Za
każdym razem, kiedy w dormitorium któraś z uczennic opowiadała reszcie końcowy
przebieg randki, wyobrażałam sobie swój pierwszy pocałunek. A zważywszy na to,
że żadna z moich czterech współlokatorek nie miała jeszcze stałego partnera, za
każdym razem oznaczało często — przynajmniej raz w
miesiącu. Nigdy nie śmiałam mówić o tym z Nelly, zwłaszcza że jej bliżej było
do Krukonek, z którymi dzieliłam sypialnię, ale przypuszczałam, że robiła to
każda nieśmiała dziewczyna na świecie. Fantazjowała o chłopaku, do którego
skrycie wzdychała, wyobrażała sobie bajkowe scenariusze, tylko że ja nie miałam
kogo obsadzić w roli swojego księcia ze snów. A teraz wyglądało na to, że on
sam zamierzał się w niej obsadzić — piętnaście lat starszy
kryminalista, który zbiegł z więzienia, żeby przywrócić do władzy
najpotężniejszego, potencjalnie najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika od
czasów Gellerta Grindelwalda. To był język faktów.
A co
mówiło moje serce?
Dokładnie
to samo. I podobało mi się to, bo nie byłam lepsza. W dzień Drugiego Zadania
uzmysłowiłam sobie, że z nikim nie łączyło mnie tak wiele, nikt — mimo
tak wstrętnej codziennej powłoki — nie wywoływał tyle ciepła, nie
budził takiego zaufania. Nikt. Nawet Hope czy Nelly. Patrząc na to oczami
ciotki Rosalie, Lynn, Molly Weasley czy jakiejkolwiek innej osoby, jaka gdzieś
kiedyś przewinęła się przez moje życie, nie potrafiłam od tego dłużej uciekać — możliwe,
że i ja byłam szalona. I jedynie świadomość tego szaleństwa dzieliła mnie od
skończenia w Azkabanie.
Albo
po prostu szaleństwo nie istniało, a ja miałam pecha urodzić się w świecie
zdominowanych przez tę inną normalność?
Ale
bez względu na to — a może właśnie dlatego — nie potrafiłam
udawać, że nic się nie stało, więc znów się odcięłam. Unikanie Croucha okazało
się po stokroć łatwiejsze niż mierzenie się ze skrępowaniem, jakie wywoływało
samo wspomnienie pamiętnego wieczora. Nie umiałam wyciszyć tego, co działo się
w moim żołądku, gdy widziałam Croucha na zajęciach czy mijaliśmy się na
korytarzach i nawet twarz i ciało Moody’ego nie było w stanie zabić tego, co
Nelly nazywała motylami w brzuchu.
Oczywiście
natychmiast zauważyła, że coś się zmieniło. Wraz z nadejściem marca na
legendarnym szarym szkockim niebie coraz częściej pojawiało się słońce, ulewne
deszcze zmyły ze świata ostatnie resztki zimy, co skutkowało pierwszą eksplozją
wczesnowiosennego kwitnienia, a co za tym idzie — długimi spacerami
po Zakazanym Lesie. Przyjaciółka towarzyszyła mi w nich o tyle chętniej, że nie
musiała znosić w powozie dręczącej obecności Gastona, a i moje uparte milczenie
w temacie sławnych motyli tylko napędzało jej ciekawość.
— Nawet
nie wiesz, jak ja ci zazdroszczę — westchnęła pewnego wyjątkowo
ciepłego piątkowego popołudnia. Już dawno przestała narzekać na dalekie przechadzki,
zwłaszcza że za każdym razem miałam przyjaciółce do pokazania kolejne
wspaniałości, jakie kryły leśne zakamarki. — Bardzo dobrze pamiętam
moje pierwsze zauroczenie. Oczywiście byłam przekonana, że to będzie miłość na
całe życie i nie wyobrażałam sobie inaczej… ach, ile ja wtedy nie spałam…
Pisaliśmy ze sobą nawet w nocy, sowy latały tam i z powrotem, chociaż chodziliśmy
do tej samej klasy i byliśmy razem dans le dortoir. Wszystko było takie…
ekscytujące, nowe…! I też chciałam to trzymać w tajemnicy i jednocześnie wykrzyczeć
całemu światu.
— Ale
tu nie ma czego trzymać w tajemnicy — odparłam prawie zgodnie z
prawdą. — Ostatnie, czego mi potrzeba przed owutemami, to pierwszych
zauroczeń i… i wysyłania sobie sów po nocach. Zostały trzy miesiące. Może się
wydaje, ale to naprawdę mało czasu na powtórkę ze wszystkich siedmiu lat.
— Owutemi,
iii tam! — Machnęła lekceważąco ręką. — To ostatni dzwonek,
żeby przeżyć jakiś szkolny romans, bo później zostaje tylko praca i pra… Oooh,
c’est magnifique! Je suis au paradis! Nie rozumiem, dlaczego ten las jest
zakazany, przecież to jest CUDOWNE!
Rzuciła
się do przodu w sam środek czarownej polanki pełnej zawilców. Promienie słońca
bez trudu sięgały do delikatnych, białych płatków, choć na gałęziach otaczających
plac drzew rozglądały się już nieśmiało pierwsze zielone zawiązki liści.
Przysiadłam na wilgotnym, omszałym korzeniu rozłożystego dębu i obserwowałam z
uśmiechem, jak przyjaciółka hasała wśród kwiecia, co rusz przystając i
schylając się, by uświetnić swój wiosenny bukiet. Na mnie widok polany nie
robił już takiego wrażenia, zwłaszcza że wciąż nie mogłam wyrzucić z głowy
tamtego lutowego wieczoru.
A
Nelly nie dawała mi o tym zapomnieć.
Nie
pragnęłam niczego nikomu wykrzykiwać i niekoniecznie dlatego, że mężczyzna,
który bez przerwy zaprzątał mi głowę, nie spodobałby się nikomu w moim
otoczeniu. Po prostu nie potrafiłam się do tego przyznać — ani przed
przyjaciółką, ani przed samą sobą.
To
tylko emocje. Naturalna reakcja na pomyślne zakończenie czegoś ważnego i
frustrującego.
Żadne
głupie motyle, zauroczenia czy, tym bardziej, szkolne romanse.
*
Pierwsze
naprawdę ciepłe dni po zimie uświadomiły mi coś naprawdę ważnego — nieubłaganie
zbliżał się finisz mojej przygody ze szkołą. Wraz z końcem Drugiego Zadania
czas niesamowicie przyśpieszył i ledwo stopniały ostatnie śniegi, zakwitły
pierwsze krokusy, w dormitorium Krukonów zapanowała przedświąteczna gorączka, a
od tego tylko krok do ostatecznych egzaminów.
