11 grudnia 2010

8. Smoki i kłamstwa


Choć dobrze znałam cały plan Harry’ego Pottera na jego smoka, podniecenie całej szkoły we wtorkowe przedpołudnie udzieliło się i mnie. Obiad praktycznie w siebie wmusiłam, zerkając na bladozieloną Fleur Delacour siedzącą kilka krzeseł dalej w otoczeniu swoich kolegów i koleżanek z Beauxbatons. Ze zdziwieniem odkryłam, że w odróżnieniu od Cedrika Diggory’ego i Wiktora Kruma — ku uciesze Nelly — nikt jej nie pocieszał, nie zagadywał, żeby odwrócić uwagę od tego, że za godzinę stanie twarzą w twarz z ziejącą ogniem bestią. I może gdyby nie historia, którą usłyszałam od Gastona, zrobiłoby mi się żal Francuzki. Przyglądałam się ukradkiem, jak madame Maxime wyprowadzała ją z Wielkiej Sali, zapewne po to, żeby reprezentanci mogli się przygotować. Profesor McGonagall robiła to samo z Potterem, a Sprout z Cedrikiem Diggorym. Po Wiktorze Krumie i Karkarowie nie było już śladu. 

— Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałam — mruknęłam, gdy kwadrans później razem z Dubois i Moulinem maszerowaliśmy gdzieś w środku pochodu Krukonów przez zatłoczony hol. — Dyrektora Durmstrangu. 

— Pewnie w jakiejś gazecie — odparła niefrasobliwie Nelly, próbując dojrzeć ponad tłumem to, co majaczyło przez otwarte na oścież drzwi. — Dyrektorzy szkół są całkiem popularni, w naszych gazetach nie ma miesiąca, żeby nie pisali o Dumbledorze. 

— Problem w tym, że ja nie bardzo czytam gazety. 

Wyszliśmy na zewnątrz i ze szczytu schodów od razu dało się widzieć olbrzymi ciemnozielony namiot prawie przyklejony do skraju Zakazanego Lasu i ciągnące się za nim wysokie, solidne ogrodzenie, a w dużej odległości od płotu w półkolu ustawiono trybuny podobne do tych otaczających boisko do quidditcha. Nelly zaczerpnęła gwałtownie powietrza. 

— Chodźcie szybciej! — ponagliła nas, machając rękami. — Bo pozajmują najlepsze miejsca! Szybko! 

Przecisnęła się między Krukonami, żeby wydostać się poza ścieżkę i puściła się pędem ku czarnym, drewnianym wieżyczkom, a my, chcąc nie chcąc, podążyliśmy za nią. Trawa, po której biegliśmy, była mokra i śliska od padającego w nocy deszczu, ale Dubois to nie powstrzymało. Dopadła do wejścia jako pierwsza i przyglądała się, szczerząc zęby, jak ostrożnie parliśmy naprzód, żeby nie upaść i zjechać na tyłkach ze wzgórza. 

— Nie mogę się doczekać! — zawołała, kiedy jako jedni z pierwszych zajmowaliśmy miejsca na ławie przy samej balustradzie. — Podobno mają z kimś walczyć, chociaż wczoraj widziałam, jak Delacour ćwiczyła na naszych koniach jakieś zaklęcia wprowadzające w trans czy coś takiego… 

Nie tylko Nelly miała swoje hipotezy dotyczące tajemniczego zadania. Już w dormitorium obiło mi się o uszy coś o losowaniu przeciwników, z którymi uczestnicy mieli się pojedynkować, a widok olbrzymiej areny w kształcie elipsy tylko utwierdzał w tym przekonaniu. Inni uważali to za zupełnie poroniony pomysł i forsowali teorię o łapaniu jakiegoś dzikiego magicznego stworzenia („W końcu w którymś tam roku trzeba było złapać żmijoptaka”), a obecność w Hogsmeade kilkunastu pracowników z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami znakomicie się z tym łączyła. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś miejsca dla sędziów, ale w tym samym momencie na arenie pojawili się ubrani w identyczne kombinezony ze smoczej skóry mężczyźni — każdy uzbrojony w różdżkę i coś przypominającego długi, gruby metalowy pręt. Jeden  z pracowników ustawił na ziemi drewnianą skrzynię i zaczął wyciągać z niej olbrzymie, przypominające strusie jaja. Choć wiedziałam, co za chwilę zobaczę, poczułam skurcz tremy w żołądku. 

— Och! — wyrwało się Nelly, gdy zza namiotu wyłonił się kolejny tuzin czarodziejów ciągnących za gruby łańcuch gigantycznego smoka o srebrno-niebieskich łuskach. 

— Putain! — rzucił pod nosem Gaston. 

Skórzaste skrzydła, które gad miał stulone przy bokach, wystrzeliły w górę, gdy tylko czerwone ślepia wypatrzyły kupkę jaj ułożonych na ziemi pod ogrodzeniem. Jednym susem przeskoczył jakieś trzysta stóp, lądując miękko na jego szczycie, a pierwsze rzędy w trybunach (wraz ze mną) odchyliły się gwałtownie do tyłu. Przełknęłam z trudem, starając się opanować serce cisnące się do gardła. 

— Dokładnie tak, proszę państwa! — zagrzmiał magicznie wzmocniony głos Ludona Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci będą musieli wykazać się odwagą i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się! Każdy z uczestników ma tylko przejść obok swojego smoka i zdobyć złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się wskazówka dotycząca Drugiego Zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem wspaniały szwedzki krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego! Cedrik, zapraszam do nas! Przetrzyj szlaki pozostałym! 

