieś na wysokości Zonka, przed którym utworzyła się już ogromna kolejka. 

Zagubiona zmarszczyłam czoło i zwolniłam kroku, ale kiedy tylko zrównałam się z wejściem na mały dziedziniec za sklepami, coś silnego i żywego niczym zawieszona w powietrzu niewidzialna ręka wciągnęło mnie w bramę i nakryło cieniutkim, połyskliwym materiałem. 

Materiałem, który już kiedyś widziałam zwinięty w kulkę w małym domku Crouchów. 

Nie krzyknęłam, ale zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i błyskawicznie wyszarpnęłam różdżkę z kieszeni płaszcza, a Barty roześmiał się cicho ochrypłym głosem Szalonookiego. 

— Dobry odruch, ale trochę za późno. 

Obrzuciłam go niechętnym spojrzeniem, chowając broń. Był jeden plus tego zaskoczenia — momentalnie zrobiło mi się cieplej. 

— Nie spodziewałam się nikogo na głównej ulicy Hogsmeade. 

— W porwaniach właśnie o to chodzi. Żeby ofiara się nie spodziewała — odparł wesoło. — Na przyszłość: nie chodź tak blisko ściany, łatwiej uniknąć wciągnięcia w ciemny zaułek. 

Nie mogłam się nie zgodzić, ale przyznanie mu racji po tym, jak mnie nastraszył, nie potrafiło przejść mi przez gardło, więc mruknęłam tylko: 

— To ty czy Moody? 

— To rozsądek. Chodź. 

Upewnił się, że spod peleryny-niewidki nie wystawał nawet fragment buta, wsunął sobie moją dłoń pod ramię i ostrożnie, żeby nie zderzyć się z którąś z grupek, wyszedł z powrotem na ulicę. Czując się potwornie głupio, trzymając się go w ten sposób, ruszyłam za nim. Znów jednak musiałam mu to oddać: w setkach tysięcy odcisków stóp nikogo nie zdziwiły dwie dodatkowe pojawiające się znikąd pary. 

— Jak się czujesz? — zapytał znienacka, choć czułam, że ten moment prędzej czy później nadejdzie. 

Nadszedł dziś — w samym środku Hogsmeade, pod peleryną-niewidką, bez możliwości ucieczki. 

— Niezbyt dobrze — odparłam zgodnie z prawdą i westchnęłam ciężko. Najlepiej było mieć to już za sobą. Szybko i bez wahania jak zerwanie plastra. — Miałeś rację… nie wiem, czy co do niej, czy co do mnie, ale z pewnością co do tej przyjaźni. O ile mogę to tak nazwać. 

Kątem oka spostrzegłam, że twarz nieco mu stężała, a brwi powędrowały do góry, jakby spodziewał się usłyszeć coś zupełnie innego i właśnie na tamtą rzecz miał przygotowaną odpowiedź. 

— Ryzyko obcowania z ludźmi. 

— Zauważyłam. Dlatego wolę moje rośliny. Może nie mówią, ale przynajmniej nie ranią. 

— Chyba że któregoś dnia postanowisz zaprzyjaźnić się z diabelskimi sidłami — dodał, a kiedy zaśmiałam się cicho, dodał: — Nie wszyscy ludzie tacy są. 

Spojrzałam na niego z ironicznym uśmieszkiem, lustrując ten zaskakująco łagodny profil. Byłam prawie pewna, że taki wyraz nigdy nie zagościł na obliczu prawdziwego Szalonookiego — nawet kiedy był dzieckiem. 

— I kto to mówi — szepnęłam, kiedy minęliśmy wyjątkowo oblegane Trzy Miotły. — Zbiegły więzień przetrzymujący eks-aurora w jego własnym kufrze… 

Urwałam, gdy spostrzegłam, jak jego twarz się zmieniła — błyskawicznie i karykaturalnie, tak, jakby była ulepiona z plasteliny. Wszelkie drobne, swawolne zmarszczki ustąpiły miejsca kilku głębokim, wypracowanym bruzdom na czole, czyniąc z niego nieruchomą, mroczną maskę. Automatyczne — choć widziałam ten grymas nie raz — poczułam igłę strachu przeszywającą serce. 

Dopiero gdy powędrowałam wzrokiem za spojrzeniem Croucha, zrozumiałam. 

Drzwi do pubu otworzyły się, ale zamiast grupy dzieciaków na zewnątrz wyszło kilku dorosłych ubranych w szaty ze znakiem ministerstwa. Spośród szaroburych czupryn raz-dwa wyłowiłam tę jedną jedyną charakterystyczną — rudą i rozwianą. Percy Weasley walczył z wiatrem, usiłując wepchnąć włosy pod tiarą, która wyrywała mu się z rąk, aż dramatycznie wystrzeliła w powietrze i dała się ponieść zimowemu tańcowi wysoko ponad dachami fikuśnych kamienic. 

Ale Barty nie patrzył na Weasleya. Czarne, paciorkowate oko wwiercało się w sylwetki pozostałych — znacznie starszych kobiet i mężczyzn. Niektórych kojarzyłam przelotnie z dalszych stron gazet Proroka Codziennego, ale dla mnie byli praktycznie anonimowymi urzędnikami, ludźmi z pracy Irvinga. Pogoda zaburzyła im swobodne gawędzenie, lecz wciąż wszystkie usta wyginały się w uśmiechach, oczy błyszczały pogodnie, podczas gdy ramię Croucha robiło się coraz bardziej napięte. On znał ich wszystkich bardzo dobrze. Z proszonych kolacyjek, wypadów do teatru, urodzin żon ambasadorów i wysoko postawionych członków Wizengamotu, zimowych wycieczek w Alpy… Choć bardzo rzadko wspominał o swoim życiu sprzed Czarnego Pana, wyobrażałam sobie, że wyglądało właśnie w ten sposób — dla osób z mojego środowiska dostępne wyłącznie z plotek, jakie wujek przynosił z ministerstwa. 

Nasza współczesna szlachta, a wśród nich Percy Weasley — szczęśliwy i dumny, jakby złapał Pana Boga za nogi. 

— Znam go. To syn kuzynki mojej ciotki — mruknęłam, chcąc przerwać tę napiętą ciszę. — Jest asystentem twojego… Croucha. 

Coś mnie powstrzymało przed wypowiedzeniem słowa „ojciec”. I dobrze, bo cień na czole Moody’ego jeszcze mocniej się pogłębił. 

— Od grudnia chłopak reprezentuje go wszędzie — rzekł ponuro i przyśpieszył kroku, nie patrząc więcej w stronę grupy czarodziejów oddalających się od Trzech Mioteł. — Ojciec nadzoruje go przez sowy, a Glizdogon sprawdza, co w tych sowach się znajduje. 

Choć ton jego głosu nie wskazywał, by należało się tym przejmować, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że było w tym jakieś drugie dno. 

— Imperius nie działa tak, jak trzeba? 

— Byłbym głupcem, ignorując intelekt i zdolności mojego ojca — odparł. — Spodziewałem się, że prędzej czy później do tego dojdzie. Liczyliśmy, że może trochę później… I choć ojciec nadal skrupulatnie wykonuje polecenia Glizdogona, zrobił się dziwnie melancholijny, zawieszał się podczas spotkań i nasz pan uznał, że będzie lepiej dla wszystkich, kiedy ojciec przestanie zwracać na siebie uwagę. Zważywszy na ostatnie wydarzenia, nikogo nie dziwi, że potrzebuje odpoczynku. 

To brzmiało logiczne, ale wciąż czułam, że nie powiedział wszystkiego. 

— Nie wierzę, że Percy nie próbował odwiedzić go w domu, sprawdzić, czy niczego nie potrzebuje. Taki był podekscytowany, kiedy dostał tę pracę, bez przerwy tylko pan Crouch i pan Crouch. — Przełknęłam ślinę, myśląc intensywnie, choć puzzle już chwilę wcześniej zaczęły mi się układać. — Czy Percy też jest pod działaniem Imperiusa? 

Ułamek sekundy ciszy dłużej — tyle wystarczyło, bym poznała odpowiedź. 

— Tak. Twój kuzyn jest inteligentny i bardzo ambitny. Kiedy nasz pan powróci, będzie potrzebował w ministerstwie właśnie takich ludzi. To dla Percy’ego Weasleya wielki honor. 

Spodziewałam się, że w jakiś sposób mnie to poruszy, ale nie. I wcale nie dlatego, że naprawdę wierzyłam w duże wyróżnienie, nawet nie z powodu słabej zażyłości z samymi Weasleyami. Po prostu — taka była kolej rzeczy. Czarny Pan nie wracał dlatego, żeby do końca świata jeździć sobie na wakacje. Nasz pan miał do wykonania misję osadzenia społeczności czarodziejów na szczycie świata i każda mrówka — ja, Barty, Glizdogon czy Percy — była na tyle istotna, na ile mogła się temu przysłużyć. 

Ja, Barty i Glizdogon w to wierzyliśmy. Percy nie, więc należało zrobić tak, by w to uwierzył. 

— I ci ludzie tego nie widzą? — zapytałam, obracając się za grupą dorosłych i patrząc, jak jeden po drugim teleportowali się z zaśnieżonego deptaka. — Myślałam, że po historii z Syriuszem Blackiem w ministerstwie są wyczuleni na wpływy z zewnątrz. Zwłaszcza w przypadku nowych pracowników. 

— Na ten moment wpływ Imperiusa jest minimalny. To ma być nasze zabezpieczenie na przyszłość. Ale nawet jeśli… — Prychnął pod nosem, a ton jego głosu znów zabarwiła ironia. — To nie są ludzie, którzy dbają o coś więcej poza własnym interesem. Poznałem każdego z nich, pracowałem z nimi i żaden nie zainteresował się, czy powód, przez który trafiłem do aresztu, był prawdziwy. Jedyne, na co sobie pozwolili, to uprzejme zaskoczenie, bo jak to możliwe, że taki młody, taki zdolny chłopak z tak dobrej rodziny zszedł na złą drogę. Śliskie pijawki. Ojciec zawsze nimi gardził i jeżeli miałbym z nim dzielić jakąś opinię, to właśnie tę. Twój kuzyn doskonale się tam wpasuje. 

