18 marca 2011

10. Lodowa kąpiel

 

W drugiej połowie grudnia Hogwart opanowała dzika, niemożliwa do opanowania przedświąteczna gorączka. Atmosferę napięcia związaną z nadchodzącym balem było czuć zaraz po zakończeniu Pierwszego Zadania, ale kiedy tylko szkolne wnętrza rozbłysły od światełek, kolorowych łańcuchów i złotych gwiazdek, zdawało się, że nikt nie był w stanie poskromić tego szaleństwa. Im bliżej gwiazdki, tym mniejszą uwagę zwracano na kończący się semestr. Nawet niektórzy nauczyciele bujali w obłokach. 

Nie zachwycał mnie ten mały chaos, ale jedno musiałam przyznać — w tym roku skrzaty domowe naprawdę się postarały. Każdy kąt zamku krzyczał, że zbliżało się Boże Narodzenie. Największą furorę zrobiły oczywiście olbrzymie choinki w Wielkiej Sali. Dwanaście mierzących ponad sześćdziesiąt stóp świerków aż uginało się od czerwonych jagód ostrokrzewu, różnobarwnych bombek wielkości ludzkiej głowy, prawdziwych sów pohukujących spomiędzy obsypanych złotem gałęzi, z nieba — bez względu na pogodę na zewnątrz — spadały płatki śniegu, a na stołach pojawiły się czerwone obrusy wyszywane w maleńkie ostrokrzewy. 

Reszta zamku prezentowała się równie magicznie. Z marmurowych poręczy zwieszały się teraz niemożliwe do stopienia sople lodu, po ścianach pięły się girlandy ubrane w czerwone kokardy, wyszorowane zbroje wyśpiewywały kolędy, a wszędzie unosił się zapach igliwia i pieczonych jabłek z cynamonem. Nie dało się nie czuć świątecznego ducha. Chyba nawet skute lodem serce Snape’a musiało zabić mocniej na widok tych wszystkich wspaniałości, a pogoda tylko podbijała ten gwiazdkowy nastrój. Błonia wyglądały jak wyjęte ze świątecznej kartki. Przed szkołą zaroiło się od bałwanów i ślizgawek, starsi chłopcy w okienkach między lekcjami budowali zasieki, zza których obrzucali się nawzajem śnieżkami, a młodsi starali się za pomocą magii wznieść jak najbardziej ekstrawaganckie igloo. Na początku ferii zimowych szkolne korytarze zazwyczaj pustoszały, ale wyglądało na to, że w tym roku mało kto wracał na święta do domu, a głównym powodem był oczywiście bal. 

Miałam wrażenie, że świat oszalał. A przynajmniej wszystkie dziewczęta, które znałam. Sowy kursowały teraz tam i z powrotem nie tylko podczas porannej poczty, ale bez względu na porę dnia czy nocy, bo choć na liście szkolnej z sierpnia zostały uwzględnione szaty wyjściowe, wszyscy robili zakupy na bal. W naszej sypialni — przeważnie względnie uporządkowanej — zaroiło się od pudełek, pod nogami kłębił się pognieciony szary papier, a kufry moich koleżanek przestały się domykać od nadmiaru butów, rękawiczek, migoczących grzebyków i ozdobnych tiar. Kreacje, tańce i partnerzy — mówiono teraz tylko i wyłącznie o tym i ja jak zwykle czułam się w tych rozmowach wyizolowana. Nawet podczas spotkań z Nelly. 

Kiedy podczas śniadania pierwszego dnia ferii powiedziałam jej, że bożonarodzeniowy wieczór zamierzałam spędzić w dormitorium, wyglądała jak po spotkaniu z bazyliszkiem. 

— Żartujesz sobie, non? — zapytała, kiedy już odzyskała głos. — Robisz sobie ze mnie żarty, bo wiesz, ile ta impreza dla mnie znaczy. 

— Nie — odparłam, wzruszając lekko ramionami. — Nie lubię takich spędów, kiedy jest… no wiesz… głośno, dużo ludzi, tłok… I te pompatyczne stroje, tańce… Zresztą i tak nie mam z kim iść, siedziałabym sama jak palec przy stole. Głupio bym się czuła. 

Zszokowana twarz Nelly odzyskała nieco koloru, a ona sama odetchnęła teatralnie i machnęła ręką, strącając sobie z talerza widelec. 

— D’accord, j’ai compris! Przecież nie pójdziesz sama! — zawołała. — Gaston ma kolegę, który jeszcze nie ma partnerki. Umówimy was! Macy, daj spokój! Nie możesz mi tego zrobić! 

— Przecież nie będziesz sama, masz Gastona i koleżanki… 

— Koleżanki, które kleją się do Delacour, żeby złapać trochę popularności. Dziękuję za takie koleżanki — obruszyła się. — A Gaston to nie to samo. Zobaczysz, będzie merveilleusement, potańczymy, pooglądamy imprezowe dramy… na imprezach ZAWSZE są jakieś dramy… a Jean-Loup jest naprawdę przystojny. 

— Ja… 

— No i nie musimy siedzieć do końca. Będzie fajnie! Gaston! — Klepnęła chłopaka, który zanurkował właśnie po jej upuszczony widelec. — Jak zjesz, pójdziesz i powiesz, że Macy idzie z nim na bal. Ale będzie świetnie! Usiądziemy wszyscy przy jednym stoliku! 

Zaklaskała entuzjastycznie i zwinęła mu z talerza czyste sztućce. 

Pochyliłam się z powrotem nad swoim talerzem, nie do końca pewna tego, co właśnie się wydarzyło, choć w żołądku już czułam ucisk zapowiadający stres. Nie chodziło tylko o głośną muzykę i ludzi. Hogwart na każdej przerwie składał się głównie z hałasu i tłumów, ale były to znajome hałasy i znajome tłumy. Na balu można było spodziewać się wszystkiego. A pojawienie się na nim w towarzystwie zupełnie nieznajomego chłopaka zdecydowanie przekraczało granice mojego komfortu. Ale może właśnie to powinnam zrobić podczas ostatniego roku w Hogwarcie? 

Zaszaleć? 

Popatrzyłam na Gastona i Nelly. Francuz podbierał z talerza swojej dziewczyny pokrojone kawałeczki kiełbasy, a ona szturchała go i krzywiła się, raz po raz wybuchając śmiechem. 

Jak nie teraz, to kiedy? 

Zresztą… nawet lubiłam tańczyć. 

Wyposażona w tę nową pewność siebie i kompletnie nowy pomysł po lekcjach pomaszerowałam prosto do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. Nie zdziwiłam się, że w progu stanął Szalonooki Moody, a nie Barty pod peleryną-niewidką. Dzięki magicznemu oku nigdy nie był zaskoczony, kiedy otwierał, ale tym razem wyglądał na dziwnie napiętego, jakby zaniepokojonego moją wizytą. 