Nigdy
nie miałam wybitnie bliskiej relacji z Hogwartem, ale chyba tylko dlatego, że w
domu Montgomerych od początku cieszyłam się dużą wolnością. A jednak wizja
ostatniego Bożego Narodzenia, ostatniej Wielkanocy, ostatniej podróży Hogwart
Ekspresem, ostatniej ceremonii przydziału wprawiły mnie w pewną melancholię i
marcowy wypad do Hogsmeade przeżyłam tak, jakby i on miał być tym ostatnim.
Otrzeźwiałam po dwóch godzinach w zatłoczonych Trzech Miotłach w intensywnym
towarzystwie Nelly, ale na powrót mogłam liczyć dopiero grubo po czternastej,
licząc, że po szybkim przebiegnięciu przez kuchnię odpocznę w ogrodzie. Dopiero
widok, jaki zastałam przed kominkiem, sprawił, że na moment zastygłam w
bezruchu.
— O…
o matko — wymsknęło mi się.
Nie
widziałam Mrużki od prawie dwóch miesięcy i choć już wtedy nie wyglądała
najlepiej, bez trudu dało się ją odróżnić od szaroburych, piwnicznych ścian.
Pozbyła się sukienki i kapelusza, ale nie miała na sobie stroju typowego dla
hogwarckiego skrzata. Łachmany, w które była ubrana, przywodziły na myśl brudne
szmaty. Jako jedyna siedziała bezczynnie na stołku i kiwała się sennie,
ściskając między kolanami opróżnioną do połowy butelkę piwa kremowego.
Bobula,
która jak zwykle przyjęła mnie z otwartymi ramionami, powędrowała wzrokiem za
moim spojrzeniem i westchnęła teatralnie.
— Ano.
Aż wstyd tu kogoś wpuszczać — oznajmiła, kręcąc głową z politowaniem. — Panienka
nie patrzy, nieładny widok.
— Nadal
przeżywa pana Croucha?
— Oj,
tak. Pije już sześć butelek dziennie. I, co gorsza, prawie nie pracuje — wyszeptała
z przejęciem i natychmiast zakryła sobie usta długimi palcami, rozglądając się
w popłochu na boki, jakby w obawie, że zdradziła czyjś paskudny sekret. — Panienka
tego nikomu nie zdradza, Bobula bardzo prosi! Mrużka będzie mieć kłopoty…
— Oczywiście,
że nie — mruknęłam, nie mogąc oderwać wzroku od tamtej żałosnej kupki
nieszczęść. — Mogę z nią porozmawiać?
— Może
panienka, może, ale Bobula ostrzega, że to nic nie da.
Ignorując
paczkę, którą niecierpliwie próbował wepchnąć mi w ręce inny skrzat, na palcach
przemknęłam między stołami i taboretami. Szłam tam w pełni świadoma, że gdyby
chodziło o kogoś innego, możliwe, że nawet bym go nie zauważyła, ale wszystko,
co wiązało się z Crouchami, teraz przyciągało moją uwagę jak magnes.
Chyba
nigdy nie widziałam tak pustych, szklanych oczu. Kiedy spostrzegłam ją tu po
raz ostatni, bez przerwy płakała, ale teraz na pomarszczonym ryjku nie było
śladu łez. Nic, jedynie głęboka, porażająca rozpacz. Skrzatka nawet na mnie nie
spojrzała, choć przysiadłam na piętach tuż obok, licząc, że samą intensywnością
spojrzenia przyciągnę jej uwagę. Mrużka gapiła się w przestrzeń i tylko raz na
jakiś czas podrygiwała lekko pod wpływem bezgłośnego czkania. Nie tylko nie
pracowała, ale musiała unikać kąpieli, bo kwaśny odór potu, kremowego piwa i
dawno niepranej odzieży aż kąsał nozdrza.
— Mrużko,
co się stało? Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
Skrzatka
drgnęła gwałtownie i zakołysała się niebezpiecznie na stołku.
— Skąd
panienka zna im-mię… imię Mrużki? — zapytała słabym głosem. — Dlaczego
pan-nienka pyta Mrużkę?
Naciągane
kłamstwo albo nieprzyjemna prawda.
— Inne
skrzaty niepokoją się, że od kilku miesięcy nie pracujesz i pijesz — zaczęłam
ostrożnie, ale ta uwaga nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Jedynie
pofałdowane czoło zrobiło się jeszcze bardziej pomarszczone, a w oczach
błysnęły łzy.
— Mrużka
nie chce prac-cować w Hogwarcie, Mrużka chce wrócić do swojego pana… pan Mrużki
samotny, biedny…
— Twój
pan… czyli pan Crouch?
Serce
podskoczyło mi do gardła, kiedy gwałtownie obróciła się i wbiła we mnie tak
przeszywający wzrok, że w odpowiedzi miałam ochotę się odsunąć. Mieszanka
szaleństwa i rozpaczy.
— Skąd
panienka wie o panu Crouchu? Panienka zna pana Mrużki? P-pan wspom-minał o
Mrużce…?
— Nie,
nie! — odpowiedziałam natychmiast, kręcąc głową. — Znam
kogoś, kto pracuje w ministerstwie…
Ale
ona zdawała się już mnie nie słuchać. Znów zaczęła się kiwać i z każdym
kolejnym szarpnięciem odrobina piwa kremowego lądowała na tym, co w przeszłości
musiało być miniaturową bluzeczką.
— Biedny
pan… biedny pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez
panicza… Och, i jak pan sobie teraz poradzi… sam w pustym domu…
Przez
jedną długą, trwającą całą wieczność minutę patrzyłam, jak zanosiła się coraz
większym płaczem, aż bełkotane przez nią słowa stały się całkowicie
niezrozumiałe. Dopiero gdy pojawiła się piątka skrzatów i zabrały się za
zawijanie jej w kraciastą serwetę, poczułam się dziwnie zakłopotana
zamieszaniem, jakiego narobiłam. Wyłowiłam wzrokiem Bobulę, która podeszła bez
słowa, niosąc przygotowany pakunek.
— Przykro
mi… — bąknęłam tylko, ale ta wzruszyła ramionami.
— Bobula
mówiła, z Mrużką już tak będzie. Panienka już idzie, Bobula bardzo przeprasza,
że panienka musiała na to patrzeć.
W
obawie przed utratą przychylności reszty skrzatów podziękowałam i jak
najszybciej opuściłam kuchnię. Choć skierowałam swoje kroki z powrotem na
błonia, kwadrans wcześniej miałam zdecydowanie większą ochotę na prace
ogrodowe. W tym momencie jedyne, co tłukło mi się w głowie, to słowa
Mrużki.
Biedny
pan, został sam… bez swojej Mrużki… bez pani… bez panienki i bez panicza.
Bez
panienki i panicza.
Może
jednak warto było popsuć sobie stosunki ze skrzatami domowymi, jeżeli pan
Crouch skrywał przed światem coś więcej niż pusty grób żony i
syna-śmierciożercę pod peleryną-niewidką.