— Tak, jeżeli ktoś, to właśnie Percy — bąknęłam pod nosem, gdy skręciliśmy w nieco mniej zatłoczoną uliczkę prowadzącą do herbaciarni u pani Puddifoot. 

I znów zrobiło mi się szkoda Croucha, bo nawet ja — tak oporna na niuanse głęboko skrywanego bólu — bez trudu widziałam wciąż niezagojoną ranę. Odrobinę mocniej przycisnęłam swoje ramię do jego, licząc, że chociaż w ten sposób okażę mu wsparcie. Co miałam powiedzieć? Że wszystko się ułoży, że z czasem coś się zmieni, choć nic takiego się nie stanie? Zadrżałam lekko, kiedy runęła na mnie prawda — znalazłam się na tej samej drodze, którą Barty kroczył dziesięć lat temu, z jedną tylko różnicą, że o mnie nikt nigdy nie powie: jak to możliwe, że tak młoda, zdolna dziewczyna zeszła na złą drogę? Nikt nie będzie uprzejmie się dziwił, nikt nie uniesie brwi, nie westchnie smutno nad zmarnowaną duszą. 

 

*

 

Przekraczając próg gabinetu nauczyciela eliksirów, czuł się tak, jakby wchodził do siebie. Nie obawiał się, że zostanie przyłapany, bo jako Alastor Moody mógł w każdej chwili poczuć potrzebę losowego przeszukania gabinetu któregoś z profesorów. Stary paranoik cierpiący na zespół stresu pourazowego — Crouch nie mógł trafić lepiej. Już dawno zdążył poznać zawartość wszystkich regałów, szuflad i półek, choć od początku zakradał się tu wyłącznie po kilka składników do eliksiru wielosokowego. Musiał to Snape’owi przyznać — miał w swoich zapasach wzorowy porządek. 

Bez trudu odnalazł kasetkę ze skórką boomslanga. Zwędził jak zwykle tylko odrobinę, choć potrzebował jeszcze pięciu, może sześciu partii mikstury do końca tego eksperymentu. Bo właśnie tym to było — codziennym stąpaniem po cienkiej linie wysoko, wysoko nad przepaścią, a laska i proteza nogi ani trochę nie ułatwiały. Momentami nie dowierzał, że przetrwał aż pięć miesięcy pod okiem Dumbledore’a, Snape’a, Karkarowa i węszącej bez przerwy Rity Skeeter. Nigdy nie był tak bardzo na świeczniku i jednocześnie nigdy nie czuł się tak spokojny i pewny wygranej, jak gdyby znalazł się w mrocznym labiryncie prowadzony przez światełko — wiarę w swego pana. 

Wystarczyło o tym nie myśleć i robić swoje. 

Skórkę boomslanga wcisnął głęboko do kieszeni szlafroka i raz jeszcze omiótł wzrokiem ciemną, wypełnioną regałami izdebkę. Nie spodziewał się, by Snape trzymał tu coś, co mogłoby Croucha zaciekawić, ale nie potrafił pozbyć się z głowy podsłuchanej rozmowy z Karkarowem. 

Najchętniej przetrząsnąłby jego kajutę, ale Czarny Pan nakazał Barty’emu spokój i cierpliwość, a skoro Czarny Pan coś nakazywał, należało się do tego stosować. Natychmiast i bez dyskusji. 

Dlatego upewniwszy się, że korytarz był pusty, ostrożnie wysunął się ze składzika i zamknął drzwi. Mijając tajne przejście do dormitorium w lochach, z rozrzewnieniem prześwietlił szalonym okiem ścianę i rozejrzał się po ciemnych kątach salonu. Crouch nie miał zbyt wielu wspomnień z szalonych ślizgońskich imprez, ale sam widok znajomego ustawienia mebli, dogasającego kominka i tej groteskowej płaskorzeźby z tańczącymi szkieletami wypełnił mu serce czymś ciepłym i słodkim niczym gęsty syrop z malin. 

Gdyby nie to, że nie chciał zostać przyłapany na szwendaniu się po lochach o tej porze, chętnie by przystanął. 

Czując charakterystyczne mrowienie w palcach u zdrowej stopy, łyknął resztkę tego, co zostało na dnie piersiówki, po czym nieśpiesznie ruszył w drogę powrotną. Było chwilę po pierwszej, ale pieczenie pod powiekami robiło się coraz bardziej dokuczliwe, a ziewanie w gardle narastało. Barty już nie pamiętał, jakie to uczucie — wyspać się. Koncepcja czasu na odpoczynek przestała istnieć w momencie pojawienia się Czarnego Pana w progu domku Crouchów, a wcześniej… 

Nie pamiętał, jak to było odpoczywać. Sen nie dawał wytchnienia, wspaniałe posiłki gotowane przez Mrużkę nie syciły, choć jednocześnie nie doświadczał głodu ani zmęczenia. 

Przyjemnie śpiący i z poczuciem dobrze wykonanej misji, poruszając się właściwie w zupełnej ciemności, opuścił nieco gardę i dokładnie w tym samym momencie aksamitną ciszę szkolnych korytarzy rozdarł przeraźliwy wrzask. Crouch zamarł na ułamek sekundy, a serce zadrżało jak wielka naciągnięta guma, bo w pierwszej chwili wrzask wydał się Barty’emu wrzaskiem rozwścieczonej kobiety, ale bardzo szybko nabrał jakiegoś nieludzkiego, dzikiego tonu. 

Kuśtykając szybko w kierunku, z którego dochodziły krzyki, rozpoznał w tym skrzeku coś znajomego, coś, co już kiedyś słyszał, lecz nie w tak rozpaczliwym wykonaniu. Przenikał okiem poszczególne korytarze i piętra i nareszcie — poziom wyżej, dokładnie nad swoją głową — natknął się na bardzo osobliwe zbiorowisko. Snape, Filch i Harry Potter — cała trójka w piżamach — kot, Irytek fruwający pod sufitem i złote jajo w ramionach woźnego. 

Żołądek ścisnął mu się z ekscytacji. 

Natychmiast się rozbudził. Ignorując narastający ból w zmęczonym kikucie, pokonał całe piętro jak na zdrowych nogach i przystanął u stóp schodów, czujnie obserwowany przez całą trójkę. Dopiero teraz, kiedy mógł to zobaczyć zdrowym okiem, zrozumiał, skąd ten pozorny spokój. 

Potter z nogą uwięzioną do połowy w stopniu pułapce łypał na niego rozpaczliwie przez pelerynę-niewidkę. 

Napięcie w powietrzu zdawało się gęstnieć z każdym oddechem, półmrok przytłaczał jak ciężar zamku, który nagle oparł im się na barkach i tylko od nich zależało, czy zdołają powstrzymać go przed zawaleniem się. Bystre oczy Snape’a zwęziły się niechętnie, gdy Barty zbliżył się jeszcze o kilka kroków i oparł się wygodnie rękami na lasce. 

— A to co, przyjęcie w piżamach? — zapytał, nawet nie starając się zniżać głosu. 

— Profesor Snape i ja usłyszeliśmy jakiś wrzask, panie profesorze — oznajmił natychmiast Filch. — To poltergeist Irytek rzucał różnymi przedmiotami, a potem profesor Snape odkrył, że ktoś włamał się do jego gabinetu… 

— Milcz! — syknął ten drugi, ale słowa zdążyły już paść, cień przerażenia przemknął przez rozwścieczoną twarz nauczyciela. Delikatny, prawie niedostrzegalny w mdłym świetle księżyca wpadającym przez wypełnione witrażami okna. 

Jeszcze jeden skurcz w żołądku — tym razem boleśnie nieprzyjemny. 

Zatem umknął w ostatniej chwili. Albo Snape załatwiał swoje brudne interesy z Karkarowem, albo i on został wyciągnięty z łóżka przez wrzask złotego jaja, ale jedno było pewne — Crouch musiał coś pominąć. Zignorował gorycz świadomości własnej pomyłki i raz jeszcze omiótł magicznym okiem to, co działo się za plecami obu mężczyzn. 

Harry Potter w szlafroku i pod peleryną niewidką, noga zatopiona po kolano w fałszywym stopniu, Irytek pod sufitem, złote jajo trzymane przez Filcha. 

W mig zrozumiał, ale nie poczuł się z tego powodu lepiej. Wręcz przeciwnie — opieszałość Pottera podsyciła w nim gniew na siebie samego. Zacisnął wargi i wrócił spojrzeniem do profesora, który również wyglądał na niezadowolonego. 

— Dobrze słyszałem, Snape? Ktoś włamał się do twojego gabinetu? — zapytał Crouch. 

— Nieważna. 

— Przeciwnie, Snape. To jest bardzo ważne. Kto byłby na tyle bezczelny, żeby nocą włamywać się do twojego gabinetu? 

Wydał mu się nagle jakiś zmieszany. Podejrzanie zmieszany. Szarawa twarz zrobiła się nagle błyszcząca od potu, a na skroni pojawiła się gruba żyła, która zaczęła szybko pulsować. 

— To pewnie jakiś uczeń. Już do tego dochodziło. Ginęły składniki z moich prywatnych zapasów, jestem pewien, że uczniowie próbują warzyć jakieś niedozwolone eliksiry… 

— Uczniowie, tak? Warzą podejrzane eliksiry i podkradają ci składniki. — Crouch nie szczędził ironii. — A może szukają czegoś innego, hmm? Niczego więcej tam nie ukrywasz? 

Możliwe, że dyskutowaliby inaczej, ale obecność Filcha pilnie łowiącego każde słowo wyraźnie krępowała Snape’a, który momentalnie zrobił się purpurowy. 

— Dobrze wiesz, że niczego nie ukrywam — syknął cicho, patrząc z ukosa znacznie poniżej twarzy Moody’ego. — I dobrze o tym wiesz, bo już dawno przeszukałeś mój gabinet. I to bardzo, bardzo dokładnie. 

