Choć
dobrze znałam cały plan Harry’ego Pottera na jego smoka, podniecenie całej
szkoły we wtorkowe przedpołudnie udzieliło się i mnie. Obiad praktycznie w
siebie wmusiłam, zerkając na bladozieloną Fleur Delacour siedzącą kilka krzeseł
dalej w otoczeniu swoich kolegów i koleżanek z Beauxbatons. Ze zdziwieniem
odkryłam, że w odróżnieniu od Cedrika Diggory’ego i Wiktora Kruma — ku
uciesze Nelly — nikt jej nie pocieszał, nie zagadywał, żeby odwrócić
uwagę od tego, że za godzinę stanie twarzą w twarz z ziejącą ogniem bestią. I
może gdyby nie historia, którą usłyszałam od Gastona, zrobiłoby mi się żal
Francuzki. Przyglądałam się ukradkiem, jak madame Maxime wyprowadzała ją z
Wielkiej Sali, zapewne po to, żeby reprezentanci mogli się przygotować.
Profesor McGonagall robiła to samo z Potterem, a Sprout z Cedrikiem Diggorym.
Po Wiktorze Krumie i Karkarowie nie było już śladu.
— Nie
mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałam — mruknęłam, gdy kwadrans
później razem z Dubois i Moulinem maszerowaliśmy gdzieś w środku pochodu
Krukonów przez zatłoczony hol. — Dyrektora Durmstrangu.
— Pewnie
w jakiejś gazecie — odparła niefrasobliwie Nelly, próbując dojrzeć
ponad tłumem to, co majaczyło przez otwarte na oścież drzwi. — Dyrektorzy
szkół są całkiem popularni, w naszych gazetach nie ma miesiąca, żeby nie pisali
o Dumbledorze.
— Problem
w tym, że ja nie bardzo czytam gazety.
Wyszliśmy
na zewnątrz i ze szczytu schodów od razu dało się widzieć olbrzymi
ciemnozielony namiot prawie przyklejony do skraju Zakazanego Lasu i ciągnące
się za nim wysokie, solidne ogrodzenie, a w dużej odległości od płotu w półkolu
ustawiono trybuny podobne do tych otaczających boisko do quidditcha. Nelly
zaczerpnęła gwałtownie powietrza.
— Chodźcie
szybciej! — ponagliła nas, machając rękami. — Bo pozajmują
najlepsze miejsca! Szybko!
Przecisnęła
się między Krukonami, żeby wydostać się poza ścieżkę i puściła się pędem ku
czarnym, drewnianym wieżyczkom, a my, chcąc nie chcąc, podążyliśmy za nią.
Trawa, po której biegliśmy, była mokra i śliska od padającego w nocy deszczu,
ale Dubois to nie powstrzymało. Dopadła do wejścia jako pierwsza i przyglądała
się, szczerząc zęby, jak ostrożnie parliśmy naprzód, żeby nie upaść i zjechać
na tyłkach ze wzgórza.
— Nie
mogę się doczekać! — zawołała, kiedy jako jedni z pierwszych
zajmowaliśmy miejsca na ławie przy samej balustradzie. — Podobno mają
z kimś walczyć, chociaż wczoraj widziałam, jak Delacour ćwiczyła na naszych
koniach jakieś zaklęcia wprowadzające w trans czy coś takiego…
Nie
tylko Nelly miała swoje hipotezy dotyczące tajemniczego zadania. Już w
dormitorium obiło mi się o uszy coś o losowaniu przeciwników, z którymi
uczestnicy mieli się pojedynkować, a widok olbrzymiej areny w kształcie elipsy
tylko utwierdzał w tym przekonaniu. Inni uważali to za zupełnie poroniony
pomysł i forsowali teorię o łapaniu jakiegoś dzikiego magicznego stworzenia („W
końcu w którymś tam roku trzeba było złapać żmijoptaka”), a obecność w
Hogsmeade kilkunastu pracowników z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi
Stworzeniami znakomicie się z tym łączyła. Zaczęłam się rozglądać w
poszukiwaniu jakiegoś miejsca dla sędziów, ale w tym samym momencie na arenie
pojawili się ubrani w identyczne kombinezony ze smoczej skóry mężczyźni — każdy
uzbrojony w różdżkę i coś przypominającego długi, gruby metalowy pręt.
Jeden z pracowników ustawił na ziemi drewnianą skrzynię i zaczął wyciągać
z niej olbrzymie, przypominające strusie jaja. Choć wiedziałam, co za chwilę
zobaczę, poczułam skurcz tremy w żołądku.
— Och! — wyrwało
się Nelly, gdy zza namiotu wyłonił się kolejny tuzin czarodziejów ciągnących za
gruby łańcuch gigantycznego smoka o srebrno-niebieskich łuskach.
— Putain! — rzucił
pod nosem Gaston.
Skórzaste
skrzydła, które gad miał stulone przy bokach, wystrzeliły w górę, gdy tylko
czerwone ślepia wypatrzyły kupkę jaj ułożonych na ziemi pod ogrodzeniem. Jednym
susem przeskoczył jakieś trzysta stóp, lądując miękko na jego szczycie, a
pierwsze rzędy w trybunach (wraz ze mną) odchyliły się gwałtownie do tyłu.
Przełknęłam z trudem, starając się opanować serce cisnące się do gardła.
— Dokładnie
tak, proszę państwa! — zagrzmiał magicznie wzmocniony głos Ludona
Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci będą musieli wykazać się odwagą
i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z
nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się! Każdy z uczestników ma tylko przejść
obok swojego smoka i zdobyć złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się
wskazówka dotycząca Drugiego Zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem
wspaniały szwedzki krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego!
Cedrik, zapraszam do nas! Przetrzyj szlaki pozostałym!