— Nic się nie stało. Po prostu na coś wpadłam i jestem ciekawa, co ty na to — powiedziałam od razu, gdy przeszliśmy do prywatnej części gabinetu. — Chyba że przeszkadzam? 

Omiotłam wzrokiem stolik i jeszcze nie tak dawno prawie pustą szafę, w tej chwili zawaloną równo poukładanymi zwitkami pergaminu. Wyglądało na to, że koniec semestru dopadł i jego. 

— W żadnym wypadku. 

Wyraźnie zadowolony, że mógł się na chwilę oderwać od zbędnej papierologii, skinął różdżką w kierunku gablotki, a dwie filiżanki, cukiernica i metalowa puszka same zaczęły wirować i podskakiwać, jakby przygotowanie herbaty było zadaniem na czas. 

— Mam kuzynkę w Gryffindorze — wypaliłam, siadając na brzegu staromodnego fotela. — Ona ma wszędzie masę koleżanek, pomyślałam, że mogłabym ją podpytać, jak Potterowi idzie z jajem. Jeżeli zwierzył się komuś z trudności albo prosił o pomoc kogoś, kto nie był Ronem Weasleyem i Hermioną Granger, Lynn będzie wiedzieć. 

Spojrzał na mnie z powątpiewaniem swoim zdrowym, przekrwionym okiem. W bezlitosnym, surowym świetle mroźnego popołudnia wyglądał na znacznie bardziej zmęczonego niż zwykle. Blizny i zmarszczki żłobiły w opuchniętej twarzy znacznie głębsze doliny, a podbródek pokrywał cień niedokładnie ogolonego szarawego zarostu. 

— Myślisz, że na tym etapie Potter będzie prosił o pomoc, kogo popadnie? 

— Nie mam pojęcia. Nigdy z nim nie rozmawiałam — odparłam zgodnie z prawdą. — Ale nie znam nikogo bardziej wścibskiego niż Lynn. No i zadaje się z siostrą Rona Weasleya. A myślę, że to najwyższy czas, żeby się dowiedzieć, na czym stoimy. Jeżeli Potter wciąż nie odkrył, jak rozwiązać zagadkę jaja… 

Przetarł wielkimi paluchami czoło i brwi, nadal lekko nachmurzony, a ja poczułam leciutkie ukłucie niepokoju — jakbym przyczyniła się do jego złego humoru, zaburzając mu plan swoim pomysłem. Kiedy tu szłam, miałam wrażenie, że wszystko w nim było dobre, ale teraz… 

— Przepraszam, chyba za bardzo się wtrącam — dodałam szybko. — To jest twoje zadanie, a ja po prostu… nie wiem, chyba mam wrażenie, że za mało robię… Zapomnij, powiedz mi, kiedy będziesz coś potrze… 

— Nie, to nie ty — oznajmił stanowczo, a donośny głos Moody’ego zadudnił mi nieprzyjemnie w płucach. — Wygląda na to, że z ojcem dzieje się to, co w zeszłym roku działo się ze mną. Dużo szybciej, niż podejrzewaliśmy. Glizdogon nie radzi sobie z nim w domu. Ale twój pomysł jest dobry. Jeżeli potrafisz zrobić to tak, by nie wzbudzić podejrzeń, zrób to jeszcze przed balem. 

Ta wiadomość wcale mnie nie pocieszyła, ale tylko przygryzłam wargi i przytaknęłam. Ostatnie, czego w tej sytuacji potrzebował, to moich pytań i silenia się na odpowiedzi. A w temacie Croucha seniora — jak w przypadku ich działań przed porwaniem Moody’ego — im mniej wiedziałam, tym lepiej. 

Znów miałam wrażenie — jak wtedy, kiedy w kuchni odkryłam tamtą skrzatkę domową — że poświęcałam czas na bzdurne rozmyślania, kiedy w tle tak poważnie się gmatwało. Bal bożonarodzeniowy wydał mi się teraz śmiesznie błahy. 

— Dobrze. Zrobię to w niedzielę rano. A co do Croucha… może uda ci się go skontrolować tutaj, przecież zjawi się na balu, prawda? 

— To jest teraz zadanie Glizdogona — odparł półgłosem. — Ojca nie będzie na balu. Taka ilość bodźców, ludzi, emocji… to zbyt niebezpieczne. Zastąpi go jego asystent, też Weasley swoją drogą… W ministerstwie została rozpuszczona plotka, że Crouch jest przemęczony organizacją Turnieju Trójmagicznego, a biorąc pod uwagę fakt, że jego pomocnikiem jest Ludo Bagman, nikt nie wątpi, że jest to żadna pomoc. 

Jeszcze jedno ukłucie, tym razem dużo mocniejsze. 

Nie musiał mi mówić, w jaką stronę to zmierzało. 

— Rozumiem. No… dobrze — mruknęłam i wychyliłam się, żeby wcisnąć na wolny fragmencik stołu swoją filiżankę z nietkniętą herbatą. — Załatwię Lynn, a tobie powodzenia ze sprawdzianami i tym wszystkim i… no. I do zobaczenia na balu. 

Wstałam i Crouch zrobił to samo. Choć atmosfera była gęsta, kiedy już tutaj weszłam, teraz wydawała się naelektryzowana i ciężka jak powietrze przed burzą. 

— Jednak zamierzasz przyjść? 

— Tak, ostatecznie zdecydowałam, że tak — odpowiedziałam cicho, wpatrując się uparcie w swoje buty. — Nelly bardzo zależało i tak jakoś… 

Nie dręczył mnie dłużej pytaniami, jakby zrozumiał znaczenie rumieńca zalewającego mi policzki. Nie powiedział też nic więcej, kiedy wychodziłam, ale nie potrafiłam zrozumieć natury poczucia winy — jakby pójście na głupi bal z obcym Francuzem stało wyżej w hierarchii wartości niż zgoda na zatuszowanie śmierci ojca Barty’ego.

Czy choćby śmierć starego Croucha w ogóle

 

*

 

Niedziela zaczęła się dla mnie od bólu brzucha. 

I wcale nie dlatego, że musiałam okłamać Lynn czy wymyślić w miarę sensowny powód, dlaczego w ogóle interesowałam się tą sprawą, ale sama rozmowa z kuzynką kojarzyła mi się z nieprzyjemnymi uczuciami. A konieczność odbycia jej w otoczeniu zazwyczaj nadmiernie pobudzonych Gryfonów potęgowała to napięcie. 

Dlatego postanowiłam podejść do sprawy jak do pertraktacji z olbrzymami. 

Przyniosłam podarunek i czekałam na reakcję. 

— Prezent? Teraz? — zdziwiła się, oglądając płaskie pudełko zapakowane w srebrno-niebieski papier. — Przecież urodziny mam dopiero za tydzień. 