Barty uśmiechnął się, lecz przyszło mu to trudno — znacznie trudniej niż zwykle, choć zdawało mu się, że już dawno opanował drętwą, pobliźnioną twarz Szalonookiego. 

— Taki przywilej aurora, Snape — rzekł słodko. — Dumbledore polecił mi, żebym miał oko na niektórych… 

— Tak się składa, Moody, że Dumbledore mi ufa — przerwał mu, cedząc przez zaciśnięte zęby. — Jakoś trudno mi uwierzyć, że to on kazał ci grzebać w moim gabinecie… 

— Oczywiście, Dumbledore ci ufa — odparł, przeciągając protekcjonalnie sylaby. — To bardzo ufny człowiek, nie uważasz? Zawsze wierzył, że każdy zasługuje na drugą szansę. Ale ja twierdzę, że są pewne ślady… znaki, które nie znikają. Chyba wiesz, o jakich znakach mówię? 

Mistrz Eliksirów drgnął i instynktownie złapał się za lewe przedramię, a niezdrowo ceglasta skóra momentalnie straciła kolor.  

Barty zarechotał złośliwie. Dopiero wtedy poczuł prawdziwą ulgę. 

Uszczypliwość i dudniący głos Moody’ego dawały Crouchowi poczucie bezpieczeństwa, lecz dobrze zdawał sobie z tego sprawę — zwłaszcza teraz, kiedy musiał szyć na bieżąco — że tylko strach Snape’a odbierał tamtemu czujność. 

O ironio — Snape i strach. 

— Wracaj do łóżka — zakomenderował i przez chwilę naiwnie wierzył, że Mistrz Eliksirów to zrobi, ale tamten skrzywił się i jego policzki pokrył cień rumieńca. 

— Nie waż się mnie nigdzie wysyłać, Moody! Mam takie samo prawo do grasowania nocą po tej szkole jak ty! 

— No to grasuj stąd! — warknął, czując, że zaczynał tracić cierpliwość. — Czasem miałbym ochotę natknąć się na ciebie gdzieś w jakimś ciemnym zakamarku. Swoją drogą, chyba coś upuściłeś. 

Szturchnął laską pergamin spoczywający jakąś stopę czy dwie od pierwszego stopnia i w tym samym momencie, kiedy Snape i Filch powędrowali wzrokiem we wskazanym kierunku, Barty zauważył jakiś rozpaczliwy ruch za ich plecami. Potter machał pod peleryną-niewidką w jego stronę i wytrzeszczał dziko oczy, drugą ręką wskazując to na stare kartki, to na siebie. 

Natychmiast się zorientował.

— Accio pergamin. 

Skinął różdżką i przedmiot poderwał się z podłogi, śmignął tuż przed wyciągniętą ręką nauczyciela i wylądował bezpiecznie na dłoni Moody’ego. 

— To jednak moje. Musiałem upuścić wcześniej… 

Ale twarz Snape’a mówiła mu, że tamten nie dał się nabrać. Rozpoznanie błysnęło wściekle w czarnych jak studnie oczach, nos zmarszczył się, tworząc po obu stronach zmarszczki upodabniające mężczyznę do marionetki, a mężczyzna sapnął pod nosem: 

— Potter. — Obrócił się i spojrzał dokładnie w miejsce, gdzie tkwił uwięziony chłopak. — Potter! To jajo należy do Pottera. Ten kawałek pergaminu również, już raz go widziałem. Tu gdzieś jest Potter w swojej pelerynie-niewidce! 

I ruszył z wyciągniętymi rękami na górę, machając nimi i rozczapierzając palce tak, jakby zamierzał pochwycić coś niewidzialnego. Gryfon odchylił się na tyle, na ile pozwalała mu zapadnięta po kolano noga, ale od długich ramion Mistrza Eliksirów nie było ucieczki. Nawet Crouch poczuł w brzuchu piekącą obawę — jakby to on miał się z nimi spotkać. 

— Nikogo tam nie ma, Snape! — zagrzmiał. — Ale z ogromną przyjemnością podrzucę dyrektorowi, jak szybko przyszedł ci do głowy właśnie Harry Potter! 

— No i co z tego? 

Ręce wciąż miał wyciągnięte przed siebie jak ślepiec, ale zatrzymał się ledwie o krok od Pottera. 

— No i to, że Dumbledore bardzo chce się dowiedzieć, kto dybie na życie tego chłopaka. I ja również, Snape, ja również. Bardzo jestem ciekaw. 

Każda sekunda ciszy zdawała się zagęszczać już i tak nieznośnie ciężką atmosferę, podczas gdy twarz nauczyciela najpierw stężała, a później napięte skronie i czoło nieco sflaczały, brwi opadły i mężczyzna opuścił ramiona. 

— Pomyślałem, że gdyby Potter znowu włóczył się po zamku — odparł z pozornym spokojem — byłoby rozsądnie go powstrzymać. Dla jego własnego dobra. 

— Rozumiem. A ty bardzo się o niego troszczysz, tak? 

Taksowali się przez chwilę wzrokiem, sekundy wlokły się potwornie długo, aż cały ogień w oczach nauczyciela się rozpłynął, pozostawiając po sobie znajomą bezdenną pustkę. 

— Chyba wrócę do łóżka — oznajmił w końcu, odwracając się ostatecznie do chłopaka plecami. 

— To najlepszy pomysł, jaki wpadł ci do głowy tej nocy — stwierdził Crouch. Obserwował w napięciu, jak mężczyzna powoli, bardzo powoli oddalał się od Gryfona i woźnego, który wciąż ściskał w ramionach złote jajo. — Panie Filch, proszę mi to oddać. 

Spodziewał się, że kiedy już pozbył się Snape’a, spławienie charłaka będzie formalnością, ale starcza, obwisła twarz zapłonęła nagle młodzieńczym entuzjazmem. 

— Nie! Panie profesorze, to jest dowód przestępstwa Irytka! — wykrzyczał, przyciskając jajo do piersi. — Dowód zbrodni! Trzeba pójść do dyrektora, żeby… 

— Nie — przerwał mu opanowanym, stanowczym tonem i Filch natychmiast zamilkł. — To jest własność reprezentanta szkoły, która została wykradziona przez Irytka. Reprezentant musi to odzyskać. Proszę mi je oddać. 

Nie musiał się powtarzać i sekundę później już ściskał pod pachą ów nieszczęsny dowód zbrodni, a woźny poczłapał za Snape’em, mamrocząc do kotki jakieś dodające otuchy słowa. Trzasnęły drzwi piętro niżej, poltergeist zniknął z donośnym trzaskiem, a kroki obydwu mężczyzn ucichły, ale Barty stał jeszcze w bezruchu, myszkując okiem w poszukiwaniu Mistrza Eliksirów. Znalazł go dopiero po dłuższej chwili — męski kształt poruszający się w charakterystyczny pająkowaty sposób — gdzieś w okolicy sali wejściowej. 

Byli bezpieczni. 

Crouch odetchnął niezauważalnie pod ciężkim, wyjściowym płaszczem. 

— Mało brakowało, Potter — mruknął i zaczął się wspinać, żeby wyswobodzić chłopaka z pułapki. — Co to właściwie jest? 

Wyciągnął z kieszeni wyświechtany, złożony w kostkę kawałek pergaminu wypełniony drobnymi, bardzo dokładnymi rysuneczkami — na pierwszy rzut oka zupełnie niepozorny, ale zachowanie Pottera i sposób, w jaki na jej widok zareagował Snape, nakazał Barty’emu zbadać temat. 

— Mapa Hogwartu. 

Odpowiedź padła w momencie, gdy już się domyślał, co trzymał w rękach. 

Bez dwóch zdań była to mapa, ale jaka mapa! Przedstawiała każdy korytarz, wszystkie klasy i pomieszczenia łącznie z najpodlejszymi komórkami na miotły, tajne przejścia — te, których Crouch używał, ale i takie, o których nie miał zielonego pojęcia — ale nie to powodowało, że skóra cierpła mu na grzbiecie. W miejscu, gdzie teraz stali — dokładnie w połowie wąskich schodów między parterem a drugim piętrem — widniały dwa punkciki opatrzone nazwiskami. Ich nazwiskami. Powędrował wzrokiem do kantorka nauczyciela eliksirów i zastał tam to, czego się domyślał: miotającą się po pomieszczeniu kropeczkę z podpisem Severus Snape

Serce załomotało mu niebezpiecznie blisko przełyku, ale szybko wróciło na swoje miejsce. 

— Potter, czy nie udało ci się przypadkiem zobaczyć, kto włamał się do gabinetu Snape’a? — zapytał powoli, wpatrując się w pojedynczą nieruchomą kropkę w pokoju dyrektora. 

— Tak, widziałem. To był… ee, to był pan Crouch. 

Spodziewał się tego, a jednak bezlitosna ręka paniki chwyciła go za gardło, na chwilę odbierając dech. Przełknął z trudem, raz jeszcze lustrując rysunkowe, miniaturowe odpowiedniki najbliższych korytarzy, ale poza nim, Potterem i przesuwającym się po holu punktem z imieniem Irytka większość zamku tkwiła nieruchomo, pogrążona we śnie. 

Cokolwiek miało się wydarzyć, nie mógł pozwolić odejść Potterowi z tą mapą. 

Strach wyparował. To był ułamek sekundy bezproduktywnej słabości. 

— Crouch? — powtórzył. — Jesteś tego pewien, Potter? 

— Tak. 

— Jeżeli to naprawdę był Crouch, to teraz nie ma już po nim śladu — rzekł, patrząc wprost na własne nazwisko. — To bardzo interesujące… 

Urwał. Zostali sami. Wystarczył Imperius i może jakieś łagodne zaklęcie zapomnienia, ot i tyle, żeby wymazać chłopakowi z pamięci kilka ostatnich minut, ale to było za proste. Zero finezji, w stylu ojca. I choć w tym jednym jedynym przypadku wspólne imię i nazwisko okazało się błogosławieństwem, czuł, że temat mapy powinien rozwiązać siłą perswazji. I — jak się okazało — wcale nie musiał kombinować, żeby pociągnąć tę dyskusję, ponieważ sam Harry aż się palił do zadawania pytań. 