Pierwszy
szok błyskawicznie zmienił się w ekscytację i trybuny eksplodowały brawami
porównywalnymi do tych, które rozbrzmiały przy stole Puchonów podczas wyboru
reprezentantów. W wejściu do namiotu pojawił się Diggory. Nawet z tej
odległości dało się zauważyć potworną bladość jego przystojnej twarzy. Na
arenie został tylko on i gad. Obaj nie wyglądali na zaskoczonych tym spotkaniem,
przy czym bestia rozłożyła skrzydła jeszcze szerzej, jakby spodziewała się, co
chłopak miał zamiar zrobić. Stali przez chwilę, wpatrując się w siebie, aż
Cedrik uniósł różdżkę, wycelował nią w jeden z kamieni leżących u stóp smoka
i…
— Co
on wyprawia? — syknęła Nelly, gdy w miejscu skały pojawił się
biszkoptowy labrador.
— Chiba…
dekoncentrui go — bąknął Gaston, mrużąc ciemne oczy.
Miał
rację.
Przez
jakiś czas czaił się prawie w bezruchu, sterując psem tak długo, aż wielkie,
czerwone ślepia podążyły za nim. Labrador to podbiegał, to uciekał, czołgał się
na ugiętych łapach w stronę jaj, to nagle odskakiwał, aż z przepastnej smoczej
gardzieli dało się słyszeć głuche bulgotanie. Pierwsze rzygnięcie ogniem
wywołało we wszystkich dzikie podniecenie, Nelly poderwała się na nogi i
wychyliła mocno za balustradę, żeby zobaczyć, czy Cedrik uszedł z życiem.
— Ooooch,
prawie go trafił! — ryczał Bagman. Jego żywiołowe komentarze jeszcze
bardziej podgrzały atmosferę. — Ledwo, ledwo… oj, to bardzo
ryzykowne, baaardzo ryzykowne… I znów prawie go trafił!
Jeszcze
jedna fontanna ognia wystrzeliła w stronę psa, który puścił się pędem w stronę
namiotu. Smok wyciągnął daleko głowę, zamachał skrzydłami i w tym samym
momencie Diggory — pochylony jak jego własny labrador — ruszył
śmiało w kierunku błękitnych jaj. Wśród nich wyraźnie odznaczało się jedno — złote
i o wiele większe. Widownia zastygła w oczekiwaniu, Nelly wstrzymała oddech, ja
zamarłam z palcami zaciśniętymi na barierce, aż rogaty łeb obrócił się z
powrotem w kierunku gniazda i w momencie, gdy ręka Puchona sięgała po jajo,
pysk rozwarł się, wypuszczając trzeci snop ognia.
— I
jest! — zawołał komentator, nie zważając na płomienie trawiące rękaw
chłopaka. — Ma złote jajo! A teraz oceny sędziów!
Czarodzieje
w kombinezonach, którzy nie wiadomo kiedy pojawili się przy ogrodzeniu,
natychmiast wskoczyli na arenę, by okiełznać smoka. Jeden z mężczyzn pomógł
Cedrikowi ugasić palącą się szatę. Gdy na przedramieniu mignęło coś czerwonego,
poczułam na karku nieprzyjemny dreszcz.
— Zut…
ci smoki to naprawdę nie żarty — westchnął Gaston, ocierając
sobie rękawem czoło, podczas gdy w drzwiach namiotu pojawiła się właśnie
zapowiedziana Fleur Delacour.
Nelly
nawet nie próbowała ukryć mściwego uśmieszku, gdy tamta zrobiła pierwszy
nieśmiały kroczek — naprawdę malutki, byle odległość dzieląca ją i
smoka pozostała jak największa. O ile Diggory przynajmniej próbował zachować
fasadę spokoju, Francuzka nie potrafiła opanować nerwów. Dygotała na całym
ciele, choć jej walijski zielony — szczupły, mocno przypominający
jaszczurkę ze skrzydłami — sprawiał wrażenie o połowę mniejszego od
tego, z którym miał zmierzyć się Cedrik.
A
jednak mimo słabo wyglądających nóg i niemożliwego do opanowania dygotania
uniosła różdżkę, wymamrotała jakieś zaklęcie, wpatrując się bez mrugnięcia w
okrągłe, pełne zaciekawienia oczy otoczone jasnozieloną łuską i… coś się
zaczęło dziać.
Stworzenie
najpierw tylko wpatrywało się uważnie we Fleur, przechylając łeb to w jedną, to
w drugą stronę, po minucie czy dwóch zaczęło łagodnie się kiwać…
Inaczej
niż w przypadku Diggory’ego nikt na trybunach nie odważył się wydać z siebie
dźwięku. Nawet Bagman zdawał się rozumieć, co robiła Fleur, bo poza smoczym
dyszeniem dało się słyszeć tylko jego własne — wciąż magicznie
zwielokrotnione.
— Hipnotyzuje
go czy co? — wyszeptał jakiś chłopak siedzący tuż obok.
Tak
chyba w istocie było, ponieważ wąski, przypominający wężowy łeb opadł i ten
moment wykorzystała Fleur. Podobnie jak Cedrik ruszyła na drżących nogach do
gniazda. Twarz błyszczała jej od potu jak srebrna połówka księżyca, ale parła
naprzód krok za krokiem, stopa za stopą, podczas gdy trybuny wstrzymały oddech.
Ja również, choć wcale jej nie kibicowałam.
Zerknęłam
na Nelly.
Siedziała
napięta jak kot czający się do skoku, wargi miała zaciśnięte, brwi zmarszczone — nie
wiedziałam, czy ze strachu o powodzenie, czy o życie byłej przyjaciółki.