Pierwszy szok błyskawicznie zmienił się w ekscytację i trybuny eksplodowały brawami porównywalnymi do tych, które rozbrzmiały przy stole Puchonów podczas wyboru reprezentantów. W wejściu do namiotu pojawił się Diggory. Nawet z tej odległości dało się zauważyć potworną bladość jego przystojnej twarzy. Na arenie został tylko on i gad. Obaj nie wyglądali na zaskoczonych tym spotkaniem, przy czym bestia rozłożyła skrzydła jeszcze szerzej, jakby spodziewała się, co chłopak miał zamiar zrobić. Stali przez chwilę, wpatrując się w siebie, aż Cedrik uniósł różdżkę, wycelował nią w jeden z kamieni leżących u stóp smoka i… 

— Co on wyprawia? — syknęła Nelly, gdy w miejscu skały pojawił się biszkoptowy labrador. 

— Chiba… dekoncentrui go — bąknął Gaston, mrużąc ciemne oczy. 

Miał rację. 

Przez jakiś czas czaił się prawie w bezruchu, sterując psem tak długo, aż wielkie, czerwone ślepia podążyły za nim. Labrador to podbiegał, to uciekał, czołgał się na ugiętych łapach w stronę jaj, to nagle odskakiwał, aż z przepastnej smoczej gardzieli dało się słyszeć głuche bulgotanie. Pierwsze rzygnięcie ogniem wywołało we wszystkich dzikie podniecenie, Nelly poderwała się na nogi i wychyliła mocno za balustradę, żeby zobaczyć, czy Cedrik uszedł z życiem. 

— Ooooch, prawie go trafił! — ryczał Bagman. Jego żywiołowe komentarze jeszcze bardziej podgrzały atmosferę. — Ledwo, ledwo… oj, to bardzo ryzykowne, baaardzo ryzykowne… I znów prawie go trafił! 

Jeszcze jedna fontanna ognia wystrzeliła w stronę psa, który puścił się pędem w stronę namiotu. Smok wyciągnął daleko głowę, zamachał skrzydłami i w tym samym momencie Diggory — pochylony jak jego własny labrador — ruszył śmiało w kierunku błękitnych jaj. Wśród nich wyraźnie odznaczało się jedno — złote i o wiele większe. Widownia zastygła w oczekiwaniu, Nelly wstrzymała oddech, ja zamarłam z palcami zaciśniętymi na barierce, aż rogaty łeb obrócił się z powrotem w kierunku gniazda i w momencie, gdy ręka Puchona sięgała po jajo, pysk rozwarł się, wypuszczając trzeci snop ognia. 

— I jest! — zawołał komentator, nie zważając na płomienie trawiące rękaw chłopaka. — Ma złote jajo! A teraz oceny sędziów!

Czarodzieje w kombinezonach, którzy nie wiadomo kiedy pojawili się przy ogrodzeniu, natychmiast wskoczyli na arenę, by okiełznać smoka. Jeden z mężczyzn pomógł Cedrikowi ugasić palącą się szatę. Gdy na przedramieniu mignęło coś czerwonego, poczułam na karku nieprzyjemny dreszcz. 

— Zut… ci smoki to naprawdę nie żarty — westchnął Gaston, ocierając sobie rękawem czoło, podczas gdy w drzwiach namiotu pojawiła się właśnie zapowiedziana Fleur Delacour. 

Nelly nawet nie próbowała ukryć mściwego uśmieszku, gdy tamta zrobiła pierwszy nieśmiały kroczek — naprawdę malutki, byle odległość dzieląca ją i smoka pozostała jak największa. O ile Diggory przynajmniej próbował zachować fasadę spokoju, Francuzka nie potrafiła opanować nerwów. Dygotała na całym ciele, choć jej walijski zielony — szczupły, mocno przypominający jaszczurkę ze skrzydłami — sprawiał wrażenie o połowę mniejszego od tego, z którym miał zmierzyć się Cedrik. 

A jednak mimo słabo wyglądających nóg i niemożliwego do opanowania dygotania uniosła różdżkę, wymamrotała jakieś zaklęcie, wpatrując się bez mrugnięcia w okrągłe, pełne zaciekawienia oczy otoczone jasnozieloną łuską i… coś się zaczęło dziać. 

Stworzenie najpierw tylko wpatrywało się uważnie we Fleur, przechylając łeb to w jedną, to w drugą stronę, po minucie czy dwóch zaczęło łagodnie się kiwać… 

Inaczej niż w przypadku Diggory’ego nikt na trybunach nie odważył się wydać z siebie dźwięku. Nawet Bagman zdawał się rozumieć, co robiła Fleur, bo poza smoczym dyszeniem dało się słyszeć tylko jego własne — wciąż magicznie zwielokrotnione. 

— Hipnotyzuje go czy co? — wyszeptał jakiś chłopak siedzący tuż obok. 

Tak chyba w istocie było, ponieważ wąski, przypominający wężowy łeb opadł i ten moment wykorzystała Fleur. Podobnie jak Cedrik ruszyła na drżących nogach do gniazda. Twarz błyszczała jej od potu jak srebrna połówka księżyca, ale parła naprzód krok za krokiem, stopa za stopą, podczas gdy trybuny wstrzymały oddech. Ja również, choć wcale jej nie kibicowałam.

Zerknęłam na Nelly. 

Siedziała napięta jak kot czający się do skoku, wargi miała zaciśnięte, brwi zmarszczone — nie wiedziałam, czy ze strachu o powodzenie, czy o życie byłej przyjaciółki. 

I znów przez tłum na trybunach przeszła fala podniecenia, ale — drugi raz jak w przypadku Diggory’ego — o ułamek sekundy za wcześnie. W momencie, gdy Delacour wyciągnęła rękę po złote jajo, smok drgnął, zacharczał jak wybudzony ze snu i zanim dziewczyna zdążyła zareagować, rzygnął strumieniem ognia. Dubois zerwała się na równe nogi i krzyknęła niemo, zagłuszona przez wrzeszczących ludzi. 