— Może i tak, ale myślę, że może ci się przydać na balu. Bo słyszałam, że idziesz z Deanem Thomasem, tak? 

Zrobiła kwaśną minę i rozejrzała się, ale poza jej pogrążonymi w rozmowie koleżankami w okolicy nie siedział nikt inny. Zwłaszcza Dean Thomas. 

— Tak — mruknęła przeciągle, a jej głos zszedł na tak niskie tony, jakich się po niej nie spodziewałam. — Ale nie wyobrażaj sobie, że to będzie wielka miłość czy co… Zgodziłam się, bo nie jestem w czwartej klasie, myślałam, że nie będę już miała okazji pójść na taki bal… i żałuję, bo przedwczoraj zaprosił mnie Lee Jordan, a on jest zdecydowanie fajniejszy. No ale już trudno, skoro obiecałam Deanowi… 

Urwała, wzdychając ciężko nad swoim losem. Rzuciłam jakimś pocieszającym frazesem, rada, że siedemnastoletni Lee Jordan jednak spóźnił się z zaproszeniem mojej trzynastoletniej kuzynki na bal. Ale Lynn nie słuchała, zajęta rozrywaniem papieru w gwiazdki. 

— O…! Jakie to jest piękne! — jęknęła i natychmiast włożyła sobie na głowę srebrny diadem z masą sztucznych pereł. 

— To na urodziny i pod choinkę — dodałam, a Lynn zrobiła minę. 

— No tak, jak zwykle — odparła zjadliwie. — Ale i tak jest piękna! I będzie mi pasowała do sukienki, dekolt ma obszyty identycznymi perełkami! 

— I co, myślisz, że to przypadek? — zapytałam. 

— Dziękuję! — wykrzyknęła, rzucając mi się na szyję. 

Lynn nie była moją ulubioną kuzynką, ale teraz nie mogłam powstrzymać uśmiechu, widząc, jak się cieszyła. Burza ciemnoblond włosów i rumiane policzki upodabniały ją do Helgi Hufflepuff, a z diademem na głowie wyglądała jak wyjęta z ilustracji z Historii Hogwartu. Właściwie poza kolorem bujnych loków była jak młodsza wersja swojej matki. Ona i Morris — dwójka okrągłych, pyzatych dzieciaków z usteczkami cherubinka podobnych do wujka Irvinga wyłącznie z kształtu nosa i głośnego, nieco opryskliwego usposobienia. 

Wszyscy z wyjątkiem Hope. 

Hope była małym aniołkiem. 

— Jak Potterowi idzie z przygotowaniami do Drugiego Zadania? — zagaiłam. — U nas w dormitorium wszyscy się zakładają, czy skończy na początku, czy na końcu tabeli i powiem ci, że zdania są podzielone. 

Ale ku mojemu niezadowoleniu ona tylko wzruszyła ramionami, przyglądając się własnemu odbiciu w wypolerowanym pucharze z sokiem. 

— Zaraz po Pierwszym Zadaniu otworzył jajo i zaczęło straszliwie wyć, więc współczuję mu w odkryciu, co te jęki znaczą. Może będzie musiał pokonać szyszymorę albo co? Nie mam pojęcia, nikt się tym teraz nie zajmuje, każdy myśli tylko o balu. — Lynn strzeliła we mnie prowokującym spojrzeniem. — A ty podobno idziesz z chłopakiem z Beauxbatons. 

— Tak — odparłam bez entuzjazmu. — Nie mogę się doczekać. 

 

*

 

Czyli klapa. 

Wyglądało na to, że albo Harry Potter zachłysnął się pierwszym sukcesem i zbagatelizował Drugie Zadanie, albo Lynn nie była aż tak dobrze zorientowana. Ale w jednym miała rację. Wszyscy żyli balem. Nawet mnie zaczął udzielać się ten imprezowy klimat, choć wywoływał on raczej napięcie i strach niż podniecenie. 

W bożonarodzeniowy poranek obudziłam się z jelitami związanymi w supeł, który nie rozluźnił się nawet na widok sterty prezentów w nogach łóżka. Pamela Redmoss i pozostałe dziewczyny wstały dziś z tego powodu wyjątkowo wcześnie i zanim rozpakowałam sześciotomową encyklopedię Grzybów Świata od Morrisa, rzuciły się na swoje sterty, generując przy tym takie ilości dźwięków, jakie mogłyby zawstydzić nawet Lynn. 

Znakomity początek dnia. 

Nigdy nie dostawałam prezentów, których bym się nie spodziewała. Ciotka Rosalie przysyłała domowej roboty ciasteczka i biżuterię, której nie używałam, wujek Irving szedł bezpieczną drogą, dodając do słodyczy dziesięć galeonów, a wiecznie spłukana Lynn dołączała się do ręcznie robionych podarunków Hope. W kufrze miałam oddzielne pudełko na ociekające brokatem i cekinami puzderka, lustereczka oklejone koronką i całe mile naszyjników i wiszących kolczyków z koralików. W tym roku moja kolekcja wzbogaciła się o bransoletkę z różowych i pomarańczowych szklanych paciorków, którą natychmiast wcisnęłam sobie na nadgarstek. 

Dopiero po otworzeniu ostatniej paczki zorientowałam się, że na kołdrze pod stosem porwanych papierów leżała jeszcze jedna. Płaska i niewielka swoimi wymiarami sugerowała książkę. Z zaciśniętym żołądkiem sięgnęłam po bilecik, spodziewając się zobaczyć znajome, pełne zawijasów pismo Nelly, ale zobaczyłam tylko jedną literę — B. Podekscytowana i jednocześnie pełna wyrzutów sumienia szybko rozerwałam kolorową folię, a na kolana wypadł — a jakże — maleńki, niepozorny wolumin. Na widok tytułu serce zabiło mi mocniej. 

Nielegalne zioła i jak je ukryć

Okładka wyglądała na mocno zużytą, a i środek nosił ślady wielokrotnego czytania, ale po poradniku czarnej magii nie spodziewałam się niczego innego. Szybko przykryłam tytuł kartką od Hope i natychmiast przekartkowałam do spisu treści, ale żadna ze współlokatorek nawet nie pomyślała, by zaprzątnąć sobie głowę takimi bzdetami jak nielegalne książki czy zioła. Georgiana Cooper rozpakowała właśnie olbrzymi zestaw do domowego farbowania włosów i z resztą koleżanek debatowały nad próbami przetestowania go przed balem. 

— Zaszalałabym z turkusem, ale trochę się boję, jak to się będzie wypłukiwać. 

— A jak ci wyjdzie glon? Ja bym nie ryzykowała… 

— Daj spokój, przecież masz tu neutralizator. Chyba że tchórzysz? 