I
znów przez tłum na trybunach przeszła fala podniecenia, ale — drugi
raz jak w przypadku Diggory’ego — o ułamek sekundy za wcześnie. W
momencie, gdy Delacour wyciągnęła rękę po złote jajo, smok drgnął, zacharczał
jak wybudzony ze snu i zanim dziewczyna zdążyła zareagować, rzygnął strumieniem
ognia. Dubois zerwała się na równe nogi i krzyknęła niemo, zagłuszona przez
wrzeszczących ludzi.
— Oj,
to chyba nie było za mądre…! Och, o włos, musnął ją o włos… NIE! Trafił,
trafił, ale całe szczęście umknęła w ostatniej chwili! Na gacie Merlina,
myślałem, że już po niej!
W
tym samym momencie spod kłębowiska czerwonych płomieni wybiegła Fleur — przerażona,
cała pokryta sadzą i z resztką dogasającego rękawa, ale i ze złotym jajem
przyciśniętym do piersi jak małe dziecko, które właśnie ocaliła z pożaru.
Pędziła, ile sił w nogach, podczas gdy mężczyźni w kombinezonach już pojawili
się, żeby poskromić smoka.
Oklaski
potoczyły się przez błonia z intensywnością wystrzału armat i trwały, dopóki
dziewczyna nie zniknęła za namiotem, otrzymawszy od sędziów trzydzieści sześć
punktów.
— Póki
co prowadzicie — zagadnęła mnie Nelly, obserwując, jak czarodzieje
szarpali się z nowymi łańcuchami. Nie brzmiała na zawiedzioną, choć po zejściu
Fleur oddech wciąż miała rwany.
— Wydaje
mi się, że Krum to też mocny zawodnik.
Jak
do tej pory jako jedyny z całej trójki nie okazał strachu na widok swojego
smoka, choć ten prezentował się naprawdę groźnie. Chiński ogniomiot — jak
zapowiedział Bagman — był znacznie większy od walijskiego zielonego,
ale gładka, czerwona łuska, złote kolce ciągnące się wzdłuż grzbietu i zdobiące
cały pysk upodabniały go do bestii z piekła rodem. Na widok Bułgara natychmiast
strzelił w niego wąskim pióropuszem ognia, tak, że Krum musiał ratować się
ucieczką. Kompletnie nie znałam się na lataniu, a jeszcze mnie na quidditchu,
ale nawet ja doceniłam refleks, jakim się wykazał, a bycie najlepszym
zawodnikiem ostatniego roku z całą pewnością dużo mu pomogło.
Bagman
był w swoim żywiole.
— Jak
ten chłopak się rusza! Tak! Widać, że krew ścigającego daje o sobie znać! Uuu,
to było śmiałe! Ryzykowne… Ajajajaj!
Przeraźliwy
ryk zagłuszył resztę komentarza i oklaski widzów, a Krum wykonał bardzo szybki
obrót, rzucił się na ziemię i przeturlał się tak, by umknąć przed jeszcze
jednym podmuchem ognia. Na trybunach zrobiło się nagle niesamowicie ciepło.
Poczułam bardzo wyraźnie zapach siarki — dużo mocniej niż przy dwóch
poprzednich uczestnikach, a kiedy smok dźwignął się na tylne łapy i zamachał
skrzydłami, strach poważnie ścisnął mi żołądek. Owszem, łańcuch trzymający
bestię przykutą do ziemi wyglądał solidnie, ale umięśnione nogi, ostre pazury i
paszcza naszpikowana długimi zębami również…
Całe
szczęście chiński ogniomiot nie dostał więcej okazji na wyplucie z siebie
kolejnej ognistej strugi, bo Krum nagle poderwał się na nogi, machnął różdżką
jak z bicza i zaklęcie uderzyło smoka prosto w oczy. Gad zaryczał przeraźliwie
i w tym samym momencie Bułgar rzucił się w kierunku złotego błysku.
W
ostatniej chwili.
Wszyscy
zamarli jak wtedy, gdy Fleur zniknęła pod kurtyną śmiercionośnych płomieni — w
miejscu, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej pojawił się chłopak, grzmotnęła
ogromna smocza łapa, miażdżąc połowę purpurowych jaj.
— Iiii…
mamy to! Brawa dla pana Kruma! — wrzeszczał ile sił w płucach Bagman
jeszcze długo po tym, jak Bułgar zniknął w namiocie. — Tak! To był
najbardziej ekscytujący jak do tej pory występ! A teraz zobaczymy, co
zaprezentuje nam Harry Potter! Wisienka na torcie z emocji, moi drodzy! Naszemu
najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa bestia, jaką udostępniło nam
Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę państwa, przed nami rogogon
węgierski! To jeden z największych, najniebezpieczniejszych smoków, nad którym
czarodziejska różdżka była w stanie zapanować. Rogogon zieje na odległość
pięćdziesięciu stóp, ale to i tak nie ma znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo,
trzeba podejść praktycznie pod same łapy, a samice tego gatunku są piekielnie
terytorialne, tak więc uważaj, Harry! Zapraszamy cię!
Im
dłużej Bagman mówił, w tym ciaśniejszy supeł wiązały się moje wnętrzności. Tym
razem nie tuzin, a przynajmniej dwudziestu mężczyzn wprowadziło na scenę
olbrzymiego, pokrytego kolcami gada i pierwszy raz przez widownię przebiegł
szmer westchnień. Rogaty łeb pokrywała błyszcząca niczym smoła czarna łuska,
podobnie całą resztę ciała i długi, ruchliwy ogon. Pozwolił łaskawie wycofać
się ludziom z ministerstwa, wydając z siebie ostrzegawcze gulgotanie. Żółte,
kocie ślepia śledziły pilnie każdy ruch na arenie.
W
tym ruch u samego wejścia do namiotu.