— Oj, to chyba nie było za mądre…! Och, o włos, musnął ją o włos… NIE! Trafił, trafił, ale całe szczęście umknęła w ostatniej chwili! Na gacie Merlina, myślałem, że już po niej! 

W tym samym momencie spod kłębowiska czerwonych płomieni wybiegła Fleur — przerażona, cała pokryta sadzą i z resztką dogasającego rękawa, ale i ze złotym jajem przyciśniętym do piersi jak małe dziecko, które właśnie ocaliła z pożaru. Pędziła, ile sił w nogach, podczas gdy mężczyźni w kombinezonach już pojawili się, żeby poskromić smoka. 

Oklaski potoczyły się przez błonia z intensywnością wystrzału armat i trwały, dopóki dziewczyna nie zniknęła za namiotem, otrzymawszy od sędziów trzydzieści sześć punktów.

— Póki co prowadzicie — zagadnęła mnie Nelly, obserwując, jak czarodzieje szarpali się z nowymi łańcuchami. Nie brzmiała na zawiedzioną, choć po zejściu Fleur oddech wciąż miała rwany. 

— Wydaje mi się, że Krum to też mocny zawodnik. 

Jak do tej pory jako jedyny z całej trójki nie okazał strachu na widok swojego smoka, choć ten prezentował się naprawdę groźnie. Chiński ogniomiot — jak zapowiedział Bagman — był znacznie większy od walijskiego zielonego, ale gładka, czerwona łuska, złote kolce ciągnące się wzdłuż grzbietu i zdobiące cały pysk upodabniały go do bestii z piekła rodem. Na widok Bułgara natychmiast strzelił w niego wąskim pióropuszem ognia, tak, że Krum musiał ratować się ucieczką. Kompletnie nie znałam się na lataniu, a jeszcze mnie na quidditchu, ale nawet ja doceniłam refleks, jakim się wykazał, a bycie najlepszym zawodnikiem ostatniego roku z całą pewnością dużo mu pomogło. 

Bagman był w swoim żywiole. 

— Jak ten chłopak się rusza! Tak! Widać, że krew ścigającego daje o sobie znać! Uuu, to było śmiałe! Ryzykowne… Ajajajaj! 

Przeraźliwy ryk zagłuszył resztę komentarza i oklaski widzów, a Krum wykonał bardzo szybki obrót, rzucił się na ziemię i przeturlał się tak, by umknąć przed jeszcze jednym podmuchem ognia. Na trybunach zrobiło się nagle niesamowicie ciepło. Poczułam bardzo wyraźnie zapach siarki — dużo mocniej niż przy dwóch poprzednich uczestnikach, a kiedy smok dźwignął się na tylne łapy i zamachał skrzydłami, strach poważnie ścisnął mi żołądek. Owszem, łańcuch trzymający bestię przykutą do ziemi wyglądał solidnie, ale umięśnione nogi, ostre pazury i paszcza naszpikowana długimi zębami również… 

Całe szczęście chiński ogniomiot nie dostał więcej okazji na wyplucie z siebie kolejnej ognistej strugi, bo Krum nagle poderwał się na nogi, machnął różdżką jak z bicza i zaklęcie uderzyło smoka prosto w oczy. Gad zaryczał przeraźliwie i w tym samym momencie Bułgar rzucił się w kierunku złotego błysku. 

W ostatniej chwili. 

Wszyscy zamarli jak wtedy, gdy Fleur zniknęła pod kurtyną śmiercionośnych płomieni — w miejscu, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej pojawił się chłopak, grzmotnęła ogromna smocza łapa, miażdżąc połowę purpurowych jaj. 

— Iiii… mamy to! Brawa dla pana Kruma! — wrzeszczał ile sił w płucach Bagman jeszcze długo po tym, jak Bułgar zniknął w namiocie. — Tak! To był najbardziej ekscytujący jak do tej pory występ! A teraz zobaczymy, co zaprezentuje nam Harry Potter! Wisienka na torcie z emocji, moi drodzy! Naszemu najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa bestia, jaką udostępniło nam Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę państwa, przed nami rogogon węgierski! To jeden z największych, najniebezpieczniejszych smoków, nad którym czarodziejska różdżka była w stanie zapanować. Rogogon zieje na odległość pięćdziesięciu stóp, ale to i tak nie ma znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo, trzeba podejść praktycznie pod same łapy, a samice tego gatunku są piekielnie terytorialne, tak więc uważaj, Harry! Zapraszamy cię! 

Im dłużej Bagman mówił, w tym ciaśniejszy supeł wiązały się moje wnętrzności. Tym razem nie tuzin, a przynajmniej dwudziestu mężczyzn wprowadziło na scenę olbrzymiego, pokrytego kolcami gada i pierwszy raz przez widownię przebiegł szmer westchnień. Rogaty łeb pokrywała błyszcząca niczym smoła czarna łuska, podobnie całą resztę ciała i długi, ruchliwy ogon. Pozwolił łaskawie wycofać się ludziom z ministerstwa, wydając z siebie ostrzegawcze gulgotanie. Żółte, kocie ślepia śledziły pilnie każdy ruch na arenie. 

W tym ruch u samego wejścia do namiotu. 

Serce ścisnęło mi się na ten widok. Harry Potter — chudy, niski jak na czternaście lat, z różdżką wycelowaną w trawę — wyglądał jeszcze bardziej żałośnie niż telepiąca się ze strachu Fleur. Wyszedł co prawda tym samym spokojnym krokiem co Krum, ale nie powitały go żadne oklaski. Wszyscy śledzili każdy jego krok. 