— Tchórzę, jasne. Tchórzę, bo to nie twoje włosy. Może sama sobie walnij turkus, jak jesteś taka mądra, co? 

— Przecież ja mam purpurową szatę, nie będzie mi pasować! 

A później nie było wcale lepiej. Ani ciszej. 

Spodziewałam się, że podejdę do tematu ubierania się tak, jak zawsze podchodziłam do szykowania się — na chłodno i z nadzieją, że biżuteria nie będzie drażnić mi skóry. Bez zbędnego panikowania, bo przecież od dawna wiedziałam, w czym wyglądałam i czułam się dobrze, jaki rodzaj stanika nie wrzynał się w ramiona i plecy, a jednocześnie nie wystawał ponad dekolt. Zresztą zawsze można było pójść bez. A jednak te przygotowania — nie żebym w przeszłości miała ich jakoś dużo — przyprawiały mnie o kołatanie serca i nadpotliwość rąk. Cała spięta raz po raz przeglądałam się w lusterku, jeżeli akurat udało mi się do niego dopchać, sprawdzałam, czy włosy nie zaczynały się puszyć (choć wylałam sobie na głowę całą butelkę płynu Ulizanna), czy kreski, które poprawiałam przez pół godziny, wyszły idealnie równo, a później czy szyfonowa suknia w kolorze pudrowego błękitu leżała tak samo dobrze, jak suknie pozostałych Krukonek. Z pewnością całości nie dopełniała koralikowa bransoletka od Hope, gryząc się z subtelnym makijażem, wytworną fryzurą, butami na obcasie i suknią w stylu księżniczki elfów, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nawet w wieczorowej odsłonie pozostawałam niewidoczna. 

W salonie zaroiło się od wszystkich rodzajów tkanin, wzorów, fasonów i kolorów. Były seksowne małe czarne, krwistoczerwone usta, misternie sporządzone koki, frywolne fale, brokatowe cienie do powiek, ostre jak brzytwa jaskółki, księżniczkowe sukienki we wszystkich odcieniach różowego, ciężkie, falbaniaste spódnice, tkane gorsety, wysokie rozcięcia, dziewczęce pastele, sznury pereł, kolie tak gęsto wysadzane szafirowymi i rubinowymi szkiełkami, że trudno było oderwać od nich wzrok. A do tego naciskające z każdej strony fale ciężkiego, przesyconego zapachem perfum powietrza. Kwiatowe nuty bardzo szybko poprzenikały się ze świeżymi, owocowymi i orientalnymi, tworząc dławiącą mieszankę czegoś, czego nie udało mi się określić żadnym konkretnym zapachem. Atmosfera w dormitorium nabrała charakteru radosnego oczekiwania. Ci, którzy mieli partnerów z innych domów, wymknęli się z salonu znacznie wcześniej. Mnie korciło to samo, ale wiedziałam, że Nelly i chłopcy pojawią się w holu tuż przed rozpoczęciem balu, a ja ostatnie, czego pragnęłam tego wieczora, to błąkać się samotnie między witającymi się parami. 

Dopiero o dziewiętnastej czterdzieści pięć Krukoni zaczęli zbierać się do wyjścia, więc i ja podążyłam za tłumem. Szłam nieśpiesznie, podziwiając to, co udało się osiągnąć nauczycielom i skrzatom w kilka godzin po obiedzie. Cały parter zmienił się w lodowy pałac. Kolumny skute niemożliwym do stopienia lodem przypominały filary wykute z diamentu, podobnie schody, balustrady i podłoga. Delikatny półmrok w holu, rozpraszany jedynie światełkami i rozmigotanymi elfami unoszącymi się pod sufitem, tworzył intymną atmosferę, choć wszyscy ci, którzy zebrali się już pod Wielką Salą, zachowywali się trzy razy głośniej niż zwykle. Teraz z każdego kąta dało się słyszeć wybuchy śmiechu, okrzyki zachwytu, buczenia i piski dziewczyn skutecznie tłumiące delikatną muzykę dobiegającą zza zamkniętych drzwi Wielkiej Sali. 

Od tej różnorodności barw i eleganckich fryzur zaczynało mi się mienić w oczach, ale nie przestawałam się rozglądać. Podczas wypatrywania przyjaciółki mignął mi Borys Sullivan z uwieszoną na jego ramieniu drobną blondynką w czerwieni, a niedługo później Lynn w towarzystwie czarnoskórego chłopaka. Uśmiechnęłam się do siebie na widok urodzinowego diademu — doskonale pasował do tiulowej, łososiowej szaty i perłowych kolczyków. W delikatnym makijażu i z włosami spiętymi na szczycie głowy w niczym nie przypominała tej nadąsanej, obrażalskiej trzynastolatki. Moja kuzynka wyglądała jak dorosła kobieta. Nawet trzymała się inaczej — jak gdyby obcasy, kok i biżuteria z pereł na miejsce kolorowych, plastikowych bransoletek z czaszkami automatycznie dodawały przynajmniej z dziesięć lat. 

— Macy! Macy, hej! 

Odwróciłam się na dźwięk swojego imienia i od razu zobaczyłam pochód wkraczający przez główne drzwi. Adekwatnie bardziej pompatyczny niż zwykle (dotąd sądziłam, że to niemożliwe), z madame Maxime na jego czele sprawił, że tłum hogwartczyków rozstąpił się i pierwsze, co zobaczyłam, to Fleur Delacour — niezmiennie olśniewającą i w srebrze — idącą w pierwszym rzędzie z Rogerem Daviesem. Na jego widok parsknęłam śmiechem. Oczywiście wiedziałam, że Fleur zrobiła mu ten zaszczyt i zaprosiła go na bal — od zeszłego tygodnia mówił o tym jak nakręcony, porzucając maskę Chłopaka, Którego Nic Nigdy Nie Obchodzi. Bardzo szybko wyłowiłam z tłumu Nelly — po części dlatego, że machała do mnie jak szalona, a po części ze względu na jej strój. Pośród bladego złota, szarych błękitów, pastelowych zieleni i bieli czerwona szata podkreślająca filigranowość jej idealnej figury sprawiała, że oczy wychodziły z orbit, a szczęki lądowały na podłodze. 

— Wyglądasz… wow! — wyrzuciłam z siebie, kiedy razem z Gastonem odkleili się od pochodu zmierzającego do Wielkiej Sali. 

Wydęła figlarnie uszminkowane czerwienią usta i obróciła się, prężąc się przy tym prześmiewczo jak modelka przed obiektywem. 

— Mówisz? Sans blague, jeszcze nikt mi dzisiaj tego nie powiedział — zachichotała jak trzpiotka, po czym machnęła ręką i dodała już swoim normalnym głosem: — Daj spokój, wywali mi brzuch, jak tylko popatrzę na kolację. Ty też wyglądasz absolument sublime! Macy, to jest Jean-Loup Cheremetieff, a to jest Macy Savour. 

