31 sierpnia 2011

16. Ceremonia Naznaczenia

  betuję :)

___________

Rozdział ten pisałam dokładnie ósmego marca, zaległości w publikowaniu mam znaczne. Ale na szczęście napisanych mam już ponad dwadzieścia pięć odcinków. Prędko, prędko publikuję, bo jeszcze na nowego bloga chciałabym przepisać pierwszy rozdział. To już ostatni dzień wakacji, od jutra zaczyna się harówka. Pff. Zapraszam na podstronę „W następnym odcinku”, gdzie pojawiły się już nowe cytaty. No cóż. Dedykacja dla fear. :* 

16 sierpnia 2011

15. Powrót na służbę

 

Miało być inaczej. 

Jeszcze nigdy nie widziałam takiego popłochu, nawet wtedy, gdy cztery lata temu do szkoły wdarł się górski troll. Nie wiedziałam, co robić, więc przykleiłam się do grupki, w której mignęły mi znajome twarze, ale nie poszłam z nimi w kierunku Wieży Krukonów, tak, jak prowadził nas profesor Flitwick. Korzystając z ogólnego zamieszania, przysunęłam się bliżej ściany i zniknęłam w drzwiach pierwszej mijanej toalety, gdzie przeczekałam, aż na korytarzu zrobi się zupełnie cicho. 

Kręcąc się niecierpliwie w ciemnej kabinie, doświadczałam najsilniejszej derealizacji w swoim życiu. Myśli rozbijały się o wnętrze czaszki, zderzały się ze sobą, ale nie były w stanie złożyć żadnego konkretnego planu. Od kiedy machina ruszyła, zawsze miałam tę pewność, że cokolwiek by się nie działo, pod ręką będzie Barty. On na coś wpadnie, stworzy plan, doradzi. 

Ale teraz Barty’ego nie było. To ja musiałam coś wymyślić. 

I to już. 

Nasłuchiwałam. Nie miałam pewności, czy to łomot mojego własnego serca, czy stłumiony odgłos kroków, ale w końcu zebrałam się w sobie i powoli nacisnęłam klamkę. Bardzo żałowałam, że nie miałam mapy. 

Pierwszy raz widok ciemnych, opustoszałych korytarzy szkolnych wydał mi się złowieszczy. Każdy czarny kształt zbroi był kształtem czającego się w kącie aurora, westchnienie śpiącego portretu — oddechem Dumbledore’a, jak gdyby cały Hogwart miał w tym momencie zwrócić na mnie setki par oczu. Ruszyłam tak dobrze sobie znaną trasą na drugie piętro, ale nie potrafiłam się nie oglądać, nie przystawać i wstrzymywać oddechu. Spodziewałam się, że prędzej czy później ktoś się pojawi… 

I faktycznie pojawił się. A serce i tak podjechało mi do gardła, jakby mnie zaskoczył. 

Spanikowana wślizgnęłam się na palcach za niski cokolik z miniaturowym kamiennym gargulcem i na kolanach — z dłonią przyciśniętą do ust i nosa — ze zgrozą obserwowałam Snape’a oraz towarzyszącego mu brudnego skrzata domowego kierujących się wprost do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. 

Zacisnęłam powieki, licząc, że to tylko przywidzenie, ale nawet mimo tego kroki wciąż trwały. Oddalały się coraz bardziej i bardziej, aż mniej więcej z połowy korytarza dobiegł mnie trzask zamykanych drzwi. 

Snape. Mrużka. Gabinet. 

Coś poszło zdecydowanie nie tak. 

Byłam przekonana, że uświadomienie sobie tego całkowicie pozbawi mnie zdrowych zmysłów, ale zamiast tkwić w zamrożeniu ukryta za filarem, świadomość momentalnie mi się skurczyła. Teraz miałam w głowie tylko jedno — dostać się do dormitorium. 

Czułam się jak w transie — jakby ktoś przejął kontrolę nad moją głową i doprowadził bezpiecznie najpierw do Wieży Ravenclawu, a potem do sypialni. Wszyscy Krukoni zgromadzili się w salonie. Było tak ciasno i gwarno, że nikt nie zwrócił uwagi na jeszcze jedną spóźnioną uczennicę. Pusty pokój siódmoklasistek wyglądał jak wtedy, kiedy opuszczałam go rano przed śniadaniem. Minęłam cztery łóżka o różnym stopniu uporządkowania i zatrzymałam się przed ostatnim — pościelonym jak przed testem białej rękawiczki. Judaszowiec drgał raz po raz w swoim pojemniku z wodą, kiedy bez sekundy wytchnienia wrzucałam do kufra wszystkie rzeczy z szafki nocnej. Byle jak, byle szybko. Na koniec wcisnęłam roślinkę w kłębowisko szat i pomniejszyłam walizkę do rozmiarów pudełka zapałek. 

Czy byłam świadoma, że właśnie paliłam za sobą wszystkie mosty? 

Już dawno. Godziłam się na to, odpowiadając na list Glizdogona. 

Czy czułam w związku z tym strach? O dziwo nie. Kiedy wymykałam się z dormitorium — znów niezauważona — nawet nie obejrzałam się za siebie. W tym momencie naprawdę cieszyłam się, że nie miałam kolegów. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie zapytał, dlaczego się wymykam, skoro profesor Flitwick nakazał wszystkim zostać, a kiedy moja nieobecność zostanie odnotowana, ja będę już daleko, daleko stąd, pod ochronnym płaszczem Czarnego Pana. Jedyne, co towarzyszyło mi w drodze na drugie piętro, to determinacja. 

Na miejscu spodziewałam się najgorszego, ale kiedy bezgłośnie przyłożyłam ucho do dziurki od klucza, usłyszałam jedynie stłumiony szloch. Skradając się wraz z ciemnością, nie potrzebowałam dużo czasu, żeby wygrzebać z czeluści pamięci zaklęcia, jakich uczyłam się w przeszłości właśnie na taką sytuację. 

Homenum revelio, wyszeptałam w myślach, a trzy subtelne uderzenia na wysokości klatki piersiowej ostrzegły mnie przed trzema czającymi się w środku osobami. 

Z kim przyjdzie mi walczyć? Ze Snape’em? Z prawdziwym Szalonookim Moodym, a może z samym Albusem Dumbledore’em? Miałam tylko jeden punkt przewagi — nikt się mnie nie spodziewał. 

Miałam najwyżej dwie sekundy na reakcję. 

Skupiona i napięta do granic możliwości, z różdżką w pogotowiu i sercem tłukącym się w przełyku otworzyłam drzwi. 

Raz… 

Półmrok. 

Niewyraźna smukła postać reaguje natychmiast. 

Byłam szybsza. 

Bezbarwna wiązka skumulowanej energii przecięła powietrze i ugodziła kobietę dokładnie w pierś. I choć samo zaklęcie nie wydało z siebie najcichszego dźwięku, czarownica uderzyła plecami w biurko i przeleciała na drugą stronę, a wszystko to przy akompaniamencie rozdzierających skrzacich wrzasków. Kolekcja potrzaskanych wykrywaczy czarnej magii nakryła ją całą, tak, że musiałam odrzucić kopniakiem część z nich, żeby zobaczyć, kogo oszołomiłam. 

Dwa.

McGonagall leżała bez przytomności. Po skroni ciekła wąska stróżka krwi. 

Obróciłam się, by uciszyć skrzata, ale Mrużka momentalnie zamilkła, zakrywając sobie usta rękami. Prędko omiotłam wzrokiem gabinet i błyskawicznie spostrzegłam związanego, pozbawionego świadomości Croucha we własnej osobie. Z głową zwisającą tuż nad ramieniem leżał oparty o ścianę. Brakowało mu jednego buta i wciąż miał na sobie o wiele za dużą szatę Moody’ego, ale wciąż żył. I najwidoczniej wciąż budził współczucie skrzatki, bo kiedy tylko przecięłam krępujące go więzy, ta rzuciła mu się na pierś i załkała głośno. 

— Pan Crouch… biedny pan Crouch… i panicz Barty… Oooch, biedna Mrużka… co teraz pocznie biedna Mrużka… co teraz będzie…! 

Uklękłam przy nieprzytomnym mężczyźnie, stanowczym ruchem ręki odepchnęłam skrzatkę i, ignorując jej coraz głośniejsze łkanie, wyrecytowałam: 

— Enervate. 

Zamrugał, ale świadomość w jego oczach wyglądała na mocno ograniczoną. 

— Paniczu Barty… paniczu Barty…! Oni go zaczarować! Oni zaczarować panicza…! 

— Cicho! — syknęłam, świadoma kurczącego się czasu. Wolną ręką uderzyłam Croucha w twarz i coś zaskoczyło. Powieki jeszcze raz zatrzepotały i odrobina koloru wpłynęła na jego zwiędłą twarz. — Musimy stąd natychmiast wyjść. 

— Paniczu Barty… paniczu Barty… panicz zabić swego ojca, jak panicz mógł…! 

Potrząsnął lekko głową jak pies otrzepujący się z wody. Rozejrzał się i chyba dotarło do niego, co się stało, bo oblicze rozciągnięte w obojętności stężało, niezdrowy rumieniec błysnął plamami na skroniach i policzkach, a Crouch spróbował zerwać się z podłogi. 

— Potter… Potter jakimś cudem uciekł z cmentarza, pojedynkowali się, a teraz… dostałem veritaserum, przesłuchali mnie, zabrali go… musimy go odnaleźć, dostarczyć Czarnemu Pa… 

Przytrzymałam go i — o dziwo — runął z powrotem na podłogę. Ręce mu się trzęsły, oczy lśniły jak w gorączce i taksowały mnie jak z zamiarem zahipnotyzowania. 

— Nie! W zamku jest minister magii, a skoro cię przesłuchali, założę się, że lada chwila zaroi się tu od aurorów! Nie przydamy się Czarnemu Panu, siedząc w Azkabanie. Musimy się stąd wydostać! 

— Panicz zabić… panicz zabić… zabić pana!

Chyba do niego dotarło, bo choć usta wciąż miał zacięte, skinął głową i byłam już pewna, że mogłam go puścić. Wstał z moją pomocą i jeszcze raz omiótł wzrokiem pokój — zapewne w poszukiwaniu mapy, ale zniknął zarówno płaszcz Szalonookiego Moody’ego, jak i on sam. Przełknąwszy gorycz zawodu, podniosłam z ziemi różdżkę należącą do McGonagall. 

Tymczasem Mrużka nadal się miotała, zawodząc rozpaczliwie. 

— Accio peleryna-niewidka. — Z otwartego kufra wyskoczyło srebrzyste kłębowisko, które złapałam w locie. — Masz. Pójdziemy do przejścia. Tego, co ostatnio. 

Rzuciłam mu różdżkę, ale zanim rozłożyłam płaszcz, skrzatka rzuciła się Barty’emu do stóp, wczepiając kościste palce w nogawki spodni. Choć w głowie miałam tylko listę punktów, które musiałam odhaczyć, żeby przetrwać, ten porażająco żałosny widok sprawił, że poczułam delikatne ukłucie. Spojrzałam na Croucha, który również się zawahał. 

— Panicz nie od-odchodzi… panicz nie porzucać Mrużki! 

A sekundy uciekały. Jeżeli nikt jakimś cudem nie usłyszał tego szlochu i huku, którego narobiłam z McGonagall, ktoś i tak lada moment tu przyjdzie, żeby przetransportować tę dwójkę do ministerstwa. Poruszyłam się nerwowo. Serce waliło mi dużo bardziej niż wtedy, kiedy szłam tu z zamiarem walki z połową grona pedagogicznego. 