Wszyscy łącznie z rogogonem. 

Chłopak uniósł powoli różdżkę, wargi wypowiedziały bezgłośnie jakieś zaklęcie i… 

Nic się nie stało. 

Czując po swojej prawej stronie wyprężoną w napięciu Nelly, sama nie byłam w stanie się poruszyć. Zamiast obserwować to, co działo się na terenie ogrodzenia, przeczesałam wzrokiem przeciwległe trybuny, ale były tak daleko, tak zapchane kolorowymi czapkami i płaszczami, że odnalezienie wśród nich tego jednego graniczyło z cudem. 

Crouch nie chciał mi zdradzić sposobu, jaki podrzucił chłopakowi na rozwiązanie jego smoczego problemu. 

Będziesz mieć niespodziankę, powiedział wczoraj wieczorem i odszedł żwawo w kierunku zamku. 

Niespodzianka po zbóju. Zaklęcie, które nawet nie zadziałało. 

Napięcie narastało, ludzie zaczynali się kręcić, patrzeć po sobie, nachylać się do swoich sąsiadów i szeptać. Niektórzy uśmiechali się złośliwie. Potter musiał to widzieć, bo opuścił różdżkę i stał tak w bezruchu z coraz bardziej głupią, rozpaczliwą miną, aż nagle rozległ się odległy świst, Nelly spojrzała w niebo, chłopak po mojej lewej stronie uniósł się na ławce i pokazał palcem na ciemny, podłużny kształt, który niczym rzucona zapałka zbliżał się w kierunku Pottera. 

— Też to widzisz? — rzuciłam szybko do koleżanki i szturchnęłam ją mocno w ramię. 

— Zaraz… to miotła? 

Nie odpowiedziałam, bo sama nie byłam pewna, dopóki przedmiot nie zaczął zbliżać się do Pottera niczym metalowa igła przyciągana przez magnes. Smok z zainteresowaniem przyglądał się tej nietypowej scenie, przechyliwszy łeb na bok, dopóki chłopak nie wskoczył na miotłę z taką szybkością, że stał się tylko czarną smugą. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dopingowany przez ryczący tłum. 

— Oooch, spójrzcie na to! — zawołał Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i bulgot wzburzonego smoka. — Tylko na to spójrzcie! 

Odleciał wysoko, bardzo wysoko, tak, że przez moment był jedynie ciemną kropką na tle szarych, rozmazanych chmur. Nabrałam gwałtownie powietrza, widząc, jak w następnej chwili zaczął spadać, kierując miotłę prosto na smoka. Jaszczur śledził go przez chwilę, coraz energiczniej potrząsając łbem, jakby oganiał się od muchy. 

A ta mucha okazała się wyjątkowo natrętna. 

Harry Potter nurkował, podrywał miotłę, to okręcał się z nią w powietrzu, jakby nie krępowała mu ruchów. Jakby zasady fizyki go nie dotyczyły. Błyskawicznie rozwścieczył smoka, który zionął ogniem raz i drugi, ale kiedy mucha wciąż niebezpiecznie to zbliżała się, to oddalała od jaj, zaczął wymachiwać ogonem jak naszpikowaną kolcami maczugą. Kilka razy było naprawdę blisko — aż poderwałam się na nogi, zakrywając usta rękami, lecz rogogon zdołał co najwyżej musnąć jednym ze szpikulców ramię Gryfona. 

— Co za talent! Patrzcie, jak ten chłopak lata! — Bagman był szczodry w swoich pochwałach przy każdym z zawodników, ale nad Harrym wprost się rozpływał. — Panie Krum, widział to pan? Chyba rośnie panu konkurencja! O taak! 

Tłumem wstrząsnęła kolejna eksplozja oklasków, bo Potter znów wzbił się wysoko ponad teren Pierwszego Zadania, zrobił nad głową smoka kilka okrążeń, aż tamten stanął na tylnych łapach. Zamachał skrzydłami, jakby sam miał zamiar wzbić się w powietrze, ale w momencie, gdy otworzył pysk, charcząc wściekle, w tej samej sekundzie ciemny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy jego nogami i złotego jaja już nie było. 

Potter zniknął, ale tylko na moment. Pojawił się nad trybunami, szybując bezpiecznie tuż ponad naszymi głowami. Wśród narastających braw i okrzyków, które wyraźnie uformowały się w słowo „Potter! Potter!”, Bagman wrzeszczał ochryple jak opętany: 

— Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! Tak, pan Potter ma szansę na wygraną! Co za zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy, jakie noty! 

Gryfon wylądował miękko na trawie i na drżących nogach pomaszerował z powrotem do namiotu, podczas gdy strażnicy usiłowali okiełznać wściekłego smoka. Obejrzałam się na Nelly, która z błyszczącymi oczami patrzyła jeszcze na miotającego się w łańcuchach rogogona, a ja zdałam sobie sprawę, że również stałam przy barierce i z całej siły trzymałam kciuki. Serce łomotało mi w piersi jak szalone. Odetchnęłam głęboko i aż zakręciło mi się w głowie, jakbym przez ostatnie minuty to moją szyję faceci w kombinezonach okręcili łańcuchem. 

— No… trzeba mu przyznać, pomysł miał dobry — powiedziała w końcu, gdy usiadłyśmy, żeby obejrzeć oceny sędziów. — Z początku myślałam, że to niesprawiedliwe, że zgodzili się zaakceptować to oszustwo, ale teraz, kiedy tak na to patrzę… Potter chyba nie wiedział, na co się pisał, co nie? 

Przytaknęłam, nie chcą wdawać się z nią w dłuższą dyskusję na jego temat. Myślami już byłam na rozmowie z Crouchem i liczyłam, że może i on chociaż trochę chciał omówić ze mną to zadanie. 