Natychmiast poczułam gorąco rozlewające się po twarzy i szyi, kiedy obok Gastona zatrzymał się on. Bardzo wysoki i bardzo przystojny — tak, jak mówiła Nelly. Wręcz zniewalająco przystojny. Jean-Loup przypominał jednego z tych modeli, których widywałam często na okładkach gazet Lynn. Mocno zarysowana szczęka i olśniewająco białe zęby trochę upodabniały go do Lockharta, ale Francuz pozbawiony był tego głupkowatego uśmiechu i miał zdecydowanie lepszą fryzurę. Gęste włosy opadały mu kruczoczarną falą na zawadiacko wygięte brwi, wzrok czekoladowych oczu, którym mnie zlustrował, przeszywał na wskroś. Był szczupły, ale nie za szczupły — prosta, elegancka szata leżała na nim doskonale, prawie tak dobrze, jak szelmowski uśmiech na pełnych wargach. 

Zupełnie mnie zmiażdżył. 

To on powinien iść w pierwszym rzędzie za rękę z Fleur Delacour, a stał teraz naprzeciwko mnie — pocącej się i dukającej jakieś niezgrabne „cz-cze-eść”. 

Coś mi tu nie grało. A w każdym razie zaczęło, kiedy już otrząsnęłam się po tym uśmiechu rodem z okładki magazynu o modzie. 

Kiedy tylko drzwi się rozwarły, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najlepsze miejsca, ale w środku okazało się, że cztery stoły domów zniknęły i zastąpiły je duże i okrągłe, nakryte jak na kolację u samej Królowej Anglii. Przekroczywszy próg, stanęłam jak wryta, przytłoczona wspaniałym świąteczno-lodowym wystrojem komnaty. Z sufitu imitującego niebo niezmiennie spadały wielkie płatki śniegu, znikając w drodze do naszych głów. Kamienna podłoga zmieniła się w drewniany parkiet, a ściany lśniły niczym diamentowa grota. Każdy wolny od choinki kąt zdobiły splątane girlandy jemioły i bluszczu, dominowało złoto, srebro i czerwień — i to w takich ilościach, że po chwili wpatrywania się w te wszystkie cudowności oczy zaczynały od tego boleć. Trudno było określić, skąd dochodziły delikatne dźwięki muzyki klasycznej, ponieważ nigdzie nie stało wyeksponowane radio, gramofon czy sam zespół, ale nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Nawet ja przestałam. Wszyscy krążyli po sali, wybici z rytmu przez konieczność wyboru nowych miejsc. 

Ta jedna decyzja została zdjęta z moich barków przez moich nowych francuskich znajomych. We trójkę bez słowa podążyliśmy za Nelly, która zmrużyła oczy, oceniła fachowo wszystkie wolne stoliki i wybrała jeden według tylko sobie znanych kryteriów. Bardzo szybko dosiadło się do nas kilka osób w srebrno-kremowo-błękitnych szatach. 

W wyobraźni otarłam ze skroni strużkę potu. Wstrzeliłam się idealnie z kolorem sukni i chyba tylko dlatego nikt nie wpatrywał się we mnie tak, jakbym miała cztery głowy. To Nelly była punktem małego programu przy naszym dwunastoosobowym stoliku. 

— Hogwart udźwignął temat, to muszę mu oddać — oznajmiła łaskawie, kiedy wszystkie krzesła zostały pozajmowane, a nauczyciele zademonstrowali nowy sposób zamawiania potraw. Zamyśliła się na chwilę nad swoją kartą, po czym wyrecytowała: — Na przystawkę ostrygi, foie gras, a później indyk z kasztanami i Bûche de Noël. 

W mig pojawiło się przed nią kilka talerzy wypełnionych zupełnie nieznanymi mi potrawami. Ze zgrozą zauważyłam, że jako jedyna zamówiłam pieczonego indyka z warzywami i ziemniakami z koperkiem, ale — podobnie jak muzyką — nikt się tym nie przejął. Wszyscy byli całkowicie pochłonięci rozmową, z której nic nie rozumiałam. Wszyscy łącznie z moim towarzyszem. 

Bardzo szybko się okazało, że Jean-Loup bardzo słabo mówił po angielsku. Właściwie nie mówił prawie wcale, a Gaston brzmiał przy nim jak rodowity Anglik. Zresztą nawet gdyby był w stanie się ze mną porozumieć, wydawał się tym całkowicie niezainteresowany. Bez przerwy dyskutował z Moulinem i jeszcze jednym chłopakiem, a cała trójka robiła to tak głośno i gestykulowała tak żywiołowo, że z trudem słyszałam to, co mówiła do mnie Nelly. 

— Trzeba przebrnąć przez nudną część i później jakoś się rozkręci, zobaczysz — zapewniała. — A ten zespół, który ma grać, te Fatalne Jędze, dobry jest? 

— To nie jest rodzaj muzyki, który do mnie przemawia, ale tak, podobno są bardzo dobrzy. W każdym razie tak mówią — odparłam, starając się nie słuchać narastającego pytlowania po drugiej stronie. — W moim domu wszyscy się strasznie podniecili, kiedy prefekci potwierdzili, że zagrają na balu. Ale jeszcze ich nie ma. 

Rozglądając się, zahaczyłam wzrokiem o stoły nauczycielskie wmieszane między takie, przy których siedzieli sami uczniowie — jakby obecność Snape’a czy McGonagall miała powstrzymać szmuglowanie alkoholu i wymykanie się na schadzki. Mistrz Eliksirów chyba jako jedyny nie uznał balu bożonarodzeniowego za wydarzenie na tyle ważne, by założyć coś odświętnego, bo miał na sobie identyczną długą, czarną szatę, w jakiej występował na co dzień. Opiekunka Gryfonów wystroiła się w suknię w szkocką kratę, a tiarę przyozdobiła okropnym wieńcem z ostu — bardzo podobny, który zdobił kapelusz profesor Sprout doskonale pasujący do staroświeckiej sukni z olbrzymią ilością spranych koronek. Ze wszystkich opiekunów wyłącznie profesor Flitwick prezentował się jak należy. Miniaturowy granatowy garnitur z pięknie układającą się pelerynką świetnie współgrał z maleńką tiarą i świeżo przyciętymi włosami, a z butonierki wystawał mu jakiś iskrzący się fantazyjny kwiat. Chyba biała azalia, ale zaczarowana w ten sposób, że bez przerwy zwijała i rozwijała mieniące się żywe płatki. 