— Panie profesorze, a… a jak pan myśli, dlaczego pan Crouch chciał się rozejrzeć po gabinecie Snape’a? 

Crouch zerknął na niego magicznym okiem. Jak daleko się posunąć? Ile siebie samego, a ile eks-aurora miał zawrzeć w odpowiedzi, wiedząc, że ta rozmowa prędzej czy później drogą legilimencji dotrze do profesora Dumbledore’a? A może — jak z ojcem łączyło go imię — tak z Moodym przeżywali tę samą nienawiść do śmierciożerców? 

Napędzaną innym paliwem, lecz jednakowo zapalczywą. 

— Ujmijmy to tak — powiedział w końcu. — Mówią, że stary Szalonooki ma bzika na punkcie wyłapywania czarnoksiężników. Ale Szalonooki to nic w porównaniu z Bartym Crouchem. 

Poczuł coś na kształt satysfakcji na widok rumieńca na twarzy chłopaka. 

— Myśli pan, że… że może to mieć coś wspólnego z… Może pan Crouch sądzi, że coś się tu dzieje…? 

— Na przykład? 

— No nie wiem — wycofał się szybko i na moment zagryzł usta, jakby się zastanawiał, ile mógł zdradzić. Dopiero po chwili podjął: — Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy. Pisali o tym w Proroku Codziennym. Mroczny Znak na Mistrzostwach Świata w Quidditchu, śmierciożercy i w ogóle… 

Głupi, ale nie aż tak głupi, jak mówił Glizdogon. 

Crouch pokiwał lekko głową, podczas gdy Gryfon spijał chciwie każde słowo z jego ust. 

— Bystry z ciebie chłopak, Potter. Możliwe, że Crouch myśli podobnie. Ostatnio faktycznie krążą różne dziwne pogłoski, do których Rita Skeeter sukcesywnie się przyczynia… Ludzie zaczynają się bać. — Zamilkł i uśmiechnął się, obserwując, jak różowe policzki nastolatka powoli traciły kolor. — Och, tak, właśnie tego nienawidzę najbardziej. Nienawidzę śmierciożercy na wolności. A teraz ja zadam ci pytanie, Potter. Czy mógłbym sobie to pożyczyć? 

Machnął mu przed twarzą rozłożonym pergaminem, aż Gryfon wzdrygnął się i zaczerpnął powietrza.

— Och… Tak, tak, oczywiście! — wydukał. 

Wyglądało na to, że i on nosił w sobie jakiś sekret związany z mapą i tak, jak Crouch, poczuł ulgę, że wciąż był bezpieczny. 

— Dobry z ciebie chłopak. Bardzo mi się przyda ta mapa, może właśnie tego mi brakowało. Przekonamy się. A teraz do łóżka, Potter. Idziemy. 

Pomaszerowali wspólnie na górę, dyskutując o złotym jaju i zagadce, dopóki nie rozstali się na drugim piętrze przed drzwiami gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią — bezpiecznej przystani, gdzie Crouch mógł w spokoju oddać się studiowaniu mapy. Senność odpłynęła wraz ze spokojem, z jakim oczekiwał na zbliżające się Drugie Zadanie. 

I pomyśleć, że ten niepozorny artefakt mógł raz na zawsze zniweczyć plany Czarnego Pana. 

Jego plany. 

Powściągnął chęć napisania do Crouchwood Hall, choć pragnienie podzielenia się ze swoim panem wyeliminowaniem niespodziewanego czynnika zakłócającego rozsadzało go od środka. W zamian za to przysunął sobie do okna fotel i spoczął w nim ciężko, nie przestając analizować tego, co rysowało się na pergaminie. Korytarz po korytarzu, klasa po klasie, kącik po kąciku. 

Mapa Huncwotów — tak głosił atramentowy napis na szczycie. 

Czymkolwiek była, uratowała im skórę. Jemu i Macy. To musiał być bardzo potężny przedmiot. Nie działały na niego ani kłamstwa Montgomerych, ani eliksir wielosokowy. 

Crouch automatycznie odnalazł wzrokiem Wieżę Krukonów, a w niej pośród kilkudziesięciu innych nazwisk to jedno — Macy Rosier — i poczuł coś jeszcze. Do ulgi i dumy dołączył spokój i myśl, która dotąd nie wybrzmiała tak wyraźnie w jego głowie. 

Już nie chciał mieć Macy na oku, żeby ją sprawdzać, ale dlatego, by ją chronić. 

 

*

 

Widok sowy podchodzącej do lądowania dokładnie nad moim talerzem zawsze wywoływał we mnie ukłucie niepokoju — zwłaszcza kiedy pojawiała się w czasie, kiedy nie oczekiwałam żadnych listów. A od kiedy poznałam Croucha, musiałam się przyzwyczaić, że należało się ich spodziewać podczas każdego posiłku. 

Jeden jedyny pozytyw z utraty Nelly, pomyślałam, łypiąc dyskretnie na stół nauczycielski. Nikt nie interesował się tym, co przyniósł do Hogwartu wielki puchacz z obrączką z wygrawerowanym herbem szkoły. 

Wiedziałam, że zaproszenia na wieczorki w gabinecie na drugim piętrze nie musiały oznaczać niczego poważnego, ale i tak przez resztę dnia skręcało mnie z nerwów. Odliczałam do godziny dwudziestej pierwszej, chcąc, by ten czas jak najszybciej zleciał, a kiedy do planowanego spotkania został kwadrans, czułam w żołądku wzrastające napięcie sygnalizujące zakłopotanie. Widząc Szalonookiego znikającego w półmroku zagraconego biura, przemknęło mi przez myśl, że znalazłam się w punkcie wyjścia i nie miałam pojęcia dlaczego. 

Jak gdybym dopiero zaczynała go poznawać, choć przecież dobrze wiedziałam, kiedy był Moodym, a kiedy Bartym. Nauczyłam się rozróżniać ruchy mięśni na jego twarzy, dostrzegać zmiany w tonie głosu. Do pewnego momentu cieszyłam się na te spotkania, podświadomie szukałam go wzrokiem na szkolnych korytarzach i kiedy przyjemność z jego obecności w moim życiu osiągnęła pik, wszystko poleciało z powrotem na łeb, na szyję. Działo się coś, czego nie rozumiałam. 

A kiedy czegoś nie rozumiałam, najłatwiej było się wycofać. 

— O co chodzi? — zapytałam, nie mogąc dłużej znieść rosnącego napięcia. 

— Zeszłej nocy miałem ciekawe spotkanie ze Snape’em, Filchem, Potterem i jego złotym jajem — zaczął nieadekwatnie radosnym głosem. — Co więcej, poniekąd chłopak przyłapał mnie na szmuglowaniu składników do eliksiru z prywatnych zapasów Snape’a. 

Uśmiechnął się promiennie i przez moment byłam już pewna, że postradał zmysły. 

— JAK TO?! 

Crouch zdawał się nie podzielać mojego niepokoju. Bez słowa opadł na fotel przy biurku i wyciągnął z szuflady coś, co przypominało wielokrotnie składany kawałek podniszczonego, starego pergaminu wypełnionego rysuneczkami, w których dopiero po chwili rozpoznałam mapę. 

— Dzięki temu — odparł, a ja podbiegłam na trzęsących się nogach i porwałam z blatu przedmiot, żeby bliżej mu się przyjrzeć. — Mapa Huncwotów. Nie mam pojęcia, kim oni są i skąd Potter to wytrzasnął, ale mało brakowało, żeby wszystkie nasze plany roztrzaskały się o ten jeden świstek. 

— Mało brakowało? Przecież mówiłeś, że cię przyłapał… 

Idąc tu, rozumiałam niewiele. 

Teraz nie rozumiałam już nic a nic. 

— Zobaczył mnie — wyjaśnił krótko. — W gabinecie Snape’a na mapie. Ta mapa pokazuje wszystkich, którzy znajdują się aktualnie na terenie Hogwartu. Na szczęście mamy z ojcem te same imiona i aktualnie Potter i jego przyjaciele główkują, co Barty Crouch robił w środku nocy w szkole i czego szukał u Snape’a. 

Kiedy już trochę ochłonęłam, rozłożyłam pergamin i, przeglądając zarys znajomych pomieszczeń, wyłowiłam wzrokiem kilka poruszających się, opatrzonych imionami i nazwiskami kropek. Z ciekawości zerknęłam najpierw do swojego dormitorium, później do dormitorium Gryfonów, gdzie w okrągłym salonie wśród koleżanek zobaczyłam punkcik z podpisem Lynn Montgomery, a na końcu do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią i przeżyłam kolejny mały wstrząs. 

Nieruchome plamki — Mary Rosier i Bartemiusz Crouch — zostały umiejscowione dokładnie naprzeciwko siebie, dopóki nie zrobiłam kilku kroków w tył i ta przyporządkowana do mojego nazwiska również się poruszyła. 

Znów podeszłam. Kropka też. 

— Ignoruje działanie eliksiru wielosokowego — zauważyłam trzeźwo i natychmiast spojrzałam na trzeci punkt opatrzony nazwiskiem Alastora Moody’ego dokładnie w miejscu, w którym stał olbrzymi kufer eks-aurora. — Niesamowite. Potter ci nie powiedział, skąd to ma? 

— Nie i nie wyglądał, jakby chciał się tym z kimś podzielić, ale ma nie tylko czarodziejską mapę. Potter wybrał się w nocy, żeby rozwikłać zagadkę swojego jaja. Pod peleryną-niewidką — odparł z nonszalancją. — Co ciekawe, kiedy Snape zobaczył mapę, natychmiast ją z nim skojarzył, zatem wie o mapie i o pelerynie. Bardzo to interesujące… obsesja Snape’a na punkcie tego chłopaka. 