*
Trzy
miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego.
Zamieszać
trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara.
Był
w kropce.
Nigdy
nie podchodził do związków poważnie, ale nie dlatego, że był dupkiem. Po prostu
nigdy w żaden nie wszedł. Pochłonięty nauką nie miał na to czasu, więc nie
chciał zawracać głowy dziewczynom, które liczyły na coś poważnego, a te, które
od czasu do czasu przewijały się przez jego życie, nie marzyły o ślubie i
dzieciach. Układ idealny.
Co
nie oznaczało, że nie zdarzyło mu się zauroczyć w dziesięć lat starszej
nauczycielce od hiszpańskiego albo w Puchonce z równoległej klasy, ale nie
trwało to dłużej jak do końca szkoły. Później zajął się ważniejszymi sprawami.
No i do żadnej z nich nie czuł tego, czego doświadczał z Macy. I nie miał na
myśli tylko tamtego pocałunku.
Machnąć
różdżką nad eliksirem.
Oczywiście
mógł sobie wmawiać, że chodziło tylko o zrozumienie w jego obsesji na punkcie
Czarnego Pana, ale Crouch był już na to za stary. I był za stary na to, żeby
przed sobą udawać, że to, do czego doszło między nim i Macy po drugim zadaniu,
wynikało wyłącznie z emocji, choć te niezaprzeczalnie przyśpieszyły
nieuniknione.
Od
pierwszej sekundy, kiedy zobaczył ją wchodzącą za Glizdogonem do ciemnego
przedpokoju, wiedział, że było w niej coś intrygującego. Intensywność i
porażająca dojrzałość spojrzenia potęgowana przez lodowaty błękit tęczówek,
pewność siebie, z której, jak łatwo się przekonał, w sobie nie dostrzegała, ale
Barty szybko przestał widzieć w niej jedynie fascynujący obiekt. Nawet się nie
zorientował, kiedy kontrast między jej eteryczną urodą a siłą przekonań zaczął
sprawiać, że robiło mu się gorąco. Nie potrafił nie fantazjować o długich,
ognistych włosach opadających miękkimi falami na drobne piersi, o własnych
ramionach zamykających ją w uścisku, o dłoniach sunących przez wąską kibić na
kościste plecy i niżej, dużo niżej do samych pośladków…
— Cholera…! — zaklął
cicho głosem Moody’ego i błyskawicznie cofnął zaklęcie, ale było za
późno.
Baza
zasyczała, zabulgotała i pomieszczenie raz-dwa wypełniła nieprzyjemna, gryząca
woń spalenizny. Zdecydowanie zbyt wysoka temperatura — i zdecydowanie
nie tam, gdzie jej potrzebował. Upominając się niewyraźnym mamrotaniem, nie bez
trudu upchnął w głąb myśli zaplanowane na noc strzępy wizji i wrócił do
eliksiru wielosokowego. Na szczęście przypalił tylko to, co mógł bez ograniczeń
ściągać z wioskowej apteki, ale zegar powiedział mu, że stracił na tym nie
tylko osiem sykli, ale i dwadzieścia trzy minuty.
Akurat
czas na kolejny łyk eliksiru.
Jeszcze
raz.
Trzy
miarki ślazu. Dwie wiązki rdestu ptasiego.
Zamieszać
trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara.
Machnąć
różdżką nad eliksirem.
Z
większą ostrożnością zabrał się za powtórne przygotowanie ślazu, ale podczas
bardziej mechanicznych czynności nie potrafił do końca wyrzucić Macy z głowy.
Na co dzień był Moodym. Myślał jak on, spędzał z nim długie godziny na
niekończących się rozmowach o poglądach i życiu, choć czuł się już całkiem
pewnie w jego skórze. Ale bywały momenty, zwłaszcza na zajęciach z Krukonami z
siódmej klasy, kiedy miał ją tak blisko — zawsze w pierwszej ławce, z
uwagą chłonącą wszystko, co mówił. Nie potrafił nie zerkać na nią podczas
posiłków, wodzić wzrokiem magicznego oka na korytarzach, nie spoglądać na
kropkę z jej nazwiskiem, kiedy śledził Pottera na mapie.
I
nie chodziło tylko o pożądanie. Po prostu — chciał jej w swojej
codzienności.
Po
zakończeniu wszystkich kroków składających się na pierwszą część mikstury z
przyzwyczajenia spojrzał na mapę, po czym otworzył wciśnięty w kąt kufer i
zajrzał do środka. Choć loch na jego dnie miał ledwo kilkanaście stóp głębokości,
mrok, jaki tam panował, był nie do rozproszenia przez znajdujące się w
gabinecie lampy. Crouch musiał przyświecić różdżką, by zobaczyć prawdziwego
Szalonookiego, dokładnie tak, jak go wczoraj zostawił — wciśniętego w
kąt, z kikutem spoczywającym na udzie zdrowej bosej nogi i twarzą przysłoniętą
plątaniną brudnych, przetłuszczonych włosów. Smród, jaki tam panował, dla
normalnego człowieka byłby nie do wytrzymania, ale po rocznych wczasach w
Azkabanie nie istniały wonie, jakich Barty nie potrafiłby znieść.
Pomagając
sobie magią i laską, zsunął się na dół i z ciężkim sapnięciem wylądował na
zimnych, kamiennych płytach, po czym przystąpił do ich zwykłego rytuału.
Obcięcie włosów, posiłek skradziony podczas kolacji w Wielkiej Sali, oględziny
i dopiero potem rozmowa. Po wysłuchaniu setek historii Rudolfusa i Bellatriks z
licznych porwań i przetrzymywania mugoli Barty lubił myśleć, że i Moody’emu
sprawiały przyjemność ich wieczorne dyskusje. Dopiero widząc prawdziwego
eks-aurora, był w stanie czuć się choć trochę sobą — nawet mając na
sobie jego powłokę.
Mężczyzna
potrzebował chwili, żeby się ocknąć. Z miesiąca na miesiąc zajmowało mu to
coraz więcej czasu, poruszał się jak mucha w gęstym wywarze, jedynie oko,
którym łypał na Croucha przez brudną grzywę, pozostawało niezmiennie żywotne.
Koślawe wargi drgnęły w niezgrabnym uśmieszku, gdy pod wpływem zaklęcia sięgnął
po kawał smażonej ryby.
— I
jak? — zapytał tonem początkującego artysty, który dopiero co odważył
się pokazać bliskim swoje dzieła, a Bartemiusz odpowiedział:
— Pierwszorzędnie.
Sekret tkwi w cyklicznej zmianie zaklęć, żeby umysł nie wytworzył tolerancji na
Imperiusa.
— Płodozmian.