— Musimy iść. Natychmiast — wydyszałam. 

— Nie możemy jej tu zostawić. Za dużo wie. 

— Należy do Dumbledore’a, nie może z nami pójść. 

— Nie należy ani do Dumbledore’a, ani do nikogo. Ma ubranie, jest tu zatrudniona. 

Sapnęłam zniecierpliwiona. Przecięłam gabinet, chwyciłam Barty’ego za rękaw i pociągnęłam, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie. 

— W takim razie zabij ją albo zabierz ze sobą — szepnęłam ze złością — ale musimy już iść

Napięcie zdawało się rozsadzać pokój od środka, napierać na ściany i okna tak, jakby miało lada moment wypchnąć szyby z framug. Twarz Croucha zmieniła się. Wyrwał nogawkę z trzęsących się dłoni Mrużki i nim ta zdążyła się zorientować, co zamierzał zrobić, w gabinecie rozbłysło czerwone światło. Skrzatka runęła nieprzytomna na plecy, a on zarzucił sobie sflaczałe ciałko na ramię i w następnej sekundzie już cisnęliśmy się pod peleryną-niewidką. 

Droga na trzecie piętro, gdzie znajdował się posąg Gunhildy z Gorsemoor, zdawała się ciągnąć bardziej niż całe Trzecie Zadanie i wszystko, co się stało później. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że spotkanie Molly Weasley miało miejsce potwornie dawno temu, w poprzednim dziesięcioleciu albo w zupełnie innym wymiarze, gdzie nad Macy Rosier nie wisiała groźba Azkabanu za atak na nauczycielkę i pomoc więźniowi w ucieczce. 

Czułam się, jakby ktoś prowadził mnie jak po nitce. Ból kostki narastał z każdym krokiem, a konieczność poruszania się na palcach nie ułatwiała. Uważając, by nie zwrócić uwagi portretów, które wyjątkowo nie spały, przeszukiwałam rozpaczliwie wszystkie opanowane przez lata zaklęcia, ale żadne z nich nie wyciszało. Dopiero kiedy Barty mruknął Dissendium, a w garbie statuy pojawiło się przejście, poczułam, że mogłam odpuścić. 

Crouch pomógł mi wleźć do środka. Ciemność, która nas ogarnęła, była jak łyk słodkiego, ciepłego eliksiru bezpieczeństwa. 

Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka minut… kilkadziesiąt stóp i będziemy bezpieczni, powtarzałam sobie w myślach jak mantrę. Znajdziemy się poza terenem szkoły, poza zasięgiem mapy i nikt nas nie złapie. 

— Macy, stój — wychrypiał Crouch, kiedy teren zaczął gwałtownie się obniżać. 

Nie stanęłam. Mocniej zacisnęłam dłoń na jego ramieniu i brnęłam dalej do przodu. 

Jeszcze chwilkę, jeszcze kilka minut… 

— Zatrzymaj się — powtórzył ostrzej, a koniec różdżki profesor McGonagall rozświetlił mrok pod płaszczem. Automatycznie zmrużyłam oczy, ale to nic nie dało. Wszystko było w czarnych plamach. Twarz Barty’ego, za duża szata, bure, wilgotne ściany. — Zdajesz sobie sprawę, że odchodząc ze mną, palisz za sobą mosty? 

Zabawne, że pół godziny temu użyłam tego samego określenia. 

Spojrzałam mu w oczy i zdałam sobie sprawę, że patrzyły już zupełnie trzeźwo, poważnie, bez krztyny otępienia jak jeszcze w gabinecie. 

— Zdaję sobie sprawę. Idziemy. Musimy się stąd wydostać. 

Pociągnęłam go, choć wycieńczone stresem ciało zaczynało się buntować. Nie chciałam myśleć o tym, co by się stało, gdybym postanowiła zostać w dormitorium, ale odpychane z całej siły wizje natarczywie szukały wejścia i rozgaszczały się w mojej głowie jedna po drugiej — profesor Flitwick zaglądający do Wieży Krukonów, Dumbledore przetrząsający mapę Hogwartu, madame Maxime przesłuchująca Nelly, bo jak to możliwe, że Nelly nie wiedziała, że… 

Jeszcze jedno ukłucie. 

Nelly. Przez cały ten czas ani raz nie zadałam sobie trudu, żeby się nad tym zastanowić. Nad kłopotami, jakich jej narobiłam, godząc się na tę przyjaźń. 

Ale w tej samej chwili korytarz zaczął się prostować i blade światło różdżki zatrzymało się na ścianie. Dotarliśmy do końca przejścia, a niewyraźny kształt klapy w suficie świadczył o tym, że byliśmy w Hogsmeade. Dokładnie pod piwnicą Miodowego Królestwa. Na ten widok olbrzymi kamień spadł mi z serca, ale gdy tylko uniosłam różdżkę, Barty natychmiast ją złapał. 

— Mogą na nas czekać — rzucił szeptem i chwycił mnie mocno za rękę. 

Nic więcej nie powiedział. Poczułam szarpnięcie w okolicy pępka i znów wpadłam w przepastną ciemność, ale tym razem bez duszącego smrodu stęchlizny. Pędziliśmy przez ciasną nicość, zgniatani przez ciśnienie wygniatające powietrze z naszych płuc, ale w momencie, gdy dyskomfort stał się nie do zniesienia, uderzyłam gwałtownie stopami o miękkie podłoże. 

Nogi załamały się pode mną i byłabym upadła, gdyby nie ręka wciąż trzymająca moją. 

Znaleźliśmy się na ciemnym, zaniedbanym podwórku z przodu piętrowego domku. Domku, w którym już raz byłam. Rozkoszna cisza zakłócana jedynie cykaniem z rozległych łąk obmyła moje zmysły jak ciepła woda. Na ścieżce nikt się nie kręcił, nie migał światłem z różdżki, a znajome wrażenie ciężkości strzegącej posesji zaklęć sprawiło, że roześmiałam się w głos. 

Spojrzałam na Barty’ego i on też się uśmiechał. Padliśmy sobie w ramiona jak wtedy po Drugim Zadaniu, ale tym razem bez szarpiących się wewnątrz emocji. Jedyne, co czułam, to szczęście. Szczęście i wszechogarniającą ulgę, która — choć chwilowa — koiła lepiej niż jakiekolwiek lecznicze eliksiry. Wtuliłam twarz w jego pierś, ale nie pozwolił mi trwać w tym słodkim zawieszeniu. Nachylił się, by zajrzeć mi w oczy, a ja dostrzegłam błysk łez i szczęście, jakiego nigdy u niego nie widziałam. 

Jakiego nie widziałam jeszcze nigdy u nikogo. 

— Potter powiedział… Czarny Pan powrócił — wyrzucił z siebie i zaczerpnął powietrza. — Wszystko poszło zgodnie z planem. 

— Ale… zaraz, sam mówiłeś… Potter uciekł z cmentarza… 

— Na cmentarzu coś poszło nie tak, ale to nic nie zmienia — wyszeptał z przejęciem. — Udało nam się, żyjemy, Czarny Pan teraz nas odnajdzie i… osiągnęliśmy wszystko! Przywróciliśmy mu moc! Daliśmy mu to… Macy, wyobrażasz sobie to? Przywróciliśmy do życia boga! 

Gorący, rwany oddech raz po raz okalał mi twarz, gdy chwycił w dłonie moje policzki i przyciągnął tak, że prawie zetknęliśmy się nosami. Drżał. I ja chyba też, czując, że to nie była już tylko ulga. Nie myślałam o Voldemorcie jak o bogu, raczej jak o przewodniku, mentorze, który doceniłby moje zdolności. Nie oceniał. Albo jak o duchu, jakiego do tej pory nie potrafiłam sobie zwizualizować — zwłaszcza po tamtej pamiętnej nocy w Crouchwood Hall.

— Tylko jak mamy teraz go odnaleźć…? 

— On sam nas znajdzie. Wierzę, że tak się stanie — odparł. — Nie istnieje nikt bardziej mu oddany. Potrzebuje nas. 

Barty miał rację — byliśmy mu potrzebni. Jemu, Czarnemu Panu, najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi na świecie. Ja byłam mu potrzebna. Ta wątła, naiwna dziewczyna, która uwierzyła anonimowemu mężczyźnie na Millennium Bridge, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi i zdobyć SUM-a z eliksirów. Choć chyba jednak nie aż tak wątła, skoro skutecznie rozbroiła profesor McGonagall. Jej różdżka w dłoniach Barty’ego — niczym trofeum — stanowiła dowód, że potrafiłam

Tak. Zdecydowanie mogłam. I chciałam. 

Uskrzydlona tym odkryciem, tym razem już z pełną świadomością tego, co robiłam, zbliżyłam się jeszcze trochę i pocałowałam go. Odpowiedział na to z entuzjazmem, namiętnie, ale bez nerwowości, jaką pamiętałam z lutego. Trwaliśmy tak przez długą, pełną słodkiego uniesienia chwilę — dwoje szczęśliwców celebrujących zwycięstwo, o którym marzyliśmy przez całe życie. Jego miękkie usta i ręce sunące zachłannie po włosach i plecach wymazały mi z głowy resztki obaw związanych z naszą ucieczką. Nie było aurorów plądrujących sąsiednie łąki, Azkabanu, przesłuchań — tylko my tkwiący w pełnym żaru uścisku. A kiedy się od siebie odsunęliśmy, nie uciekłam. Nie błądziłam wzrokiem ani nie jąkałam się bez sensu. Zachichotałam tylko bezgłośnie, czując gorąco zalewające policzki, ale Barty nie wyglądał na zakłopotanego. Przyglądał mi się przez chwilę z niezwykłą intensywnością, głęboko, jakby pocałunek został przerwany zbyt wcześnie. Jakby coś miało jeszcze potem nastąpić, ale nie zrobił następnego kroku. Ostatni raz pieszczotliwie przejechał dłonią po mojej skroni i zaproponował, żebym chociaż chwilę się zdrzemnęła, ale to nie był jeszcze moment na sen. 

Na liście został ostatni punkt do spełnienia. 

— Muszę pójść do Gringotta, zanim wszyscy się zorientują, że pomogłam ci uciec — wyjaśniłam. 

W jego oczach błysnęła obawa, ale nie dyskutował. Skinął tylko głową i pokazał mi miejsce, gdzie mogłam po wszystkim bezpiecznie się aportować. Z powiększonego kufra wyciągnęłam jesienną pelerynę — jedyne ubranie czarownicy, pod którym mogłam ukryć szkolny mundurek — i punkt pierwsza dwadzieścia trzy zniknęłam w ciasnej, duszącej otchłani. 

Nie miałam pojęcia, czy to świadomość powrotu Czarnego Pana, czy zupełnie nowy obraz samej siebie, ale szłam w stronę banku całkowicie pewna, że tej nocy ze wszystkim sobie poradzę. Noc na Pokątnej odarła tę ulicę z całej jej przytulności, jaka wypełniała ją za dnia. Ciemne witryny były zwykłymi witrynami, martwe, puste zaułki nie różniły się niczym od zaułków mugolskiego Londynu, który tak dobrze znałam. Świeciły się tylko pojedyncze okna na piętrach i on — olbrzymi gmach pośrodku niewielkiego deptaka. 