Serce
ścisnęło mi się na ten widok. Harry Potter — chudy, niski jak na
czternaście lat, z różdżką wycelowaną w trawę — wyglądał jeszcze
bardziej żałośnie niż telepiąca się ze strachu Fleur. Wyszedł co prawda tym
samym spokojnym krokiem co Krum, ale nie powitały go żadne oklaski. Wszyscy
śledzili każdy jego krok.
Wszyscy
łącznie z rogogonem.
Chłopak
uniósł powoli różdżkę, wargi wypowiedziały bezgłośnie jakieś zaklęcie i…
Nic
się nie stało.
Czując
po swojej prawej stronie wyprężoną w napięciu Nelly, sama nie byłam w stanie
się poruszyć. Zamiast obserwować to, co działo się na terenie ogrodzenia,
przeczesałam wzrokiem przeciwległe trybuny, ale były tak daleko, tak zapchane
kolorowymi czapkami i płaszczami, że odnalezienie wśród nich tego jednego
graniczyło z cudem.
Crouch
nie chciał mi zdradzić sposobu, jaki podrzucił chłopakowi na rozwiązanie jego
smoczego problemu.
Będziesz
mieć niespodziankę, powiedział wczoraj wieczorem i odszedł
żwawo w kierunku zamku.
Niespodzianka
po zbóju. Zaklęcie, które nawet nie zadziałało.
Napięcie
narastało, ludzie zaczynali się kręcić, patrzeć po sobie, nachylać się do
swoich sąsiadów i szeptać. Niektórzy uśmiechali się złośliwie. Potter musiał to
widzieć, bo opuścił różdżkę i stał tak w bezruchu z coraz bardziej głupią,
rozpaczliwą miną, aż nagle rozległ się odległy świst, Nelly spojrzała w niebo,
chłopak po mojej lewej stronie uniósł się na ławce i pokazał palcem na ciemny,
podłużny kształt, który niczym rzucona zapałka zbliżał się w kierunku
Pottera.
— Też
to widzisz? — rzuciłam szybko do koleżanki i szturchnęłam ją mocno w
ramię.
— Zaraz…
to miotła?
Nie
odpowiedziałam, bo sama nie byłam pewna, dopóki przedmiot nie zaczął zbliżać
się do Pottera niczym metalowa igła przyciągana przez magnes. Smok z
zainteresowaniem przyglądał się tej nietypowej scenie, przechyliwszy łeb na
bok, dopóki chłopak nie wskoczył na miotłę z taką szybkością, że stał się tylko
czarną smugą. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dopingowany przez ryczący
tłum.
— Oooch,
spójrzcie na to! — zawołał Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i
bulgot wzburzonego smoka. — Tylko na to spójrzcie!
Odleciał
wysoko, bardzo wysoko, tak, że przez moment był jedynie ciemną kropką na tle
szarych, rozmazanych chmur. Nabrałam gwałtownie powietrza, widząc, jak w
następnej chwili zaczął spadać, kierując miotłę prosto na smoka. Jaszczur
śledził go przez chwilę, coraz energiczniej potrząsając łbem, jakby oganiał się
od muchy.
A ta
mucha okazała się wyjątkowo natrętna.
Harry
Potter nurkował, podrywał miotłę, to okręcał się z nią w powietrzu, jakby nie
krępowała mu ruchów. Jakby zasady fizyki go nie dotyczyły. Błyskawicznie
rozwścieczył smoka, który zionął ogniem raz i drugi, ale kiedy mucha wciąż
niebezpiecznie to zbliżała się, to oddalała od jaj, zaczął wymachiwać ogonem
jak naszpikowaną kolcami maczugą. Kilka razy było naprawdę blisko — aż
poderwałam się na nogi, zakrywając usta rękami, lecz rogogon zdołał co najwyżej
musnąć jednym ze szpikulców ramię Gryfona.
— Co
za talent! Patrzcie, jak ten chłopak lata! — Bagman był szczodry w
swoich pochwałach przy każdym z zawodników, ale nad Harrym wprost się
rozpływał. — Panie Krum, widział to pan? Chyba rośnie panu
konkurencja! O taak!
Tłumem
wstrząsnęła kolejna eksplozja oklasków, bo Potter znów wzbił się wysoko ponad
teren Pierwszego Zadania, zrobił nad głową smoka kilka okrążeń, aż tamten
stanął na tylnych łapach. Zamachał skrzydłami, jakby sam miał zamiar wzbić się
w powietrze, ale w momencie, gdy otworzył pysk, charcząc wściekle, w tej samej
sekundzie ciemny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy jego nogami i złotego
jaja już nie było.
Potter
zniknął, ale tylko na moment. Pojawił się nad trybunami, szybując bezpiecznie
tuż ponad naszymi głowami. Wśród narastających braw i okrzyków, które wyraźnie
uformowały się w słowo „Potter! Potter!”, Bagman wrzeszczał ochryple jak
opętany:
— Nasz
najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! Tak, pan Potter ma szansę na
wygraną! Co za zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy,
jakie noty!
Gryfon
wylądował miękko na trawie i na drżących nogach pomaszerował z powrotem do
namiotu, podczas gdy strażnicy usiłowali okiełznać wściekłego smoka. Obejrzałam
się na Nelly, która z błyszczącymi oczami patrzyła jeszcze na miotającego się w
łańcuchach rogogona, a ja zdałam sobie sprawę, że również stałam przy barierce
i z całej siły trzymałam kciuki. Serce łomotało mi w piersi jak szalone.
Odetchnęłam głęboko i aż zakręciło mi się w głowie, jakbym przez ostatnie
minuty to moją szyję faceci w kombinezonach okręcili łańcuchem.