Kiedy resztki deserów dawnym sposobem poznikały z talerzy, Dumbledore wstał i ogłosił rozpoczęcie balu. Stoły wraz z krzesłami szurnęły posłusznie pod ściany, a profesorowie ustawili wszystkich w szerokim okręgu, tak, że oczom wszystkich ukazał się piękny, błyszczący parkiet. Sam widok rozstawiających się na nauczycielskim podium Fatalnych Jędz w czarnych, poszarpanych szatach i narastająca cisza sprawiły, że kolacja zrobiła fikołka w moim żołądku, a to przecież nie ja miałam tańczyć na oczach całej szkoły. W tym momencie bardzo utożsamiałam się z Harrym Potterem. I bardzo nie chciałabym nim być.

Wyglądał tak, jakby powstrzymywał się od wymiotów. 

Rozbrzmiała jakaś smętna, powolna muzyka z dominującymi dźwiękami basa i kobzy i reprezentanci zaczęli tańczyć. Każda para poruszała się po swojemu, nie dbając o to, co robiły pozostałe. Fleur płynęła zwiewnie w ramionach Daviesa, Cedrik Diggory i Cho Chang tańczyli, patrząc sobie głęboko w oczy, Krum — jeszcze bardziej pokraczny i skrępowany — starał się trzymać ze swoją partnerką jak najdalej od środka, a Harry Potter zupełnie nie wiedział, co się działo, dając się prowadzić dziewczynie w porażająco różowej szacie. Oglądało się to zapewne wyłącznie w połowie tak niezręcznie, jak oni musieli się czuć, ale bardzo szybko z tłumu widzów zaczynały wyłamywać się pierwsze pary i raz-dwa reprezentanci utonęli w morzu wirujących peleryn i szat. 

Nelly pociągnęła Gastona i gdyby nie jej krwistoczerwona suknia, i ją straciłabym z oczu. Migała mi co chwilę gdzieś między głowami, łokciami, fragmentami ramion i pleców, unosiła się w tańcu lekko jak Fleur, a nawet lżej, bo nie było w niej tej wyniosłej sztywności, co u Delacour. 

Kątem oka zerknęłam na Jeana-Loupa, czując w brzuchu rosnący ucisk, ale chłopak stał oparty pośladkami o krawędź blatu stołu i jak gdyby nigdy nic wciąż rozmawiał ze swoim kolegą. Wydawali się przy tym tak naturalni, że prawie uwierzyłam, że wcale nie próbował mnie ignorować. 

Byłam bardzo ciekawa, ile kosztowała Nelly ta udawana randka. 

Z każdym nowym kawałkiem Fatalne Jędze coraz bardziej się rozkręcały, a wraz z nimi nabierały tempa wątpliwości co do słuszności mojej obecności w tym miejscu. Skóra cierpła mi na plecach na myśl, że miałabym zagadnąć Cheremetieffa i zacząć prowadzić small talk, nie mówiąc o proszeniu do tańca. Mimo lodowych ozdób w Wielkiej Sali robiło się coraz bardziej duszno. Powietrze wibrowało od głośnej muzyki, potu, ciężkiego zapachu potraw i perfum, a ja stałam sama jak palec, podrygując nerwowo. Piekło na ziemi. 

Mogłabym w tym czasie przesadzać żabiczkę. 

A Nelly — jak zwykle idealna w swoim wyczuciu czasu — pojawiła się akurat w momencie, kiedy zaczęłam rozważać ulotnienie się. 

— Miałaś rację, super grają! — zawołała, przekrzykując riffowe dźwięki gitary. — Chodź na parkiet! 

W pierwszym odruchu odmówiłam, cofając się o krok, ale ona była nieugięta. Chwyciła mnie mocno za oba nadgarstki i ze śmiechem prawie siłą wciągnęła między tańczących ludzi. Zaczęłyśmy walcować bez jakiegokolwiek poczucia rytmu, zupełnie wbrew muzyce — ja spięta i przerażona, Dubois z zapamiętaniem godnym zawodowego tancerza. Eksplozja wszystkich możliwych emocji sprawiła, że zobaczyłam mroczki przed oczami, ale prawie natychmiast poddałam się temu radosnemu uniesieniu, które roztaczała Nelly. Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek czuła coś podobnego. Uwielbiałam tańczyć, ale robiłam to tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. A teraz — niespodzianka. Obie sunęłyśmy po parkiecie, nie zważając na pozostałych, muzyka pulsowała mi w uszach, lecz nie było w tym nic nieprzyjemnego. 

Dać się ponieść. Tak po prostu. 

A kiedy zabrakło nam tchu i wróciłyśmy do stołów, żeby zamówić coś do picia, nie mogłam przestać się uśmiechać. Pot lał mi się po skroniach, sukienka przyklejała się do mokrego brzucha, makijaż ciążył na twarzy, pierś falowałam szybko i niekontrolowanie, walcząc o każdy haust gorącego, przesyconego zapachami powietrza, stopy nieprzyzwyczajone do obcasów paliły żywym ogniem. Opadłam na pierwsze lepsze krzesło, podczas gdy Nelly przeglądała menu. 

— Mojito i… hmm, Sex on the Beach — wyrecytowała i na blacie natychmiast pojawiły się dwie olbrzymie szklanki z kolorowymi napojami. 

— Co ty robisz? — wyszeptałam, zrywając się na nogi, ale ona już wyciągnęła z torebki elegancką piersióweczkę i dolała do obu drinków sporo przezroczystego płynu. — To alkohol? 

— Évidemment! 

Nie wyglądała na ani trochę skrępowaną. Rozejrzawszy się konspiracyjnie, dodała jeszcze po parę kropel do każdej ze szklanek i oddała mi moje Mojito, po czym sama pociągnęła zdrowo przez słomkę. 

— No nie wiem… — mruknęłam, oglądając drinka z każdej strony, jakbym spodziewała się znaleźć tam utopioną muchę. — Nigdy nie piłam alkoholu… 

— Tym lepiej — odparła ucieszona. — Nigdy nie byłaś na balu, nie upiłaś się… Najwyższa pora! Powiedz, czego jeszcze nie robiłaś? Trzeba to zmienić, nie ma lepszego miejsca niż bal! 

Spojrzenie, jakim mnie obdarzyła, przywołało mi na policzki gorący rumieniec. Żeby ukryć zażenowanie, upiłam odrobinę cytrusowego drinka i bez zaskoczenia odkryłam, że wódka zupełnie zrujnowała jego smak. Zadrapało mnie w gardle tak, że musiałam odkaszlnąć. 

— Oj, wielu rzeczy — ucięłam szybko. — A ty zrobiłaś już w życiu absolutnie wszystko? 

— Absolutnie nie! Na przykład nie jeździłam konno po lodowisku ani, hmm, nie tresowałam kogutów przy pomocy wielkiego widelca. A powiedz, Macy, skoro nie byłaś nigdy na balu ani nigdy nie próbowałaś alkoholu, to pewnie inne pierwsze razy też masz jeszcze przed sobą? Wiesz, o jakich pierwszych razach mówię. 