Może gobliny, które zasiadały za długą, wysoką ladą, zaskoczyła ta późna wizyta, ale nie dały tego po sobie poznać, gdy szłam pewnym krokiem przez środek porządnie oświetlonej sali. Ten, przy którym się zatrzymałam, przywitał mnie grzecznym dobry wieczór, jak gdyby codziennie o tej porze obsługiwał dziewczęta w jesiennych pelerynach. 

— Dobry wieczór — odpowiedziałam uprzejmie. — Nazywam się Macy Rosier, chciałabym wejść do swojej krypty. 

 

*

 

Spodziewał się, że aurorzy odnajdą dom znacznie szybciej, ale doszedł do wniosku, że ich pierwszym wyborem było Crouchwood Hall. Otoczone bagnami dworzyszcze w samym sercu lasu znacznie bardziej nadawało się na kwaterę porywaczy szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. I w sumie mieli rację, choć równie dobrze mogli stanąć przed ścianą losowego mugolskiego budynku i oczekiwać, że ta odskoczy. 

Tym bardziej, że mugolskie ściany rzadko miały zwyczaj odskakiwać — podobnie jaki kilkusetletnie rezydencje starych, czarodziejskich rodów otwierać się przed nieproszonymi gośćmi. 

Na wszelki wypadek odświeżył wszystkie ochronne zaklęcia otaczające dom, choć wyglądało na to, że mieli jeszcze przynajmniej kilka godzin względnego spokoju. Przeczesanie rozległych łąk Clovy musiało być czasochłonne nawet dla pracowników ministerstwa. 

A może zwłaszcza dla nich. 

Czuł, że efekt veritaserum powoli mijał, ale i tak przetrząsnął wszystkie skrytki, w których ojciec mógł przechowywać mikstury. Znalazł kilka flaszeczek z eliksirem pieprzowym, coś na sen i na nerwy, ale żadnego neutralizatora ani niczego, co mogłoby mu się teraz przydać. 

No nic — musiał uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż Czarny Pan sam się z nim skontaktuje. 

Ułożywszy nieprzytomną Mrużkę na kanapie w salonie, zamknął się w toalecie na piętrze, gdzie pozbył się za dużego buta, szat aurora i długo badał swoje odzyskane ciało. Nie był w stanie wyrwać się z objęć derealizacji — zupełnie jakby tak dobrze znany mu młodzieniec o mlecznobiałej, piegowatej karnacji, lichym zaroście i długich, jasnych włosach zamieszkiwał ciało Barty’ego tak, jak Barty przez ostatni rok zamieszkiwał ciało Alastora Moody’ego. Możliwe, że to kwestia światła, ale czuł się dziwnie, analizując nadzwyczaj idealną symetrię własnej twarzy. 

Nadzwyczaj idealną — z parą jednakowych oczu, zdrowym nosem i kompletnym uzębieniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale w tym momencie wydał się sobie bezwstydnie przystojny. Wystarczyło mieć skórę, która nie przypominała szarpanej wołowiny. 

Zszedł na dół niecałe pół godziny później, czując się jeszcze bardziej nieswojo we własnych ubraniach i w pomieszczeniach przesyconych zapachem słodko-gorzkich wspomnień sprzed Azkabanu. Poziom zakurzenia świadczył o tym, że nikt nie zaglądał do domu od bardzo dawna. Spiżarka świeciła pustkami, nie licząc resztek puszkowanego żarcia, jakim przez pewien czas żywił się ojciec, dopóki Glizdogon nie sprowadził go do Crouchwood Hall, pojedyncze kwiaty, które przetrwały bez opieki skrzatki, dawno zwiędły, a trawa w ogrodzie wręcz błagała o przycięcie. 

Świetnie, Mrużka się ucieszy, zawsze lubiła wyzwania, pomyślał naiwnie. 

Właśnie, Mrużka. 

Przyświecając sobie różdżką McGonagall, wrócił do salonu, gdzie odnalazł skrzatkę niezmiennie leżącą na kanapie, z tą jedną różnicą, że miała już otwarte oczy. 

A jednak nie był tak naiwny. Niewidzialne więzy nie pozwalały jej się przemieścić ani o cal, świeżo odnowione zaklęcia blokowały teleportację wewnątrz domu. Crouch zbliżył się powoli do kominka i rozpalił ogień, a ciepłe, miłe dla oka światło zalało część pokoju, nadając mu odrobinę dawnej zwodniczej przytulności. 

— Przykro mi, że musiałem cię spętać — odezwał się, a jego własny głos wydał mu się jeszcze bardziej nieadekwatny niż dwie zdrowe nogi i odbicie w lustrze. — Nie służysz już tej rodzinie, nie mam pewności, że nie sprowadzisz tu aurorów. 

— Mrużka przyrzekła pani chronić panicza Barty’ego. 

— Pana Barty’ego — poprawił ją łagodnie i przysiadł na piętach tyłem do kominka. Ciepło buchające z paleniska zawzięcie napierało mu na plecy. — Teraz jestem panem tego domu. Ostatnim spadkobiercą, od kiedy zabiłem mojego ojca. Powiedz mi, Mrużko, nadal zamierzasz mnie chronić, chociaż wiesz, że to zrobiłem? Nie było w tym przypadku i dobrze wiesz, że marzyłem o tym od dawna. I nie tylko przez to, co zrobił. Gdybym chciał wzbudzić w kimś współczucie, mógłbym się tym zasłaniać, ale prawda jest taka, że zabiłem go przede wszystkim dlatego, że chciałem. Jak ci się podoba taki pan? 

Okrągłe, brązowe oczy wypełniły się łzami, ale zamiast rozpaczy pojawiła się determinacja, jakiej Barty nie widział w nich od dnia, gdy ojciec pozbył się skrzatki w tamtą pamiętną noc. 

— Wcale się nie podoba. Ale Mrużka wierzy, że pan Barty ma w sobie dobroć swojej najdroższej matki, która oddała życie za jego wolność. Mrużka zawsze będzie lojalna, chociaż dostała ubranie i jest niczyja. 

Ostatnie słowa sprawiły, że głos jej zwilgotniał, ale nie popłynęła więcej ani jedna łza. Spieczone usteczka zacisnęła w wąską linię, oczy zrobiły się jeszcze większe i wpatrywały się w niego z pełną żaru nadzieją, dopóki nie skinął różdżką, a na dłoni pojawiła się znikąd zwykła poszewka na poduszkę. 

— Dobroć mojej matki — powtórzył z zadumą. — Dobroć mojej matki zaprowadziła ją do grobu. A zło doprowadziło tam ojca, więc chyba to nic nie znaczy. Nie ma dobra i zła, Mrużko. Jest tylko Czarny Pan. 

— Mrużka zrobi wszystko, żeby pan przywrócił Mrużkę do służby. 

Zaśmiał się pod nosem cicho i bez humoru. Zawdzięczał jej życie i choć była tylko domowym skrzatem, na myśl, że mogłaby zniknąć, cierpła mu skóra. 

— Nie będę oczekiwał od ciebie wszystkiego — rzekł, wodząc palcami po poszewce. — Mrużko, przyjmuję cię pod mój dach. Wyrzekniesz się ubrania i od tej chwili będziesz służyć temu domowi z oddaniem, a twoją służbę zakończy śmierć albo ubranie. 

Koniec różdżki rozjarzył się bielą, która pochłonęła na moment jasną tkaninę, a skrzatka wydała z siebie długie, spazmatyczne westchnienie. Łzy spłynęły po pergaminowych policzkach i zniknęły w głębokich bruzdach, a Barty mógł przysiąc, że w zeszłym roku jeszcze ich nie widział. Cofnął wszystkie ochronne zaklęcia, czując przy tym dziwną słabość zwiastującą wzruszenie — jakby wraz z cząstką czegoś znajomego duchowa obecność matki po tylu latach stała się wyczuwalna. 

Czy pochwalałaby jego uczynki? 

Skoro poświęciła życie, by ofiarować mu wolność, zapewne się z tym pogodziła. I Mrużka również będzie musiała to zrobić. 

— Zamknij pokój Elenai — polecił jej, kiedy stanęła na trzęsących się nogach, ocierając twarz rękawem brudnej bluzeczki. — I przygotuj pokój rodziców dla Macy. Zostanie z nami przez jakiś czas. 

Drgnęła nerwowo, ale ciało szybko przypomniało sobie dawne zwyczaje, bo prawie natychmiast pochyliła się w głębokim ukłonie. 

— Nie podoba ci się to — dodał. 

Chyba była na siebie zła za ten ruch, lecz więcej z niczym się nie zdradziła, tylko wyrecytowała do podłogi: 

— Mrużka wykonuje swoje polecenia. Mrużka nie jest od osądzania, co jej się podoba, a co nie. 

Chciała odejść, ale szybko ją zatrzymał. Zanim Macy wróci, a zegar podpowiadał mu, że stanie się to lada chwila, musiał wszystko skrzatce wyjaśnić, musiała zrozumieć i zaakceptować. Zwłaszcza że liczył, że ten tymczasowy pobyt potrwa jak najdłużej. Po pięciu miesiącach codziennego śledzenia Krukonki na mapie nie potrafił przyzwyczaić się do myśli, że Macy tak po prostu miałaby wyparować z jego życia. 

— Ona nie ma dokąd pójść — rzekł. — Nie może wrócić do swojej rodziny, bo tak jak mnie grozi jej więzienie. Wydostała nas z Hogwartu. 

Rozumiała. Widział to w jej oczach — była w końcu całkiem inteligentną skrzatką i chyba właśnie dlatego zajmowała szczególne miejsce w jego sercu. Nie dlatego, że przez lata codziennie przygotowywała mu ulubione desery i namawiała ojca na drobne rozrywki. Miała przy tym własne zdanie i Barty po prostu lubił z nią rozmawiać. 

— Mrużka wszystko przygotuje — odparła i odeszła dopiero wtedy, gdy pozwolił jej skinieniem głowy. 

W dobrym momencie — na schodach rozległ się trzask sygnalizujący aportację, a zaraz po tym huk zbijanej doniczki. 

— Reparo — mruknęła Macy, gdy wyjrzał przez boczne okienko. Pomachała w odpowiedzi i czym prędzej wślizgnęła się do środka. Oczy miała czujne i okrągłe ze strachu, ale na ustach czaił się nerwowy uśmiech. Pokazała mu powiększoną sakiewkę i rzuciła na wydechu: — Jest tego więcej, ale bez względu na to, czy jestem kryminalistką, czy jeszcze nie, czuję się bezpiecznie, wiedząc, że w razie wpadki zostanie mi jeszcze jakieś złoto. Rzuciłam Imperius na goblina, który mnie obsługiwał. Myślę, że i tak ministerstwo się zorientuje, że tam byłam, ale jeżeli mam okazję chociaż trochę odciągnąć to w czasie… 

Zawiesiła głos, a intensywność spojrzenia, jakim zmierzyła Croucha, wywołało w jego brzuchu przyjemny skurcz — zwłaszcza na wspomnienie pocałunku, jakim go pożegnała. Przyjął od niej skórzany worek i zważył w dłoni. 

— Kolejny punkt do azkabańskiego CV — mruknął. 

— Myślę, że Imperius rzucony na goblina, żeby wybrać złoto z własnej skrytki, nawet nie stoi obok tego, co zrobiłeś z ojcem — odparła i choć Barty zdążył już trochę ją poznać, był zaskoczony lekkością, z jaką to powiedziała. 