— Można
tak powiedzieć. Ale ty pewnie dobrze to znasz. I wiesz, że do tego, by oprzeć
się tym wszystkim zaklęciom, potrzeba dużo silnej woli i motywacji — odparł. — Czego
tobie wyraźnie brakuje.
Czarodziej
zdawał się tym nie przejmować, bo zarechotał głucho z ustami pełnymi mięsa i
dodał:
— Nie
to, co ty i twój ojciec, co?
— Zgadza
się. Nie mogliście zdzierżyć siebie nawzajem, chociaż mieliście tę samą
obsesję.
Patrzył
w ciszy, jak Moody żuł powoli resztki obiadu. Upiorna, woskowa twarz odzyskała
odrobinę koloru, ale wyglądała na znacznie starszą i bardziej niezdrową od tej,
którą Crouch codziennie rano oglądał w lustrze.
— O
tak — przyznał w końcu Moody, a w głosie wyraźnie zabrzmiała jadowita
nuta. — Nie było w nim ani iskry pasji, tylko uprzedzenia i czysta
pogoń za karierą. Nie pojmował moich fascynacji. Powiedział mi kiedyś… tak,
pamiętam to do dziś, „Moody, tylko się panu zdaje, że jest pan myśliwym”. Do
końca nie był w stanie zrozumieć, że ja na nich nie polowałem. Żeby dorwać
śmierciożercę, musisz zacząć myśleć jak śmierciożerca. Wiedział to wtedy każdy
średnio rozgarnięty auror, ale dla Croucha wszystko musiało się mieścić w
granicach procedur. Do końca był ograniczony, nawet wtedy, kiedy wmanewrowałeś
tego biednego chłopaka do Turnieju.
Barty
prychnął cicho.
— Już
wtedy był pod działaniem Imperiusa.
— Może
i tak. Ale Crouch, którego znałem, byłby w stanie go poświęcić, jeżeli tego
wymagałoby ministerstwo. Zresztą — zarechotał ochryple — sam
wiesz najlepiej.
Poczuł
gorycz na języku, ale jedyne, na co się zdobył, to ponury śmiech. Nie
potrzebował wiele, by resztki majaczących gdzieś z tyłu obrazów Macy na dobre
się roztarły i zastąpiły je inne żywe, ostre wspomnienia z czasów, kiedy nie
było mowy o żadnych dekretach, zaciętej wojnie z Czarnym Panem i wyłapywaniu
śmierciożerców. Realne piekło działo się w domu — przy
akompaniamencie konwenansów, idealnej ciszy i dobrych manier podczas wspólnych
posiłków.
Tak,
zaśmiał się, choć chciało mu się rzygać.
— Nie
masz pojęcia, jak złym był człowiekiem — rzekł. — Ale długo
nie pożyje. Zresztą jak i ty, ale ciebie Czarny Pan obiecał komuś innemu. W
ramach zadośćuczynienia.
Moody
nie wyglądał na przejętego. Lustrowali się nawzajem z uwagą, dopóki tamten nie
rzucił cicho:
— Tamtej
dziewczynie, która kuliła się ze strachu w moim przedpokoju?
Crouch
nie odpowiedział. Wycelował różdżką w starca i wyszeptał zaklęcie, a głowa
momentalnie opadła mu na pierś.
Czas
spać, mój malutki. Niech ci się przyśnią małe kotki, zanim udasz się na
zasłużony odpoczynek u Bozi.
*
W
perspektywie zbliżających się owutemów zazdrościłam Nelly luzu, choć zważywszy
na to, że delegaci z Beauxbatons byli zwolnieni z egzaminów końcowych, szybko
odkryłam źródło owego luzu. Oczywiście madame Maxime prowadziła w powozie
jakieś wykłady, a zarówno jej uczniowie, jak i uczniowie Karkarowa często
przesiadywali w bibliotece, ich nauka nie mogła równać się z orką, jaką
nauczyciele fundowali nam regularnie od początku drugiego semestru. Wertowanie
spasionych podręczników było tylko odrobinę przyjemniejsze, kiedy robiłam to
pod gołym niebem we własnym ogrodzie, a nie w towarzystwie młodszych Krukonów
grających sobie beztrosko w eksplodującego durnia, lecz nie zmieniało to faktu,
że nie miałam czasu. Dni uciekały mi przez palce nad niekończącymi się stronami
teorii zaklęć i transmutacji i choć nie czułam się tak przytłoczona, jak
podczas przygotowań do SUM-ów, nie byłam w stanie wygospodarować ani jednego
wolnego popołudnia na poszukiwania tajemniczej panienki, o której wspomniała
Mrużka.
Dopiero
podczas przerwy wielkanocnej udało mi się znaleźć wolne od książek i Nelly
popołudnie i wybrać się na wycieczkę po Izbie Pamięci. Dobrze znałam tę
podłużną, wypełnioną regałami i kryształowymi szkatułkami komnatę, ponieważ
swego czasu spędziłam w niej niezliczone godziny na wyszukiwaniu znanych mi
Rosierów. I tak, jak bez trudu w pierwszej klasie odnalazłam Emmę Montgomery i
Evana Rosiera — oboje nagrodzeni medalem za zasługi na polu magii — tak
bardzo szybko natknęłam się na Bartemiusza Croucha seniora (tak wydedukowałam
po dacie na medalu za zasługi dla szkoły). Ani trochę się nie zdziwiłam,
znajdując tam również jego syna, ponieważ był jedyną znaną mi osobą, która
uzyskała dwanaście SUM-mów i dwanaście owutemów, piastując przy tym stanowisko
prefekta i prefekta naczelnego, ale poza dwójką Bartemiuszów wyłowiłam jeszcze
jedną osobę o nazwisku Crouch.
Serce
zatłukło mi się o przełyk na widok niepozornej czarki w kolorze ściemniałego
srebra, na której poza prostym grawerunkiem sowy widniał napis: Elenai
Crouch — za zajęcie pierwszego miejsca w Międzyszkolnej Olimpiadzie
Historycznej.
Nic
więcej. Tylko to jedno niepozorne, wciśnięte między jemu podobne naczynie, choć
spędziłam w tej sali dodatkową godzinę, przeglądając dokładnie każdy
najmniejszy medal. Nic. Przez całe siedem lat nauki w Hogwarcie Elenai Crouch
nie zabłysła niczym więcej, a ja nie miałam żadnej pewności, czy była
jakkolwiek blisko spokrewniona z tymi Crouchami, ale to zawsze coś.
Jakiś punkt zaczepienia.
Dlatego
postanowiłam iść za ciosem i przesiedziałam resztę dnia w bibliotece nad
resztkami starych Proroków Codziennych, ale żaden z dostępnych numerów
nie miał nic do powiedzenia ani o Elenai Crouch, ani o Międzyszkolnej
Olimpiadzie Historycznej z 1978 roku. Jedyne, na co się natknęłam, to skąpe
wzmianki o procesie grupy śmierciożerców oskarżonych o porwanie i torturowanie
Alicji i Franka Longbottomów, lecz i tam informacje o synu szefa Departamentu
Przestrzegania Prawa Czarodziejów były zaskakująco szczątkowe.