Mnie ani trochę to nie zaintrygowało. Wciąż gapiłam się na pergamin i śledziłam poruszające się po korytarzach punkty. Obejrzałam pokoje wszystkich nauczycieli, ledwo prześlizgnęłam się wzrokiem po statku Karkarowa, żeby dłużej zatrzymać się na powozie Beauxbatons. Widok liter układających się w napis Nelly Dubois przyprawił mnie o mocniejsze bicie serca. Przełknęłam szybko i opuściłam mapę. 

— Jesteś pewien, że… że ciebie… że nas nie widział? 

Na samą myśl zrobiło mi się gorąco ze strachu, ale Crouch tylko odchylił się w fotelu, nie przestając się uśmiechać. Choć zrobił to ustami Moody’ego — zaskakujące — poczułam, jak węzeł w moim żołądku nieco się poluzował. 

— Wszystko jest pod kontrolą — rzekł. — Potter ma swoje małe śledztwo, a ja jego mapę. W końcu schował dumę do kieszeni i skorzystał z rady Diggory’ego. Poznał treść zagadki. Teraz pójdzie z górki. 

— A co, jeżeli nie poprosi Longbottoma o pomoc? Jak umieścić skrzeloziele w jego dormitorium? 

— Myślę, że nawet Potter nie jest aż tak tępy, żeby ryzykować utopienie się, a jego legendarna gryfońska odwaga nie pozwoli mu zrezygnować. Zrobi wszystko, żeby przejść dalej. Jest ambitny. Piekielnie ambitny i gdyby nie ta śmieszna, granicząca z głupotą odwaga, doskonale nadawałby się na Ślizgona. — Dźwignął się na nogi i wychylił się, żeby ścisnąć mnie za przedramię. — Jestem tu po to, żeby wygrał ten turniej. I wygra. Na chwałę naszego pana. 

Przytaknęłam, choć jego słowa tylko połowicznie mnie uspokoiły. Niecały kwadrans później wracałam do Wieży Krukonów zestresowana i z dziwnie przyjemnie piekącym nadgarstkiem, dokładnie w miejscu, w którym spoczęła dłoń Szalonookiego — bo choć miała olbrzymie, nieforemne palce Moody’ego, dotyk, jakim mnie obdarzyła, zdecydowanie był dotykiem Barty’ego. 

I sama już nie wiedziałam, czy martwiłam się Drugim Zadaniem, mapą, Crouchem, czy może wszystkim na raz. 

 

*

 

Od zawsze lubiłam się uczyć, ale teraz, kiedy w Hogwarcie znów zapanowała turniejowa gorączka, przygotowania do owutemów stały się dla mnie swego rodzaju ucieczką od wrzawy i coraz bardziej rozpalających artykułów Rity Skeeter. Najnowsze egzemplarze Czarownicy i innych kolorowych magazynów dla dziewcząt krążyły teraz po całym dormitorium z regularnością kartkówek z numerologii, a młodsze Krukonki — znudzone przeciągającą się zimą — zajmowały się głównie przesiadywaniem przed kominkiem, chichotaniem i przeglądaniem tych paszkwili. Początkowo spoglądałam na to z pogardą i chowałam się za Poradnikiem transmutacji dla zaawansowanych, ale niesamowita, trudna do zniesienia tęsknota ściskała mnie wtedy za serce i musiałam walczyć, żeby nie dopuszczać do siebie wyobrażeń, w których to ja z Nelly czytałyśmy sobie nawzajem horoskopy i grzałyśmy się przy ogniu. 

Absurdalne — tęsknić za czymś, czego się nie przeżyło. 

Czego do tej pory nawet się nie potrzebowało. 

A sama Nelly — jakby czytała mi w myślach — znów pojawiła się na horyzoncie. Tym razem w połowie lutego, kiedy niebo stawało się coraz wyższe, dni coraz dłuższe, a pierwsze przebiśniegi wyglądały ciekawie spomiędzy ciężkich, wilgotnych hałd śniegu. 

Widziałam ją już od początku śniadania. Choć nie zajęła swojego starego miejsca, przysiadła w znacznym oddaleniu od koleżanek z Beauxbatons — na ziemi niczyjej między mną i nimi, gdzieś w otoczeniu jakichś anonimowych trzecioklasistów. Jadłam powoli, czując, że i ona w ten sposób jadła, mimo że nie miałam odwagi, by na nią spojrzeć. Nawet w momencie, gdy krzesło, które chwilę wcześniej zwolniła Mary Burrow, ktoś zajął, a do nosa zaleciał mi znajomy zapach perfum. 

Obecność wielkiej guli w gardle sprawiła, że nie byłam w stanie oddychać, dopóki Dubois się nie odezwała. 

— Hej… Jak tam? 

— Cześć — bąknęłam. Głos miałam zaskakująco czysty, chociaż serce kołatało się na wysokości przełyku. — Jakoś leci. A u ciebie? 

Atmosfera była tak niezręczna, że ogarnęło mnie potworne gorąco. Nelly też musiała to czuć, bo oddychała ciężko, wiercąc się niemiłosiernie, jakby zrobiło jej się niewygodnie w swojej własnej skórze. 

— Chyba też… jakoś leci. Dalej masz okienko przed zaklęciami? 

— Nic się nie zmieniło, nadal nie mam wybitnego z eliksirów, więc nadal nie mogę wrócić na eliksiry, więc… Tak, to się raczej nie zmieni. 

— Och. Racja. — Poprawiła się na krześle i zaczerpnęła płytko powietrza. — Posłuchaj… Tak sobie pomyślałam… może poszłybyśmy razem na spacer, skoro nie idziesz na te eliksiry? 

Spojrzałam na nią podejrzliwie i natychmiast uderzyło mnie, jak okrągłe zrobiły się oczy Nelly. W pierwszej chwili chciałam się zgodzić i pędzić z nią na błonia, ale ledwo otworzyłam usta, zadra boleśnie przypomniała o swoim istnieniu. Wciąż tam tkwiła. W sercu — wbita głęboko, bardzo głęboko pod takim kątem, że tylko Dubois była w stanie ją zadrzeć. 

— Na spacer? — powtórzyłam z nutką kpiny w głosie. — A nie boisz się, że spróbuję cię kusić? 

Parsknęła nerwowym śmiechem, ale grymas, jaki wykrzywił jej twarz, wcale nie wskazywał na rozbawienie. I chyba właśnie ta mina sprawiła, że poszłam z nią na ten spacer. Stąpając ostrożnie po śliskiej ścieżce prowadzącej w stronę jeziora, już prawie dźwięczały mi w uszach słowa Croucha, który marudził: nie idź, nie ufaj, nie rozdrapuj starych ran. 

Ale ja musiałam pójść, wysłuchać, pogrzebać patykiem w ropiejącej szramie, która od grudnia i tak nie była w stanie się zagoić. 

Długo milczałyśmy, lecz nie zamierzałam Nelly niczego ułatwiać. Oddychając powoli wilgotnym, żywicznym powietrzem znad lasu, wsłuchiwałam się uważnie w ciszę rozpraszaną przez mlaskanie mokrego śniegu pod naszymi stopami. Byłam pewna, że gdyby nie odgłos kroków, dałabym radę wyłapać brzęczenie obijających się o siebie myśli w głowie Francuzki. 

— Ja… Chciałabym cię przeprosić — odezwała się w końcu. — Ta akcja z Gastonem… i w ogóle z tym balem… Ech, to było takie niepotrzebne, ale coś mi odbiło, nie myślałam trzeźwo. Wiesz, byłam kiedyś w związku z takim chłopakiem, pierwsza miłość i te sprawy… zdradził mnie z koleżanką. I teraz znów się to powtarza… to nie jest usprawiedliwienie, wiem, ale pomyśl, jak się wtedy poczułam. Wszystko wróciło! Znów słyszałam, że jestem ładna, ale, że jestem zabawna, ale, że… że z nią jest mu po prostu lepiej! I co, gdyby przynajmniej było z tego wielkie narzeczeństwo, ale gdzie tam! Zerwała z nim po dwóch miesiącach, mais imaginez, nie chciał się zejść, bo nie byłam nią. A kiedy was zobaczyłam… kiedy to wszystko usłyszałam… 

Urwała, starając się opanować rwany oddech. Oczy jej się zaszkliły, głos zwilgotniał, rumieńce na policzkach zrobiły się nienaturalnie rozlane, a mnie natychmiast przypomniało się Hogsmeade i to, co powiedział Moulin. 

— Ja też nią nie jestem. Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobiła — oświadczyłam, starając się nie brzmieć zbyt oschle. — Tolerowałam go dla ciebie, to wszystko. 

— Wiem, teraz już wiem — jęknęła i chwyciła mnie mocno pod rękę, tak, że w odpowiedzi jeszcze mocniej przycisnęłam ramiona do boków. — Ja naprawdę… naprawdę wierzyłam, że to ten! Że skończymy szkołę, Gaston mi się oświadczy, weźmiemy ślub, że… że nie skończę tak, jak moi rodzice. Nawet wybaczyłam mu tamtą sprawę z jego eks i wszystko po nic! 

Jeszcze kilka tygodni temu marzyłam, by to wszystko usłyszeć. By usłyszeć przepraszam, zobaczyć desperację w jej oczach, tak, jak gdybym naprawdę się dla niej liczyła, a teraz nie potrafiłam tak po prostu machnąć ręką na to, co wtedy powiedziała, na to, jak patrzyła… Jakby widziała mnie po raz pierwszy. 

Ale jednocześnie nie byłam w stanie odejść. Obie zwolniłyśmy kroku, a ja zerkałam z ukosa, jak Nelly szła dalej ze zwieszoną głową, kopiąc z goryczą ciężkie, lepkie muldy. 

— Jaką sprawę z eks? — zapytałam w końcu. 