Rozejrzała się po korytarzu, a potem po salonie, w którym opadli w fotelach po przeciwnych stronach ławy. Ogień buzujący w kominku oświetlał mocno jedną część twarzy dziewczyny, maskując ślady zmęczenia, ale ta ukryta w cieniu zdradzała ogromną podkowę pod okiem. Milczeli przez dłuższy czas, każde pogrążone we własnych myślach, delektując się ciszą. Jedynie z piętra docierał stłumiony dźwięk otwieranych i zamykanych szafek. Macy też to usłyszała, bo zapytała: 

— Ufasz jej? 

— Powierzyłbym jej własne życie — odparł bez zastanowienia. 

Nie skrzywiła się. Nie dramatyzowała, nie próbowała go przekonać, tylko skinęła głową i przymknęła powieki, a do Barty’ego dotarło, jak była młoda. Przez cały rok prawie wcale o tym nie myślał, choć wtedy jeszcze pozostawała uczennicą, ale tożsamość Moody’ego tak mocno wryła mu się w jego własną, że nie postrzegał siebie jako Barty’ego Croucha. Raczej jako pustą skorupę, którą w całości wypełnił emerytowany auror. I nawet teraz — choć nie miał jeszcze trzydziestu trzech lat, a wiek Szalonookiego przestał mu ciążyć — odnosił wrażenie, że dla Macy to wszystko było za wcześnie. 

Za wcześnie, chociaż przecież sam odkrył swoje powołanie jeszcze w Hogwarcie. 

Ale on miał mentorów. Uczył się od Bellatriks i Rudolfa, prowadził z Rabastanem długie rozmowy, wiedział, co może go czekać, ile musiał poświęcić, a Macy miała stanąć przed Czarnym Panem tu i teraz — gotowa na służbę. Żałował, że nie poświęcił temu więcej czasu, jakby z góry założył, że wiedziała to wszystko tylko ze względu na ogromną determinację. 

— Potter opowiedział mi o wszystkim, co się stało na cmentarzu — rzekł, a dziewczyna natychmiast otworzyła oczy. 

— To prawda, że pojawił się z ciałem Cedrika Diggory’ego? — spytała zachrypniętym głosem. — Skąd się tam wziął Diggory? 

Owszem, może była młoda, pomyślał, widząc, jak lustrowała go wzrokiem. Wzrokiem zupełnie dojrzałej, świadomej kobiety. Ale powinna wiedzieć — może właśnie ze względu na tak młody wiek. 

— Usuwałem wszystkie możliwe do usunięcia przeszkody. Pozbyłem się Delacour, zaczarowałem Kruma, ale nie miałem wpływu na idiotyczną szlachetność Pottera — wyjaśnił. — Kiedy Krum zaatakował Diggory’ego, Potter, zdaje się, oszołomił Kruma i później wspaniałomyślnie uznał, że powinni z Diggorym wspólnie złapać za puchar. 

I opowiedział jej o wszystkim, czego dowiedział się od chłopaka. O cmentarzu, o Glizdogonie i o śmierci Diggory’ego, o pojedynku z Czarnym Panem i ucieczce Harry’ego Pottera, a następnie o veritaserum, własnym przesłuchaniu w obecności Dumbledore’a… i o tym, co powiedział o niej, przy czym zdawało mu się, że to wszystko miało miejsce bardzo dawno temu — w jakimś odległym świecie, w zupełnie innym życiu. Macy nie odezwała się ani słowem. Przysłuchiwała się temu z lekko zmarszczonym czołem, jakby próbowała doszukać się tam drugiego dna. 

Ale drugiego dna nie było. Po prostu nie wszystko poszło zgodnie z planem. 

Kończąc, spodziewał się, że jakoś to skomentuje, zacznie wypytywać, ale Macy siedziała w bezruchu i przyglądała mu się czujnie, jakby wciąż mówił. Było mu z tym cholernie niewygodnie, choć przecież przez lata ojcowskiej niewoli przywykł do ciężkiej aury milczenia. Czuł, że musiał poruszyć ten jeden temat, który ze wstydu do tej pory ledwo musnął, mimo że wszystko aż się w nim skręcało. Przełknął z trudem palącą suchość w gardle. 

— To wszystko, co im powiedziałem o tobie i twoich rodzicach… 

— Wiem, Barty — przerwała mu bez kropli goryczy w głosie. — Wiem, jak działa veritaserum. Myślę, że i bez veritaserum Dumbledore natychmiast powiązałby moje zniknięcie z twoją ucieczką. W końcu to Dumbledore. Nie, to nie to, po prostu… nadal nic się nie zmienia. Trwamy w zawieszeniu. Ostatni rok dawał mi poczucie dążenia do czegoś określonego, a teraz znów nie wiem, na czym stoję. 

Rozumiał i nie rozumiał jednocześnie. Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co mówiła Macy, bo właśnie tym była praca dla Czarnego Pana — jedną wielką ekscytującą niewiadomą. I Croucha właśnie to pociągało. Sława, złoto i groza, jaką mogłoby budzić jego nazwisko wśród zwykłych ludzi, były wyłącznie skutkiem ubocznym, o który nie dbał. 

— Nie pocieszę cię: tak by było, nawet gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. 

Wydęła usta w uśmiechu. 

— Wiem. Ale chociaż jedno byłoby pewne na sto procent. Niepewność. 

Ich dywagacje przerwał jeszcze jeden odgłos teleportacji. Trzask wyrwał ich z sennego odrętwienia, tak, że oboje zerwali się na równe nogi, ale nim któreś wyjrzało na korytarz, rozległo się spokojne pukanie do drzwi. 

Crouch opuścił lekko różdżkę. 

W tej sytuacji aurorzy nie pukaliby do drzwi. A już z całą pewnością nie pukaliby spokojnie

Zbliżył się do wejścia i ostrożnie odsunął zasłonkę w wąskim okienku tuż obok framugi, a na zewnątrz, mimo rozpływającej się powoli ciemności, spostrzegł czyjeś ramię spowite w czerń oraz kończącą ją dłoń o bardzo długich i bardzo białych palcach. Palcach, które już kiedyś widział i wryły mu się w pamięć tak mocno, że nieraz nawiedzały go w snach. 

Wpuścił przybysza do środka i bez wahania upadł na kolana, jakby próg jego domu przekroczył sam Bóg. I po części tak właśnie było, ponieważ mężczyzna nie przypominał w pełni człowieka. Bardzo wysoki i chudy, odziany w długą, czarną szatę, emanował jakąś dziwną, upiorną poświatą — bardziej wyczuwalną niż dostrzegalną gołym okiem, choć Barty nie widział do tej pory tak przeraźliwie bladej, prawie doskonale białej skóry. Intensywność spojrzenia czerwonych oczu nie pozwalała spoglądać prosto w twarz — prawie jak pod groźbą utraty życia — choć Barty’emu wystarczyło zerknąć, by wiedzieć, że na posągowej twarzy próżno było szukać gniewu. Cienkie, wężowe szparki zamiast nosa trwały w bezruchu, podobnie wąskie usta, dopóki Czarny Pan nie przemówił spokojnym, niemal łagodnym głosem: 

— Dwójka moich najbardziej oddanych sług. A więc udało wam się wydostać z Hogwartu. 

Macy milczała na klęczkach, sztywna i z rękami na podłodze, ale Crouch czuł, że to na nim skupiło się to prześwietlające, pełne żaru spojrzenie — był pewien, że przez ułamek sekundy w tych dwóch wielkich rubinach błysnęło zaskoczenie. 

— Tak jest — odpowiedział. — W pierwszej chwili myśleliśmy, że to aurorzy. 

Wysoki, pobłażliwy, choć zupełnie pozbawiony humoru śmiech wypełnił każdy kąt przedpokoju. 

— Owszem. Wiem od Glizdogona, że dokonano już pierwszych prób sforsowania posiadłości, ale potęga starożytnych zaklęć po tysiąckroć przewyższa żałosne iskierki, jakie jest w stanie wytworzyć rozwodniona krew mieszańców. 

Nie mówił. Syczał. Rozkazał im podnieść wzrok i Barty natychmiast to uczynił, czując przenikającą go na wskroś magię swego pana. Napierała ze wszystkich stron, koiła, była jak haust czystego powietrza po latach zamknięcia w ciasnym, dusznym lochu. Tkwili tak w ciszy, poddani tej natarczywej energii, aż sekundy znów zdawały się ciążyć, jak gdyby Lord Voldemort oczekiwał, że zostanie ugoszczony. 

Dopiero wtedy do niego dotarło. 

Czarny Pan w jego domu — w pełni sił, we własnym ciele, które pomogli mu odzyskać. Crouch poczuł, jak mieszanka patosu i wzruszenia ścisnęła go za serce, tak, że przez chwilę nie był w stanie wykrztusić słowa. 

— Nasz pan ma prawo tu wejść w każdej chwili — wydusił z siebie, gdy ten rozejrzał się wokół, jakby skanował pomieszczenia przez ściany. — O każdej porze dnia i nocy. Wszystko tu jest dla jego dyspozycji. 

— Mimo wszystko szanuję zasady dobrego wychowania — rzekł, a oczy mu rozbłysły. Wzrokiem zatrzymał się za plecami Croucha, w miejscu, gdzie wciąż klęczała Macy. — Wiem już wszystko. Tym razem to wy jesteście zaproszeni do mojego domu. Glizdogon zjawi się wieczorem. 

Schylił się, a biała, długopalczasta dłoń chwyciła Barty’ego za ramię i podciągnęła — z zaskakującą siłą i delikatnością, zmuszając, by się wyprostował, a on, choć zwykle górował nad większością swoich szkolnych przyjaciół, poczuł się przy Voldemorcie niezwykle mały i słaby. Miejsce, którego dotknęła ręka Czarnego Pana, paliło jeszcze długo po tym, jak on sam się teleportował. 

Znów zostali sami, ale już nie samotni. 

Wcale go nie zaskoczyło, że to Macy odezwała się jako pierwsza. 

— Dlaczego pojawił się tu osobiście? — zapytała szeptem, wciąż wpatrując się w miejsce, w którym zniknął. 

Pierwszy raz poczuł w związku z nim nieprzyjemny ucisk w brzuchu. 

— Słyszałaś, co powiedział — rzekł i gestem zaprosił ją na schody. — Jesteśmy mu najbardziej oddani. Najwidoczniej uznał, że na to zasługujemy. 

Choć prawda była jedynie połowiczna, dziewczyna nie drążyła tematu. Na zewnątrz zaczynało świtać. Bez słowa pozwoliła się zaprowadzić do sypialni na piętrze, gdzie czekało przygotowane łóżko i wyciągnięta z kufra piżama. Macy posłała Barty’emu ostatni niemrawy uśmiech, jak gdyby zmęczenie w połączeniu z szokiem spowodowanym tą niespodziewaną wizytą wyssało z niej resztkę sił. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, a Crouch zszedł na dół, wcale nie czuł się senny. Przez kuchenne okno obserwował powolną wędrówkę słońca i mierzył się z nieprzyjemną prawdą, która — był tego pewny — musiała zaświtać również w głowie Krukonki: przybył tu, żeby się przekonać, czy ona wciąż żyła. Czy pozostali mu wierni. Czy czekali. 