— No…
trzeba mu przyznać, pomysł miał dobry — powiedziała w końcu, gdy
usiadłyśmy, żeby obejrzeć oceny sędziów. — Z początku myślałam, że to
niesprawiedliwe, że zgodzili się zaakceptować to oszustwo, ale teraz, kiedy tak
na to patrzę… Potter chyba nie wiedział, na co się pisał, co nie?
Przytaknęłam,
nie chcą wdawać się z nią w dłuższą dyskusję na jego temat. Myślami już byłam
na rozmowie z Crouchem i liczyłam, że może i on chociaż trochę chciał omówić ze
mną to zadanie.
— Ach,
oczywiście — syknęła Nelly, ale nie bez żalu, gdy na ciemniejącym
szybko niebie pojawiły się fioletowe liczby, dając ostatecznie ocenę w postaci
czterdziestu punktów. — Chłopiec, Który Przeżył jak zwykle na
topie.
Nie
wiedzieć czemu, poczułam jakieś nieprzyjemne ukłucie niepokoju.
— Co
to znaczy? — zapytałam automatycznie, klaszcząc uprzejmie, dopóki
wstęgi nie zniknęły.
— Nic,
po prostu dowiedziałam się o nim od różnych ludzi i ciągle mu się coś
przytrafia. Pewnie nie może żyć bez uwagi… musi mieć niezłe ego, nawet ja nie
ryzykowałabym życiem dla sławy. Nie w tym wieku…
— Nie
wiem, może — mruknęłam, nie wiedząc, co mogłabym więcej
powiedzieć.
Całe
szczęście rozmowa o Potterze naturalnie się urwała, ponieważ ludzie zaczęli
wstawać i przeciskać się do wyjścia, chcąc jak najszybciej znaleźć się na dole.
Byłam przekonana, że przynajmniej połowa miała nadzieję spotkać któregoś z
uczestników. Wiktor Krum i lot Gryfona nadal nie schodziły z ust.
Schodząc
w dół ciasną klatką schodową, czułam się rozdarta. Z jednej strony miałam
nadzieję, że te dwie godziny, które zostały do kolacji, spędzę z Nelly i
Gastonem w zamku, z drugiej przyłapałam się na tym, że w tłumie na błoniach
wzrokiem szukałam topornej sylwetki Moody’ego. Z przymusu wyboru uwolniła mnie
madame Maxime. Z niezmiennym wyrazem chłodnej obojętności wezwała wszystkich
swoich uczniów, ustawiła w rzędzie i z Fleur po swojej prawicy pomaszerowała w
kierunku powozu, zatem do szkoły wróciłam zupełnie sama.
Nie
udałam się jednak do wieży razem z resztą podekscytowanych Krukonów.
Wmieszałam
się w koszmarnie głośny tłum Gryfonów i oddzieliłam się dopiero przy schodach
prowadzących na drugie piętro. Kiedy skręciłam w korytarz zdominowany przez
klasy i składziki na miotły, hałasy ustały, jedynie echo niewyraźnych okrzyków
i rozmów niosło się jeszcze przez chwilę, dopóki nie zatrzymałam się pod
gabinetem nauczyciela obrony przed czarną magią. Tu panowała prawie grobowa
cisza.
Rozejrzałam
się niepewnie w poszukiwaniu niechcianych oczu, ale nawet obrazy wiszące na
ścianach w przerwie między drzwiami przedstawiały wyłącznie szkockie krajobrazy
i tamtejszą magiczną faunę.
Unosząc
rękę do pukania, zawahałam się. Nie bywałam w gabinetach nauczycieli. Nigdy nie
odrabiałam szlabanu, nigdy nie uczestniczyłam w żadnych konkursach ani nie
miewałam problemów wymagających takich odwiedzin. Samo to wywoływało we mnie
bolesne kurczenie się wnętrzności, a kiedy pomyślałam sobie, że prawdopodobnie
gdzieś tam za drzwiami znajdował się prawdziwy Alastor Moody…
Przedłużający
się brak odpowiedzi coraz bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że przyszłam
zbyt wcześnie, ale w końcu z głębi pomieszczenia dało się słyszeć głośne
sapanie i narastający stukot drewna o kamień.
Wpuścił
mnie do środka, lustrując magicznym okiem przestrzeń za mną. Twarz miał
zaczerwienioną, całą w plamach i dziwnie ożywioną. Z sercem dudniącym w okolicy
przełyku przystanęłam na moment, rozglądając się po pomieszczeniu tak bardzo
zawalonym przeróżnymi uszkodzonymi magicznymi przedmiotami, że nawet gdybym
miała dwoje dodatkowych czarodziejskich oczu Moody’ego, nie byłabym w stanie
wszystkiego ogarnąć. Niektóre przedmioty rozpoznałam. Potrzaskane fałszoskopy o
różnych kształtach i rozmiarach oraz czujniki tajności widziałam kiedyś u wuja
Irvinga, ale Szalonooki posiadał w swojej kolekcji jeszcze olbrzymie pęknięte
lustro z poruszającymi się w niej nieustannie czarnymi kształtami postaci, coś,
co przypominało żyrandol ozdobiony mnóstwem szklanych gałek ocznych, kolekcja
złotych prętów, klatkę pełną agresywnych książek oplecionych dodatkowo
łańcuchami…
Crouch
trącił mnie sugestywnie końcem laski w plecy i gdyby nie to, pewnie nadal
chłonęłabym wzrokiem te wszystkie cuda.