— Ach, oczywiście — syknęła Nelly, ale nie bez żalu, gdy na ciemniejącym szybko niebie pojawiły się fioletowe liczby, dając ostatecznie ocenę w postaci czterdziestu punktów. — Chłopiec, Który Przeżył jak zwykle na topie. 

Nie wiedzieć czemu, poczułam jakieś nieprzyjemne ukłucie niepokoju. 

— Co to znaczy? — zapytałam automatycznie, klaszcząc uprzejmie, dopóki wstęgi nie zniknęły. 

— Nic, po prostu dowiedziałam się o nim od różnych ludzi i ciągle mu się coś przytrafia. Pewnie nie może żyć bez uwagi… musi mieć niezłe ego, nawet ja nie ryzykowałabym życiem dla sławy. Nie w tym wieku… 

— Nie wiem, może — mruknęłam, nie wiedząc, co mogłabym więcej powiedzieć. 

Całe szczęście rozmowa o Potterze naturalnie się urwała, ponieważ ludzie zaczęli wstawać i przeciskać się do wyjścia, chcąc jak najszybciej znaleźć się na dole. Byłam przekonana, że przynajmniej połowa miała nadzieję spotkać któregoś z uczestników. Wiktor Krum i lot Gryfona nadal nie schodziły z ust. 

Schodząc w dół ciasną klatką schodową, czułam się rozdarta. Z jednej strony miałam nadzieję, że te dwie godziny, które zostały do kolacji, spędzę z Nelly i Gastonem w zamku, z drugiej przyłapałam się na tym, że w tłumie na błoniach wzrokiem szukałam topornej sylwetki Moody’ego. Z przymusu wyboru uwolniła mnie madame Maxime. Z niezmiennym wyrazem chłodnej obojętności wezwała wszystkich swoich uczniów, ustawiła w rzędzie i z Fleur po swojej prawicy pomaszerowała w kierunku powozu, zatem do szkoły wróciłam zupełnie sama. 

Nie udałam się jednak do wieży razem z resztą podekscytowanych Krukonów. 

Wmieszałam się w koszmarnie głośny tłum Gryfonów i oddzieliłam się dopiero przy schodach prowadzących na drugie piętro. Kiedy skręciłam w korytarz zdominowany przez klasy i składziki na miotły, hałasy ustały, jedynie echo niewyraźnych okrzyków i rozmów niosło się jeszcze przez chwilę, dopóki nie zatrzymałam się pod gabinetem nauczyciela obrony przed czarną magią. Tu panowała prawie grobowa cisza. 

Rozejrzałam się niepewnie w poszukiwaniu niechcianych oczu, ale nawet obrazy wiszące na ścianach w przerwie między drzwiami przedstawiały wyłącznie szkockie krajobrazy i tamtejszą magiczną faunę. 

Unosząc rękę do pukania, zawahałam się. Nie bywałam w gabinetach nauczycieli. Nigdy nie odrabiałam szlabanu, nigdy nie uczestniczyłam w żadnych konkursach ani nie miewałam problemów wymagających takich odwiedzin. Samo to wywoływało we mnie bolesne kurczenie się wnętrzności, a kiedy pomyślałam sobie, że prawdopodobnie gdzieś tam za drzwiami znajdował się prawdziwy Alastor Moody… 

Przedłużający się brak odpowiedzi coraz bardziej utwierdzał mnie w przekonaniu, że przyszłam zbyt wcześnie, ale w końcu z głębi pomieszczenia dało się słyszeć głośne sapanie i narastający stukot drewna o kamień.

Wpuścił mnie do środka, lustrując magicznym okiem przestrzeń za mną. Twarz miał zaczerwienioną, całą w plamach i dziwnie ożywioną. Z sercem dudniącym w okolicy przełyku przystanęłam na moment, rozglądając się po pomieszczeniu tak bardzo zawalonym przeróżnymi uszkodzonymi magicznymi przedmiotami, że nawet gdybym miała dwoje dodatkowych czarodziejskich oczu Moody’ego, nie byłabym w stanie wszystkiego ogarnąć. Niektóre przedmioty rozpoznałam. Potrzaskane fałszoskopy o różnych kształtach i rozmiarach oraz czujniki tajności widziałam kiedyś u wuja Irvinga, ale Szalonooki posiadał w swojej kolekcji jeszcze olbrzymie pęknięte lustro z poruszającymi się w niej nieustannie czarnymi kształtami postaci, coś, co przypominało żyrandol ozdobiony mnóstwem szklanych gałek ocznych, kolekcja złotych prętów, klatkę pełną agresywnych książek oplecionych dodatkowo łańcuchami… 

Crouch trącił mnie sugestywnie końcem laski w plecy i gdyby nie to, pewnie nadal chłonęłabym wzrokiem te wszystkie cuda. 

Zaprowadził mnie do pokoju za drzwiami, których w pierwszej chwili nie zauważyłam między dwoma regałami uginającymi się pod ciężarem słojów i fiolek z eliksirami. Sypialnia drastycznie różniła się od pierwszej części gabinetu. Żadnych prywatnych akcentów, żadnych zdjęć czy bibelotów, ani jednego wykrywacza czarnej magii, jedynie kurz zalegający na pustych półkach. W centralnym miejscu stało wielkie łóżko z czterema kolumienkami — bardzo podobne do naszych, ale znacznie większe i bardziej wykwintnie zdobione. Poza samotnym kawowym stolikiem i przyciśniętym do niego staromodnym fotelem pokój prezentował się wyjątkowo pusto i smutno. Wypłowiały gobelin przykrywający całą kamienną ścianę nie wnosił tu ani ziarnka przytulności i nawet temperatura wydawała się niższa niż w reszcie zamku, choć w kominku buzował ogień. 