Jedyne,
co mogłam zrobić w tej sytuacji, to zapoznać Barty’ego z moim
znaleziskiem.
Do
gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią wybrałam się w pierwszy dzień
świąt pod pretekstem sprezentowania czekoladowego jajka. Wciąż ściskało mnie w
brzuchu na myśl o tym, co wydarzyło się między nami po Drugim Zadaniu, ale
liczyłam, że moje pytania o Mrużkę i tajemniczą panienkę wcisną ten temat
jeszcze głębiej w niebyt.
Tym
razem otworzył mi w przebraniu Moody’ego, choć bez śladu zaskoczenia na
twarzy.
— Widziałem
cię na mapie — wyjaśnił, zamykając za mną drzwi.
W
gabinecie panował świeży chłodek. Po długich godzinach spędzonych w bibliotece
i Izbie Pamięci z przyjemnością zaciągnęłam się wiosennym powietrzem
napływającym bezpośrednio przez otwarte okno. Obserwowałam w ciszy, jak Crouch
grzebał w szufladzie biurka, z której wyciągnął olbrzymie, kartonowe jajo
wypełnione po kokardę różnego rodzaju słodyczami.
— Dziękuję,
też ci przyniosłam.
Wymieniliśmy
się, a ja byłam prawie pewna, że pokryte bliznami oblicze stężało w
zakłopotaniu.
Czyli
zamierzał o tym rozmawiać.
Odchrząknęłam,
ale zanim zdołałam zebrać myśli, zagadnął:
— Ostatnio
spędzasz dużo czasu z Dubois.
Obróciłam
się, unosząc brwi.
— Dużo
więcej czasu? Czy ja wiem…?
— Uważaj
na nią — rzucił tylko. — Potrafiła cię przekreślić bez
zastanowienia, nie jest godna zaufania.
— To
nie do końca było tak, ale nie przyszłam tu rozmawiać o Nelly — odpowiedziałam
szybko, czując się nieprzyjemnie prześwietlana przez niebieskie oko eks-aurora.
Przeszłam przez gabinet i oparłam się pośladkami o krawędź wielkiego kufra,
tak, żeby mieć dobry widok na Croucha. — Byłam wczoraj w Izbie
Pamięci i zobaczyłam tam nagrodę za pierwsze miejsce w olimpiadzie
historycznej. Nagroda należała do Elenai Crouch.
Przysiadł
na brzegu biurka i przyglądał mi się przez moment z lekko przekrzywioną głową,
aż kącik jego ust uniósł się zawadiacko.
— Zupełnym
przypadkiem, co?
— Nie,
nie było żadnego przypadku. Poniekąd — odparłam bez ogródek. — Jakiś
czas temu znów natknęłam się na Mrużkę. W kuchni. Była w kiepskim stanie,
pijana, brudna i w rozpaczy. Bardzo przeżywa, że twój ojciec dał jej
ubranie.
— Mrużka
od lat służyła w domu Crouchów. A wcześniej jej matka, babka i kilka pokoleń
skrzatów domowych — wyjaśnił. — Jej rodzina jest związana z
Crouchami od wieków. Można powiedzieć, że herb Crouchów jest jak ich herb. To
dla niej koniec świata.
Przytaknęłam.
— Ona
żyje w przekonaniu, że pan Crouch nadal jest jej panem. Że powinna być mu
posłuszna i strzec jego sekretów — dodałam, a Barty wydął lekko
usta.
— Akurat
w tym nie widzę nic złego. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby powiedziała
Dumbledore’owi, co mój ojciec zrobił Bercie Jorkins. Domyślam się, że odkrycie,
że wciąż żyję, zajęłoby mu może z pięć minut.
Parsknęłam
ironicznie.
— Wygląda
na to, że powodzenie naszej misji zależy od kaprysu skrzata domowego.
— To
prawda — odparł z nienaturalnym spokojem. — Dlatego
prosiłbym cię, żebyś więcej nie szukała z nią kontaktu. Niech przeżywa swoją
żałobę w spokoju, niech wciąż idealizuje mojego ojca, bo tylko dzięki temu
Mrużka może nadal żyć. A ja bardzo nie chciałbym jej zabijać.
Uderzyło
mnie to, co powiedział, choć była tylko domowym skrzatem. Uderzyło bardziej niż
perspektywa porzucenia Montgomerych czy konieczność śmierci czternastoletniego
chłopaka. Niewiele rozmawialiśmy z Crouchem na temat jego dzieciństwa, które
mimo wielkiego bogactwa i dwojga kochających się rodziców wydawało mi się
ciężkie. Siedziało tam coś, czego mi nie mówił. Coś związanego z ojcem, choć
jego rywalizacja z synem o względy żony i patologiczna ambicja przerzucana na
małego chłopca była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Taka nienawiść nie brała
się znikąd. Nie wpychała młodego człowieka w ramiona czarnej magii.
A
Mrużka wydawała się jedynym ciepłym, bezpiecznym i stałym obiektem w tamtym
pustym, zimnym domu.
— Nie
o niej przyszłam rozmawiać — powiedziałam po chwili. — Wasza
skrzatka wspomniała o pani, paniczu i panience, po których cierpi pan
Crouch.
Taksował
mnie przez moment, jakby oceniał korzyści z wyjawienia prawdy, aż przeciągająca
się cisza zaczęła mówić sama przez się, więc rzekł:
— Zgadza
się, mam siostrę.
Choć
od razu się przyznał, doświadczyłam ukłucia zawodu, jakbym przyłapała go na
kłamstwie. I chociaż wiedziałam, że nie był mi winien opowieści z drzewa
genealogicznego rodu Crouchów, poczułam złość — on jako pierwszy
zaczął węszyć wokół mojej rodziny, a sam przemilczał temat istnienia własnej
siostry, jak gdyby nie była warta wspomnienia.
Niewidzialna — tak
samo jak ja.
— Dlaczego
nic nie mówiłeś? — spytałam. — Opowiadałeś o swoim ojcu, o
matce…
Dziwny
cień, jaki przebiegł przez jego twarz, sprawił, że zamilkłam. Przypomniałam
sobie, co poczułam, kiedy Barty zwrócił się do mnie nazwiskiem moich rodziców i
natychmiast pożałowałam tej napastliwości, lecz kiedy znów się odezwał, nie
brzmiał na rozwścieczonego. W tonie jego głosu nie było skrępowania, tylko
wciąż ten sam niewzruszony spokój.