— To było na samym początku! — podjęła natychmiast. — Kiedy zaczynaliśmy randkować, nie chciał się za bardzo ze mną afiszować, przekonywał, że to takie romantyczne mieć związek tylko dla siebie, a ja głupia uwierzyłam. I wiesz co? Był świeżo po rozstaniu ze swoją eks. Kiedy go przycisnęłam, przyznał się, że „nie chciał jej sprawić przykrości”, kapujesz? Że niby będzie przeżywać, że on tak szybko się po niej otrząsnął, ale prawda była taka, że jego eks nie do końca wiedziała, że już jest eks. Już wtedy powinny mi się otworzyć oczy, ale, sama widzisz, byłam głupia! Młoda i głupia! Macy! 

Odetchnęłam. Tak, zdecydowanie była głupia. Przypominała mi teraz Lynn próbującą wkraść się w moje łaski, licząc, że przekonam ciotkę Rosalie do urządzenia imprezy urodzinowej w mugolskim barze. Głupia, młoda Nelly. 

Ale czy na pewno taka głupia? A może po prostu zakochana? Głęboko i bez pamięci, tak, jak zakochują się bohaterki tych wszystkich powieści, w których ukochany zostaje pogryziony przez wilkołaka albo wampira, a miłość tej jedynej ma moc zdejmowania najcięższych klątw? 

— Jesteście razem? 

— Nie — odpowiedziała stanowczo. — Wydawało mu się, że przejdziemy po tym do porządku dziennego, bo przecież do niczego nie doszło, ale nie potrafię mu tego wybaczyć. Bardzo się pokłóciliśmy, wszyscy to słyszeli, nawet madame Maxime… W powozie jest potwornie niezręcznie. 

— Wyobrażam sobie… 

— Całe szczęście wszyscy znów są skupieni na Świętej Fleur, więc nie muszę znosić tych spojrzeń — podsumowała z przeciągłym westchnieniem i gwałtownie się zatrzymała, więc zrobiłam to samo. — Jeszcze raz przepraszam. Gdybym mogła, cofnęłabym czas, żeby nie powiedzieć tych wszystkich okropnych rzeczy. 

— Już dobrze — mruknęłam, gdy ujęła moje ręce w swoje i ścisnęła. Spojrzałam w jej rozradowane oczy, na szeroki uśmiech i nagle zwaliła się na mnie świadomość powodu tego gniotącego, nieprzyjemnego uczucia. — Dlaczego umówiłaś mnie na bal z chłopakiem, który ma dziewczynę? Dlaczego powiedziałaś Gastonowi, że wiedziałam, że Jean-Loup jest w związku, ale mi to nie przeszkadza? 

Entuzjazm spłynął z jej twarzy, a ja chyba pierwszy raz widziałam Nelly zmieszaną — tak realnie i szczerze zawstydzoną jak dziecko przyłapane na kradzieży. Spuściła wzrok i odetchnęła głęboko, uspokajająco, dłonie zrobiły się wilgotne, ale nie wysunęła ich. Wręcz przeciwnie, ścisnęła jeszcze mocniej, jakby w obawie, że to ja cofnę swoje. 

Nie zrobiłam tego. Czekałam w napięciu na kolejną bolesną prawdę, której, byłam prawie pewna, już się domyślałam. 

— Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia, ale ja po prostu… bardzo chciałam, żebyś ze mną poszła, a tylko Jean-Loup dał się przekonać — wyznała, nie patrząc mi w oczy. — Przepraszam. Powinnam była powiedzieć otwarcie. 

Zabolało. Nikt nigdy nie przeprosił mnie w trakcie jednej rozmowy tak szczerze i tak wiele razy, ale i tak zabolało. I co miałam zrobić? Wyszarpnąć ręce z jej rąk, obrócić się dramatycznie na pięcie i pomaszerować z powrotem do zamku, tak, jak Nelly kilka tygodni temu? 

A jednak — mimo bólu — serce rwało mi się do niej. Do tej postrzelonej, nierozgarniętej, o wiele zbyt głośnej dziewczyny, więc przełknęłam kolejną głupotę. Głupotę, która doprowadziła do sytuacji z fontanną, przesłuchaniem w gabinecie Dumbledore’a, do zawieszenia naszej przyjaźni i na koniec do rozpadu ich związku — tego, który miał być na zawsze. 

Wybaczyłam. Pozwoliłam się uściskać i z tylko trochę lżejszym sercem dałam się zaprowadzić z powrotem do szkoły, a później na górę do biblioteki, gdzie ukryłyśmy się między regałami i mogłyśmy plotkować, dzielić się wszystkim tym, co ominęłyśmy wzajemnie w naszych życiach. Tak, jak marzyłam w pokoju wspólnym. 

I bolało tylko troszeczkę mniej. 

 

*

 

Czuł się coraz bardziej zdesperowany. 

Szybko wyszło na to, że nocny spacer Pottera po łazienkach prefektów był tylko jednym promykiem nadziei, który został stłumiony przez głupotę Gryfona. Barty codziennie śledził go na mapie, jak w towarzystwie przyjaciół do późna przesiadywał w bibliotece i nie wyglądało na to, by ich poszukiwania przyniosły jakiś skutek. Z całą pewnością zrozumieli sens zagadki — powiedziały mu o tym akta bibliotekarki, które Crouch przeszukiwał regularnie co tydzień. Wciąż wypożyczali książki dotyczące transmutacji i zaklęć, podczas gdy ta jedna, którą specjalnie zamówił we wrześniu w antykwariacie na Pokątnej, leżała nietknięta w kufrze Longbottoma. 

Zdecydowanie przeliczył się co do ambicji dzieciaka i nie docenił jego pychy. 

Macy też nie wiedziała, co robić, więc każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece, podsłuchując, jak coraz bardziej rozpaczliwie główkowali nad sposobem przetrwania pod wodą. Oczywiście Barty zawsze miał w zanadrzu Imperiusa i całą gamę zaklęć wymazujących pamięć, ale wolał uniknąć ingerowania w umysł Pottera tuż pod nosem Dumbledore’a. Tak na wszelki wypadek. 

Dlatego na dzień przed drugim zadaniem — doskonale panując nad nieprzyjemnym, nerwowym ssaniem w żołądku — zainicjował wszystko w pokoju nauczycielskim i jedyne, co mógł więcej zrobić, to śledzić swojego małego posłańca na mapie. 

— I jak nastroje? — zagadnął McGonagall, kiedy w drzwiach pojawiła się łysa głowa Zgredka i zaczęła się rozglądać za osobą, która go wezwała. — Cała czwórka już przetransportowana na dno jeziora, tak? 

— Tak — odparła sucho, prostując się w krześle na drugim końcu stołu. Brwi, które połączyły jej się w jedną prostą linię, sugerowały, że nauczycielka mocno przeżywała zbliżającą się konkurencję. I bardzo chciała o tym porozmawiać. — Jestem przeciwna używaniu do tego uczniów. Zwłaszcza tych niepełnoletnich. I ta mała Francuzka… Ale Dumbledore najwyraźniej wie, co robi. 

Spodziewał się, że — inaczej niż Flitwick czy Hooch — nie będzie w nastroju do zbierania zakładów, ale w gabinecie nie było ani Flitwicka, ani Hooch, tylko profesor Vector siedziała w najciemniejszym kącie pokoju i zdawała się nie słyszeć i nie widzieć niczego poza stertą kartkówek, które poprawiała. 

— Jasne — rzekł. — Sposób na jezioro będą mieli mocno ograniczony. Bardzo mnie ciekawi, co tym razem wymyśli Potter. Już to mówiłem, ale jego pomysł na rogogona był świeży i kreatywny. 

— Zgadzam się — przyznała McGonagall, ale wyraz jej twarzy wcale nie przemawiał za tym, że wierzyła w kolejny przebłysk geniuszu podopiecznego. — Wykorzystał swoje atuty, choć nie ukrywam, że obawiam się o Drugie Zadanie. Potter jest… no… o wiele bardziej w tyle niż reszta zawodników. 

Machnął lekceważąco ręką. 

— Potterowi nic nie brakuje — oznajmił donośnie. — Co nie doczaruje, to ominie sprytem. Moim zdaniem i tym razem nie będzie zbyt wiele korzystał z różdżki, ale to dobrze. Reszta użyje pewno prostego bąblogłowia, a do Pottera pasuje mi skrzeloziele. Co pani sądzi? 

Zmarszczyła czoło, a brwi jeszcze bardziej jej się zeszły, tymczasem on skinął na skrzata i wskazał mu szafę pełną bezpańskich szat i płaszczy wyglądających tak, jakby zalegały tam od wieków. 

— Skrzeloziele? Tak, jest dużo bardziej efektowne od zaklęcia bąblogłowy, chociaż wątpię, żeby Potter miał dostęp do tak rzadkich rośli. 

— Pani profesor — zarechotał — znam Pottera ledwo pół roku i nie mam żadnych wątpliwości. 

Wydęła usta i Crouch już wiedział, że nie mogła się z nim nie zgodzić. 

— Ach, może i przymknięcie oczu na pewne sprawy w tym przypadku byłoby jakimś przejawem rozsądku — westchnęła, zniżając głos do szeptu, a Crouchowi przyszło do głowy, że dotknął tematu, który McGonagall bardzo uwierał. — Nie uważam, żeby… ee… drobna pomoc była niesprawiedliwa. Wręcz uważałabym to za swego rodzaju… wyrównanie szans. 

— Najzupełniej się z panią zgadzam. 

— Przecież nikt się nie spodziewa, że Potter stanowi realną konkurencję dla trójki dorosłych czarodziejów — kontynuowała takim tonem, jakby próbowała usprawiedliwić się przed samą sobą. — Oczywiście Potterowi niczego nie brakuje, ale to nadal czternastolatek. Tylko czternastolatek! W jego przypadku nie chodzi o zwycięstwo, tylko o przetrwanie. 

— Ale jeżeli może to zrobić w ładnym stylu, to nie ma co chłopaka zniechęcać — podsumował z jednym okiem wlepionym w swoją rozmówczynię, z drugim w Zgredka. 

Skrzat podejrzanie mocno przeciągał segregowanie szat i Crouch już wiedział, że to był strzał w dziesiątkę. Desperacki, ale skuteczny. Pociągnął odruchowo z piersiówki, kolejny raz błogosławiąc wyświechtany kawałek pergaminu spoczywający bezpiecznie w jednej z kieszeni na jego piersi. 