Przysiadłam sztywno na brzeżku fotela, który wskazał Crouch, a on wyczarował sobie krzesło i opadł na nie z cichym stęknięciem.

— Jedno z głowy — westchnął. Wyglądał na zmęczonego, jakby nie spał dobrze przez kilka ostatnich nocy, ale koślawe wargi wciąż wykrzywiał mu lekki uśmiech. — Jeszcze dwa. 

— To ty podrzuciłeś mu pomysł z miotłą? Tak myślałam — mruknęłam, gdy kiwnął głową. — Nie boisz się, że ktoś może podejrzewać, że nie on na to wpadł? 

— Nie bardziej niż w przypadku Kruma, Diggory’ego i tej księżniczki Delacour — odparł z nutką pogardy. — Karkarow i Maxime regularnie pracują ze swoimi uczniami, wyłażą ze skóry, żeby strącić Dumbledore’a z piedestału… ale cokolwiek by o Potterze nie powiedzieć, znakomicie lata, tylko potrzebował, żeby go lekko popchnąć. Ale z następnym zadaniem nie pójdzie już tak łatwo. 

Wsunęłam się głębiej w fotel, czując narastające podekscytowanie. 

— Na czym będzie polegało? — zapytałam. — Bagman wspominał, że złote jaja zawierają jakieś wskazówki. 

— Tak, tylko to nie jest takie proste, bo wskazówki trzeba rozszyfrować. I o to martwię się najbardziej. 

— Dlaczego?

Wydał mi się w tej chwili lekko rozdrażniony. Pochylił się i odczepił od kikuta protezę zakończoną stopą z długimi, podobnymi do wilczych pazurami. Przez grzbiet przeszedł mi dreszcz.

— Żeby rozszyfrować wskazówkę, trzeba wpaść na to, że skrzeki, które po otwarciu wydaje jajo, to tekst zaśpiewany w języku trytońskim, a już zdążyłem się zorientować, że ani Lupin, ani Hagrid nie przerabiali z klasą Pottera trytonów. 

— Nie możesz mu znów tego podpowiedzieć? 

— Nie. Maxima i Karkarow, zwłaszcza Karkarow, węszą wokół ludzi Dumbledore’a, więc taka bezpośrednia rozmowa z Potterem to był jeden strzał. Karkarow z wiadomych przyczyn unika oka Moody’ego, ale bez przerwy kręci się tam, gdzie Moody akurat przebywa. Kręci się, podsłuchuje… zresztą nie tylko on. Ty też uważaj na tę dziewczynę z Beauxbatons. Jak znam życie, już pewnie się dowiedziała, że jesteś spokrewniona z Lynn, z jej rodzina dobrze się zna z rodziną Weasleyów. 

— To trochę opera mydlana, nie sądzisz? — wpadłam mu w słowo, kiedy tylko udało mi się wstrzelić w krótką pauzę. Bardzo nie chciałam rozmawiać z nim o Nelly, bo za każdym razem, kiedy padało jej imię, robił się nadmiernie podejrzliwy — nawet jak na mieszankę zbiegłego więźnia z paranoicznym eks-aurorem. — I jak to, Karkarow z wiadomych przyczyn unika Moody’ego? Co to za przyczyny? 

Zamknął usta, przyglądając mi się przez moment, a miał przy tym taką minę, jakby nie był pewien, czy żartowałam, czy nie. 

— Karkarow był śmierciożercą. Niedługo po upadku Czarnego Pana Moody złapał go i umieścił w Azkabanie — wyjaśnił. — Nie przesiedział miesiąca, prawie od razu poszedł na współpracę z ministerstwem i wsypał kilku czynnych śmierciożerców. Kiedy tylko go wypuścili, prysnął za granicę i odbudował się jak gdyby nigdy nic. Stary tchórz. Jeden z pierwszych na mojej liście do odstrzału. 

Poczułam się tak, jakbym trafiła butem na fałszywy stopień — coś tak znajomego, a jednak nadal niemożliwe do przyzwyczajenia się. Teraz wszystko było jasne. Każda komórka mojego ciała krzyczała, gdy Karkarow pojawiał się w polu widzenia. Tak, on wyglądał na takiego. Jego zimne, rybie oczy miały w sobie coś z tchórza. Momentami przypominały oczy Glizdogona — zwłaszcza wtedy, kiedy w okolicy nie było Dumbledore’a. Wszystko, żeby przetrwać. Zamienić się w szczura, wmanewrować w morderstwo dawnego przyjaciela, uciec za granicę, wydać wiernych popleczników Czarnego Pana… 

Może to Moody zabił moich rodziców, ale kto ich wydał? Czy ktokolwiek? 

Nigdy o tym nie myślałam. 

Musiałam cała się spiąć, by udać, że ta informacja niczego we mnie nie wyzwoliła. 

— Trytony — mruknęłam, wpatrując się w swoje ręce na podołku. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak mocno zaciskały się na obszyciu swetra. — No dobrze, a co mówi wskazówka? 

— To jest właściwie zagadka. — Głos Moody’ego wydał mi się jakiś odległy. — Sugeruje, że w wiosce trytonów na dnie jeziora znajdują się zakładnicy, których reprezentanci mają za zadanie uwolnić. Muszą to zrobić w godzinę. 

— Będą musieli walczyć z trytonami?

— Nie. Trytony nie będą ich atakować. W tym zadaniu największą trudnością jest przetrwanie pod wodą. 

Spróbowałam się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miałam jak zamrożona plastelina. Zupełnie nie chciały współpracować. 

— Paradoksalnie chyba wolałabym smoka — mruknęłam. — Nie potrafię pływać. A Potter? Jak myślisz? 

Crouch wydął posiekane usta Moody’ego. 