I ten błysk zaskoczenia w jego oczach… 

___________
I kolejny rozdział przepisany w Dębkach. Dość długi, nareszcie mogę się rozwinąć i odstąpić od fabuły „Harry’ego Pottera”. Dziwne, że to wszystko tak szybko idzie. Dopiero rozdział piętnasty, a tutaj minął już jeden rok w opowiadaniu. Kolejny odcinek już niebawem, ale może troszkę więcej czasu minie, bo skończyły mi się rozdziały w Wordzie, teraz znów muszę coś przepisać z zeszytu. Dedykacja dla Nieśmiertelnej :*
PS: Zapraszam na moją stronę na facebooku: klik. Tam pojawiają się informacje na temat tego, co piszę xD

* pod gwiazdką link do bohaterów. 

8 sierpnia 2011

14. Ostatni wschód słońca w Hogwarcie

 

Owutemy zawsze rozpoczynały ciężką serię egzaminów i choć uczniowie z młodszych klas współczuli siódmoklasistom, ja zawsze zazdrościłam im tego, że kiedy my wciąż przeżywaliśmy powoli zbliżające się testy, oni mieli już po wszystkim i korzystali sobie z ostatnich ciepłych szkolnych dni. Gdy profesor Flitwick zjawił się przy stole Krukonów, żeby rozdać rozpiskę godzin i sal, w których miały odbywać się sprawdziany z praktyki i teorii, poczułam w żołądku charakterystyczne ssanie, jakie miało mi towarzyszyć do piątku szesnastego czerwca, ale widok rozplanowanych przedmiotów złagodził napięcie. 

Uczyłam się regularnie i wciąż dużo pamiętałam z SUM-ów. I zamiast komisji z ministerstwa egzaminować nas miała kadra nauczycielska. Tak sobie powtarzałam.

Zaczęliśmy teorią i praktyką z transmutacji, ale zważywszy na znacznie uszczuploną po SUM-ach grupę, w klasie pod czujnym okiem profesor McGonagall było nas ledwo jedenaścioro. Obrona przed czarną magią cieszyła się znacznie większym zainteresowaniem — głównie dlatego, że nauczający tego przedmiotu Lockhart miał minimalne wymagania — lecz odpowiadanie na pytania dotyczące złowrogich zaklęć i historii dementorów pod szalonym okiem Moody’ego nie należało do najprzyjemniejszych. Co zaskakujące, część praktyczna odbyła się zgodnie z zasadami owutemów, chociaż jeszcze przed obiadem wszyscy zakładali się o to, z jakim Zaklęciem Niewybaczalnym będziemy musieli się zmierzyć. 

Kiedy już weszłam w egzaminowy tryb, okazało się, że wszystko dało się znieść, chociaż nie obyło się bez przykrości. Jak zawsze na początku czerwca osoby, które na co dzień nie chciały dzielić ze mną szkolnej ławki — nawet ci spoza Ravenclawu — chętnie przysiadały się do mnie podczas posiłków albo bibliotecznych maratonów, licząc na dodatkowe notatki. 

A ja — jak ostatnia frajerka — tworzyłam kolejne kopie i rozdawałam. 

Mimo nieprzyjemnego ucisku w brzuchu czułam pewną satysfakcję. Bo co jak co, ale notatki zawsze miałam najlepsze na roku. 

Dzięki temu, że Snape nie zgodził się, bym po piątej klasie kontynuowała eliksiry, drugiego tygodnia egzaminów zyskałam wolne popołudnie. O piętnastej trzydzieści, kiedy garstka bladozielonych uczniów (w tym tylko jeden Krukon) maszerowali do lochów na swoje ostatnie starcie ze Snape’em, ja wybrałam się na drugie piętro. Od Wielkanocy unikałam go jak ognia, lecz perspektywa zbliżającego się Trzeciego Zadania stanowiła idealną wymówkę. 

No i zwyczajnie byłam ciekawa, co u niego. 

Twarz Moody’ego nigdy nie powalała blaskiem i świeżością, ale dziś przypominała bardzo brzydką, bardzo starą i bardzo krzywo uszytą maskę z ludzkiej skóry — szarawej, obrośniętej byle jak ogoloną szczeciną na policzkach i z żółtawymi sznurami blizn. 

— Źle wyglądasz — rzuciłam na powitanie i podążyłam za nim prosto do sypialni, gdzie zastałam kłębowisko koców i poduszek na fotelu przy oknie. Najwyraźniej go obudziłam, bo zdawkowym odpowiedziom, jakimi mnie uraczył, daleko było do tych, do których przywykłam. 

— Masa roboty. Prawie nie sypiam, ale jeszcze kilka dni. Ty już po wszystkim? 

— Jeszcze nie. Zostały dwa razy zaklęcia i dwa razy zielarstwo — odparłam niewzruszona. — Jutro teoria i praktyka z profesorem Flitwickiem i najgorsze: teoria i praktyka z zielarstwa. 

Dopiero po tym dostrzegłam błysk zainteresowania w jego zdrowym oku. 

— Najgorsze? — zdziwił się, a mnie trochę ulżyło, kiedy jego ton złagodniał. — Nie spotkałem nikogo z większą wiedzą w tym temacie, a przez nasz dom przewinęło się trochę ludu. 

Zarumieniłam się lekko, ale nie odwróciłam wzroku i tylko wzruszyłam ramionami. 

— Potrzebuję stu procent, żeby mieć realne szanse w ubieganiu się o grant. 

Cień przebiegł mu przez czoło i już wiedziałam, że nie miałam co liczyć na wsparcie ministerstwa w moich dalszych naukowych planach — i to bynajmniej nie ze względu na moje słabe wyniki owutemów. 

A Crouch jakby się opamiętał, bo mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, zanim dodał: 

— Nie wiedziałem, że jest potrzebne aż sto procent. 

— No tak… Ale ja w innej sprawie. — Przełknęłam i poprawiłam się szybko na krześle, w którym dopiero co przysiadłam. — Do Trzeciego Zadania jeszcze dziesięć dni. Masz jakieś informacje… no wiesz, co później? Gdzie mamy się udać? 

Charakter przeciągającego się milczenia wydał mi się podejrzany, jakby Barty sam nie miał pojęcia, co miało wydarzyć się po finale. Byliśmy oboje tak skupieni na odhaczaniu kolejnych zadań z listy, że całkowicie zatraciliśmy się w przebiegu Turnieju Trójmagicznego. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co potem. A to potem nadchodziło wielkimi krokami, już prawie zaglądało przez okno. 

— Nigdzie. Czarny Pan po nas przyjdzie — rzekł w końcu. 

Wszystko mi w tym nie pasowało. 

— Jak to: przyjdzie po nas? Tu? Do Hogwartu? 

— Tak jest. 

Potrząsnęłam głową, choć jednocześnie nie miałam śmiałości, by się z nim o to sprzeczać. Do tej pory polegałam na Crouchu we wszystkim, co dotyczyło sprawy. A nawet więcej. Przyrzekam na własne życie, pozwoliłam zaprowadzić się do domu w głębi lasu, ryzykowałam złapaniem, by ostatecznie dowiedzieć się, że Czarny Pan jakimś cudem zjawi się cały na biało pod koniec Trzeciego Zadania, zdradzi swój powrót tylko po to, żeby na oczach całej szkoły obdarować dwie osoby swoim znakiem. 

Musiało się kryć w tym coś więcej, coś, czego Crouch nie wiedział albo mi nie mówił. 

— A co z Moodym? Co z twoim ojcem? Nadal będzie udawał, że chodzi do pracy, że… — Urwałam i zmrużyłam oczy, przyglądając mu się uważnie. — Jest coś jeszcze, prawda? 

Coś przypominającego olbrzymią metalową rękawicę ścisnęło mnie za gardło, gdy zobaczyłam jeszcze jeden błysk w jego oczach — ten sam błysk co wtedy, kiedy pierwszy raz wspomniał moje nazwisko, ale tym razem pozbawiony figlarności, którą zdążyłam polubić. 

— Powierzyłam ci moje życie — dodałam niemal szeptem, czując serce kotłujące się na wysokości przełyku. — Mieliśmy być ze sobą szczerzy. 

Chyba to analizował, bo pionowa zmarszczka między brwiami robiła się z sekundy na sekundę coraz głębsza, aż… 

— Zabiłem ojca. 

Oznajmił to z opanowaniem, jakiego spodziewałabym się po Moodym, nie po Crouchu — tamtym młodym chłopaku zanoszącym się śmiechem w ciemnym salonie domu w sercu polany. I gdyby nie sposób, w jaki na mnie patrzył, miałabym podstawy, by uwierzyć, że teraz to Szalonooki był Bartemiuszem udającym Szalonookiego. 

— Barty, co ty… jak to? Kiedy? — dałam radę wykrztusić. 

Nie wyglądał na ani odrobinę przejętego. Stał spokojnie, wręcz obojętnie, podparty o laskę w sposób, jakby stanowiła ona jedynie ozdobny gadżet. Nie tego się spodziewałam. Liczyłam na wybuch radości, lawinę emocji tak charakterystycznej dla jego pełnej entuzjazmu osobowości, ale koślawe usta Moody’ego nawet nie drgnęły. Czarnego oka nie podpaliła nawet iskra ekscytacji. 

— Dwudziestego czwartego maja — wyjaśnił. — Jakiś tydzień po jego ucieczce. Wygląda na to, że zaczął walczyć z Imperiusem wcześniej, niż zakładaliśmy, a może to Glizdogon pomylił coś w zaklęciach, w każdym razie pozwolił mu się wymknąć. Na szczęście zawiadomił mnie na tyle wcześnie, że byłem w stanie kontrolować mapę do momentu, aż ojciec się na niej nie pojawił. Chciał rozmawiać z Dumbledore’em. Przez rok niewoli nasłuchał się dość, by zniweczyć plany naszego pana, ale udało mi się dopaść go… względnie bez strat. 

— Co to znaczy? 

— Zanim zdążyłem do niego dotrzeć, na błoniach natknął się na Pottera i Kruma. Ale bez obaw — dodał, widząc moją minę — nie powiedział nic, co by nam zagrażało. Kiedy Potter pobiegł po Dumbledore’a, oszołomiłem Kruma i pozbyłem się ojca. 

Gdy pierwszy szok minął, byłam w stanie odetchnąć, ale dłonie wciąż lekko mi się trzęsły. Objęłam się ramionami, by to zamaskować i przy okazji zetrzeć obrzydliwie lepki pot. 

— Co z ciałem? 

— Transmutowane i zakopane. Wszystko jest pod kontrolą, Knot jest przekonany, że ze względu na przeciążenie i problemy osobiste Crouch w końcu postradał zmysły i prawdopodobnie sam uciekł — rzekł. — Oczywiście Dumbledore jest przekonany, że kryje się za tym coś więcej, ale w tym momencie nie ma znaczenia, w co wierzy. 

Skinęłam głową, ale wciąż nie potrafiłam tego tak po prostu zaakceptować. Nigdy nie wyobrażałam sobie, jak miało wyglądać rozliczenie Barty’ego z jego przeszłością. Oczywiście wiedziałam, że chciał zabić ojca. Wiedziałam i nie miałam mu tego za złe, w końcu i ja miałam nadzieję, że za kilkanaście dni dostanę swoją zemstę, ale w przypadku pana Croucha czułam swego rodzaju… niedopowiedzenie. A co, jeżeli Bartemiusz coś przeoczył i pośpieszył się z tą decyzją? 

Natychmiast stanęła mi przed oczami wątła sylwetka starszego czarodzieja z równym przedziałkiem i elegancko przyciętym wąsikiem i pierwsze, o czym pomyślałam, to czy miał szybką śmierć? Czy przeszedł serię bolesnych tortur jak Longbottomowie? Już otworzyłam usta, by spytać, ale w tej samej chwili się powstrzymałam. 