Zaprowadził
mnie do pokoju za drzwiami, których w pierwszej chwili nie zauważyłam między dwoma
regałami uginającymi się pod ciężarem słojów i fiolek z eliksirami. Sypialnia
drastycznie różniła się od pierwszej części gabinetu. Żadnych prywatnych
akcentów, żadnych zdjęć czy bibelotów, ani jednego wykrywacza czarnej magii,
jedynie kurz zalegający na pustych półkach. W centralnym miejscu stało wielkie
łóżko z czterema kolumienkami — bardzo podobne do naszych, ale
znacznie większe i bardziej wykwintnie zdobione. Poza samotnym kawowym
stolikiem i przyciśniętym do niego staromodnym fotelem pokój prezentował się
wyjątkowo pusto i smutno. Wypłowiały gobelin przykrywający całą kamienną ścianę
nie wnosił tu ani ziarnka przytulności i nawet temperatura wydawała się niższa
niż w reszcie zamku, choć w kominku buzował ogień.
Przysiadłam
sztywno na brzeżku fotela, który wskazał Crouch, a on wyczarował sobie krzesło
i opadł na nie z cichym stęknięciem.
— Jedno
z głowy — westchnął. Wyglądał na zmęczonego, jakby nie spał dobrze
przez kilka ostatnich nocy, ale koślawe wargi wciąż wykrzywiał mu lekki
uśmiech. — Jeszcze dwa.
— To
ty podrzuciłeś mu pomysł z miotłą? Tak myślałam — mruknęłam, gdy
kiwnął głową. — Nie boisz się, że ktoś może podejrzewać, że nie on na
to wpadł?
— Nie
bardziej niż w przypadku Kruma, Diggory’ego i tej księżniczki Delacour — odparł
z nutką pogardy. — Karkarow i Maxime regularnie pracują ze swoimi
uczniami, wyłażą ze skóry, żeby strącić Dumbledore’a z piedestału… ale
cokolwiek by o Potterze nie powiedzieć, znakomicie lata, tylko potrzebował,
żeby go lekko popchnąć. Ale z następnym zadaniem nie pójdzie już tak łatwo.
Wsunęłam
się głębiej w fotel, czując narastające podekscytowanie.
— Na
czym będzie polegało? — zapytałam. — Bagman wspominał, że
złote jaja zawierają jakieś wskazówki.
— Tak,
tylko to nie jest takie proste, bo wskazówki trzeba rozszyfrować. I o to
martwię się najbardziej.
—
Dlaczego?
Wydał
mi się w tej chwili lekko rozdrażniony. Pochylił się i odczepił od kikuta
protezę zakończoną stopą z długimi, podobnymi do wilczych pazurami. Przez
grzbiet przeszedł mi dreszcz.
— Żeby
rozszyfrować wskazówkę, trzeba wpaść na to, że skrzeki, które po otwarciu
wydaje jajo, to tekst zaśpiewany w języku trytońskim, a już zdążyłem się
zorientować, że ani Lupin, ani Hagrid nie przerabiali z klasą Pottera
trytonów.
— Nie
możesz mu znów tego podpowiedzieć?
— Nie.
Maxima i Karkarow, zwłaszcza Karkarow, węszą wokół ludzi Dumbledore’a, więc
taka bezpośrednia rozmowa z Potterem to był jeden strzał. Karkarow z wiadomych
przyczyn unika oka Moody’ego, ale bez przerwy kręci się tam, gdzie Moody akurat
przebywa. Kręci się, podsłuchuje… zresztą nie tylko on. Ty też uważaj na tę
dziewczynę z Beauxbatons. Jak znam życie, już pewnie się dowiedziała, że jesteś
spokrewniona z Lynn, z jej rodzina dobrze się zna z rodziną Weasleyów.
— To
trochę opera mydlana, nie sądzisz? — wpadłam mu w słowo, kiedy tylko
udało mi się wstrzelić w krótką pauzę. Bardzo nie chciałam rozmawiać z nim o
Nelly, bo za każdym razem, kiedy padało jej imię, robił się nadmiernie
podejrzliwy — nawet jak na mieszankę zbiegłego więźnia z paranoicznym
eks-aurorem. — I jak to, Karkarow z wiadomych przyczyn unika
Moody’ego? Co to za przyczyny?
Zamknął
usta, przyglądając mi się przez moment, a miał przy tym taką minę, jakby nie
był pewien, czy żartowałam, czy nie.
— Karkarow
był śmierciożercą. Niedługo po upadku Czarnego Pana Moody złapał go i umieścił
w Azkabanie — wyjaśnił. — Nie przesiedział miesiąca, prawie
od razu poszedł na współpracę z ministerstwem i wsypał kilku czynnych
śmierciożerców. Kiedy tylko go wypuścili, prysnął za granicę i odbudował się
jak gdyby nigdy nic. Stary tchórz. Jeden z pierwszych na mojej liście do
odstrzału.
Poczułam
się tak, jakbym trafiła butem na fałszywy stopień — coś tak
znajomego, a jednak nadal niemożliwe do przyzwyczajenia się. Teraz wszystko
było jasne. Każda komórka mojego ciała krzyczała, gdy Karkarow pojawiał się w
polu widzenia. Tak, on wyglądał na takiego. Jego zimne, rybie oczy miały w
sobie coś z tchórza. Momentami przypominały oczy Glizdogona — zwłaszcza
wtedy, kiedy w okolicy nie było Dumbledore’a. Wszystko, żeby przetrwać.
Zamienić się w szczura, wmanewrować w morderstwo dawnego przyjaciela, uciec za
granicę, wydać wiernych popleczników Czarnego Pana…
Może
to Moody zabił moich rodziców, ale kto ich wydał? Czy ktokolwiek?
Nigdy
o tym nie myślałam.
Musiałam
cała się spiąć, by udać, że ta informacja niczego we mnie nie wyzwoliła.
— Trytony — mruknęłam,
wpatrując się w swoje ręce na podołku. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak
mocno zaciskały się na obszyciu swetra. — No dobrze, a co mówi
wskazówka?
— To
jest właściwie zagadka. — Głos Moody’ego wydał mi się jakiś odległy. — Sugeruje,
że w wiosce trytonów na dnie jeziora znajdują się zakładnicy, których
reprezentanci mają za zadanie uwolnić. Muszą to zrobić w godzinę.