Uśmiechnęła się diabelsko, chwytając sugestywnie słomkę w usta. 

— Nelly! — wydusiłam z siebie, skrępowana do granic możliwości. Musiałam płonąć na twarzy. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila i dokonam samozapłonu. — Co to za głupi temat… 

Nie spodziewałam się, że tak się ucieszę widok kolegi Jeana-Loupa. Zapytał ją o coś po francusku, ale samo szarpnięcie głową w stronę parkietu było wystarczająco zrozumiałe. 

— Zaraz wracam! 

— Okej, a ja pójdę się przewietrzyć! — krzyknęłam za nią, ale już zniknęła między tańczącymi. 

Teraz, kiedy wypowiedziałam to na głos, poczułam, jak bardzo byłam przebodźcowana. Przeszłam się wzdłuż stolików, wypatrując Jeana-Loupa, ale nigdzie go nie znalazłam, więc udałam się prosto do holu, a zaraz potem w stronę drzwi wejściowych. W dobrym tonie było powiadomić swojego partnera o tym, że zamierzało się opuścić przyjęcie, ale w tym przypadku aż tak mi nie zależało. 

Przystanęłam na moment na zewnętrznych schodach. Chłodne powietrze przyjemnie owionęło mi szyję i ramiona, ale nie przeszywało tak, jak lodowaty wiatr na błoniach w drodze do cieplarni. Podejrzewałam, że profesor Flitwick rzucił jakieś zaklęcia grzejące, ponieważ w olbrzymiej śnieżnej grocie, w którą zmieniły się błonia, swobodnie mogłam spacerować bez żadnego okrycia wierzchniego. Zniknęła główna droga prowadząca do bramy, a na jej miejscu pojawiło się mnóstwo krętych ścieżek kluczących między kwitnącymi krzewami czerwonych róż. Co jakiś czas mijałam kamienne posągi czarodziejów, czarownic i magicznych stworzeń oraz ławeczki okupowane przez pary, którym znudziła się duchota i zgiełk Wielkiej Sali. 

Spacerując powoli między tymi wspaniałościami, oddychałam powoli, rozkoszując się świeżym grudniowym powietrzem. W uszach wciąż lekko mi gwizdało, ale cisza przyjemnie koiła nadwyrężony słuch, łagodziła niczym chłodzący balsam. Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Wytańczona, najedzona, po całkiem miłym wieczorze spędzonym z przyjaciółką przechadzałam się samotnie między krzakami róż, wypatrując najbardziej dorodnych kwiatów. 

Czułam się spełniona. 

Dotarłam prawie na sam koniec groty z przejściem na dalszą część błoni. Przez lodowy portal wpadało mroźne powietrze, ale gęsia skórka i szczękające zęby były odpowiednią ceną za widok, jaki się stąd rozciągał. W tafli zamarzniętego jeziora odbijał się księżyc. Światło niczym płynne srebro zalewało nietknięte zaspy, wiatr tańcował po gładkich połaciach, podrywając z nich delikatną wierzchnią warstewkę, a ta iskrzyła się w zimnym blasku niczym brokat. Przyglądałam się tej czarownej scenie, głucha na odgłosy kroków gdzieś w oddali, dopóki te kroki nie zaczęły kierować się bezpośrednio w moją stronę. 

— Gaston! — wykrzyknęłam cicho, łapiąc się za serce. Łomotało teraz jak szalone gdzieś w okolicy przełyku. — A ty nie z Nelly? 

Zignorowałam jego nerwowy ruch ręki. Ruch, jaki dobrze pamiętałam z czasów, kiedy Morris podpalał papierosy i przed wszystkimi się z nimi chował. 

— Aaa… Nelly, ona… tańcui z Fidèle, a przyszedł oddychaci. 

— Faktycznie gorąco w zamku. 

— Gorąc, tak. I bardzo pięknie tu. 

— O tak. 

Staliśmy tak przez moment w znacznym oddaleniu, spoglądając na siebie w oczekiwaniu, aż chłopak szarpnął głową, wskazując na jedną z uliczek prowadzących w kierunku rzeźby przedstawiającej Rowenę Ravenclaw. Chętnie ruszyłam za nim, szczęśliwa, że udało się nieco zakłócić to niewygodne zamrożenie. Dopiero gdy się zrównaliśmy, wyczułam, że poza papierosami było coś jeszcze. 

Wyglądało na to, że nie tylko Nelly przemyciła na bal piersiówkę z magicznym napojem. 

Dotarliśmy do posągu, który — jak się okazało — stał na wysokim cokole pośrodku wielkiej fontanny. Choć temperatura zdecydowanie balansowała poniżej zera, woda szemrała żywo, tryskając wąskimi strumieniami w taki sposób, że strużki tworzyły u stóp Ravenclaw żywe węże odbijające się łukami od tafli. 

— Jak ti widzisz Jean-Loup? 

— Och, jest bardzo… eee… no wiesz. — Olewczy? Niewychowany? Zadufany w sobie? — Nelly miała rację, jest bardzo przystojny. Dlaczego nie znalazł żadnej dziewczyny, zanim go zapytałeś, czy ze mną pójdzie? 

Gaston popatrzył na mnie zaskoczony i zaśmiał się w sposób, który natychmiast uruchomił mi w głowie wszystkie czerwone lampki. 

— Co? — dopytałam. 

— To ti nie wie? Nelly mówiła, że wie. 

— Ale o czym? 

Przysiadł na obrzeżu fontanny i poklepał ręką miejsce obok siebie. Zaczęłam cała dygotać, nagie stopy w delikatnych sandałkach krzyczały z zimna po kilkukrotnym wejściu w śnieg, ale dla świętego spokoju opadłam na murek jakąś stopę dalej. Poczułam bolesną gęsią skórkę po zetknięciu z przemarzniętym kamieniem, ale tu zdecydowanie coś nie grało i musiałam się dowiedzieć co. Miałam wrażenie, że sutki zaraz przebiją materiał sukni. 

— Jean-Loup ma dziewczynę w Beauxbatons, ale Nelly mówiła, zie tobi to nie problem — odparł i przysunął się bardzo blisko, zdejmując część szaty tworzącą pelerynę. — Tobi zimno… 

— Nie — odpowiedziałam stanowczo, z całych sił usiłując zapanować nad drżeniem. Burza, którą czułam wewnątrz, trochę mnie rozgrzała. — Nie miałam pojęcia, że Jean-Loup ma dziewczynę. Gdybym wiedziała, nigdy bym się nie zgodziła z nim pójść… 

Odetchnęłam głęboko, licząc, że w ten sposób ten okropny węzeł, który zaciskał się wokół żołądka, chociaż trochę się rozluźni, ale nic z tego. Cheremetieff nie był olewczy, niewychowany ani zadufany w sobie. Zachował się jak najbardziej w porządku wobec swojej dziewczyny i tylko powód, dla którego zgodził się pójść z obcą Angielką, pozostawał dla mnie tajemnicą. 