— Sierota wychowany przez zatwardziałych mugoli znęcających się nad nim na każdym kroku? — Pokręcił z powątpiewaniem głową. — Wątpię, żeby posyłali go na lekcje pływania ze swoim wypieszczonym synkiem. Dlatego wszystko, co wymaga jego ludzkiej formy, odpada. 

I ja wydęłam usta. 

— Szkoda. Pomyślałam o Zaklęciu Bąblogłowy. Nie jest takie trudne do opanowania… 

— Tia. Pozostaje niepełna transmutacja albo to. — Machnął różdżką w stronę drzwi, przez które z gabinetu przyleciał słoiczek pełen szarozielonego kłębowiska przypominającego żelki-węże albo splecione ze sobą szczurze ogony. — Umieściłem w jego dormitorium książkę o roślinach wodnych, dałem ją jednemu z jego kolegów z klasy. Myślę, że jak zacznie mu się palić siedzenie, w końcu na nią trafi. 

Poderwałam się, żeby złapać sunący w powietrzu słój i podsunęłam sobie pod oczy. 

— Skrzeloziele nie tak łatwo zdobyć. Skąd je masz? 

— Zwędziłem Snape’owi, co dla Pottera i jego przyjaciół też nie jest obce. 

Przez moment patrzyłam, jak korzenie leciutko pulsowały, a moje myśli same puściły się pędem przed siebie jak stado psów spuszczonych ze smyczy. Gnały znajomymi alejkami pełnymi dobrze znanych mi roślin i bez trudu wywąchały nie tylko skrzeloziele, ale i filodendron pospolity. 

— Gdyby te nieszczęsne umiejętności pływania, dobrze sprawdziłoby się żucie liści filodendronu — powiedziałam cicho. — Są dostępne w aptece na Pokątnej. Ale teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzi do mnie, że faktycznie czarodzieje więcej uwagi poświęcili zgłębieniu tajników latania niż przetrwania pod wodą. Jeżeli chcesz, mogę za kilka dni spróbować podpytać Lynn, jak Potterowi idzie. 

— Wolałbym nie. Im mniej masz z tym coś wspólnego, tym lepiej. 

Uśmiech, którym go obdarzyłam, wydał mi się dużo bardziej naturalny niż wcześniej. 

— Bez obaw. Skonfunfuję ją, jeśli chcesz. Zapomni, że z nią o tym rozmawiałam. 

Sposób, w jaki na mnie po tym spojrzał, wywołał dziwny, choć przyjemny ucisk w żołądku — zupełnie abstrahując od faktu, że wyraz podziwu pojawił się na tej znienawidzonej, odpychającej gębie Alastora Moody’ego. 

— Skonfundujesz? — spytał cicho. — Proszę, proszę. Jeżeli to zadziała, to Glizdogon nie mylił się co do ciebie. Co właściwie jeszcze potrafisz? 

Nie byłam pewna, czy rekomendacja ze strony Pettigrew była czymś, co mogło połechtać moje ego, ale uznanie z ust Croucha — zwłaszcza po tym, co wymyślił w temacie dwóch pierwszych zadań — coś we mnie zbudowało. Jakąś pewność, że moje starania naprawdę coś znaczyły. 

— Znam oklumencję, teleportację, opanowałam cały dział zielarstwa ze szkolnej biblioteki, przyswoiłam w teorii wiele czarnomagicznych zaklęć i przeciwzaklęć, potrafię warzyć trucizny i antidota, o ile nie będziesz ode mnie wymagał odtworzenia z pamięci receptury. 

Skrzyżował ręce na piersiach, a kąciki warg znów drgnęły mu zaczepnie — w zupełnie komiczny, niepasujący do Moody’ego sposób. 

— Sporo jak na siedemnastolatkę. 

Odpowiedziałam mu tym samym. 

— Jak mówiłam, jestem całkiem bystra — odparłam. — I naprawdę od lat przygotowywałam się do tego. Może to ci się wydawać naiwne… albo dziwne, ale szczerze w to wierzyłam. Kiedy miałam sześć lat i później, w wieku jedenastu, czternastu, siedemnastu… Czułam, że w końcu znajdzie mnie ktoś taki jak ty. 

— Rozumiem cię. Kto jak kto, ale ja rozumiem cię we wszystkim, co mówisz — rzekł. — I nadajesz się do tego, Macy Rosier. 

Serce, które jeszcze sekundę wcześniej drżało mi w piersi jak wielka guma, zamarło. Atmosfera w pokoju zmieniła się. Stała się gęsta i ciężka, zdawała się oblepiać każdy cal skóry jak zimna, listopadowa wilgoć poranka. Poczułam, jak kąciki ust opadły mi jak pod wpływem ciężarków przyczepionych na haczykach, a on wciąż się uśmiechał. Nie mogłam tego zrozumieć. Ten uśmiech wydał mi się nagle jakimś karykaturalnym grymasem — nawet jak na twarz Moody’ego. 

Otworzyłam usta, nie wiedząc po co. Chcąc się wytłumaczyć, przeprosić, domagać się wyjaśnień… 

W głowie huczało mi od pytań, ale nie byłam w stanie żadnego zadać. 

Nie mogłam więcej na niego patrzeć. Wybełkotałam coś, sama nie byłam w stanie siebie zrozumieć. Nogi miałam jak z drewna, ale jakimś cudem cofnęłam się najpierw o krok, później o drugi i za chwilę byłam już za drzwiami. W następnej chwili pędziłam opustoszałym ciemnym korytarzem na oślep przed siebie. 

Dopiero na ruchomych schodach zdałam sobie sprawę, że wciąż ściskałam w dłoniach słoik ze skrzelozielem. 