Wszystkie dotychczasowe wydarzenia dawały mu znaki — Berta Jorkins w domu jego ojca, zaginiona córka śmierciożerców, spotkanie na schodach, mapa. Cały wszechświat chciał, żeby Czarny Pan powrócił. Crouch nie widział innego wytłumaczenia — tak po prostu miało się stać i jakoś do tego dojdzie. Bez względu na to, czy Potter użyje zaklęcia bąblogłowy, połknie skrzeloziele czy włoży głowę pod wodę i krzyknie, by trytony oddały mu to, co zwędziły. 

 

*

 

Drżałam, schodząc z Nelly ze wzgórza w stronę trybun ciągnących się wzdłuż brzegu jeziora. Choć późnym wieczorem szkolna sowa zastukała do okna sypialni siódmoklasistek, niosąc zwinięty w rulonik pergamin z pokrzepiającym liścikiem, obudziłam się przed świtem z żołądkiem związanym w supeł — tak, jakbym to ja miała za dziesięć minut zanurzyć się w lodowatej wodzie, zupełnie niegotowa na walkę z trytonami, druzgotkami i olbrzymią kałamarnicą. 

Przy balustradzie jednej z drewnianych wież (Dubois koniecznie chciała siedzieć jak najniżej) wiało wyjątkowo paskudnie, ale spodziewałam się, że to było nic w porównaniu z temperaturą jeziora. Co prawda przymrozki dawno się skończyły, ale nieprzyjemne przejście między zimą i wiosną pokazało się w swojej najbrzydszej odsłonie i teraz zamiast w masie brudnego, wilgotnego śniegu całe błonia tonęły w kałużach i błocie. Przy udekorowanym na złoto stole czekali już Diggory, Krum i Fleur, a skład sędziowski — znów bez pana Croucha i z Percym Weasleyem w zastępstwie — rozglądali się niecierpliwie w oczekiwaniu na ostatniego reprezentanta. 

Szum na trybunach rósł z każdą chwilą — do rozpoczęcia Drugiego Zadania została minuta. 

Nie byłam pewna, czy bardziej żałowałabym dostępu czy braku mapy Huncwotów, ale ostatecznie chyba wolałam nie widzieć kropki opatrzonej nazwiskiem Pottera tkwiącej nieruchomo w dormitorium Gryfonów albo w jakiejś komórce na miotły gdzieś w głębi labiryntu korytarzy w lochach. Otaczający mnie uczniowie chyba myśleli tak samo, a gwar rozmów coraz bardziej się napędzał. 

— Pottera chyba to przerosło. 

— Co, myślisz, że nie odkrył, o czym wyje jego jajo? 

— Daj spokój, przecież to było bardziej niż oczywiste, że nie da rady. Wielki Harry Potter, przerost formy nad treścią, ot co! 

— A ten pomysł z jajem na bank nie był jego… 

— …i pewnie naćpali czymś smoka, żeby jakoś wyrównać szanse… 

— Ciekawe, czy stchórzył, czy zaspał — mruknęła Nelly, wychylając się mocno przez barierkę. 

— Nie mam pojęcia — bąknęłam. Gardło miałam boleśnie zaciśnięte. 

Jako jedna z pierwszych — wpatrzona w schody frontowe i zajęta obgryzaniem paznokci — wypatrzyłam zbliżającą się od strony zamku czarną plamkę, która szybko zmieniła się w pędzącego sprintem Gryfona, ale kamień na sercu ani drgnął. Z perspektywy Czarnego Pana śmierć chłopaka pod wodą była mniej opłacalna niż opuszczenie Drugiego Zadania i utrata punktów. 

A Potter wcale nie wyglądał na tego, który wiedział, co robić. 

— Nasi reprezentanci są gotowi, żeby zmierzyć się z Drugim Zadaniem! — zagrzmiał Bagman magicznie wzmocnionym głosem, a widownia ucichła. — Na dźwięk mojego gwizdka wskoczą do wody. Mają dokładnie GODZINĘ i ani minuty dłużej, żeby odzyskać to, co zostało im odebrane. A więc! Liczę do trzech! Raz… dwa… TRZY! 

Ostry gwizd poniósł się po błoniach, prawie natychmiast tonąc w brawach i motywujących okrzykach. Niektórzy ułożyli krótkie piosenki, jakimi dopingowali swoich zawodników, inni tupali, klaskali i bębnili o balustrady w konkretny rytm, dopóki trzy postacie nie rzuciły się prosto w szarą, ponurą otchłań jeziora. Tylko Harry Potter stał w bezruchu z nogami zanurzonymi po kolana, żując coś energicznie. 

Dopiero wtedy odetchnęłam — poza Moodym chyba jako jedyna na trybunach, bo widownia znów zaczynała szeptać, zaczęły się pojawiać pojedyncze śmiechy, aż rozgorzały na dobre, gdy chłopak nagle chwycił się za szyję rękami przypominającymi ręce jakiejś mitycznej morskiej istoty. Skóra na twarzy i dłoniach momentalnie mu poszarzała i pokryła się czymś na wzór rybiej łuski, palce się wydłużyły, a przestrzeń między nimi wypełniła błona. Gryfon natychmiast zrozumiał. Przy akompaniamencie śmiechów i gwizdów zanurkował… 

I na tym się skończyło. 

Gasnące chichoty trwały jeszcze przez chwilę, dopóki ostatnie zmarszczki na tafli się nie wygładziły. Dopiero wtedy Bagman zaczął zabawiać tłum ciekawostkami na temat trytonów i zagrożeń, jakie czekały na uczestników na trasie do ich Wisieli, podczas gdy na trybunach — inaczej niż podczas Pierwszego Zadania — pojawili się pracownicy z Zonka, Miodowego Królestwa i Trzech Mioteł, sprzedając napoje, słodkie przekąski i miniaturowe kałamarnice w formie breloczków. Ludzie bardzo szybko się wciągnęli i nawet ja się nie zorientowałam, kiedy przestałam wpatrywać się w jezioro i pogrążyłam się z Nelly w rozmowie na temat szans zawodników. 

— Waham się między Krumem i Diggorym — oznajmiła, grzejąc sobie dłonie na papierowym kubku parującej herbaty. — Krum jest krzepki, widziałam go w zeszłym tygodniu, jak wskakiwał do wody. W samych kąpielówkach. — Błysnęła zębami w zadziornym uśmieszku. — Ale Diggory ma dłuższe nogi i podobno też gra w quidditcha, więc na brak kondycji nie może narzekać… no i jest dziesięć razy bardziej przystojny od Kruma, taka buźka bardziej pasuje do zwycięzcy. Kompletnie nie rozumiem, skąd ten pomysł, żeby kibicować Potterowi. 

Nazwisko niemal wypluła, spoglądając z pogardą na sąsiednią wieżę wypełnioną prawie w całości uczniami w barwach Gryffindoru. 

— Po prostu uważam, że jest pewna… niekonwencjonalność w tym, jak sobie radzi z zadaniami… 

Urwałam, bo jakieś czterdzieści stóp od brzegu woda zaczęła się kotłować i zanim sędziowie poderwali się na nogi, taflę przebiła głowa podrapanej, spanikowanej Fleur i towarzyszące jej dwie szare, długowłose humanoidalne postacie. Trytony odholowały dziewczynę do brzegu, gdzie przejęli ją blada ze strachu madame Maxime i profesor Dumbledore. Nelly nie skomentowała tego ani słowem, natomiast wśród pozostałych uczniów z Beauxbatons za naszymi plecami wybuchło głośne niezadowolenie podsycane wrzawą na trybunach. 

— Mamy pierwszą zawodniczkę, ale bez swojego Wisiela! — zawołał Bagman. — Pannie Delacour niestety nie udało się dotrzeć do celu, a winą za to… tak, mam już informacje… możemy obarczyć stado wyjątkowo zaciętych druzgotków! A niedługo chyba będziemy mogli spodziewać się kolejnego zawodnika, ponieważ do końca wyznaczonej godziny zostało trzy minuty! 

Odgłosy rozmów nieco przycichły i teraz prawie wszyscy obserwowali to, co działo się na powierzchni jeziora. Fleur ze świeżymi zadrapaniami na twarzy i w postrzępionej szacie nie dała się zabrać do namiotu pani Pomfrey, tylko kłóciła się o coś zawzięcie na brzegu ze swoją dyrektorką. 

— Pewnie już się dowiedziała, że za taki popis nie dostanie więcej niż zero punktów — skomentowała Nelly, mrużąc oczy w złośliwym uśmieszku. 

Nie odpowiedziałam. Trudno było powiedzieć, czy chodziło o punkty, czy o coś innego, ale grymas na twarzy Delacour przypominał bardziej frustrację i przerażenie niż złość. Teraz już nie przerywałam swojej podróży wzrokiem od jeziora do tarczy zegarka i z powrotem. Żołądek miałam nieustannie ściśnięty. 

Jeszcze trzy minuty. 

Dwie. 

Jedna. 

Dalej nic. 

Jedna po czasie… 

Tłum zaczął się powoli niecierpliwić i nawet komentator nie silił się dłużej na swoje opowieści, wiercąc się na krześle przy stole sędziów. Z tej odległości nie byłam w stanie dostrzec ani Moody’ego, ani profesor McGonagall, ani innego nauczyciela, a spokój na twarzy Dumbledore’a wcale nie koił moich nerwów. 

Eksplozja radości na widok ciemnej czupryny Diggory’ego rozdarła pełną napięcia ciszę, a ja poczułam się tak, jakby wnętrzności związały mi się jeszcze mocniej w ciasny supeł. Razem z chłopakiem — ku mojemu zaskoczeniu — wypłynęła Cho Chang, a niecałą minutę później Wiktor Krum i Hermiona Granger. 