— Będą
musieli walczyć z trytonami?
— Nie.
Trytony nie będą ich atakować. W tym zadaniu największą trudnością jest
przetrwanie pod wodą.
Spróbowałam
się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miałam jak zamrożona plastelina. Zupełnie
nie chciały współpracować.
— Paradoksalnie
chyba wolałabym smoka — mruknęłam. — Nie potrafię pływać. A
Potter? Jak myślisz?
Crouch
wydął posiekane usta Moody’ego.
— Sierota
wychowany przez zatwardziałych mugoli znęcających się nad nim na każdym kroku? — Pokręcił
z powątpiewaniem głową. — Wątpię, żeby posyłali go na lekcje pływania
ze swoim wypieszczonym synkiem. Dlatego wszystko, co wymaga jego ludzkiej
formy, odpada.
I ja
wydęłam usta.
— Szkoda.
Pomyślałam o Zaklęciu Bąblogłowy. Nie jest takie trudne do opanowania…
— Tia.
Pozostaje niepełna transmutacja albo to. — Machnął różdżką w stronę
drzwi, przez które z gabinetu przyleciał słoiczek pełen szarozielonego
kłębowiska przypominającego żelki-węże albo splecione ze sobą szczurze ogony. — Umieściłem
w jego dormitorium książkę o roślinach wodnych, dałem ją jednemu z jego kolegów
z klasy. Myślę, że jak zacznie mu się palić siedzenie, w końcu na nią
trafi.
Poderwałam
się, żeby złapać sunący w powietrzu słój i podsunęłam sobie pod oczy.
— Skrzeloziele
nie tak łatwo zdobyć. Skąd je masz?
— Zwędziłem
Snape’owi, co dla Pottera i jego przyjaciół też nie jest obce.
Przez
moment patrzyłam, jak korzenie leciutko pulsowały, a moje myśli same puściły
się pędem przed siebie jak stado psów spuszczonych ze smyczy. Gnały znajomymi
alejkami pełnymi dobrze znanych mi roślin i bez trudu wywąchały nie tylko
skrzeloziele, ale i filodendron pospolity.
— Gdyby
te nieszczęsne umiejętności pływania, dobrze sprawdziłoby się żucie liści
filodendronu — powiedziałam cicho. — Są dostępne w aptece
na Pokątnej. Ale teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzi do mnie, że
faktycznie czarodzieje więcej uwagi poświęcili zgłębieniu tajników latania niż
przetrwania pod wodą. Jeżeli chcesz, mogę za kilka dni spróbować podpytać Lynn,
jak Potterowi idzie.
— Wolałbym
nie. Im mniej masz z tym coś wspólnego, tym lepiej.
Uśmiech,
którym go obdarzyłam, wydał mi się dużo bardziej naturalny niż wcześniej.
— Bez
obaw. Skonfunfuję ją, jeśli chcesz. Zapomni, że z nią o tym rozmawiałam.
Sposób,
w jaki na mnie po tym spojrzał, wywołał dziwny, choć przyjemny ucisk w żołądku — zupełnie
abstrahując od faktu, że wyraz podziwu pojawił się na tej znienawidzonej,
odpychającej gębie Alastora Moody’ego.
— Skonfundujesz? — spytał
cicho. — Proszę, proszę. Jeżeli to zadziała, to Glizdogon nie mylił
się co do ciebie. Co właściwie jeszcze potrafisz?
Nie
byłam pewna, czy rekomendacja ze strony Pettigrew była czymś, co mogło
połechtać moje ego, ale uznanie z ust Croucha — zwłaszcza po tym, co
wymyślił w temacie dwóch pierwszych zadań — coś we mnie zbudowało.
Jakąś pewność, że moje starania naprawdę coś znaczyły.
— Znam
oklumencję, teleportację, opanowałam cały dział zielarstwa ze szkolnej
biblioteki, przyswoiłam w teorii wiele czarnomagicznych zaklęć i przeciwzaklęć,
potrafię warzyć trucizny i antidota, o ile nie będziesz ode mnie wymagał
odtworzenia z pamięci receptury.
Skrzyżował
ręce na piersiach, a kąciki warg znów drgnęły mu zaczepnie — w
zupełnie komiczny, niepasujący do Moody’ego sposób.
— Sporo
jak na siedemnastolatkę.
Odpowiedziałam
mu tym samym.
— Jak
mówiłam, jestem całkiem bystra — odparłam. — I naprawdę od
lat przygotowywałam się do tego. Może to ci się wydawać naiwne… albo dziwne,
ale szczerze w to wierzyłam. Kiedy miałam sześć lat i później, w wieku
jedenastu, czternastu, siedemnastu… Czułam, że w końcu znajdzie mnie ktoś taki
jak ty.
— Rozumiem
cię. Kto jak kto, ale ja rozumiem cię we wszystkim, co mówisz — rzekł. — I
nadajesz się do tego, Macy Rosier.
Serce,
które jeszcze sekundę wcześniej drżało mi w piersi jak wielka guma, zamarło.
Atmosfera w pokoju zmieniła się. Stała się gęsta i ciężka, zdawała się oblepiać
każdy cal skóry jak zimna, listopadowa wilgoć poranka. Poczułam, jak kąciki ust
opadły mi jak pod wpływem ciężarków przyczepionych na haczykach, a on wciąż się
uśmiechał. Nie mogłam tego zrozumieć. Ten uśmiech wydał mi się nagle jakimś
karykaturalnym grymasem — nawet jak na twarz Moody’ego.
Otworzyłam
usta, nie wiedząc po co. Chcąc się wytłumaczyć, przeprosić, domagać się
wyjaśnień…
W
głowie huczało mi od pytań, ale nie byłam w stanie żadnego zadać.