— Elenai
zaginęła wiele lat temu. Była jak iskierka. Energiczna, radosna, zakochana w
świecie, ale przy tym bardzo dziecinna. — Nieprzerwanie się we mnie
wpatrywał, lecz oczy zaszły mu mgłą wspomnień, zwłaszcza w momencie, gdy krzywe
wargi Moody’ego wykrzywił delikatny uśmiech. — Możesz sobie
wyobrazić, jak bardzo nie spełniała wymagań ojca… Ale nigdy się tym nie
przejmowała. Ona jedyna była odporna na atmosferę, jaką wokół siebie rozsiewał — jakby
bez przerwy nosiła w sobie Patronusa.
Bałam
się przełknąć, żeby nie wybić go z transu, choć w środku cała skręcałam się z
ciekawości. Chwilę wcześniej wmaszerowałam tu z naręczem pytań, a teraz nie
potrafiłam się ruszyć, łowiąc chciwie każde słowo. Czułam to wyraźnie — ta
pełna napięcia cisza, jaką momentami czułam, rezonowała właśnie wokół
Elenai.
— Nauczyliśmy
się bez niej żyć — kontynuował, obejmując się ramionami, po czym
parsknął krótkim, pozbawionym humoru śmiechem. — Na tyle, na ile
można żyć w zawieszeniu, w ciągłym oczekiwaniu na… w sumie na cokolwiek. Strzęp
informacji, pogłoskę, jakikolwiek ślad…
— …czy
w ogóle żyje? — dokończyłam za niego szeptem, gdy urwał, a jego oczy
odzyskały dawną przejrzystość.
— Że
nie żyje. — Miękkość, z jaką to wypowiedział, wstrząsnęła mną. — Z
czasem nadzieja zaczyna ciążyć. W pewnym momencie każda prawda wydaje ci się
wybawieniem, nawet wieści o śmierci. Wszystko, żeby tylko przerwać ten
niekończący się ciąg oczekiwań.
— Przykro
mi — tylko tyle zdołałam wykrztusić.
Nikt
nigdy nie zwierzył mi się z czegoś podobnego. Wszelkie sekrety i bolączki,
jakich miałam okazję słuchać, należały do Hope — adekwatnie
dziecięce, naiwne i proste, na które odpowiedź sama się nasuwała. W tym
momencie nie miałam pojęcia, co należało powiedzieć, jak się zachować… podejść
i poklepać go po ramieniu? Potaknąć? A może zaprzeczyć, że wszystko będzie
dobrze i Elenai kiedyś się znajdzie?
Kiedy?
Nieważne. Kiedyś.
Na
szczęście Barty zdjął ze mnie ciężki obowiązek reakcji. Z zaskakującą lekkością
odbił się od krawędzi blatu i dodał:
— Niepotrzebnie.
Nie jestem głupcem. Wiem, do jakiego towarzystwa ją ciągnęło. Wierzę, że jest
dokładnie taka sama szansa na to, że od dziesięciu lat leży zakopana w płytkim
grobie, jak i na to, że w każdym możliwym momencie wróci z drugiego końca
globu, zaskoczona, że matka nie żyje, a jej brat jest zbiegłym więźniem.
Nie
chciało mi się pomieścić w głowie, że mógł opowiadać o tym z taką łatwością,
lecz może i była jakaś prawda w tym, co mówił: nauczył się żyć w oczekiwaniu.
Ostatecznie przez całe dorosłe życie na coś czekał. Na uznanie ojca, na
wyrwanie się ze szponów Imperiusa, na powrót Czarnego Pana.
Patrzyłam
w ciszy, jak znów kręcił się przy biurku, ale tym razem wyciągnął z szuflady o
wiele mniejszy, zapakowany w urodzinowy papier pakunek, a moje policzki
natychmiast zrobiły się gorące z zakłopotania. W mig zrozumiałam, do czego
Crouch zmierzał.
— Co
prawda do dwudziestego pierwszego kwietnia jeszcze trochę, ale nie chcę go
dłużej trzymać w kartonie — rzekł, wręczając mi podarunek.
Miałam
ochotę wyjąć sobie oczy i schować do kieszeni, wszystko, byle nie widzieć, z
jakim zaciekawieniem mi się przyglądał, kiedy usiłowałam wyjąkać jakieś
trzymające się kupy podziękowanie. Dostawanie prezentów na urodziny było na
drugim miejscu w tabeli zawstydzeń wszechczasów — zaraz po czekaniu,
aż wszyscy skończą odśpiewywać Sto lat.
Kolorowy
papier zerwałam jak plaster — szybko, żeby nie przeciągać bólu.
— To
sadzonka śpiewającego judaszowca — wyjaśnił Crouch. Moim oczom ukazał
się papierowy kubeczek z kompostem, a w nim niepozorna, miękka gałązka pokryta
czymś przypominającym różowawy mech. — Nadaje się do posadzenia w
ziemi, gdy pierwszy raz zaśpiewa, ale musisz się dobrze zastanowić nad
miejscem, bo nie lubią, kiedy je się przesadza. Ostrzegam, na początku
strasznie fałszują.
Roześmiałam
się. Mimo początkowego zażenowania poczułam w sercu ognik przyjemnego ciepła.
Na gałązce zauważyłam niewielkie zgrubienia zapowiadające pączki.
— Moje
współlokatorki nie będą szczęśliwe.
— I
przywiązuje się do tego, kto jej śpiewa, a w nagrodę robi to samo — dodał,
przyglądając mi się uważnie, a ja znów parsknęłam śmiechem i potrząsnęłam
głową.
— O
nie, może lepiej nie mówmy o moim śpiewaniu, wszyscy lepiej na tym wyjdą.
Łącznie z judaszowcem.
— Dobrze — odparł
dziwnie miękkim tonem. — W takim razie pomówmy o Drugim Zadaniu.
Cały
spokój zburzył jednym zdaniem. Wnętrzności zwinęły mi się w ciasny supeł.
— O
Drugim Zadaniu…?
— O
tym, co po było po nim.
Nie
zamierzał dać za wygraną, choć nie miałam pojęcia, czy dało się coś tutaj
wygrać. Oplotłam się ciasno ramionami, starając się nie odwracać wzroku, ale
spojrzenie jego czarnego oka przewiercało na wylot. Kwietniowe powietrze, które
jeszcze chwilę temu przyjemnie chłodziło, teraz zdawało się parzyć.
— To
emocje — wyrzuciłam z siebie. — Za dużo emocji… Nie
powinniśmy się na tym skupiać. Trzecie Zadanie, Harry Potter, owutemy… tak,
owutemy, muszę… muszę już iść, pouczyć się… przepraszam i… i dziękuję za…
Odetchnęłam
dopiero za drzwiami, speszona jak nigdy. W połowie drogi do Wieży Krukonów
zorientowałam się, że zgubiłam połowę słodyczy ze swojego wielkanocnego jajka,
ale nie wróciłam ich szukać w obawie, że Barty’emu mogło przyjść do głowy coś
dziwacznie książkowego jak pójście za mną. Tamta sprawa zdecydowanie wymagała
omówienia, lecz na samą myśl czułam budzące się przerażenie. Pytanie — przed
czym bardziej? Przed propozycją czegoś więcej czy wyjaśnienia, że to nic nie
znaczyło? Zdecydowanie lepiej spałam, dryfując w niewiedzy.