O ile w ogóle wiedział, że był ze mną umówiony. Ostatecznie nie zamieniliśmy ani słowa. 

Poczułam się okropnie — jak kochanka albo wariatka, która próbowała rozbić czyjś związek. 

— Ti nie martwi się — odezwał się Gaston, a jego wielka, ciepła dłoń wylądowała na mojej nodze. Wysoko, znacznie wyżej od mojego kolana. — Pewno nie zrozumiały się z Nelly. 

Zesztywniałam. 

— C-co…? 

— Jean-Loup głupi, zie nie korzystał, kiedi ti chciała — powiedział, a po twarzy rozlał mu się lekki uśmiech, obejmując zamglone oczy. — Macy, ti piękna dziewczyna. Tu ressembles à une nymphe des bois. 

Odsunęłam nogę, chwytając się rozpaczliwej nadziei, że to trochę go otrzeźwi, ale jego dłoń zacisnęła się na moim udzie niczym imadło, a druga prześlizgnęła się najpierw po plecach, później przez całą szerokość talii i w górę wzdłuż boku, aż poczułam, jak gorące palce Gastona zaczęły wsuwać się pod sukienkę. Dokładnie na wysokości piersi. Serce tłukło mi się o żebra, jakby krew, którą pompowało, posiadała moc rozpuszczenia lodowej powłoki, pod którą się znalazłam. Mogłam tylko rozpaczliwie mrugać i powtarzać w głowie: to się nie dzieje, to się nie dzieje. Dopiero w momencie, gdy ciepły, kwaśny oddech otulił mi twarz, odzyskałam władzę nad własnym ciałem. Zdrętwiałymi palcami oderwałam dłoń Francuza. Ten dotyk parzył, zdawał się wypalać dziurę w sukience i na szczycie uda jak żarzący się okruch z kominka, który spadł prosto na dywan. 

Pierwszy raz doznałam tak intensywnego wyrwania z ciała — jak gdyby nagle stało się za duże, niepasujące, niemożliwe do opanowania. 

A on jakby nie czuł tego oporu. Już całował moje martwe usta, próbował wsunąć przez nie język i ocknął się dopiero w momencie, gdy ręka sama wystrzeliła w stronę jego policzka. Obca. Zupełnie poza kontrolą. 

Nigdy nikogo nie uderzyłam. Nie spodziewałam się, że aż tak zaboli. Wcisnęłam pulsującą od wewnątrz dłoń między nogi, jakbym chciała ukryć narzędzie zbrodni — tym właśnie była. Mówiły mi to oczy Gastona, gdy ten natychmiast poderwał się z murku. 

Nie byłam w stanie się poruszyć, choć jego brwi, usta, czoło, cała twarz mówiły mi, co wydarzy się za ułamek sekundy. Moulin uniósł powoli dłoń do policzka, chyba chcąc się upewnić, że to, co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę, a potem… 

Potem natarł na mnie, poczułam mocne pchnięcie, dwie rozpalone do czerwoności żelazne rękawice miażdżące mi ramiona, krzyknęłam, fiknęłam do tyłu i uderzyłam plecami w coś twardego. Woda zalała mi usta, wdała się do nosa, wydawała się pochłaniać niczym ogień. 


___________

Wiem, zabijecie mnie. Ale miałam od Sylwestra przez ponad dwa miesiące zepsuty komputer, karta graficzna była do wymiany. Mogłam sobie pozwolić na tylko półgodzinne posiedzenia w bibliotece, więc dużo nie zdążyłam przepisać. Ale jest też dobra tego strona, napisałam na zaś już aż do dziewiętnastego odcinka, już są wakacje i w ogóle… Aach, ja też chcę wakacje! No, ale tak z innej bajki… Stworzyłam małą nowość nie tylko tutaj, ale i na innych moich blogach z opowiadaniami. Mianowicie, podstronę „W następnym odcinku”. Wiem, brzmi trochę modonasukcesowato, ale będę tam wstawiała trzy cytaty z następnego rozdziału, w tym przypadku z jedenastego, więc serdecznie zapraszam xD Dedykuję ten odcinek Wam wszystkim, byście się tak na mnie nie gniewali za tą nieobecność xD 

10 komentarzy:

  1. ~Caitlin
    18 marca 2011 o 21:12

    „Modonasukcesowanto” xD Wspaniałe określenie!Mmm. No fakt, troszkę się czekało, ale najważniejsze, że rozdział już jest :)Cieszę się, że Macy odważyła się na pocałowanie Croucha. Niech im się wiedzie!Żadnych błędów nie zauważyłam :)Ach, no i śliczny masz szablon :)Całuję ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 18 marca 2011 o 21:56
      Słowotwórstwo xD Moje ulubione xD wiem, przepraszam, ze skóry wyłaziłam, żeby podczas tej 2-miesięcznej przerwy coś przepisać. A wiadomo, na tym blogu są te rozdziały dość długie… Postaram się od dzisiaj poprawić, mniej jeżdżenia na zdjęcia, więcej pisania, choć podczas postu postanowiłam ograniczać pisanie, nie było jednak mowy o przepisywaniu xD

      Usuń
    2. ~Caitlin
      19 marca 2011 o 10:52

      Hahhaha xD No pewnie!Ja tam na Post ustanowiłam sobie nie jeść słodyczy i biegać codziennie :)Oj tam! Najważniejsze, że rozdział już jest :)

      Usuń
    3. 19 marca 2011 o 14:39
      Ja też sobie postanowiłam poprawić jak najwięcej ocen, jak na razie idzie mi to nieźle, przynajmniej spędzam więcej czasu nad książkami, ale czy to coś mi da… miejmy nadzieję, że tak xD

      Usuń
    4. caitlin_memories@vp.pl
      21 marca 2011 o 17:46

      Na pewno :)Wierzę w Ciebie!

      Usuń
    5. 21 marca 2011 o 18:07
      No, na razie daje taki efekt, że jestem niewyspana i strasznie się czuję. Zobaczymy po jutrzejszej geografii.

      Usuń
  2. ~Doska
    18 marca 2011 o 21:57

    nareszcie się doczekałam na wybuch uczuć między Macy a Bartym ;) cieszę się, że wróciłaś i cóż.. czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 marca 2011 o 14:40
      Taaak, wszyscy czekali, nawet ja, przyznam się. Ale wiesz, w końcu to było wiadome, nie? xD

      Usuń
  3. ~olka
    18 marca 2011 o 23:01

    Ten pocałunek między Macy a Bartym był przyjacielski…….chyba………….Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 marca 2011 o 14:41
      To było przyjacielskie? Hahaha, dobre xD

      Usuń