Nie
mogłam więcej na niego patrzeć. Wybełkotałam coś, sama nie byłam w stanie
siebie zrozumieć. Nogi miałam jak z drewna, ale jakimś cudem cofnęłam się
najpierw o krok, później o drugi i za chwilę byłam już za drzwiami. W następnej
chwili pędziłam opustoszałym ciemnym korytarzem na oślep przed siebie.
Dopiero
na ruchomych schodach zdałam sobie sprawę, że wciąż ściskałam w dłoniach słoik
ze skrzelozielem.
Kiedy
to odkrył? Zmusił swojego ojca, żeby ten wyniósł jakieś dokumenty z
ministerstwa? A może wiedział od początku? Spodziewałam się, że w końcu pozna
prawdę, ale i tak miałam wrażenie, jakby jakieś fundamenty runęły. Paliło mnie
w gardle — nie miałam pojęcia dlaczego.
Pierwszy
raz poczułam się naprawdę nieswojo z własnym kłamstwem.
~angi_414
OdpowiedzUsuń11 grudnia 2010 o 16:09
Pierwsza? xd ide czytać.!
11 grudnia 2010 o 16:18
UsuńOui, gratuluję xD
~angi_414
OdpowiedzUsuń11 grudnia 2010 o 16:46
fajny rozdział, ale nie moge się doczekać kiedy już skończy się ta część i Voldzio sie odrodzi. : ) tak jak napisałaś będzie więcej akcji itd. xD
12 grudnia 2010 o 07:38
UsuńAno, wtedy dopiero będę mogła niektóre wątki rozwinąć xD
~soft love
OdpowiedzUsuń11 grudnia 2010 o 19:39
Jej. Rozdział świetny. Jak ja lubię Barty’ego! Mam nadzieje, że akcji będzie z odcinka na odcinek coraz więcej.Pozdrawiam:
12 grudnia 2010 o 07:38
UsuńA kto go nie lubi? No nikt xD
~olka
OdpowiedzUsuń11 grudnia 2010 o 22:15
Wydaje mi się że Nelly i Macy się szybko pogodzą…………..Pozdrawiam.
12 grudnia 2010 o 07:39
UsuńMoże i tak, ale to jeszcze nie koniec problemów z Jerrym.
~Florence.
OdpowiedzUsuń12 grudnia 2010 o 12:29
Świetny był ten rozdział. Ale Nelly się zakochała. Ja (Tak jak Macy) też nie lubię takich typków. Jerry musi być zaskoczony, że opiera mu się dziewczyna ;D. Ach, Bardzo mi się podobał fragment o Barty’m. Uwielbiam go. Dziękuję za dedykację. Nie spodziewałam się. ; *Pozdrawiam i duuuuużo weny życzę.{ rozkoszne-noce }{ ich-milosc }{ milosc-na-titanicu }
12 grudnia 2010 o 15:28
UsuńAno xD Kto go nie lubi xD
~Sheirana
OdpowiedzUsuń16 grudnia 2010 o 18:22
No dobra, przeczytałam od początku i strasznie mi się spodobało ;) Ten rozdział oczywiście też. Super ;).O nn na tym blogu też mnie informuj, dobrze? :)Pozdrawiam.[sheirana]
18 grudnia 2010 o 11:52
UsuńOk, spoko, jak się na mojego kompa dostanę, to Cię wpiszę xD
~Sheirana
Usuń18 grudnia 2010 o 14:41
Spoko ;D A ja Cię jeszcze podręczę – kiedy coś nowego na Dark Love Riddle? Bo ja się już doczekać nie mogę xD[sheirana]
18 grudnia 2010 o 19:59
UsuńSory, ze bez polskich znakow, ale z komorki pisze, chcialam od razu odpowiedziec. Nie wiem, kiedy, mam nadzieje, ze we czwartek. Rozumiesz, w poprzedni czwartek wywiadowka byla, szlaban na kompa to standart, przywyklam. Mam nadzieje, ze wytrzymacie tyle? Przepraszam, po prostu sila wyzsza.
~Sheirana
Usuń18 grudnia 2010 o 23:54
Aha, rozumiem. Współczuję. Hmm… No, jakoś może przeżyję ;p Zresztą u Ciebie notki i tak są bajecznie często, ja ostatnio opublikowałam u siebie nowy rozdział po 3 miesiącach xD[sheirana]
19 grudnia 2010 o 13:27
UsuńNo, ja piszę rozdziały w zeszytach i na kartkach. Wczoraj skończyłam rozdział nr 10 na to opowiadanie. Noo, akcja leci bardzo szybko, przyznam. Jak przeczytasz końcówkę rozdziału 10, to powiesz to samo xD ;>
nitus11@buziaczek.pl
OdpowiedzUsuń26 grudnia 2010 o 16:13
[SPAM] TAJEMNICE-SERCA.BLOG.ONET.PLJeśli nie tolerujesz spamu, proszę, usuń ten komentarz. Powstało nowe opowiadanie i żeby ktoś się o tym dowiedział, zostawiam tę wiadomość właśnie u Ciebie.Zainspirował mnie film, a mam tu na myśli „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”. Akcja zaczyna się tydzień po powrocie z Narnii. Dwie córki Ewy i dwóch synów Adama stara się żyć, jak wcześniej. Czy im to się uda? Czy unikną ponownego spotkania z magiczną krainą? Czy chcą tam wrócić? Co przyczyni się do podjęcia decyzji?Mam nadzieję, że Cię zainteresowałam. Jeśli nie, usuń ten komentarz. Natomiast jeśli masz ochotę, wejdź i przeczytaj prolog. Będzie mi bardzo miło :)LacrettPS Przepraszam za SPAM