A
jakiś szczęśliwiec zapewne naje się dzisiaj toffi do syta.
*
Rzadko
dostawał sowy z domu.
Raczej
to on wysyłał informacje — możliwie jak najbardziej zaszyfrowane — żeby
Czarny Pan czuł się bezpiecznie. Crouch zdążył poznać historię Quirrella i
robił wszystko, by nie stać się tym samym nieporadnym sługą, o którym jego pan
będzie w przyszłości wypowiadał się z jednakową pogardą.
Od
kiedy znalazł się w Hogwarcie, z Crouchwood Hall przyleciały dwie sowy.
Pierwsza w zimie — z zaproszeniem dla niego i Macy, druga z
wiadomością o dziwnym zachowaniu ojca, po której Czarny Pan zabronił mu
wychodzić do pracy. A teraz trzecia — informująca o tym, że ojciec
uciekł.
Barty
nie był zaskoczony. Zakładał, że Glizdogon się nie sprawdzi, nawet jeżeli
otrzymał dokładne wskazówki, w jaki sposób żonglować zaklęciami tak, by więzień
nie wyrobił sobie tolerancji na Imperiusa.
I
tak długo wytrzymał. A teraz z całą pewnością próbował dostać się do
Dumbledore’a, więc Crouch czekał. Czekał i obserwował. Mapa Pottera spadła mu
jak z nieba.
Nie
informował o niczym Macy. Pochłonięta nauką i unikaniem go, ograniczyła do
minimum wizyty w gabinecie na drugim piętrze, ale to nic, może nawet i lepiej.
Czuł, że powoli zbliżał się czas jego nagrody za dobrze wykonaną pracę.
Nagrody, którą musiał odebrać sam. Ślęczał więc nad mapą dniami i nocami,
nadużywając eliksiru dodającego wigoru, ale w końcu — po tygodniu
pozornego spokoju — spostrzegł na krawędzi pergaminu myszkujący
punkcik oznaczony znajomym imieniem i nazwiskiem. Bartemiusz Crouch zbliżał się
powoli do skraju Zakazanego Lasu, ale nim noga Szalonookiego pozwoliła
Barty’emu opuścić zamek, dzikszą część błoni przemierzały jeszcze dwie osoby — Harry
Potter i Wiktor Krum.
Przyśpieszył
kroku. Serce biło mu w piersi jak dzwon — mocno, szybko i donośnie,
tak, że kiedy już dotarł do skraju lasu, nie był w stanie tego wyciszyć. I nie
chodziło o pośpiech. To się stanie tego wieczora. Słońce powoli zmierzało ku
zachodowi, krwawiąc czerwoną łuną po horyzoncie tuż pod ciemniejącym niebem — niczym
zapowiedź zbliżającego się morderstwa. Słusznego. Wyczekanego.
Dotarł
do nich okrężną drogą, nie odrywając wzroku od nieuniknionego spotkania trzech
kropek. Napięcie wiązało mu wnętrzności w coraz ciaśniejszy supeł, kiedy — zaczajony
w cieniu drzew — przysłuchiwał się najpierw dyskusji Pottera i Kruma,
a zaraz potem chaotycznej samorozmowie. Nie potrzebował mapy, żeby rozpoznać to
rwane bełkotanie, ale jedyne, co mógł w tym momencie zrobić, to czekać i gorąco
się modlić, by jego ojciec nie wyjawił zbyt wiele.
Wolał
uniknąć czyszczenia pamięci. W pośpiechu zbyt łatwo o pomyłkę.
— N-nie…
nie opuszczaj mnie! — Pełne desperacji charczenie wyraźnie
rozbrzmiało na tle wieczornej ciszy. — Ja… ja uciekłem… uciekłem i
muszę ostrzec… muszę powiedzieć… muszę zobaczyć… Dumbledore’a… Daj mi
Dumbledore’a… moja wina… Berta Jorkins… mój syn… wszystko moja wina… powiedz
Dumbledore’owi, że… Harry Potter… Czarny Pan… silniejszy… Harry Potter…
— Pójdę…
pójdę po Dumbledore’a, tylko niech mnie pan puści, panie Crouch! — odkrzyknął
Gryfon i znów rozległy się dźwięki rozpaczliwej szarpaniny. — Pomóż
mi! Pilnuj go, dobrze? Niech się stąd nie rusza, a ja pójdę…! Wrócę tu z
Dumbledore’em!
— A
prędko to zrobisz?! — zawołał za nim Bułgar, ale Potter puścił się
pędem w stronę zamku, znikając w szybko zapadającej ciemności.
Serce
podskoczyło Crouchowi do gardła. Spojrzał na mapę, która szeptała zachęcająco: to
jest twój czas, innego nie będzie.
Wszystko
tak, jak należy: nieruchoma kropka Hagrida w chatce, francuska delegacja w
powozie, Potter wbiegający do sali wejściowej, a na błoniach żywego ducha,
tylko ojciec, Krum i on sam. Ruszył wolno w ich stronę, nie dbając o to, że
laska i noga robiły nieco szumu. Chłopak dyszał i miotał się wokół zbiega,
który znów przemawiał płynnie do drzewa, wydając mu służbowe polecenia.
— I,
Weatherby, nie zapomnij potwierdzić spotkania z Ludonem Bagmanem. Przyszły
czwartek, szesnasta trzydzieści, tak, jak ustalaliśmy, choć nie spodziewam się,
że zjawi się punktualnie. Nie rozumiem, co kierowało ministrem, kiedy
kompletował organizatorów. To, że trzydzieści lat temu przejawiał coś na
kształt talentu miotlarskiego, nie oznacza, że poradzi sobie z organizacją
Turnieju Trójmagicznego…
Barty
wytknął spod peleryny-niewidki sam czubek różdżki i w momencie, gdy Bułgar
obrócił głowę, by spojrzeć na zamek, zaklęcie oszałamiające niemal bezgłośnie
przecięło powietrze i bezwładne ciało zwaliło się z głuchym hukiem na
trawę.
Wysunął
się z ciemności i znalazł się na otwartym terenie. Choć ludzkie oko z trudem
było w stanie wyłowić kształt klęczącej męskiej sylwetki, oko Alastora
Moody’ego bez trudu dostrzegało każdy detal tej żałosnej postaci. Czarodziej w
podartej, zakrwawionej szacie wyglądał tak, jakby postradał zmysły. Szaleństwo
na zapadniętej, pokrytej zarostem twarzy nijak miało się do sposobu, w jaki
przemawiał. Kłębowisko o wiele za długich, wyliniałych włosów było pełne
zeschłych liści i drobnych gałązek, pomarszczone dłonie starca pokryte śladami
krwi i brudu, a szata cała w strzępach.