To była jego zemsta. Jego nagroda. 

Automatycznie zerknęłam na drzwi, za którymi na dnie kufra czekała moja i na myśl, że miałabym to uczynić na oczach innych ludzi, poczułam intensywny ucisk w brzuchu. Nie chciałabym, żeby ktoś na to patrzył, naruszał tak intymny moment swoją obecnością. 

Znów spojrzałam na Croucha i raz jeszcze kiwnęłam głową. Tym razem ze zrozumieniem. 

Choć czekały mnie jutro egzaminy z zaklęć i zielarstwa, nie byłam w stanie ani spać, ani skupić się na powtórkach. Kilka godzin później leżałam na plecach w ciemnym dormitorium, gapiąc się w wyszywany w gwiazdy baldachim, skubałam skórki przy paznokciach i rozmyślałam o Moodym. 

Nigdy nie wyobrażałam sobie, jak miałoby to wyglądać, a brak detali w relacji Barty’ego tylko podsycił apetyt mojej wyobraźni i teraz nie potrafiłam przestać sobie tego wizualizować. Jego przypadek był zdecydowanie bardziej skomplikowany, pełen sprzecznych uczuć, słodko-gorzkich wspomnień z dzieciństwa i przypuszczałam, że gdyby nie Azkaban i lata niewoli we własnym domu, uśmiercenie własnego ojca nie byłoby takie bezbolesne. Czułam ulgę, wiedząc, że nie musiałam przeżywać żadnych wewnętrznych konfliktów w związku ze śmiercią Moody’ego. To było proste i znane od wieków — śmierć za śmierć. Klasyczne wyrównanie rachunków, ale teraz, kiedy perspektywa odebrania życia mordercy moich rodziców była na wyciągnięcie ręki, zaczęłam wątpić w swoją odwagę. Czy zimna krew, o której tak często słyszałam od wujka i ciotki, ograniczała się wyłącznie do wyrywania mleczaków i braku płaczu na widok rozbitego kolana? 

Zasnęłam nad ranem — z myślami o własnym frajerstwie i rozmytymi wizjami martwej twarzy pana Croucha — a kiedy jakieś trzy godziny później zadzwonił budzik, wstałam zaskakująco rześka i bez najmniejszego stresu przed najważniejszymi sprawdzianami w mojej siedmioletniej edukacji, jak gdyby nagle wszystko, co związane ze szkołą, przestało mieć znaczenie jako prawdziwy, DOROSŁY problem. 

W zamian za to zaczęłam codziennie śledzić informacje w Proroku Codziennym. Teraz — inaczej niż wcześniej — czytałam gazetę od deski do deski, wszystko, łącznie z ogłoszeniami i klepsydrami na ostatnich stronach, ale temat zaginięcia szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów nie został nigdzie poruszony, jakby ministerstwo zamierzało zatuszować sprawę tak, jak było w przypadku Berty Jorkins. 

Tak bardzo zagłębiłam się w ten temat, że przegrzebałam w bibliotece wszystkie zbierane od wakacji zeszłego roku gazety informacyjne, ale — podobnie jak teraz — w artykułach nie padła nawet wzmianka o zaginionej pracownicy ministerstwa. Wyglądało na to, że ministerstwo nie widziało — albo NIE CHCIAŁO widzieć — że coś zaczynało się dziać. 

Nie potrafiłam tego pojąć. 

Spodziewałam się, że kiedy egzaminy dobiegną końca, wsiąknę w zielone tereny Hogwartu jak co roku o tej porze, tym bardziej, że lato zapowiadało się naprawdę przepięknie, ale nie potrafiłam temu odpuścić. Nie interesowało mnie już tak bardzo, co Czarny Pan zamierzał zrobić po swoim powrocie. Interesowało mnie, co wiedziało ministerstwo, ale jedyne, co mogłam zrobić, to mocować się w bibliotece z własną frustracją. 

Pierwszy raz — i to naprawdę boleśnie — odczułam brak grona znajomych, bo okazało się, że naprawdę olbrzymia grupa uczniów miała kogoś na jakimś stanowisku w urzędzie. Gdybym była Fredem Weasleyem, Cho Chang albo Pamelą Redmoss, wystarczyłaby jedna sowa do domu, żeby poznać wszystkie najświeższe plotki, których przecież musiało być sporo ze względu na pozycję pana Croucha i jego powiązanie z Turniejem Trójmagicznym. Przemknęło mi nawet przez myśl, że może podpuszczenie Lynn w zestawieniu z drobnym Confundusem mogłoby załatwić sprawę, ale czułam opór przed zaklinaniem własnej kuzynki. Nawet tej nielubianej. 

— Merde! Sto dwadzieścia procent z zielarstwa! Nawet nie wiedziałam, że tak można! — wykrzyknęła Nelly jakiś tydzień później. 

Wyniki z owutemów wręczono nam oficjalnie podczas śniadania dokładnie na pięć dni przez Trzecim Zadaniem i choć poszło mi lepiej, niż zakładałam, ukłucie radości było krótkotrwałe. Miałam wrażenie, że nawet Dubois cieszyła się z nich bardziej podczas wspólnego spaceru po błoniach. Młodziutka, żywozielona trawka kładła się miękko z każdym wonnym powiewem letniego wiatru, chabrowego nieba nie kalała ani jedna chmurka, a to wszystko prawie wyłącznie dla nas — wraz z końcem owutemów błonia prawie zupełnie opustoszały, a w zamku zaroiło się od zestresowanych egzaminami uczniów. 

— Ano. Nie jest źle. 

— Żartujesz? Moi starzy daliby się pokroić za szóstkę z zaklęć i transmutacji. I co teraz? Z takimi wynikami pewnie jakiś departament, co? Ministerstwo od międzynarodowej współpracy albo przestrzegania prawa? Z takimi wynikami przyjmą cię wszędzie, i to z pocałowaniem ręki. 

Zachichotałam pod nosem, wspominając uniemożliwiające mi to nieszczęsne eliksiry. 

— Nie, ministerstwo mnie nie kręci — odparłam. — Myślałam o badaniach. Ciekawi mnie sposób odżywiania mięsożernych roślin oraz naturalny sposób ewolucji diety po zmianie podłoża i klimatu. Okazuje się, że niektóre gatunki łatwo przechodzą na weganizm, kiedy warunki stają się bardziej surowe. 

Po uśmiechu poznałam, że tak, jak mnie nie kręciła praca w ministerstwie, tak ona nie była zafascynowana badaniem mięsożernych roślin, więc szybko zakończyłam temat i zapytałam o jej plany na „po szkole”. 

— Chciałabym może najpierw gdzieś pojechać, nie wiem, może Ateny? Albo do Rzymu? Trochę odpocząć po tej siedmioletniej orce, a potem zaczepić się gdzieś na jakimś stażu? Nie jestem pewna, może jakaś międzynarodowa współpraca czarodziejów? Mój angielski jest ekstra, na niemiecki i włoski też nie narzekam… albo Bank Gringotta? Można dużo zarobić i zwiedzić trochę świata, chociaż ta współpraca z goblinami… fuj! Chciałabym spróbować tylu rzeczy! 

— Co cię powstrzymuje? 

Zmarszczyła lekko czoło. 

— W próbowaniu chyba nic — mruknęła i nagle wzrok jej pociemniał, wszelkie ślady radosnej Nelly momentalnie zniknęły, a mnie przeszedł lodowaty dreszcz, bo znów miałam obok siebie tę bezwzględną i oschłą, która kilka miesięcy temu tak beznamiętnie zerwała naszą przyjaźń. — Raczej to, że mocno zmieniły mi się plany. 

Poleciałam wzrokiem za jej spojrzeniem — jeszcze jeden dreszcz. 

Ze szczytu łagodnego wzgórza, za którym znajdował się szereg cieplarni, schodziło właśnie trzech ubranych na niebiesko chłopców. Nawet z tej odległości poznałam boską fryzurę Jeana-Loupa, ale to widok barczystej sylwetki Gastona spowodował w moim żołądku nieprzyjemne sensacje. 

— Przykro mi — bąknęłam. 

Nie odpowiedziała. Odetchnęła tylko głęboko, uspokajająco i potrząsnęła głową, jakby oganiała się od wyjątkowo natrętnej muchy, a kiedy na mnie spojrzała, do twarzy znów miała przyklejony szeroki uśmiech. 

— Trudno. Nic nie dzieje się bez powodu — oznajmiła niezbyt przekonująco wesołym tonem. — Ej! A może wpadłabyś do mnie do Francji? Te krwiożercze rośliny chyba mogą trochę zaczekać? 

— Tylko… wiesz, ja w ogóle nie znam francuskiego… 

— Nie szkodzi! Moi rodzice bardzo dobrze mówią po angielsku, od lat prowadzą interesy w Wielkiej Brytanii! Och, tak, przyjedź do nas w odwiedziny! Będzie wspaniale, zobaczysz, najpierw przejdziemy się po najlepszych knajpach w Paryżu, wybierzemy się na koncert… akurat w lipcu Les Boucs Noirs będą grać, jak po powrocie się pośpieszę, to zdążę jeszcze kupić bilety w loży honorowej… to dla mnie, a dla ciebie… hmm… Wiem! W Lyon jest największy we Francji ogród botaniczny! Będziesz zachwycona! Nasz skrzat kradł stamtąd rośliny do zielnika, jaki mieliśmy zrobić przez wakacje na zielarstwo przed drugą klasą. Macy, musisz przyjechać! Jesteś oficjalnie zaproszona!

Zatrzymała się gwałtownie, chwytając mnie za ręce, a zrobiła to z takim entuzjazmem, że wymazała mi z głowy wszelkie wymówki. Jedyne, o czym wciąż myślałam, to Czarny Pan. Wątpiłam, by plany, jakie miał wobec mnie, obejmowały pracę naukową czy tournée po francuskich knajpach, ale wzrok proszącego szczeniaczka sprawił, że musiałam przytaknąć. 

Nelly wydała z siebie głośne, entuzjastyczne „Ju-hu!” i zaczęła snuć długą, pełną szczegółów historię skrzatki Eulalie towarzyszącej panu Dubois w służbowym wyjściu do ogrodu botanicznego, a ja słuchałam tego z uwagą, czując gasnący na ustach uśmiech. 

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilka dni i nasza przyjaźń umrze śmiercią naturalną. Wraz z końcem szkoły Macy Savour zniknie z życia Nelly Dubois, a ona bardzo szybko się po tym pozbiera, bo przecież ma już duże doświadczenie w traceniu ludzi. 

Ładne, energiczne, młode blondynki nie przyjaźniły się ze śmierciożercami. Po prostu nie. 

 

*

 

Słońce wzeszło dziś nad wyrośniętym żywopłotem o czwartej dwadzieścia pięć. 

Oglądał to z okna gabinetu na drugim piętrze — jego ostatni wschód w Hogwarcie. Najpierw delikatny fiolet zgasił pierwsze gwiazdy, rozlewając się nierówno po całym horyzoncie, ale kiedy pojawił się róż i pomarańczowe tony, kolory zaczęły przechodzić przez siebie gładko i równomiernie jak po lekkich ruchach wprawnej ręki malarza. 

Żałował, że przez resztę roku nie znalazł chwili, by się tym rozkoszować, choć przecież zaraz po zrzuceniu kajdan Imperiusa obiecał sobie, że właśnie to zacznie robić — cieszyć się życiem i doceniać drobiazgi, może odtworzyć stary ogród. Pielęgnować w sobie cechy matki, nie ojca. 