Po Potterze ani śladu. I o ile w momencie, kiedy profesor Sprout wraz z panią Pomfrey wyciągnęły Cedrika na brzeg, nikt nie wyglądał na zaniepokojonego tym kilkuminutowym spóźnieniem, teraz, gdy nie było śladu ani po Potterze, ani po trytonach, przy stole sędziowskim zrobiło się nerwowo. Wielka grupa Francuzów za moimi plecami — pogodzona z porażką swojej reprezentantki — wróciła do swobodnego trajkotania, nic sobie nie robiąc z nieobecności Pottera, Nelly ze znudzoną miną wystukiwała jakiś nieznany mi rytm o barierkę i tylko Gryfoni na szczycie wieży obok podzielali mój niepokój. I dopiero po jakichś dziesięciu minutach, kiedy prawie wszyscy siedzący na sędziowskim podium wstali z krzeseł i zaczęli kręcić się przy brzegu, daleko, prawie na samym środku jeziora woda zaczęła buzować i na powierzchni pojawiły się nie dwie, a trzy ludzkie głowy. Ciemnowłosa, ruda i blond. 

Dubois wyprostowała się, pierwszy raz zaciekawiona tym, co wydarzyło się w jeziorze. 

— Zaraz… czy to Gabrielle? 

— Gabrielle? 

— Siostra Fleur… A, zut! — mruknęła, mrużąc oczy. — To ona! Ale dlaczego Potter ją wyciągnął? 

Nie potrzebowałam jej potwierdzenia, bo w momencie, kiedy ludzie na brzegu zorientowali się, co się działo, Delacour — nadal poraniona i w poszarpanej szacie — zaczęła histerycznie wyrywać się madame Maxime, chcąc wrócić do wody. Ale cała trójka została bezpiecznie odholowana na płyciznę, gdzie przejęli ich Percy, Dumbledore i Bagman, a na trybunach znów zrobiło się zamieszanie. I znów — jak podczas Pierwszego Zadania — w związku z Harrym Potterem. 

Raz jeszcze zaczęłam się rozglądać, licząc, że może w końcu uda mi się wypatrzeć postać Szalonookiego, ale żaden z nauczycieli nie pojawił się na dole. Nawet profesor McGonagall, jedynie pielęgniarka bezskutecznie usiłowała zapędzić wszystkich przemoczonych do namiotu medycznego. Teraz, kiedy Gryfonowi udało się nie zginąć, przez chwilę poczułam się zupełnie lekko, ale widok zbierających się na naradę sędziów wywołał — kompletnie niespodziewanie — jeszcze jeden bolesny skurcz żołądka. 

Jak gdybym naprawdę zaczynała się przejmować ilością punktów, którą miał otrzymać „mój” zawodnik. 

Absurdalne. 

A jednak serce zamarło mi w piersi, gdy Ludo Bagman raz jeszcze przytknął sobie różdżkę do gardła. 

— Panie i panowie! — zagrzmiał, a na trybunach momentalnie zrobiło się cicho. — Po rozmowie z przywódczynią trytonów, Murkus, która opisała nam przebieg tego, co wydarzyło się na dnie jeziora, postanowiliśmy przyznać reprezentantom następujące liczby punktów. Przypominam, że maksymalna ilość punktów do zdobycia wynosi pięćdziesiąt. A więc w kolejności… Panna Fleur Delacour zaprezentowała doskonałą, skuteczną znajomość zaklęcia bąblogłowy, lecz w drodze do swojego zakładnika została zaatakowana przez druzgotki, przez co nie ukończyła zadania. Postanowiliśmy przyznać jej dwadzieścia pięć punktów! 

Uczniowie z Beauxbatons oklaskiwali uprzejmie swoją zawodniczkę, dopóki magicznie wzmocniony głos komentatora ich nie zagłuszył. 

— Pan Cedrik Diggory, który również użył zaklęcia bąblogłowy, jako pierwszy powrócił ze swoją zakładniczką, choć przekroczył o minutę limit czasu. Dlatego sędziowie postanowili przyznać mu czterdzieści siedem punktów! — Odczekał, aż eksplozja radości Puchonów ucichnie, po czym kontynuował: — Pan Wiktor Krum dokonał niepełnej, choć skutecznej transmutacji i powrócił jako drugi, dlatego otrzymuje czterdzieści punktów! I pan Harry Potter! Z bardzo dobrym skutkiem użył skrzeloziela. I choć wrócił ostatni, znacznie przekroczywszy limit czasu, od przywódczyni trytonów udało nam się dowiedzieć, że na miejsce dopłynął jako pierwszy, a opóźnienie wynikało z tego, że pan Potter zamierzał uwolnić nie tylko swojego zakładnika, ale i wszystkich pozostałych! Większość sędziów uznała jego zachowanie za godne podziwu i świadczące o instynkcie moralnym, zatem pan Harry Potter otrzymuje czterdzieści pięć punktów.  

Choć lodowaty wiatr skrupulatnie starał się przeniknąć przez materiał mojego płaszcza, poczułam się tak, jakbym zanurzyła się po czubek nosa w wannie pełnej ciepłej wody. Zapragnęłam poderwać się z miejsca i ruszyć prosto do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią, ale musiałam uspokoić łomoczące w piersiach serce, grzecznie wysłuchać zapowiedzi ostatniego zadania, a następnie — w drodze na obiad — odbyć długą rozmowę z Nelly, myślami będąc intensywnie i niezmiennie z Bartym. 

Dopiero późnym wieczorem, gdy emocje opadły i każdy nareszcie zaszył się w swoim kącie, by odpocząć, byłam w stanie niezauważona wymknąć się z dormitorium. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, gdy bezszelestnie przemierzałam opustoszałe korytarze. Teraz, kiedy Drugie Zadanie już się skończyło, finał wydał mi się nagle niesamowicie  bliski. Finał, wraz z którym miało ziścić się moje największe marzenie. Powrót Czarnego Pana, kara dla mordercy rodziców, prawda, odzyskana tożsamość… 

Cel w życiu. 

Czułam się, jakbym śniła. 

Zapukałam i drzwi prawie natychmiast się otworzyły, ale zobaczyłam w nich tylko pustkę i już wiedziałam. Crouch zdjął pelerynę-niewidkę dopiero w przystającej komnacie i rzeczywiście moim oczom nie ukazało się zniekształcone oblicze Moody’ego, a rozpromieniona szerokim uśmiechem twarz Barty’ego. Choć kontrastowe światło bijące z paleniska podkreślało podkrążone oczy i zapadnięte policzki, wydał mi się znacznie młodszy, niż zapamiętałam — jak gdyby sam fakt przebywania w ciele emerytowanego aurora odmładzał przynajmniej o dziesięć lat. A może to tylko kwestia szczęścia, które rozświetlało go od środka? 

Nie analizowałam tego. Sama nie potrafiłam przestać się uśmiechać. 

— Był taki moment, że myślałam, że nie…

— …że nie wypłynie! Ale wszystko było pod kontrolą, trytony by go wyciągnęły. I Dumbledore przekonał sędziów…

— Tak! Ten przykład moralności…! Nie mogłam uwierzyć! I teraz Potter…

— …Potter ma realne szanse wygrać, a wtedy… — Chwycił mnie za ramiona i przyciągnął. Ręce mu drżały. — Potter musi wygrać, żeby nasz pan odzyskał ciało. 

Oddychał ciężko, palce wpijały się mocno w materiał mojej szaty, a radość, jaka błyszczała mu w oczach, nosiła znamiona szaleństwa, ale nie miałam mu tego za złe. Sama z trudem nabierałam powietrza, jakbym to ja dopiero co wynurzyła się z jeziora. Miałam ochotę się roześmiać. 

— Jak to ma wyglądać? — zapytałam szeptem, żeby zapanować nad drżeniem głosu. 

— Będzie labirynt pełen przeszkód… zaklęć i magicznych stworzeń, a w środku puchar, który zabierze zwycięzcę z powrotem przed widownię. Ilość punktów decyduje o kolejności wejścia do labiryntu, a później… później przestają się liczyć. Wygrywa ten, kto jako pierwszy dotrze do pucharu.

Rozwiązanie natychmiast zaświtało mi w głowie. 

— Puchar to świstoklik? 

— Tak. Przekonam Dumbledore’a, żeby pozwolił mi przetransportować puchar do serca labiryntu, tam podmienię miejsce lądowania… — Urwał, by przełknąć narastającą ekscytację, która i mnie na moment odebrała dech. — A potem… potem Czarny Pan po nas przyjdzie i… i uczyni z nas swoimi największymi, najbliższymi… 

Był niesamowicie piękny w tym swoim szaleństwie, z błękitnymi tęczówkami połyskującymi w ogniu jak dwa żywe diamenty, tak piękny, że poczułam, jak coś ścisnęło mnie za serce. Jakieś nieznane dotąd uczucia eksplodujące w brzuchu niczym słodki, gorący eliksir. Dzika radość przygasła na ustach Croucha i w następnej chwili już trzymał mnie w ramionach, całując desperacją, jaką sekundę wcześniej obiecywały te zwodniczo angielskie oczy. Odpowiedziałam na to z takim samym zaangażowaniem, z całą pasją kotłującą się we mnie przez ostatnie tygodnie i w tym momencie odkryłam, gdzie znajdowało się źródło wspólnej niezręczności. 

W emocjach, które — jak obojgu nam się wydawało — mieliśmy całkowicie pod kontrolą. 

___________
No, wszystko pędzi dość szybko, ale prawdziwe opowiadanie zacznie się dopiero po odrodzeniu Voldemorta. Trochę też zmienię fabułę „Pottera”, ba, dość znacznie nawet. Przepraszam Was, że tyle nie pisałam, ale na koniec roku szkolnego miałam mnóstwo, mnóstwo poprawek. I to z ciężkich przedmiotów. A w końcu przepisywanie takich maleńkich literek, jakie stawiam, nie jest takie łatwe. Jestem nad morzem na wakacjach, całą noc w samochodzie starałam się odpocząć, żeby po południu oczy mnie nie bolały xD

Na początku czułam pewien dystans do tej historii i do tego bloga, ale popsuty komputer (pamiętacie, w styczniu, ta tragiczna karta graficzna) jakoś zbliżyła mnie do niego.