Bez
cienia litości stanął przed ojcem i zdarł z głowy pelerynę, lecz niewidzące
oczy klęczącego mężczyzny nadal patrzyły przez Barty’ego gdzieś w dal,
nieruchome i puste jak u porcelanowej lalki.
— …sprowadzenie
smoków na Pierwsze Zadanie będzie, ma się rozumieć, ściśle związane ze
współpracą z Departamentem Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami — kontynuował. — Proszę
zerknąć do mojego kalendarza i jeszcze dziś umówić spotkanie z Wilfredem
Sterlingiem, muszę się dowiedzieć, jakimi rasami dysponują… Dlaczego tak
stoisz? Weatherby…? We-Weatherby?
Urwał
i w momencie, gdy odrobina świadomości ożywiła te dwie przekrwione szklane
kule, Crouch uniósł laskę i jej końcem pchnął go tak mocno, że łupnął plecami o
ziemię. Ten prosty, czysto mugolski odruch wypełnił Barty’ego czymś ciepłym,
gęstym i słodkim — niczym wielki łyk herbaty z sokiem malinowym.
Czując goniący go czas, pozwolił sobie na chwilę ciszy. Pożerał. Wchłaniał.
Scalał się ze świadomością, że ten człowiek — leżący u jego stóp jak
stara, porzucona kukła — wyda ostatnie tchnienie właśnie w tym
stanie. Bez świeżo przyciętego wąsa, w podartych, cuchnących, brudnych
łachmanach, z ziemią pod paznokciami. Ten, u którego zawsze wszystko musiało
być na tip-top.
Zabawne,
że pomyślał akurat o tym.
Podpierając
się laską, przyklęknął na jednym kolanie i wcisnął koniec różdżki w dołek w
miejscu, gdzie stykały się obojczyki.
— Nie,
ojcze. Barty — wysyczał szeptem. Spodziewał się, że głos mu zadrży,
ale nie. Był opanowany, prawie łagodny, jakby zwracał się do dziecka. — Twój
Barty.
Ostatnie
ślady szaleństwa zniknęły z wychudłej twarzy. Zostało tylko przerażenie.
Czyste, smakowite przerażenie. Milczał, choć Crouch nie spodziewał się
odpowiedzi. Błonia nie rozbłysły oślepiającym, zielonym światłem, choć zaklęcie
padło — czysto, szybko, bez najmniejszych komplikacji. Mężczyzna
zacharczał, ciało szarpnęło się w konwulsjach i zastygło na moment, wyprężone w
nienaturalnej pozycji. Sflaczało dopiero po chwili, kiedy serce eksplodowało
bezgłośnie w klatce piersiowej. Nieruchome oblicze zastygło w bólu, z na wpół
przymkniętymi powiekami i pianą na spieczonych wargach.
Za
mnie. Za matkę. Za Elenai.
Dla
Czarnego Pana.
I
już. Takie to proste — jakby rozgniótł podeszwą gnijącego pomidora.
Spodziewał się, że ulga, jaką odczuje, sprawi, że odpłynie jak po dużej ilości
alkoholu albo dobrym seksie, ale nic podobnego się nie wydarzyło.
Jedynie
poczucie domkniętej sprawy.
Wciągnął
ciało między drzewa, a później głębiej w las i tak, jak ojciec jego niecały rok
temu, tak teraz on nakrył je peleryną-niewidką i spojrzał na mapę.
W
sam raz.
Harry
Potter był już na drugim piętrze najpierw jedynie w towarzystwie Snape’a, ale
bardzo szybko dołączył do nich dyrektor, po czym we dwójkę ruszyli prędko z
powrotem na błonia.
Znów
był Szalonookim. Udał się w stronę jeziora, dokładnie tą samą trasą, jaką
pokonał wcześniej. Obserwując na mapie rosnące wokół Kruma zgromadzenie, miał
wrażenie, że czas zdawał się nie istnieć, choć wszelkie ślady po zachodzącym
słońcu zniknęły i teraz błonia otulała gęsta ciemność nocy. Nim dołączył do
grupy, łyknął jeszcze porządnie z piersiówki.
— Hagridzie,
sprowadź tu profesora Karkarowa, jego uczeń został napadnięty. A kiedy to
zrobisz, powiadom, proszę, profesora Moody’ego…
— Nie
ma potrzeby, Dumbledore — wyrzucił na wydechu Barty. — Jestem.
Przeklęta noga… gdyby nie to, byłbym szybciej… Co się stało? Snape wspominał
coś o Crouchu…
— O
Crouchu? — wtrącił Hagrid.
— Hagridzie,
idź, po Karkarowa — powtórzył ostrzej dyrektor.
— Ach,
no tak, racja… Już lecę, panie psorze, lecę…
I
faktycznie poleciał, aż ziemia zadudniła pod jego wielkimi stopami, a
Dumbledore jakby czekał, aż gajowy się oddali, bo natychmiast powiedział:
— Nie
wiem, gdzie jest Barty Crouch, ale trzeba go koniecznie odnaleźć.
— Zajmę
się tym.
Teraz
już legalnie i bez obaw zapalił różdżkę i pokuśtykał w las. Z trudem łapał
powietrze, a kikut piekł go niemiłosiernie, mocno otarty o drewniane wnętrze
protezy, ale Bartemiusz odsunął od siebie wszelkie fizyczne dolegliwości.
Jeszcze tylko chwilę, jeszcze kilka minut, może kwadrans i wszyscy się rozejdą.
Obserwował na mapie, jak Hagrid prowadził Karkarowa, a następnie — zapewne
po krótkiej, burzliwej dyskusji — cała piątka podzieliła się na
grupki i każdy odszedł w swoją stronę. Hagrid z Potterem do Wieży Gryffindoru,
profesorowie i Krum w stronę jeziora.
Miał
do dyspozycji całe błonia. Zniknął nawet brytan gajowego.
Crouch
nie zamierzał taszczyć ze sobą ciała. Gdy zerwał z niego pelerynę-niewidkę,
lodowate światło różdżki oświetliło upiornie woskową, tężejącą twarz
nieboszczyka, ale ten widok nie wywołał w Bartym żadnych niechcianych odruchów.
Żadnych zimnych dreszczy, żadnych żołądkowych sensacji.
Nic.
Przecież znów był Moodym.
Transmutował
zwłoki w kość i z nietypową dla siebie obojętnością zakopał to na działce za
chatką Hagrida. Bo dlaczego nie. Maj. Gajowy powinien już zasiać dynie, jeżeli
chciał, by były gotowe na Halloween.
Raz
jeszcze pociągnął z butelki.
A
teraz do Dumbledore’a.