Ale to właśnie dzięki jego cechom — myślał o tym z obrzydzeniem — był tu, gdzie był. 

Bez sentymentu odkleił się od okna i podszedł do kawowego stolika, na którym czekała rozłożona mapa. W pokoju dyrektora kropka z nazwiskiem Dumbledore’a zaczęła przemieszczać się już jakiś kwadrans wcześniej, co oznaczało, że Barty mógł rozpocząć ostatnią fazę: puchar. 

Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie denerwował. Nie obawiał się, że wpadnie — nie, ten skurcz w żołądku to zdecydowanie nie od tego. Wiedział, że zarówno Dumbledore, jak i pozostali sędziowie zachowają większą niż zazwyczaj czujność, nie tylko ze względu na plotki dotyczące Bartemiusza Croucha, ale wszyscy czuli, że coś wisiało w powietrzu. 

A może czuli to tylko on i Dumbledore? 

Przed wejściem do gabinetu wypił jeszcze jeden spory łyk eliksiru. Dyrektor już czekał, blady i z podpuchniętymi oczami, ale przywitał swojego starego przyjaciela ciepłym uśmiechem. 

— Dzięki, już piłem — mruknął Crouch w odpowiedzi na propozycję kawy. — Spodziewałem się Karkarowa i Maxime. 

— Wolałem załatwić sprawę pucharu bez ich obecności — rzekł, a widząc uniesione brwi Szalonookiego, dodał spokojnie: — Im mniej ludzi, tym lepiej, to wszystko. Nie ma w tym zamku osoby, której ufałbym bardziej niż tobie. W niektórych sprawach nawet do siebie miałbym ograniczone zaufanie. 

— Lepiej, żeby nikt tego nie usłyszał… 

Dumbledore zachichotał i wskazał niedbale na ścianę obwieszoną portretami. 

— Póki ja tu rządzę, można im ufać — odparł. — Masz pelerynę? 

— Oczywiście. 

Wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza kulkę wielkości kafla i strzepnął ją delikatnie, a nieśmiałe światło wschodu zamigotało w srebrzystej tkaninie. Dyrektor skinął głową i obrócił się do biurka, na którym stał już przygotowany puchar turnieju — srebrne trofeum z dwoma prostymi uchwytami i wygrawerowanym napisem: 146 Turniej Trójmagiczny — 1994/1995

Wymknął się pod peleryną-niewidką i z nagrodą pod pachą. Choć korytarze o tej porze świeciły pustkami, starał się nie robić hałasu — ot tak, na wszelki wypadek, gdyby Snape’owi przyszło do głowy wykorzystać ostatnie dni obecności Moody’ego na węszenie. Był ostatnią osobą, z jaką Crouch miał ochotę teraz się przeciąć. 

Świadomość, że za kilkanaście godzin będzie po wszystkim, wywoływała w nim dziwną mieszankę spokoju i ekscytacji. Z przyjemnością zaciągnął się świeżym powietrzem poranka. Gdy dotarł do ścieżki prowadzącej w stronę labiryntu, zwolnił nieco, żeby rozkoszować się tym czarownym widokiem — widokiem, jaki ujrzy ponownie prawdopodobnie dopiero wtedy, kiedy Czarny Pan znów go tu po coś wyśle. 

Myśl, że jutro o tej porze będzie stał u boku swego pana jako jemu najbliższy, najbardziej oddany sługa, sprawiała, że derealizacja wykręcała mu zmysły. Zalane złotym słońcem błonia, zapach wczesnego lata, rosnący w oczach żywopłot — to wszystko wydawało się tak nierzeczywiste, że musiał na moment zacisnąć powieki. 

Niewiele pomogło, jedynie zdrowe oko załzawiło w momencie ponownego spotkania z ostrym blaskiem. 

Podróż do serca labiryntu zajęła mu pół godziny — dodatkowe punkty za czarodziejskie oko, ujemne za tę przeklętą nogę. Gałęzie posłusznie rozstępowały się przed jego różdżką, aż dotarł do środka bez naruszenia choćby jednej przeszkody — wyraźnie zarysowanego okrągłego placu z pustym cokołem, na szczycie którego stanął puchar. Crouch przyglądał mu się przez chwilę niewidzącym wzrokiem, bo oczami wyobraźni już widział strzępki obrazów. Potter pędzący w kierunku wygranej, ciemność rozświetlająca się charakterystycznym niebieskim światłem, chłopak znikający z trofeum w ręku, by pojawić się… no właśnie, gdzie? 

Barty uniósł różdżkę i wycelował nią dokładnie w napis na czarze. 

Nigdy dotąd nie tworzył świstoklika, a tym bardziej nie modyfikował miejsca, w jakie przedmiot miał przenieść dotykającego, ale nie czuł strachu. Wierzył… nie, on wiedział, że mu się powiedzie — gdyby było inaczej, Czarny Pan nie powierzyłby mu tego zadania. Wymyśliłby inne rozwiązanie, prostsze, żeby dostarczyć sobie Pottera na cmentarz w Little Hangleton. 

Każda komórka jego ciała skupiła się na tym miejscu i zaklęcie padło, a puchar rozjarzył się błękitem — takim, w jaki powoli przechodził róż nad horyzontem. I już, gotowe. Teraz świstoklik miał przenieść tu Czarnego Pana, by przejął kontrolę nad szkołą i wyniósł go ponad wszystkich śmierciożerców. Od kiedy Barty pozbył się ojca, nie myślał o niczym innym. Nawet to, co czuł do Macy, odsunęło się posłusznie w cień, bo teraz nic — ABSOLUTNIE NIC — nie mogło go rozpraszać. 

Wrócił do zamku już bez peleryny-niewidki, ale wciąż nie spotkał tam żywej duszy. I tak, jakby Crouch opuścił gabinet dyrektora na sekundę czy dwie, Dumbledore czekał tam na niego przy biurku, odwrócony twarzą do portretu Armando Dippeta. 

— Bez komplikacji? 

— Bez najmniejszych. Teraz tylko Trzecie Zadanie i z górki, co? 

Jasne oczy czarodzieja zamigotały. 

— Pytanie: z górki dokąd? — Nawet nie krył rozgoryczenia. — Ale i ja nie marzę o niczym innym, jak żeby ten turniej dobiegł już końca. Miej oko na wszystkich uczestników, Alastorze. Ten, kto odpowiada za umieszczenie Harry’ego w turnieju, ma ostatnią szansę, by podjąć próbę zamachu, nie patrząc, ilu niewinnych ludzi przy tym skrzywdzi. 

Tylko te oczy — błękitne i niesamowicie przejrzyste — zdawały się żyć. Teraz, gdy nikt obcy nie patrzył, reszta Dumbledore’a wyglądała niesamowicie staro i przygnębiająco, a w sercu Barty’ego rozbłysło przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie dlatego Czarny Pan zamierzał dostać się do Hogwartu. Tego wieczora miała zginąć jeszcze jedna osoba. 

— Będę gotowy — odparł. 

 

*

 

Do uroczystego rozpoczęcia Trzeciego Zadania zostało ledwo kilka minut i dało się to wyczuć, choć wyglądało na to, że znów niczego nie zobaczymy. Labirynt porastający boisko do quidditcha mierzył dobre kilkadziesiąt stóp i mogliśmy się wpatrywać jedynie w stół sędziowski lub w siebie nawzajem. Zdumiona zauważyłam, że na miejscu, które zwykle zajmował Percy, tym razem siedział Korneliusz Knot w wyjściowej, granatowej szacie. Cytrynowozielony melonik, który miał na głowie, już z daleka rzucał się w oczy, zwłaszcza że pozostali sędziowie wybrali ubrania w stonowanych kolorach i niknęli w zapadającym zmroku. 

— To wasz minister? — zapytała Nelly, pokazując palcem, a kiedy przytaknęłam, wydęła lekko usta. Choć nie lubiła Fleur Delacour, wiedziałam, o czym pomyślała. Kolejna osoba, której w teorii mogło zależeć na tym, żeby puchar trafił do Hogwartu. — Ciekawa jestem, co z tym drugim organizatorem… 

— Panem Crouchem? 

— Mhm, wydawał się solidny. 

— Słyszałam, że choruje… Bill? 

Dokładnie poziom nad nami między plecakami i nogami Gryfonów i uczniów z Beauxbatons przeciskał się wysoki, szczupły chłopak w czarnej, stylizowanej na rockową szacie i długimi, rudymi włosami spiętymi w kucyk. Na dźwięk mojego głosu obrócił się i uśmiech rozjaśnił mu twarz. 

— Macy? Myślałem, że siedzisz z Krukonami! Mamo, patrz, kto tu jest! 

Dopiero teraz dostrzegłam przysadzistą, niską kobietę z burzą identycznych jak u jej syna włosów, tyle że te otaczały jej głowę jak wielka, ognista aureola. Uśmiechnęła się ciepło na mój widok i oboje — ku niezadowoleniu siedzących — zaczęli przeciskać się w przeciwnym kierunku. Obserwowałam ich z mieszaniną ciekawości i zakłopotania, trochę żałując, że w ogóle się odezwałam. Na myśl, że miałabym spędzić z nimi całe Trzecie Zadanie i to, co po nim — cokolwiek by to nie było — zrobiło mi się gorąco. 

— To moja koleżanka z Beauxbatons, Nelly Dubois — dodałam, kiedy oczy Weasleyów zatrzymały się na wpatrzonej w nich Nelly. — A to moja ciocia Molly i Bill. 

Zarówno Molly Weasley, jak i Dubois miały osobliwe miny, kiedy jeszcze raz się sobie przedstawiały, przy czym w oczach ciotki połyskiwała nieufność, a w oczach mojej przyjaciółki zainteresowanie — zwłaszcza gdy wyciągała rękę, żeby przywitać się z Billem. Byłam pewna, że nie umknęło to uwadze jego matki. 

— Gratuluję owutemów, Rosalie już się chwaliła, że bardzo dobrze ci poszło — zagaiła. — I co, następny przystanek: Urząd Eksperymentów i Odkryć Nadzwyczajnych? 

— Tak. 

— Rosalie mówiła, że chcesz badać jakieś ludożerne rośliny, dobrze pamiętam? 

— Właściwie to rośliny mięsożerne — poprawiłam ją. — Między innymi Kapturzyca Północna, Wampirzyk Korzenny, Krętopnączę i Bagienna Gardzielnica. Do większości mam dostęp w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza do Gardzielnicy, w zeszłym roku znalazłam ogromne pole na wschód od Yeovil. 

Molly Weasley wysłuchała tego z uśmiechem, rozglądając się dyskretnie dookoła — tak, jak rozglądają się osoby, które szukają sposobu, żeby odejść. 

— Znakomicie, znakomicie… Gdyby Fred i George mieli chociaż jeden procent twoich dorosłych zainteresowań, ale nie — westchnęła. — Im w głowie tylko jakieś dowcipy, pojedynki na lipne różdżki, gigantojęzyczne toffi… A za rok owutemy. 

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc i ja się uśmiechnęłam. 

— Jak tam Percy? Też będzie dzisiaj sędziował? — zapytałam, siląc się na słodki ton. — Jeszcze go nie widziałam. 

— Och, nie, nie… ma jakieś swoje, hmm… zobowiązania wobec pana Croucha… — wyjąkała, nie patrząc mi w oczy, a jej pulchne policzki momentalnie przybrały kolor dojrzałych wiśni. — Nie, w Trzecim Zadaniu ma ponoć sędziować Knot… Ach, jest i Ron! Ron, tutaj jesteśmy! Miło cię było zobaczyć, Macy! 