Kiedy to odkrył? Zmusił swojego ojca, żeby ten wyniósł jakieś dokumenty z ministerstwa? A może wiedział od początku? Spodziewałam się, że w końcu pozna prawdę, ale i tak miałam wrażenie, jakby jakieś fundamenty runęły. Paliło mnie w gardle — nie miałam pojęcia dlaczego. 

Pierwszy raz poczułam się naprawdę nieswojo z własnym kłamstwem. 

___________
Widzicie, dopóki krępuje mnie fabuła czwartej części Pottera, za dużo akcji tu nie wplotę niestety. Ale staram się jak mogę. Dlatego może wszystko dzieje się dość szybko. Muszę chyba nadrobić trochę na Czwórce, bo bardzo zaniedbałam nie tylko tego bloga, ale i opowiadanie.

Miałam ten rozdział publikować wczoraj, ale tata mi Internet wyłączył, było już dość późno. No cóż, mam nadzieję, że się podobało, choć mogłam trochę zanudzić. W końcu dziesięć kartek w Wordzie to trochę jest. Dedykacja dla Florence. :* 

17 komentarzy:

  1. ~angi_414
    11 grudnia 2010 o 16:09

    Pierwsza? xd ide czytać.!

    OdpowiedzUsuń
  2. ~angi_414
    11 grudnia 2010 o 16:46

    fajny rozdział, ale nie moge się doczekać kiedy już skończy się ta część i Voldzio sie odrodzi. : ) tak jak napisałaś będzie więcej akcji itd. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 12 grudnia 2010 o 07:38
      Ano, wtedy dopiero będę mogła niektóre wątki rozwinąć xD

      Usuń
  3. ~soft love
    11 grudnia 2010 o 19:39

    Jej. Rozdział świetny. Jak ja lubię Barty’ego! Mam nadzieje, że akcji będzie z odcinka na odcinek coraz więcej.Pozdrawiam:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 12 grudnia 2010 o 07:38
      A kto go nie lubi? No nikt xD

      Usuń
  4. ~olka
    11 grudnia 2010 o 22:15

    Wydaje mi się że Nelly i Macy się szybko pogodzą…………..Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 12 grudnia 2010 o 07:39
      Może i tak, ale to jeszcze nie koniec problemów z Jerrym.

      Usuń
  5. ~Florence.
    12 grudnia 2010 o 12:29

    Świetny był ten rozdział. Ale Nelly się zakochała. Ja (Tak jak Macy) też nie lubię takich typków. Jerry musi być zaskoczony, że opiera mu się dziewczyna ;D. Ach, Bardzo mi się podobał fragment o Barty’m. Uwielbiam go. Dziękuję za dedykację. Nie spodziewałam się. ; *Pozdrawiam i duuuuużo weny życzę.{ rozkoszne-noce }{ ich-milosc }{ milosc-na-titanicu }

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 12 grudnia 2010 o 15:28
      Ano xD Kto go nie lubi xD

      Usuń
  6. ~Sheirana
    16 grudnia 2010 o 18:22

    No dobra, przeczytałam od początku i strasznie mi się spodobało ;) Ten rozdział oczywiście też. Super ;).O nn na tym blogu też mnie informuj, dobrze? :)Pozdrawiam.[sheirana]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 18 grudnia 2010 o 11:52
      Ok, spoko, jak się na mojego kompa dostanę, to Cię wpiszę xD

      Usuń
    2. ~Sheirana
      18 grudnia 2010 o 14:41

      Spoko ;D A ja Cię jeszcze podręczę – kiedy coś nowego na Dark Love Riddle? Bo ja się już doczekać nie mogę xD[sheirana]

      Usuń
    3. 18 grudnia 2010 o 19:59
      Sory, ze bez polskich znakow, ale z komorki pisze, chcialam od razu odpowiedziec. Nie wiem, kiedy, mam nadzieje, ze we czwartek. Rozumiesz, w poprzedni czwartek wywiadowka byla, szlaban na kompa to standart, przywyklam. Mam nadzieje, ze wytrzymacie tyle? Przepraszam, po prostu sila wyzsza.

      Usuń
    4. ~Sheirana
      18 grudnia 2010 o 23:54

      Aha, rozumiem. Współczuję. Hmm… No, jakoś może przeżyję ;p Zresztą u Ciebie notki i tak są bajecznie często, ja ostatnio opublikowałam u siebie nowy rozdział po 3 miesiącach xD[sheirana]

      Usuń
    5. 19 grudnia 2010 o 13:27
      No, ja piszę rozdziały w zeszytach i na kartkach. Wczoraj skończyłam rozdział nr 10 na to opowiadanie. Noo, akcja leci bardzo szybko, przyznam. Jak przeczytasz końcówkę rozdziału 10, to powiesz to samo xD ;>

      Usuń
  7. nitus11@buziaczek.pl
    26 grudnia 2010 o 16:13

    [SPAM] TAJEMNICE-SERCA.BLOG.ONET.PLJeśli nie tolerujesz spamu, proszę, usuń ten komentarz. Powstało nowe opowiadanie i żeby ktoś się o tym dowiedział, zostawiam tę wiadomość właśnie u Ciebie.Zainspirował mnie film, a mam tu na myśli „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”. Akcja zaczyna się tydzień po powrocie z Narnii. Dwie córki Ewy i dwóch synów Adama stara się żyć, jak wcześniej. Czy im to się uda? Czy unikną ponownego spotkania z magiczną krainą? Czy chcą tam wrócić? Co przyczyni się do podjęcia decyzji?Mam nadzieję, że Cię zainteresowałam. Jeśli nie, usuń ten komentarz. Natomiast jeśli masz ochotę, wejdź i przeczytaj prolog. Będzie mi bardzo miło :)LacrettPS Przepraszam za SPAM

    OdpowiedzUsuń