Zanim odeszła, zaprosiła mnie jeszcze pośpiesznie do siebie do Nory — jak co roku, doskonale wiedząc, że nigdy nie skorzystam z tego zaproszenia — po czym razem z Billem raz-dwa przepchnęli się po raz trzeci przez ten sam rząd krzywiących się z niezadowolenia uczniów. Nelly nie odpowiedziała, ale uniesione wysoko brwi przyjaciółki dały mi znać o tym, co sądziła o tym nerwowym pożegnaniu. 

Tymczasem na boisku tuż przed ciemnym wejściem do namiotu pojawili się reprezentanci oraz towarzyszący im Ludo Bagman. Przyłożył sobie różdżkę do gardła i jego dziarski, magicznie wzmocniony głos rozbrzmiał na tle podekscytowanego szumu. 

— Panie i panowie, sekundy dzielą nas od ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego! Pozwólcie, że przypomnę, jak prezentuje się aktualna punktacja. Pan Cedrik Diggory i pan Harry Potter, oboje ze Szkoły Hogwart, prowadzą łeb w łeb, mając równo po osiemdziesiąt pięć punktów! — rzekł i zrobił krótką pauzę, by trybuny mogły się wyklaskać i wykrzyczeć. — Na drugim miejscu depczący im po piętach Wiktor Krum z Instytutu Durmstrang: osiemdziesiąt punktów. I trzecie miejsce: Fleur Delacour z Akademii Magii Beauxbatons! I w takiej też kolejności nasi reprezentanci wkroczą do labiryntu! A więc, na mój gwizdek… Harry i Cedrik! Trzy… dwa… jeden… 

Ludzie w wieżach zamilkli, a ciszę rozdarł ostry dźwięk gwizdka i chłopcy wbiegli prosto w mrok labiryntu. Serce na moment zamarło mi w piersi — w tym momencie Gryfon przypieczętował swój los. Za godzinę albo sześć — nikt nie wiedział, ile to miało trwać, nawet Czarny Pan — na błoniach pojawi się… kto? Lord Voldemort we własnej osobie? W przebraniu Gryfona, a może wyłoni się z niego jeszcze ktoś inny, by inwigilować Hogwart tak, że nikt się nie zorientuje. 

Oddychałam ciężko, walcząc o każdy oddech, ale nikt tego nie słyszał. Ludo Bagman wpuścił do środka Fleur i prawie natychmiast zaczął zapoznawać widzów z przeszkodami, z jakimi zawodnicy zmierzą się na swojej drodze w kierunku pucharu. Gdyby nie stres wywracający mi wnętrzności na lewą stronę, Trzecie Zadanie mogło być najprzyjemniejszym ze wszystkich. Letni wietrzyk miło chłodził po upalnym dniu, lampy rozpraszały mrok łagodnym, pomarańczowym światłem, sprzedawcy z Hogsmeade roznosili przekąski, a opowieści komentatora podgrzewały dyskusje i zakłady. 

Pierwsza osoba odpadła bardzo szybko. Niecały kwadrans po wejściu do labiryntu na atramentowym, upstrzonym gwiazdami niebie pojawiła się jeszcze jedna — olbrzymia, czerwona jak rubin, znacząc solidny X nad miejscem, skąd błyskawicznie Hagrid wyciągnął omdlałą Fleur Delacour. Zamarłam jak cała reszta widowni. Kłykcie Nelly pobielały, gdy ta zacisnęła dłonie na barierce. Oczywiście Ludo Bagman zaczął błyskawicznie uspokajać zaniepokojony tłum, ale dziewczyna nie wróciła już z namiotu medycznego. 

— Szkoda, że Beauxbatons wypadł z gry — mruknęła Dubois, gdy pierwszy szok minął. — Ale kiedy czara wybrała Delacour, wiedziałam, że nic z tego. Obstawiam tego waszego przystojniaka, ewentualnie Kruma. A ty co, nadal kibicujesz Potterowi? 

— Zgadza się. Rozwiązywanie łamigłówek, pokonywanie przeszkód to coś w jego stylu — odpowiedziałam. — W drugiej klasie uciekł mu pociąg i dotarł do szkoły latającym samochodem. Z Londynu. A na koniec uderzył w bijącą wierzbę i uszedł z życiem. 

Nelly z entuzjazmem podjęła temat, a ja — jak na moje niewielkie zainteresowanie plotkami — mogłam się pochwalić zaskakująco dużą wiedzą na temat wyczynów Gryfona w szkole. Napięcie nieco mi zeszło, dopóki ciemne niebo drugi raz tego wieczora nie rozjarzył czerwony blask. Wiedziałam, że Barty zamierzał doprowadzić chłopaka za rękę do serca labiryntu, dlatego nie zdziwiłam się, kiedy kilka minut później wyłonił się z Wiktorem Krumem na niewidzialnych noszach. Wieża wypełniona przez delegację z Durmstrangu zatrzęsła się pod gniewnym tupotem uczniów, ale — inaczej jak w przypadku Fleur — nieprzytomnego Bułgara odebrała wyłącznie pani Pomfrey. Dopiero gdy wróciłam wzrokiem do sędziowskiego stołu, spostrzegłam, że miejsce zajmowane zwykle przez Karkarowa było puste. 

Wnętrzności ścisnęły mi się ze strachu. 

Odszukałam wzrokiem Moody’ego — w ostatniej chwili tuż przed tym, jak zniknął za czarną ścianą żywopłotu. O ile Delacour wypadająca z gry nie zrobiła na nikim większego wrażenia, tak eliminacja Kruma sprawiła, że trybuny zafalowały mieszanką zawodu, radości i gniewu. 

Odpadła dwójka. Został jeszcze jeden, żeby Harry Potter mógł bezpiecznie dotrzeć do pucharu. 

Ale minuty ciągnęły się boleśnie jak zdrapywany powoli strup. Zlepiały się w kwadrans, pół godziny, godzinę, półtorej… 

Czy to już? 

Może Puchon wyeliminował się sam albo Crouch zdecydował pozostawić go w labiryncie, żeby nie wywołać podejrzeń? 

Choć z czasem wszyscy powinni być znużeni przeciągającym się oczekiwaniem, napięcie w powietrzu rosło. Nelly kręciła się nerwowo na swoim miejscu, ja nie byłam w stanie przestać obgryzać wnętrza policzków. 

A co, jeśli świstoklik nie zadziałał? A co, jeśli Potter nie dotarł do pucharu? A jeśli to Cedrik…? 

Gonitwę myśli zaburzyło pojawienie się dwóch postaci dokładnie w centrum pustego placu przed wejściem do labiryntu. Bezgłośnie. Nagle. Bez ostrzeżenia. 

Serce podskoczyło mi do gardła tak, że i ja miałam ochotę zerwać się na nogi, ale kiedy dotarło do mnie, na co patrzyłam, nie byłam w stanie się poruszyć. Oblana od stóp do głów zimnym potem gapiłam się na dwie nieruchome na pierwszy rzut oka kukły — kukłę Cedrika Diggory’ego i kukłę Harry’ego Pottera, sczepionych ze sobą za ręce niczym dwie porcelanowe laleczki. 

Chyba Hope kiedyś miała podobne — dwie dziewczynki na huśtawce… 

Potrząsnęłam głową, by przegonić tę absurdalną wizję, ale zdałam sobie sprawę, że zrobiłam to tylko we własnych myślach. Wciąż nie potrafiłam się ruszyć. Coś podpowiadało mi — nie miałam pojęcia co — że nie wszystko wyszło zgodnie z planem. 

Potter nie miał wrócić. A już z całą pewnością nie miał wrócić z Diggorym. Nie miał ściskać jego nieruchomego nadgarstka, tłumaczyć coś histerycznie blademu jak papier Dumbledore’owi, który klęczał przy nim i wraz z Knotem usiłowali ich rozdzielić. 

Rozdzielić te dwie laleczki na huśtawce. 

Nagłe poderwanie się Nelly wybiło mnie z transu. 

— Qu’est-il arrivé? Co oni tam krzyczą? 

Ludzie za nami zaczęli tłoczyć się do wyjścia, bo każdy chciał to zobaczyć. Dziesiątki, setki głosów nakładających się na siebie, przekrzykujących się tak, że trudno było wyłowić coś z tej mieszaniny, dopóki razem z Dubois nie znalazłyśmy się na wąskiej klatce schodowej. Ktoś na dole zawołał: Diggory! Cedrik Diggory nie żyje! I tak poszło to dalej. Dziewczyny płakały, młodsi uczniowie piszczeli, ludzie napierali na siebie ze wszystkich stron, bo jedni chcieli zobaczyć to na własne oczy, a inni uciec. Boisko przypominało zagrodę pełną owiec, do której ktoś wrzucił wygłodniałe wilki. Obróciłam się, usiłując nie dać się przewrócić i jednocześnie zobaczyć, co działo się przed wejściem do labiryntu, ale spostrzegłam jedynie cytrynowozielony melonik Knota i charakterystyczną stalowoszarą grzywę Moody’ego prostującego się niezgrabnie z miejsca, gdzie minutę wcześniej wylądował Harry Potter. 

Ktoś kopnął mnie w kostkę i prawie upadłam. 

— C’est vrai? Macy, c’est vrai?! Diggory nie żyje…?

— Nie wiem! Nie widziałam! — skłamałam. 

Zignorowałam ostry ból w nodze. Złapałyśmy się z Nelly za ręce, żeby tłum nas nie rozdzielił, ale nim zdążyłam pomyśleć, zostałyśmy wepchnięte między niebieskie mundurki i czyjaś wielka, ozdobione opalami dłoń pociągnęła przyjaciółkę w przeciwnym kierunku. Mocno, bardzo mocno, tak, że nie byłam w stanie jej dłużej utrzymać. Spocone palce wyślizgnęły mi się i Dubois natychmiast zniknęła, porwana przez tłum uczniów z Beauxbatons. Szaro-bura masa ludzi nie przestawała płynąć, hałas pulsował, napierał ze wszystkich stron, pochłaniał niczym piekielnie żarłoczna czarna dziura. 

Zostałam sama. 

___________
No i zaczyna się prawdziwe opowiadanie. Rozdział nie tak długi, ale chciałam wzbudzić pewne napięcie w sercach czytelników, bo od tego momentu wszystko będzie zupełnie inaczej niż w „Potterze”. Wiem, nie lubicie mnie. Ale mam propozycję. W komentarzach obstawiajcie: Barty przeżyje czy utraci duszę?
To pierwsza rocznica Douce Fleur. Jestem bardzo zadowolona, że wytrwaliście ze mną do jubileuszowego rozdziału i mam nadzieję, że czeka nas co najmniej drugie tyle wspólnej… że się tak wyrażę, współpracy. Pierwszy rok zawsze jest najtrudniejszy, wielu bloggerów nie jest w stanie tyle przejść, ja pewnie też byłabym wśród nich, gdyby nie to, że czytacie. Dlatego dedykuję ten rozdział Wam wszystkim. No, to widzimy się za kilka dni. Chciałabym Was jeszcze zaprosić na mojego nowego bloga: Łzy Marii Magdaleny. Postaram się coś tam dzisiaj opublikować xD

* Wypowiedź z książki „Harry Potter i Czara Ognia”, rozdział trzydziesty pierwszy pt. „Trzecie Zadanie”.